Fantasy · 27 min czytania
PRL Fantasy cz. IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie wiedziałem co robić. Byłem kompletnie skołowany. Brakowało tylko tego, żeby Buka wyszła z szafy. Wróciliśmy do mnie, a ja przez całą drogę milczałem, próbując ogarnąć całokształt sytuacji. A więc przybył do mnie rycerz z magicznej krainy. Dobrze. Chyba gorsze rzeczy się ludziom przydarzały, prawda? Słyszałem, że gdzieś w Meksyku grasuje sam diabeł, wysysa krew z kóz czy coś w ten deseń. Biedni rolnicy. A wszyscy wiedzą, że Amerykanie przechwycili UFO. Więc jeden facet w zbroi chyba wiosny nie czyni? Ech, kogo ja oszukuję. - Roderyku, zapytam tylko raz. Odpowiedz, proszę, szczerze – przyłożyłem złożone dłonie do ust, odetchnąłem głęboko. – Jesteś kapitalistycznym szpiegiem? Spojrzał na mnie, nic nie rozumiejąc, z tą swoją mordą szczerą i niewinną niczym u szczeniaczka. Poczułem się jak świnia – jak w ogóle mogłem oskarżyć go o coś takiego. - Ten pierścień... – brnąłem dalej, może w nadziei usprawiedliwienia samego siebie. – Przecież tylko James Bond mógłby mieć coś takiego... - O czym mówicie, panie? - Kim jesteś?! – krzyknąłem, tracąc nad sobą panowanie. – Jak tu trafiłeś?! - Toć samiście... - To niemożliwe! – wydarłem się. - Nie istnieją pierścnionki-mózgopraczki! Nie ma takich rzeczy! Ludzie nie pojawiają się nagle w śmietnikach! Czy ja wariuję?! Boże, z czego był ten bimber! - Panie, wytchnijcie – Roderyk podniósł się ostrożnie z kanapy i wyciągnął ku mnie rękę. – Chodźcie, legnijcie sobie... - Nie dotykaj mnie! – odskoczyłem, celując w niego drżącym palcem. – Nie podchodź! Ty nie istniejesz! Jestem chory, a ty nie istniejesz! Ciebie tu nie ma! Mój biedny umysł... – oparłem się o ścianę i powoli zjechałem na podłogę. Chrypiałem. – Mój biedny, udręczony umysł... jesteś tylko wytworem mojej chorej... wyobraźni... mojego... a mówili mi przyjaciele... mówili, zwariujesz tam... to nie jest praca dla norm... miało być inaczej, wszystko miało być inaczej... Bredził bym pewnie dalej, aż do utraty świadomości, ale w tym momencie strumień zimnej wody przywrócił mnie do świata. Zesztywniałem, parsknąłem, powoli otworzyłem oczy. - Panie, obudźcież się! – zawołał Roderyk, pochylając się nade mną. W ręku trzymał mokrą, żelazną rękawicę. – Co z wami? Bredzicie jako we malignie! Odetchnąłem głęboko parę razy. Tak, uspokoić się. Ma rację. Trzeba myśleć, a nie biadolić. - Dzięki – sapnąłem. – Trochę się pogubiłem. Daj mi chwilę i... – zatrzymałem wzrok na rękawicy w jego dłoni; kropelki wciąż jeszcze skapywały na podłogę. Przez krótką chwilę wpatrywałem się w nią jakby to była paczka kolumbijskiej kawy. Wreszcie jakaś zapadka w moim steranym mózgu wskoczyła na właściwe miejsce. – Skąd wziąłeś wodę? - Z tej niskiej studzienki z białego jak śnieg kamienia – odparł, pełen dobrych chęci. - Musi zaczarowana jakaś, bo co wody nabrałem, to nic jej nie ubywało. Może nie uwierzycie, ale jakoś zmobilizowało mnie to do działania. Trzeba było się go pozbyć; nieważne, skąd przybył – należało jak najszybciej go tam odesłać.
