Religia · 2 godz. 16 min czytania
Procedura Ostateczna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Procedura Ostateczna
Obudziło go uporczywe, świdrujące wycie. Poruszył ostrożnie zziębniętymi stopami i z
wysiłkiem podniósł wyschłe na drewno powieki. Wokół panowała czarna, nieprzenikniona
ciemność, a poprzez wypełniający wszystko, upiorny jazgot przebijały nieokreślone, głuche
stuki, odgłosy tępych uderzeń. Nagle, tuż nad głową, walnęło coś potężnie i na jego zarośniętą gębę posypała się
mokra ziemia z drobnymi kamykami. - Co jest do chol... ? - nie dokończył, gdyż w tej samej chwili oślepił go jaskrawy
strumień światła słonecznego, który wdarł się do środka poprzez wywaloną z zewnątrz dziurę.
Wstrząsnęło nim jeszcze kilka solidnych ciosów, a całe misternie niegdyś zdobione wieko
trumny zmieniło się w nieskładny stos postrzępionego, przegniłego próchna. - Dość tego dobrego, wstawaj! - usłyszał zniecierpliwiony, męski głos. Ktoś podał mu silną dłoń i pociągnięty energicznie ku górze, znalazł się błyskawicznie
na ciepłej, rzęsiście oświetlonej porannym słońcem powierzchni. Po dłuższej chwili, gdy
wreszcie wzrok przyzwyczaił się do światła, zobaczył, że stoi wśród czterech ponurych
mężczyzn. Dwóch z nich, ubranych w uświnione kombinezony robocze, trzymało oblepione
gliniastą ziemią szpadle, a dwóch pozostałych, wyglądających na oficjalnych przedstawicieli
administracji cmentarnej, kartkowało pilnie jakieś obszerne dokumenty. - Skory Wacław, syn Karola i Zofii? - zapytał jeden z urzędników. - T... tak. - potwierdził niepewnie. - Urodzony sześćdziesiątego drugiego? - pytał dalej służbowym tonem. - Tak. - Zmarły czwartego na raka wątroby? - No... na to... wygląda. - nagle jasno pojął co się dzieje. - W porządku. - zawyrokował urzędnik i podał mu jakiś karteluszek. - Proszę to oddać
na pierwszej bramce selekcyjnej. - Słucham? - nie zrozumiał. - Idź pan na południe, jak wszyscy. - podpowiedział mu od niechcenia jeden z
fizycznych, po czym starannie zdeptał wyrzucanego właśnie peta. Zabierali się za następnego,
spoczywającego głębiej delikwenta. Skory poczuł się przeszkadzającym w ważkich obowiązkach natrętem. Machinalnie
schował otrzymaną kartkę do kieszeni niemożebnie wygniecionego garnituru i popatrzył
dookoła. Na całym obszarze rozległego, zadrzewionego jak niezły las cmentarza miejskiego,
panował ruch niczym w dniu Święta Zmarłych. Umęczone brygady odkrywkowe przewalały całe
tony gliniastego gruntu, a zdezorientowani, odkopani już zmartwychwstańcy, kręcili się
bezradnie w poszukiwaniu kompetentnej informacji. Większość ubrana była w eleganckie
garnitury trumienne i tekturowe lakierki - kobiety w długich, tu i ówdzie upstrzonych srebrnymi
ozdobami sukniach. Dominowali staruszkowie, jednak trafiali się też młodzi, a nawet dzieci.
Niektóre płakały głośno, wołając rozpaczliwie za nieobecnymi na ogół rodzicami. Między alejkami jeździły jakieś pokraczne, drewniane wózki, popychane przez
dziwnych, długowłosych osobników w białych koszulach nocnych. To właśnie z tych wózków, a
raczej z zamontowanych na nich głośników, wydobywało się przeraźliwe, świdrujące wycie.
Ponad wszystkim świeciło gorące, najwyraźniej czerwcowe, lub sądząc po roślinności, nawet
lipcowe słońce. Ocenił, że było po dziesiątej rano. Odruchowo spojrzał na zegarek, lecz ten,
dawno wszakże nie nakręcany, pokazywał niezmiennie szóstą. Zbliżył się ostrożnie do popychającego jazgotliwy wózek młodego, zarośniętego
jegomościa o dziewczęcej, uduchowionej twarzy i przekrzykując decybele, zapytał: - Jaki dziś mamy dzień? - Dzień Chwały! - odpowiedział zagadnięty miękkim, mimo koniecznego natężenia
głosu, tenorem, w charakterystyczny sposób wznosząc oczy ku bezchmurnemu niebu. I może
było to złudzenie, ale wydawało się, że wypowiadanym w tak podniosły sposób słowom,
towarzyszy lekki pogłos, jakby mówiący znajdował się w obszernym, kamiennym pomieszczeniu.
Na przykład w kościele. - To wiem, ale ... no, czwartek, piątek ..., rok? - Zaprawdę, Dzień Chwały Dziewiąty. Machnął ręką i jakoś wcale nie zaskoczony tą mało precyzyjną, acz pewnie zasadnie
uroczystą odpowiedzią, dał spokój kwestii daty. W końcu nie to jest najważniejsze. Zresztą
złotowłosy, na oko dwudziestoletni, bezskrzydły cherub, zajęty był teraz zmianą kasety z
wiadomym nagraniem. Zgodnie z od niechcenia otrzymaną wskazówką, ruszył w kierunku mniej więcej
południowym. Niebawem znalazł się w tłumie dążących mozolnie ku bramie cmentarnej, z
jakiegoś powodu raczej przygaszonych, patrzących spode łba zmartwychwstańców. Cóż, każdy
pewnie dokonywał teraz w swym sercu błyskawicznego bilansu całego życia, przygotowując się
z grubsza do tak cudownie spełnionego, niewątpliwie mającego nastąpić Sądu. Skory,
popychany, przyciskany z każdej strony, zbliżał się powoli do obskurnego wyjścia. Wewnątrz tej
tysięcznej masy ludzkiej panował straszliwy trupi zaduch, z nieokreślonym ziemistym odcieniem.