- Chodziczki mnie mulają. Zatrzymałem się i obróciłem, bo Roderyk wyraźnie zostawał z tyłu. - Że co? - Mulają – powtórzył, kuśtykając ku mnie i wskazując na buty. – Zzuję je chyba i bosaka pójdę. Za ciasne, zrozumiałem. Przecież na co dzień chodził w żelaznych nogawicach! Pewnie by jeszcze wolał swoją zbroję zamiast dresu. Cóż, wlazł między wrony... nikt mu nie kazał zwalać się akurat mi na głowę. Nic nie powiedziałem. Ale gdybym palił, to właśnie byłby ten moment, w którym wyciągnąłbym z kieszeni pomiętą paczkę klubowych i zapalił jednego cieniutką zapałką. Ten gest mówiłby sam za siebie, a raczej za mnie. Ale nie paliłem. Szliśmy szybko, byliśmy już niemal na miejscu. Zaledwie kilkanaście metrów dzieliło nas od klatki jednego z wielu szarych bloków Pragi Północ, który był celem naszej wędrówki. A cel ów desperacką nadzieją na zakończenie tego cyrku. W tym bloku, na dwunastym piętrze, w przestronnym mieszkaniu z dużym balkonem, mieszkał mój dobry kolega z liceum. Nazywał się Filip Kadik i był wziętym pisarzem science-fiction. Cała Polska, a nawet nasi zagraniczni bracia w socjalizmie, wszyscy zaczytywali się w jego powieściach. Sławę przyniosły mu takie tytuły jak Ubek, Człowiek z Pałacu Kultury czy Biegnący Po Ostrzu. Jako członek artystycznej elity, mógł pozwolić sobie nie tylko na tak atrakcyjne mieszkanie, ale też na codzienne picie prawdziwej kawy, banany w lodówce i dużego Fiata w garażu. Wierchuszkowe przywileje. Był też człowiekiem, który w żaden sposób się z tymi przywilejami nie obnosił – oraz kimś z wyobraźnią na tyle płodną, że tylko on chyba mógł mi pomóc w obecnej sytuacji. Stanęliśmy przed windą; wcisnąłem guzik i czekaliśmy. Roderyk wykorzystał ten moment na zdjęcie butów. Trzymał je teraz w dłoni. - Wsiądziemy do windy – mruknąłem zmęczony. – To taki zaczarowany pokoik, który zabierze nas na górę. Nic nam się nie stanie. Drzwi rozsunęły się i wszedłem do kabiny. Roderyk postąpił za mną, omiatając wnętrze wzrokiem pełnym tak obawy, jak i fascynacji. A więc to prawda, powtórzyłem sobie w myślach po raz niewiadomo który. Facet z innego świata... jak? Jakim cudem tu trafił? Czy był obiektem eksperymentu przodującej radzieckiej nauki? A może dowodem na istnienie Boga? O, Boże... Od tego wszystkiego zaczynała boleć mnie głowa. Chciało mi się pić i czułem ogólne zmęczenie. Dlaczego ja musiałem dźwigać to brzemię? Drzwi otworzyła nam ładna młoda kobieta, ciemnowłosa, ciemnooka, w stroju pokojówki. Odchrząknąłem. - Dzień dobry pani. Czy Filip w domu? Uśmiechnęła się szeroko i zaprosiła nas gestem do środka, po czym znikła w jednym z pokoi. Zamknąłem za nami drzwi; zaraz też wyszedł do nas Filip; wysoki, tęgi, brodaty okularnik – klasyczny literat. - Janku! – ucieszył się. – Miło cię widzieć, stary. Kogo mi tu przyprowadzasz? – zapytał, taksując pana rycerza od wąsów przez biżuterię po gołe stopy. - To Roderyk – przedstawiłem, ściskając mu dłoń. Filip chciał się także z nim przywitać, ale mój towarzysz niedoli spojrzał na wyciągniętą rękę niczym na dwugłowe cielę. Nastąpiła krótka chwila wymiany zdziwionych spojrzeń. Chwyciłem więc jego dłoń i zacisnąłem ją na dłoni pisarza. - U nich się to pewnie robi inaczej – wyjaśniłem. – Roderyk jest jakby... ech – westchnąłem. – Właściwie to mamy duży problem, i jesteś chyba jedyną osobą, do której możemy zwrócić się o pomoc. - Oczywiście, wchodźcie – powiedział Filip. – Nie zdejmujcie... – zerknął na bose stopy rycerza. - A zresztą, jak chcecie. Zapraszam. Weszliśmy do przestronnego pokoju gościnnego, urządzonego ze smakiem i klasą nieosiągalnymi obecnie dla zwykłych szczęśliwców mieszkających w PRL-u. Jedna ze ścian zastawiona była na całej długości regałami, na których upchnięto