Poczuł przemożną chęć zapalenia, zgolenia Bóg wie ilu letniego zarostu i ... oddania moczu. Nie
wiedział co ma zrobić, więc uśmiechnął się do najbliższego, depcącego mu nieostrożnie po
piętach człowieka, jak i on, niesionego prądem tej geriatrycznej rzeki. - Przepraszam bardzo, nie wie pan gdzie tu można ... na stronę? - Co? - No wie pan... fizjologia, he, he, pozagrobowa. - Co!? - Chryste! Chciałem się odlać. Tępy człeczyna skrzywił się z niesmakiem i odwrócił wzrok. Nic nie powiedział, po
czym prąc co sił przed siebie, znikł w tłumie. Skory aż przystanął ze zdziwienia. O co mu
chodziło? Rozejrzał się dokładniej i tym razem zagadnął rozsądnie wyglądającą, starszą panią, z
także, o dziwo, pokaźną brodą i obwisłym nieco wąsikiem. - Czy nie odczuwa pani chęci... zapalenia papieroska, madame? - Ja nie palę. - Ach, przepraszam. Pani pozwoli... Skory. - podjął podaną odruchowo, pomarszczoną
dłoń i symbolicznie, ostrożnie, dotknął jej wargami. - Miło mi. Kąkolewska. - starsza pani nie miała ani jednego zęba, co powodowało, że
jej uprzejmy uśmiech przypominał raczej nieopatrznie otwarty wylot rury kanalizacyjnej.
Niezrażony Skory kontynuował konwersację. - Co pani o tym sądzi? - To? - wykonała głową nieokreślony gest, obejmujący swym znaczeniem wszystko
wokół, a w każdym razie w zasięgu wzroku. - No cóż, to chyba naturalne. - Tak? - stropił się nieco. - A kiedy, jeśli można, szanowna pani... zeszła. - Ach, ostatni dzień który pamiętam to dwudziesty marca, dziewiętnastego. - Dziewiętnastego? - Tysiąc dziewięćset dziewiętnastego. - O kurcze! - Skory zrobił duże oczy. - Przepraszam. - Nie szkodzi. A pan? - Ja... przypuszczalnie dwa tysiące czwartego. - O! - tym razem starsza pani była zdziwiona. - To duża różnica. - Tak. - stwierdził krótko i rozmowa chwilowo ustała. Zresztą szacowna madame
najwyraźniej była zawstydzona swoim wyglądem, z którego, mimo zapewne naturalnego w tej
sytuacji braku lusterka, zdawała sobie jakoś sprawę. Mimo okoliczności, była przecież kobietą. Tymczasem w ostrym, trupim zaduchu, narastającym upale, zbliżali się do wyjścia.
Tu, jak się okazało, funkcjonowało coś w rodzaju portierni. Każdy wychodzący otrzymywał
tymczasowy zestaw dokumentów, robiono zdjęcie, zdejmowano odciski palców. Wręczano
komplet bonów żywieniowych i niewielką kwotę obowiązującej waluty - wykonywano też
podstawowe szczepienia ochronne. Zmęczeni, nieuprzejmi urzędnicy, wypełniali pracowicie
właściwe kwity, po czym prawidłowo zaksięgowany redivivus wychodził poza obręb cmentarza.
Na nowy, nieznany świat, cudowny świat Sądu Ostatecznego. Nic dziwnego, iż kolejka
oczekujących rosła nieustannie. Obdarowany kilkoma papierkami, pokłuty zastrzykami i zmaltretowany Skory,
wydostał się wreszcie poza bramę. Na zewnątrz było jeszcze gorzej. Potworny, stęchły tłum,
wypełniał bez reszty przycmentarny skwer i przyległe uliczki. Większość czekała karnie w kilku
kłębiących się kolejkach do naprędce zbitej z sosnowych, nieheblowanych desek, latryny.
Niektórzy jednak, mniej powściągliwi, folgowali sobie wśród okolicznych krzaków. Kobiety, rzecz
jasna, były w trochę gorszej sytuacji, jednak i one musiały sobie jakoś mniej lub bardziej
dyskretnie radzić. Kilkadziesiąt metrów dalej przygrywała fałszywie orkiestra dęta w
podstawowym, minimalnym składzie, serwując w kółko "Ave Maria" i "My chcemy Boga". Nad
całym tym gwarnym kłębowiskiem ludzkim unosił się przykry, tłumiący wszystkie inne, równie
charakterystyczne zapachy, odór uryny, a między nogami cudownie ożywionych przemykały
setki zapchlonych psów przeróżnej maści, ujadając zawzięcie i zawodząc. Nastrój nie był zbyt
podniosły. Skory nigdy nie miał kłopotów z uszczelkami, więc szybkim krokiem wydostał się
spośród największej ciżby i przebywszy kilkaset metrów, znalazł nie okupowaną jeszcze bramę.
Tam, w chłodzie kamiennego podwórka, ulżył sobie spokojnie pod ceglaną ścianą jakiegoś
ogrodzenia. Już miał zamiar oddalić się z miejsca swej niestosowności, gdy usłyszał skrzeczący,
najwyraźniej w jego stronę skierowany okrzyk. - Te, zdechlak. Nie masz kurde gdzie lać? W otwartym oknie pierwszego piętra stał starszy, może sześćdziesięcioletni
mężczyzna w brudnym podkoszulku. Część chudej, pomarszczonej twarzy, pokrywała mu
zeschnięta piana. W prawej ręce trzymał otwartą , staromodną brzytwę, którą teraz wymachiwał
groźnie ku chłodnemu podwórku. - Ano nie mam. - odpowiedział spokojnie Skory i dopiął wreszcie oporny rozporek. - A chcesz kurde w mordę? - starszy jegomość, jako najwyraźniej wytrawny,
doświadczony ulicznik, zareagował całkowicie prawidłowo, jednak jakoś tak… bez przekonania.
W końcu nie skończył jeszcze golenia. - Chcę. - odpowiedział natychmiast Skory, który też z niejednego pieca chleb jadł. - To zaczekaj chwilę. - odkrzyknął groźnie stary i znikł za brudną firanką. Skory popatrzył w gorejące niebo, westchnął cicho i zdjął uciążliwą, niestosowną w
tym upale marynarkę. Pod oknami stała podłużna ławeczka, więc usiadł na niej, rozglądając się
uważnie po zabudowaniach. Było to typowe w jego czasach, podmiejskie, lumpenproletariackie podwórko.
Przyuliczna, trzypiętrowa, ponura kamienica z centralną bramą, dwie jeszcze bardziej obskurne
oficyny, jakieś parterowe komórki i kawałek miniaturowego, zapuszczonego ogródka. Całość
oddzielona czerwonym niegdyś murem od najpewniej podobnych zabudowań sąsiednich. Ani
jednego drzewa, choć na wysokości trzech metrów pętliły się malowniczo we wszystkie możliwe
strony, żałosne witki postrzępionych przewodów elektrycznych, łączących bezsensownie
budynki. Mimo to było tu przytulnie i jakoś tak kameralnie, przyjemnie. Może to kwestia wyraźnie
ograniczonej zabudowaniami przestrzeni, optymalnej wymiarowo - ani za dużej, ani za małej? W
końcu po tylu latach leżenia w ciasnym, drewnianym pudle, otwarta przestrzeń byłaby nie do
zniesienia. Przynajmniej przez jakiś czas. Po dłuższej chwili usłyszał skrzypienie drewnianych schodów. Z odrapanej klatki
wejściowej wychynął powoli krewki staruszek, ogolony już i ubrany w jakiś przedziwnej
konstrukcji sweter z ponaszywanymi kieszeniami. Ku zaskoczeniu Skorego, trzymał w prawej
ręce małą butelkę i kilka kromek razowego chleba, a w lewej kieliszki oraz metalową bańkę. - Cześć kolego. - powiedział obojętnie i usiadł obok na ławeczce. - Gorąco dzisiaj. Skory uśmiechnął się w myśli stwierdziwszy, iż sposoby rozpoczynania konwersacji
nie zmieniają się pewnie od tysiącleci. Początkowe wtręty pogodowe obowiązują niezależnie od
sytuacji, w każdych, najdziwniejszych nawet okolicznościach. - Rzeczywiście. - przyznał, a dla potwierdzenia tego co mówi, podwinął rękawy swojej
Część 22 / 6
białej, ceremonialnej głównie koszuli. Gest ten mógł wyglądać dwuznacznie, jednak w tym
wypadku nie oznaczał rytualnych przygotowań do mających się za chwilę rozegrać rękoczynów.
Tym bardziej w obliczu tak interesującego bagażu, jakim obładowany był świeżo ogolony
człowiek. Gospodarz rozstawił barowe przybory na ławeczce między nimi, odbił butelkę i
precyzyjnie napełnił kieliszki. Kiwnąwszy znacząco głową, podał Skoremu kromkę chleba. Wypili
w milczeniu przegryzając maleńkimi kęsami. Zrobiło się całkiem przyjemnie, a dla dopełnienia
szczęścia, szczodry fundator wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów, częstując
spragnionego nikotyny gościa. Zapalili, po czym jak na komendę, rozprostowali z ulgą
zmęczone nogi. Dochodziło gorące południe. - Czemu jesteś kurde taki szybki? - zagadnął stary po dłuższej chwili wspólnego
delektowania się tym cichym spokojem. - Jak to? - Skory nie rozumiał. - Miałeś być dopiero jutro. - Nic o tym nie wiem. - zdziwił się Skory. - Ale kurde dziadostwo. - stary pokręcił z dezaprobatą głową i ponownie fachowo
napełnił kieliszki. - Umarłeś e... czwartego? - Tak. - Skory Wacław? - Znasz mnie? - Pewnie. - stary opróżnił kieliszek. - Wypij, i ... kurde mów mi Lutek. Skory z przyjemnością przełknął następną porcję alkoholu. Odprężył się już
całkowicie. Podświadomie czuł, iż jest we właściwym miejscu i rozmawia z właściwym, choć
trochę może dziwnym człowiekiem. To nic, że nieco wcześniej. - Wacek. - przedstawił się oficjalnie i uścisnęli sobie żylaste dłonie. Lutek popatrzył na niego uważnie, obejrzał czarny, okazjonalny i w gruncie rzeczy
niezbyt wygodny, a zwłaszcza nietrwały, tani strój, i jakby oklapł. - Masz te cholerne papiery? - mruknął w końcu pytająco. - Mam. - Skory wyciągnął dopiero co otrzymane dokumenty i podał staremu. Ten
założył rozsypujące się okulary, po czym zaczął uważnie studiować urzędowe karteluszki. -
Zgadza się! - Co się zgadza? - Jestem twoim nowym prowadzącym. - Kim? - No tak. Twój poprzedni e... Anioł Stróż nie sprawdził się, i teraz pewnie popycha
jeden z tych wrednych wózków. De... gradacja kurde, he, he. - Za co? - Nie wiem na pewno, ale chyba wbrew ustaleniom dopuścił do twego
przedwczesnego, no... zgonu. Skory zazwyczaj kojarzył dość szybko, więc miał już jaki taki obraz sytuacji. Jednak
kilka szczegółów wymagało wyjaśnienia. Postanowił to zrobić, zakładając optymistycznie, że
rozmawia z osobą kompetentną, skłonną przy tym do rozmowy. - Powiedz mi Lutek, jaki mamy rok? - Dzień Chwały Dzie... , tfu, nie o to ci chyba chodzi? - Nie. - Według starej rachuby, dwa tysiące dwunasty. Drugi lipca. Leżał więc w ziemi osiem lat. To chyba niewiele w porównaniu z ową dystyngowaną,
starszą panią. Pomyślał o żonie i synu, odwiedzających go w jego ostatnich, upokarzających,
pełnych cierpienia peregrynacjach szpitalnych. - A ty kiedy... , no wiesz? - Co ty. - Lutek zaperzył się wyraźnie. - Ja kurde jeszcze żyję, dzięki Bogu. No tak. To chyba też do pewnego stopnia logiczne. W końcu Pismo nie wspomina nic
o konieczności utrupienia egzystujących jeszcze w Dniach Ostatecznych. Sądzeni mają być
żywi i umarli, po równo, sprawiedliwie. Jakoś tylko nie przypomina sobie wielkich trzęsień ziemi,
wojen, moru, czy podobnych, ponurych wydarzeń, zwiastowanych szczodrze na szacownych
łamach. Osiem lat to chyba za mało dla realizacji tych wszystkich okropności. - Czy... , czy po czwartym była jakaś... apokalipsa, zaraza lub wojna? - Jaka wojna? - No... , światowa na przykład? - Nie. Kogo dziś kurde na to stać? - Lutek ponownie spełnił barmański obowiązek,
przy czym okazało się, iż tajemnicza bańka którą trzymał dotąd pod ławką, także zawiera
alkohol, najwyraźniej własnej produkcji, z tym, że o niebo lepszy niż ten w firmowej butelce. -
Przecież już w dziesiątym, wszystko zżarła kosmiczna bieda, bezrobocie, uwiąd państwa. Nie
pamiętasz kurde początków? - Pamiętam, pamiętam. - Skory pokiwał smętnie głową. Ciekawe. Ogólnie biorąc, niejako naturalną przyczyną wielkich wojen i przesileń
zawsze były bieda, bezrobocie, przeludnienie. Skutecznie zresztą przez te wojny likwidowane.