setki chyba książek; inne woluminy poniewierały się na podłodze, stole, sofie i fotelach, między doniczkami z jakąś rozłożystą zieleniną, kilka leżało na półkach między kolekcją modeli sportowych samochodów. Na wolnych ścianach plakaty – muzyczne, filmowe, z przesłaniem. W kącie stała gitara, na półce nad barkiem zestaw audio. Panował artystyczny nieład, chaos kontrolowany, jak przystało na mieszkanie artysty. Pozostałe pokoje zapewne wyglądały podobnie. - Klappen Sie – rzucił z rozbawieniem. – Przesuńcie te graty, przepraszam za bałagan. Ale tak mi się lepiej pracuje. Upadł na wygodny fotel; my wybraliśmy sofę. - A nad czym się obecnie męczysz? – zapytałem. - Mam taki pomysł – zawsze tak zaczynał. Uwielbiał opowiadać o swoich pomysłach. – Pewien pastor, bo u nas by to przecież nie przeszło, budzi się rano i musi uciekać przed ludźmi, którzy chcą go zlinczować. I przed władzami, które chcą go torturować. Bo nie wie kim jest, rozumiesz? Kładł się spać jako zwykły człowiek, a budzi się jako wróg publiczny numer jeden! Nie wie już co się z nim dzieje. Tytuł roboczy to na razie On, Pastor, ale może się zmienić. Więcej zdradzić nie mogę – uśmiechnął się tajemniczo. - Brzmi nieźle – przyznałem. - Chłopie, zobaczysz, jeszcze to kiedyś sfilmują! W drzwiach pojawiła się kobieta, dziewczyna właściwie, która otworzyła nam drzwi. - Zrobyć kawiję, póki jestm? – zapytała łamaną polszczyzną. - Tak, proszę – zwrócił się do niej Filip. – Sobie też, jeśli masz ochotę. Dziękuję – odwrócił się do nas i wyjął papierosa z pudełka leżącego na stole. Camele, skubany. Zapalił jedną z tych zapalniczek na benzynę i lądując na powrót w fotelu, zaciągnął się głęboko. – Nie palicie, prawda? – zorientował się. Pokręciłem głową. – Dobrze, ale by była gafa towarzyska. To Irmina, moja pokojówka – skinął głową ku drzwiom, w których znikła dziewczyna. – Bardzo mi pomaga. Świetnie sobie radzi w sypialni – podniósł się znowu, podszedł do barku i wyjął z wnętrza puszkę duńskich ciasteczek. – Życzycie sobie coś mocniejszego? Nie? Ja też nie, trochę za wcześnie. – Położył ciasteczka na stole i wrócił na fotel. Zauważył mój wyraz twarzy. - Co? – zapytał, zbity z tropu. - W sypialni? – spytałem delikatnie. - A tak – odparł, zaciągając się camelem. – Jest niezastąpiona. Ja nie potrafię nawet prześcieradła równo złożyć. Dzięki niej mam wrażenie jakbym mieszkał w Mariotcie. No, ale jak mogę wam pomóc? - Chodzi o Roderyka – skinąłem głową na rycerza, wytrzeszczającego wokół oczy wielkie jak dwudziestozłotówki. – Jest nie stąd... tyle, że tak bardzo nie stąd. - Problem z paszportem? Streściłem przyjacielowi wydarzenia dzisiejszego dnia, starając się nie pominąć żadnych szczegółów. Przedstawiłem mu w sumie scenariusz na niezłą książkę o przybyszu, który zagubiony w naszym świecie pragnie wrócić do swojej magicznej krainy. - Mam rozumieć – zwrócił się do Roderyka, wysłuchawszy mojej opowieści – że chodzi panu o wycieczkę do Pewexu? - A cóż to jest, panie? – odparł rycerz, na którego twarzy od pewnego czasu obserwowałem rosnące przerażenie. Westchnąłem cicho i ukryłem twarz w dłoniach; nie mogłem powiedzieć, że się tego nie spodziewałem. - No, Janek wspomniał o magicznej krainie – mówił dalej Filip. – Jedyne, co mi przychodzi do głowy to właśnie Pewex. - Nie znam ja tego, mości panie. - Nie? To może Baltona? Ale to nad morzem jest. Pan mi na marynarza nie