Chyba, że zadziałał tu narastający od dziesięcioleci, skrajnie konsumpcyjny styl życia, zanik
wszelkich autorytetów, ogólny nihilizm, tumiwisizm, powszechna, do fanatyzmu, komercja, seks.
Cóż, nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. Poza tym rzeczywiście, każda wojna
kosztuje, szczególnie zwycięska. - Nie martw się Wacek. - Lutek był już całkiem ładnie zaróżowiony i mówił trochę
niewyraźnie. - Będzie dobrze. A gdy przyjdzie czas twojej e... rozprawy, zorientujesz się
ostatecznie i... kurde raz na zawsze. Hela! Tu wydarł się niespodziewanie w kierunku swojego okna, w którym po chwili ukazała
się tęga, starsza kobieta, okryta głównie ceratowym fartuchem kuchennym, trzymająca w ręku
duży, błyszczący w słońcu nóż. - No? - zakrzyknęła rzeczowo. - Skończyłaś? - Nie. - padła obszerna odpowiedź i potężna kobieta znikła w czerni pokoju. - To kurde moja stara. - zawiadomił dumnie Lutek. - Przygotowuje co trzeba. A teraz
pokaż ile wam dają absolutów. - Czego? - No, pieniędzy. Skory wyjął z kieszeni plastikową kopertę otrzymaną przy wyjściu z cmentarza,
zawierającą kilka kolorowych, nowiutkich banknotów. Rzeczywiście. Na awersie każdego z nich
widniała złota, bogato zdobiona korona w otoczeniu fruwających aniołków, dmuchających w
długie, srebrne trąbki. Na rewersie dumnie dominował różowiutki napis "Alleluja - Dwadzieścia
Absolutów", numer seryjny i oczywista w tych warunkach sentencja: - "Ja jestem Alfa i Omega,
pierwszy i ostatni, początek i koniec". Znaku wodnego nie było. - Nawet ładne. - stwierdził po dokładnym obejrzeniu. - Kwestia gustu. - mruknął Lutek i odebrawszy mu kopertę, przeliczył pieniądze. - No i... ? - To kurde złodzieje. - stary splunął serdecznie obok ławki. - Jest tylko dwieście
absolutów. A mieli dawać tysiąc. Masz jakieś drobne? - Drobne? - Ameny, monety, jedna setna absolutu? - Nie. - Cwana banda. - Lutek zwinął banknoty i schował je do kieszeni spodni. - Dobra. Ja
trzymam kasę. - No, no. - Skory delikatnie wyraził pewną wątpliwość. - Nic się kurde nie martw. - Lutek rozsiadł się wygodniej. - Od tej chwili jesteś pod
moją opieką, zamieszkasz u mnie i to ja, jak przyjdzie czas tego pieprzonego procesu,
doprowadzę cię przed oblicze. Pójdziemy zaraz na górę, gdzie obmyjesz ten trupi smród i gdzie
pokażę ci całą twoją cholerną dokumentację. Poznasz moją babę. Jednak siedzieli jeszcze na wąskiej ławeczce aż do wieczora, aż do całkowitego
zużycia zawartości pojemnej bańki. Wieczorny, widoczny na niebie tylko w świetle
zachodzącego słońca, ogromny napis "Spoczywajcie w pokoju", widzieli jedynie przez chwilę,
gdy akurat podnosili do ust kolejny kieliszek. Na górę weszli oddzielnie, przy każdorazowej,
koniecznej a wydatnej pomocy Heli Żelazko, Lutkowej starej. Dziewiąty Dzień Chwały dobiegał
końca. ..................................
- Chryste Panie! Ja już nie mogę! - trzydziestoletni z wyglądu mężczyzna, siedzący za
biurkiem, oparł się łokciami o blat i ukrył bladą, wymiętą twarz w dłoniach. W wymalowanym
pośpiesznie na różowo pokoju, umeblowanym skromnie w niezbędne sprzęty kancelaryjne,
znajdowały się trzy osoby - ów wyrzekający, umęczony brakiem snu osobnik ubrany w
przepisowy, zielonkawy habit z przypiętą po lewej stronie plakietką uprawomocnionego
błogosławionego, około dwudziestoletni złotowłosy łącznik w białej, długiej szacie z
archanielskimi naszywkami i niezwykle chuda, brzydka sekretarka, pochylona nieruchomo nad
ogromną maszyną do pisania. Wokół piętrzyły się stosy powiązanych w paczki tekturowych
teczek, zawierających wszelkie niezbędne dokumenty osobowe. Spoza drzwi, z korytarza, dochodził nie milknący gwar kłębiących się w ogromnych
kolejkach grzeszników, a zwłaszcza ich skądinąd słuszne i głośne narzekania. Mimo
porozwieszanych wszędzie plakatów, dodatkowych kartek z niezbędnymi wyjaśnieniami, mimo
całodobowej pracy aż dwóch, usytuowanych na parterze punktów informacyjnych, większość
zmartwychwstańców biegała od pokoju do pokoju, wypytując, potwierdzając, a nade wszystko
szczerze pomstując. Bałagan był totalny. - Rozumiem cię synu. - złotowłosy dostojnik niebieski miał przyjemny, śpiewny głos,
wzbogacony o wyraźny efekt echa, jaki tak chętnie stosuje się w estradowych produkcjach
artystycznych. - Jednak to przecież dopiero początek. My też się uczymy... ymy... my. - Tak, Besale, ale ja już nie spałem cztery doby. - błogosławiony, pełniący tutaj
odpowiedzialną funkcję sędziego wstępnego, zrezygnowanym ruchem zdjął z łysiejącej głowy
źle dopasowane, uwierające go insygnia laurowe, które ostrożnie położył na biurku. - Nie jestem
tak jak ty aniołem, muszę odpocząć, wykąpać się, wyspać. Żona się zamartwia i wydzwania co
chwilę. Pani Krysia również ma dość, prawda? Brzydka sekretarka otworzyła na chwilę opuchnięte powieki, spojrzała tęsknie w
różowiutki sufit i bez przekonania kiwnęła głową. - Owsem, sefie. - ledwie wydobyła z siebie tych kilka płaczliwie brzmiących,
sepleniących głosek. - Jestem głodna. - No właśnie, Besale. - błogosławiony rozłożył ręce. - Musimy zrobić przerwę. Anioł był w kropce. Sam widział cały ten narastający bałagan, te tysiące
zdezorientowanych, skołowanych zmartwychwstańców, tę paranoiczną niewydolność Urzędu.
Jednak wszystko jak dotąd przebiegało zgodnie z wytycznymi, zgodnie z Planem. Cóż, Plan,
rzecz jasna nie musiał być koniecznie przemyślany do końca, ale to zawsze Plan i nie on będzie
go kwestionować. - Dobrze. - odpowiedział po chwili namysłu. - Zaprawdę, złożę raport i zobaczymy. Wstał z krzesła. Sędzia wstępny, błogosławiony jeszcze za życia, były księgowy
Walczak i pani Krysia, uklęknęli, po czym złożywszy ręce jak do modlitwy, zaczęli wpatrywać się
w wyprostowanego, słusznego wzrostu Besala. Ten, po kilku sekundach ciszy, zajaśniał cały
błękitnym, łagodnym światłem, a skromny pokój biurowy napełnił się intensywnym, w gruncie
rzeczy odświeżającym zapachem kwitnącego jaśminu. Łączność z Kierownictwem Sekcji została
nawiązana. Po chwili złotowłosy oklapł lekko, przeżegnał się szybko i ponownie usiadł. Kojąca
jasność zbrązowiała, by w końcu zgasnąć całkowicie. - No i co? - spytał zaniepokojony błogosławiony, otrzepując kurz z habitu
ubrudzonego klęczeniem na zakurzonej podłodze. - Zaprawdę ciężko było, ale... w porządku. - Besal wydawał się zadowolony. -
Załatwicie jeszcze dwóch petentów i... - tu żartobliwie zawiesił głos. - No? - pani Krysia nie mogła się opanować. - Pięć dni wolnego. Część petentów przejmie Urząd Dzielnicowy - Besal powiedział to
cichym, niby obojętnym tonem, jednak zrobił przy tym teatralnie dumną minę i skromnie,
anielsko uroczo, skierował uradowany wzrok w górny róg pokoju. Wszyscy troje roześmieli się
rozluźniająco. - Wspaniale! - zakrzyknął błogosławiony. - Pani Krysiu, trzy kawy kochana proszę! -
zarządził ochoczo. Nastrój wyraźnie się poprawił. Gdy po chwili w trójkę popijali świeżutką, gorącą kawę,
przygotowując się do ostatnich dziś czynności urzędowych, ucieszony takim obrotem sprawy
Walczak nieoczekiwanie otworzył dolną szufladę biurka i mrugnąwszy filuternie na Besala,
wyciągnął stamtąd maleńką bombonierkę, wypełnioną jeszcze do połowy gustownie
uformowanymi, ciemnobrązowymi czekoladkami porterowymi. - Po jednym? Anioł spojrzał na smakowite, nasycone słodkim, niskoprocentowym likworem kostki i...
zrobił się czerwony na młodzieńczej, gładko wygolonej twarzy. - Ależ... co wy. - najwyraźniej zawstydzony odwrócił wzrok. - No, bądźcie człowiekiem. - nalegał błogosławiony. - W imię Boże. W pokoju zaległa niezręczna cisza. Pani Krysia, wieloletnia pracownica wszelakich
instytucji i urzędów, przyzwyczajona była do najprzeróżniejszych, alkoholowych figielków swoich
Część 33 / 6
przełożonych, jednak teraz, w Dziesiątym Dniu Chwały i w tym Urzędzie, tamte doświadczenia
nabierały innego znaczenia. A w każdym razie powinny. Nawet w odniesieniu do tak niewinnej
porcyjki. - A niech tam. - mruknął zawstydzony ciągle jak panienka anioł. - W końcu pracujemy
razem, no i... ta okazja. Błogosławiony ostrożnie poczęstował anielskiego łącznika i sekretarkę, po czym
demonstracyjnie podniósł do ust własną czekoladkę. - No to... na Chwałę Pana. - sprecyzował. Besal wyciągnął rękę i już, już miał uczynić to samo, jednak wstrzymał się gwałtownie,
popatrując niepewnie po zawalonym papierami pokoju. - Tylko... rozumiecie że to... nic nie znaczy. - zastrzegł się cicho. Ciekawa rzecz - im ciszej mówił anioł, tym wyraźniejsze było towarzyszące jego
słowom echo, a ściślej, jego procentowa zawartość w stosunku do głosu normalnego.
Sprawiało to dziwne wrażenie, jakby mówiący dostojnik oddalał się gdzieś w przestrzeń, w
zaświaty. - Oczywiście, ocywiście. - Błogosławiony i pani Krysia wypowiedzieli to jedynie
właściwe w tej sytuacji słówko jednocześnie. Nie było już żadnych przeszkód, więc wszyscy
szybko spełnili symboliczny, czekoladkowy toast. Kolorowa bombonierka błyskawicznie znikła
wśród przepastnych wnętrzności wypełnionego dokumentami biurka. Wszak czekała jeszcze
praca, jakże zaszczytny, ostateczny obowiązek. Pani Krysia bezzwłocznie sięgnęła na
niepewnie stojący stos i podała Walczakowi pierwszą z wierzchu teczkę, czekając skromnie na
decyzję. - Niech wchodzi. - zgodził się błogosławiony po chwili, przerzuciwszy kilka kartek. Sekretarka otworzyła odrobinę drzwi, i wystawiwszy przez nie głowę, wrzasnęła na
zewnątrz, przekrzykując korytarzowy tumult: - Cterysta tsydzieści ctery! W zatłoczonym pomieszczeniu zrobił się ruch. - Ile, ile? - dopytywali się ci stojący
dalej, nie obeznani jeszcze z wdzięczną wadą wymowy urzędniczki. Większość z kolejkowiczów
wyciągała swoje karteczki i sprawdzała pilnie jeszcze raz, po czym zrezygnowana, chowała z
powrotem. Najwyraźniej nikt z obecnych nie był oznaczony tą liczbą. - Znowu jakiś ateista. - Oburzona do żywego sekretarka odwróciła się w stronę
pokoju. - To następny. I jeszcze raz pani przypominam, że prawdziwych ateistów nie
obsługujemy. Ci pozostaną w gruncie na wieki. - Błogosławiony ponownie, niejako
automatycznie, poczuł się nadzwyczaj zdegustowany. Nie wszystko szło jak trzeba, jak było
zaplanowane - Sami widzicie jak tu można pracować. - spojrzał z wyrzutem na niebieskiego
przedstawiciela. Zamknął teczkę i energicznie przyłożył z wierzchu ogromną pieczątkę
"DOPROWADZIĆ PRZYMUSOWO w dniu:......", a następnie wpisał właściwą datę. Czterysta trzydzieści pięć okazała się drobną staruszką, ubraną w granatową, długą
suknię, białe, bawełniane pończoszki i złote buciki. Na głowie miała pognieciony kapelusik ze
zwiniętą teraz woalką, przystrojony pojedyńczą, zeschłą na węgiel chryzantemą. Stanęła
niepewnie na środku pokoju, mnąc w ręku długie, przybrudzone nieco, ażurowe rękawiczki. - Nazwisko? - zapytał urzędowo, bezosobowo, błogosławiony, otwierając teczkę z