wygląda, ani na rybaka tym bardziej. - Kiedy ja... - Filip... – wtrąciłem się, jako że ta rozmowa prowadziła wyraźnie donikąd. Weszła Irmina; na stole pojawiły się trzy filiżanki gęstej, aromatycznej kawy. – Stary, ja mówiłem prawdę. Dosłownie. Nie robimy cię w konia. Roderyk nie wie, co to jest Warszawa i boi się samochodów. I ma mnie za potężnego czarodzieja. - Aha – Filip zmarszczył brwi, starając się jakoś ugryźć tę historię. Był wyraźnie zakłopotany. Spojrzał na mnie konspiracyjnie i udał, że się przeciąga; palec wskazujący prawej dłoni dyskretnie powędrował ku głowie i zakręcił nieśmiało kółeczko. - A czy nie próbowałeś przypadkiem... ehm – zakaszlał – ten, tego... - Nie. To znaczy tak, ale nie jest. Zrozum, on nie jest stąd – ostatnie słowo zaakcentowałem i poparłem nieokreślonym gestem. - Aha – powtórzył pisarz. – Czy wy paliliście coś nielegalnego? Wziąłem głęboki łyk kawy. Była pyszna, żaden tam zbożowy substytut z geesu. Gestem zachęciłem Roderyka, by też sobie łyknął. Był trochę nieufny wobec czarnej cieczy, ale jednak się przemógł. - Rozumiem, że nam nie wierzysz – powiedziałem i wyjąłem z kieszeni pierścień, który tak bardzo zmienił moje stanowisko wobec wydarzeń dnia dzisiejszego. Podałem go przyjacielowi. – Załóż go. To pierścień kontroli umysłu. Jest magiczny i naprawdę działa. Filip chwilę obracał w palcach złoty krążek, uważnie mu się przyglądając. - Bardzo ładny. Solidna robota. I sądząc po ciężarze, szczere złoto. A ten kamyk to co za jeden? Nigdy przedtem takiego... - ...nie widziałeś. Bo on też nie jest stąd. Dalej, załóż go. I idź komuś wmówić, że jest wielbłądem. Posłał mi długie, uważne spojrzenie, ale wytrzymałem je bez trudu. Pomyśleć tylko, żyje z wymyślania niestworzonych historii, a sam w taką uwierzyć nie chce. Wreszcie podjął decyzję; wsunął pierścień na palec – a chociaż palce miał dużo grubsze niż ja, nie napotkał żadnego oporu – wstał i powiedział: - Zaczekajcie tu na mnie pięć minut. Zaraz wracam. Wyszedł. Zostaliśmy sami. Spojrzałem na Roderyka, któremu wyraźnie zasmakowała kawa. W sumie całkiem dzielnie znosił dzisiejsze przygody. - Spokojnie – powiedziałem, by wypełnić ciszę. – Musimy go przekonać, ale jestem pewien, że będzie mógł ci pomóc. Jak kawa? - Nigdy żem nie słyszał o tym napitku – odparł rycerz – ale iści, godny królów! Jak wspaniale pachnie, a jak zmysły do życia przywraca i juchę do czerepu pędzi! Pokiwałem głową z aprobatą. Teraz, kiedy już wiedziałem, że nie urwał się z wariatkowa, zaczynałem mu trochę współczuć. Jak ja bym się odnalazł na jego miejscu? W jego świecie? Pożarłoby mnie drzewo? A może ktoś dla żartu zaczarowałby mnie w owcę? Filip wrócił po dłuższej chwili, wyraźnie skołowany. Na twarzy malował mu się wyraz lekkiego niedowierzania, a kiedy usiadł w fotelu, przez dobrą minutę wpatrywał się tępo w blat stołu. Wyglądał, jakby po obiedzie w chińskiej restauracji podbiegł do niego przerażony kucharz, który bardzo, ale to naprawdę bardzo go przeprasza, ale chyba pomylił składniki i do jutra rana z Filipa zostanie tylko małe bajorko zielonożółtej papki. - To działa – oznajmił nam w końcu. – To naprawdę działa. Jak to możliwe? - Mówiłem. Niesamowite, co? - Poszedłem do Goździkowej – mówił dalej nieswoim głosem. – Powiedziałem jej, że zaraz przestanie boleć ją głowa. I wiecie co? – spojrzał na nas. – Naprawdę przestała. Goździkową. Głowa. Przestała boleć.