kolejnym numerem. - Kostrzewa, z domu Jarosz. - odpowiedziała zaskakująco wyraziście, pewnie. - A
pańskie, młody, źle wychowany człowieku? Błogosławiony zerknął szybko w dokumenty, po czym sprężyście wstał zza biurka i po
wojskowemu strzelił obcasami. Ściślej, służbowymi, przydziałowymi drewniakami, nadzwyczaj
nadającymi się do takich rzeczy. - Przepraszam najmocniej pułkownikowo. Pani pozwoli - Walczak Zdzisław,
Błogosławiony drugiej kategorii, z Upoważnienia Pełnomocny, Dyplomowany Sędzia Wstępny. -
przedstawił się uroczyście. - Proszę łaskawie spocz..., hm..., usiąść. - In...,in..., insss... - usłyszał nagle spod okna dziwny, podbudowany oczywiście
echem syk, i odruchowo odwrócił głowę. Na brudnej podłodze siedział Besal i kiwając się dziwnie, pokazywał na zapomniane
laury, leżące bezwstydnie na biurku. Na szczęście, jako nadzorujący incognito, nie był widoczny
dla podsądnych. Walczak zdziwiony nieco tak silną reakcją niebieskiego przedstawiciela na tę
odrobinę czekoladkowego rumu, założył szybko porzucone chwilowo insygnia, i z całym
urzędowym majestatem podstawił staruszce krzesło. - A więc? - spytała rezolutnie drobna kobiecina, usiadłszy ostrożnie. Dziwna sprawa -
całe jej marne ciało, cała postać, emanowały zakłopotaniem, niepewnością, nieporadnością,
natomiast wzrok, przenikliwe spojrzenie i pewny, rzeczowy ton głosu, wyrażały zdecydowanie
oraz jasną stanowczość. Rodzaj samoobrony - pomyślał błogosławiony, po czym przystąpił do
standardowej procedury wstępnej. - Wypełniła pani kwestionariusz RS - 1? - Nie rozumiem, młodzieńcze. - Pytam, czy ma pani wypełniony Rachunek Sumienia. - Ach tak. Proszę bardzo. - Sięgnęła szybko do małej torebki i podała mu żółty,
poczwórnie złożony karteluszek z mnóstwem rubryk. - Świetnie. I cóż tu mamy? - zaczął uważnie studiować dokument, następnie wyjął z
szuflady kalkulator by precyzyjnie podliczyć punkty. Staruszka patrzyła ciekawie na małe, kolorowe urządzonko i w końcu nie wytrzymała. - Cóż pan tam kochany robi? - Sumuję pani punkty. - To pojmuję, ale na Boga... czym, jak? - Ach to? To zwykły kalkulator. - jeszcze raz spojrzał w dokumenty petenki. - Takie
zmyślne urządzonko do liczenia. Coś znacznie lepszego niż,... niż abakus. - Rozumiem i... dziękuję. Po chwili miał już pełny obraz sytuacji. Rozstrzygnięcia wymagała tylko jedna drobna,
niezbyt jednak przyjemna sprawa. - Szanowna pani pozwoli, lecz musimy to wyjaśnić. Pamięta pani zapewne dzień, gdy
świętej pamięci małżonek, pułkownik e..., Kostrzewa, wrócił niespodzianie z ćwiczeń i ciężko
ranił szablą porucznika Rokosza, zastawszy go w pani hm... buduarze? - Owszem. - odpowiedziała swobodnie, nieco jednak zaskoczona, staruszka. -
Kulesza zawsze był raptus. - A więc, w związku z powyższym, a także w obliczu późniejszych, równie
niewłaściwych okoliczności, zadaję teraz pani urzędowe pytanie: czy dzieci państwa,
mianowicie synowie Karol, Edward oraz córka Ewelina, to także dzieci pułkownika Kuleszy? I
proszę mówić prawdę, ponieważ i tak znam odpowiedź. - W takim razie po cóż pan pyta, monsieur? - staruszka nawet nie spuściła wzroku. - Przypominam, iż jesteśmy w Urzędzie, gdzie poddawana jest pani właśnie oficjalnej
procedurze wstępnej. To coś jeszcze gorszego niż.. niż urząd skarbowy. Staruszka tym razem spuściła z tonu. To rzeczywiście był argument. W dodatku
ponadczasowy. Spojrzała żałośnie na brzydką, obojętną sekretarkę, westchnęła ciężko, po
czym z bystrych oczu puściły się jej łzy. Zapłakała cicho i chlipiąc powiedziała krótko: - Nie. - Co, nie? - Błogosławiony żądał jasnych odpowiedzi. - To nie są jego dzieci. - Więc czyje? Proszę podać nazwiska. Lekkomyślna, starsza teraz dama, ponownie pogrzebała w torebce, wyjęła z niej
śnieżnobiałą chusteczkę, którą otarła niesforne, oczy. Jeszcze raz westchnęła, po czym z
niejakim zażenowaniem, cicho zaczęła wyliczać: - Karol jest, był, synem porucznika Rokosza,
Edward kapitana Mostowicza, a Ewelinka... córką... tego..., tego zwierza, szofera Stefana. Boże
wybacz. - Ku...kurwa... urwa... rwa... a. - dobiegło spod okna. Błogosławiony ponownie
odwrócił się w tę stronę i zobaczył całkiem już leżącego na podłodze Besala, który nieporadnie
szykował się do spania. Machnął ręką, po czym powrócił do kończącej się procedury. - W tej sytuacji, biorąc zwłaszcza pod uwagę wielokrotne, uporczywe łamanie postów,
a także nieuzasadnione wzywanie Jego imienia, kieruję panią na drugie piętro, do pokoju
dwieście cztery. - tym razem głos błogosławionego brzmiał nadzwyczaj surowo, służbowo. -
Zgłosi się tam pani e... osiemdziesiątego Dnia Chwały, przed południem. Pani Krysiu, proszę
wypisać skierowanie. Dziękuję madame. Zapłakana już na dobre, wystraszona nie na żarty uroczystym tonem staruszka,
siedziała na niewygodnym krześle ze spuszczoną, siwą głową. Po kilku sekundach ciężkiego
walenia w oporne klawisze, pani Krysia wstała od maszyny i podała szefowi wypełniony
świstek. - Prosę sefie. - powiedziała przymilnie. Sędzia wstępny, regulaminowo stukając drewniakami, wręczył petentce świeżutkie,
właśnie zdjęte z maszyny fatalne skierowanie, następnie uprzejmie acz stanowczo, wyprowadził
na korytarz. Na dzisiaj pozostał już tylko jeden interesant, ale to wyłącznie kwestia jakichś
dwudziestu minut. Tyle przecież jeszcze wytrzyma. A potem słodkie pięć dni wolnego, pięć dni z
żoną i nie widzianymi szmat czasu dziećmi. Może wybiorą się do teściów? Spod okna dobiegało ciche, monotonne chrapanie, w takt jakiejś kojącej, ledwie
uchwytnej muzyki organowej, rozbrzmiewającej nie wiadomo skąd. ..................................
Jak przewidywal, Lutek Żelazko przepił całe dwieście absolutów w ciągu zaledwie
trzech dni. Oczywiście nie sam. Skory też miał w tym swój znaczący udział, a i małomówna,
gruba Lutkowa wcale sobie nie żałowała. Cóż, zapewne są to konieczne koszta towarzyskie
nowych, trzeba przyznać, interesujących znajomości. Nigdy od nich nie stronił, i zawsze, mimo
czasem ciężkich doświadczeń, starał się okazywać dobrą wolę. Przynajmniej na początku. Na
szczęście pozostałe osiemset trzymał przezornie porozmieszczane w różnych częściach swojej
jedynej garderoby. Nauczony doświadczeniem, zrobił to zaraz po wyjściu z cmentarza, zanim
ulżył sobie na Lutkowym podwórku. Pozostały mu też kartki żywnościowe, które można było
zrealizować wyłącznie osobiście w wyznaczonych barach. Stał teraz głodny, wstrząsany
straszliwym kacem, w długiej kolejce do zamkniętej jeszcze, darmowej garkuchni. Lutek, jego
oficjalny opiekun, poszedł w miasto szukać jakichś znajomości mających pomóc w
przyśpieszeniu terminu procesu wstępnego, odłożonego z powodu nieprzewidzianego nawału
podsądnych. Do Dnia Chwały Sto sześćdziesiątego, przeszło pół roku. Nareszcie otworzyli. Wygłodzeni kolejkowicze rzucili się bezładnie do drzwi i cały, jaki
taki porządek diabli wzięli. Co zwinniejsi, silniejsi, znaleźli się teraz w czołówce, wyciągając do
zaspanej rejestratorki swoje kartki. Dzisiaj był wybór - pomidorowa z ryżem, pieczarki w sosie
chrzanowym, barszcz czerwony, i standardowo manna niebieska, która jednak, głównie z uwagi
na mydlany smak, nie cieszyła się wielkim powodzeniem. Na deser kubek odtłuszczonego
dokumentnie mleka, lub puszka napoju jabłkowego. Pełna wegetariańska, urzędowa ohyda,
choć trzeba przyznać swojska, narodowa. Poza rzecz jasna uniwersalną, internacjonalną
manną. Bezpłatna, pitna woda gazowana, święcona centralnie w ogrodach Pańskich, stała w
ogromnych, plastikowych baniakach. Dopchał się wreszcie do nadąsanej blondyny i podał
swoje bony. - Dlaczego pan nie wykorzystał tylu kartek? - zza szybki padło ostre, podejrzliwe
pytanie. - No cóż... nie byłem głodny. - Skory przybrał zrezygnowaną, umęczoną minę i
rzeczywiście tak się dziś rano czuł. - No, no. Tak nie wolno. - Blondyna zapisywała coś szybko na podanych druczkach. -
Teraz może pan zjeść dwie porcje, ale każda następna trzydniowa przerwa eliminuje pana z
Część 44 / 6
systemu żywienia. Zrozumiano? - Tak jest kierowniczko. - Odebrał resztę swoich kartek, podwójne zlecenie na
pomidorówkę, i przeszedł do następnego, oprawnego w aluminiową złoconą ramę okienka, z
odręcznie wykaligrafowaną zielonym flamastrem sentencją - "Przyjdźcie, a będziecie
nakarmieni". Tutaj królował młodziutki, złotowłosy anioł - uśmiechając się łagodnie, odbierał
barowe zlecenia, a w zamian podawał zgłodniałym zmartwychwstańcom parujące talerze i
plastikowe kubki pełne mleka. Łyżki pobierało się z pojemnika obok. - O, dwie porcje. - zdziwił się nieco i spojrzał na Skorego. - Zasługujesz, synu... ynu...
nu... u? Skory pierwszy raz widział takie spojrzenie. Była to czysta emanacja miłości, dobroci,
połączona wszakże z pełnym wyrazu, zrezygnowanym zwątpieniem i jakąś... matczyną
wyrozumiałością. Jasnoniebieskie, dziewczęce oczy cheruba tliły się delikatnym, wewnętrznym
światłem, przenikając wszystkowidząco i współczująco do głębi. - Być może... nie. - Zmieszał się nieco. - Jednak jestem... piekie..., bardzo głodny. - Przez cierpienie do wieczności... ości... ci. - powiedział anioł trochę bez sensu,
jednak podał Skoremu rzeczywiście podwójne, gorące porcje. Już na koniec, robiąc
sakramentalny znak krzyża, mrugnął porozumiewawczo lewym okiem i położył na tacę dwie
dodatkowe kromki chleba. - Z Panem. - dorzucił znacząco. - Z panem, to znaczy z ... tobą, tfu. - Obładowany tacą Skory nie bardzo wiedział co
odpowiedzieć, wziął więc szybko łyżkę i odwróciwszy się rozpaczliwie, całkowicie
zdeprymowany, poszedł z gorącym bagażem w głąb sali. Znalazł wolne miejsce przy
chybotliwym, metalowym stoliku, gdzie natychmiast zabrał się do jedzenia. Jeżeli zwykły,
szeregowy anioł - myślał, przełykając kolejną porcję gorącej pomidorówki - zatrudniony w
podrzędnym, obskurnym barze, potrafi tak patrzeć, to co dopiero mówić o wyższych rangą? Lub
o... Nim? Przeszły go ciarki. Zjadł wszystko błyskawicznie, otarł usta maleńką, papierową
serwetką, i odniósł puste naczynia do zmywania. Jako tako najedzony, wyraźnie w lepszej
kondycji, wyszedł czym prędzej na ulicę, niezmiennie, od kilkunastu dni, słoneczną. Kac szybko
mijał. Wokół przewalały się niezmierzone tłumy najdziwniejszych ludzi. Chodnikami płynęła
wolno zdumiewająca ciżba, podczas gdy po jezdni śmigały w obie strony szybkie, kolorowe
samochody urzędników różnych szczebli. Co jakiś czas przemknął zatłoczony tramwaj, iskrząc
na zakręcie skrzypiącym, chybotliwym pantografem. Status społeczny poszczególnych zmartwychwstańców, oraz epoka, czasy w których
zmarli, były aż nadto widoczne. Spora część ubrana w zwyczajowe, ciemne garnitury i
tekturowe, rozsypujące się teraz lakierki. To ludzie jako tako sytuowani, stosunkowo
współcześni, góra sprzed dwustu, trzystu lat. Duża ilość osób, przynależna do wieku może
siedemnastego, osiemnastego, obnosiła się z czymś bardziej kolorowym, choć niekoniecznie
wyszukanym. Dominowały jednak mundury wojskowe wszystkich czasów, wszystkich rodzajów
broni, oraz jednolite, brzydkie stroje urzędowe, to znaczy przydzielane przez administrację zaraz
po powstaniu z grobu. Coś w rodzaju szarych worów, wykonanych z nieprzemakalnej, ciężkiej
tkaniny, absolutnie wykluczających wszelkie zgorszenie. Najwyraźniej ludzie ci byli pochowani
nago - nędzarze, chłopi pańszczyźniani, polegli, ograbieni z wszystkiego żołnierze, jaskiniowcy,
przestępcy? Człapali wolno chodnikami, rozglądając się niepewnie wokół, patrząc z
przestrachem na wysokie, przeszklone budynki, ruchliwą jezdnię, pocierając w zdumieniu
skołowaciałe, niskie czoła. Były też grupki poważnych, smutnych dzieci w różnym wieku,
prowadzonych przez złotowłosych cherubów, wyjaśniających im oglądany, przedziwny świat.
Istne, tak naprawdę przygnębiające w swej masie i żałosnej różnorodności panopticum. Skory umówił się z Lutkiem w pobliskim parku. Po drodze kupił paczkę papierosów,
by po chwili usiąść wygodnie na niskiej ławeczce wśród bujnej, magistrackiej zieloności. Tutaj
na razie był jaki taki spokój, choć po alejkach pętało się już kilkudziesięciu ożywieńców, głównie
tych workowatych, najbardziej wystraszonych, "najstarszych". Uderzyła go jedna, oczywista w
tych warunkach wątpliwość. Jak administracja porozumiewa się z nimi - w końcu zakładając
nawet, iż są to w większości rodacy, to jednak język jest tworem żywym, zmieniającym się z
biegiem lat. Skąd ci biedni, wystraszeni ludzie, zmarli pięćset, tysiąc lat temu, mają znać
współczesną mowę? Postanowił to sprawdzić. Właśnie nadchodził wolno jakiś przygarbiony,
niskiego wzrostu workowaty. Patrzył wokół spode łba, jakby się skradał. - Hej, dziewczynko. - Skory zwrócił się uprzejmie do niego, machając przyjaźnie ręką. Workowaty stanął jak wryty i zwrócił swoje przekrwione, nieprzyjemne oczka na
uśmiechniętego przyjaźnie Skorego. Rozejrzał się czujnie dookoła, następnie wolniutko,
ostrożnie, podszedł bliżej. Widać było, iż jest przeraźliwie wystraszony. - Tak? - rzucił krótkim, pełnym wyrazu i gotowości bojowej pytaniem. - Usiądź tutaj, pogadamy. - Skory pożałował nagle swojej ciekawości. - Słoneczko tak
przyjemnie grzeje. Śpieszysz się gdzieś? - Nie. - odpowiedział z namysłem workowaty. Jeszcze raz rozejrzał się uważnie i
usiadł wreszcie na przeciwnym końcu ławki. - Czego chcesz? Zadziwiające. Gość zupełnie prawidłowo rozumie co się do niego mówi. Wyraża się
też normalnie, choć nieco oszczędnie. - Kiedy umarłeś? Workowaty zmarszczył czoło. Nie żeby nie chciał odpowiadać, ale miał jakieś
problemy. - Ja... , ja nie umarłem. - wyjaśnił wreszcie. - Nie chrzań. - Skory pokręcił głową z niedowierzaniem. - Ja też umarłem. - Ja nie umarłem. - upierał się workowaty. - Ja zostałem... zamęczony. Cokolwiek to znaczyło, zabrzmiało bardzo ponuro. Skory, mimo że sam wycierpiał w
życiu niemało, nie myślał nigdy o dawnych czasach w kontekście jakości ówczesnego życia, a
zwłaszcza form, warunków, okoliczności umierania, odchodzenia tych ludzi. Chyba jednak nie
były to czasy zbyt przyjemne . A wrażenie, jakie zrobiło na nim ostatnie stwierdzenie
workowatego, spowodowało, iż zapomniał na chwilę o celu tej rozmowy, o swej ciekawości
językowej. - Jak, przez kogo? - zapytał ostrożnie, współczująco. Workowaty spojrzał na niego i widocznie jasno zauważył zmieszanie, zażenowanie
indagującego, bo odsapnął jakby i odprężył się momentalnie. Wszechogarniające ten nowy,
obcy świat zagrożenie, przygnębienie, zblakło nieco w obecności nieznajomego, na czarno
ubranego, miłego jednak jak się zdaje człowieka. Zresztą rzeczywiście - w zieloniutkim,
nasłonecznionym parku, rozbrzmiewającym nieustająco ptasim śpiewem, panował
przedpołudniowy, sielski spokój. Powinien się więc cieszyć, iż ma do kogo otworzyć odrażającą
gębę. - Kowal i jego bracia. - zaczął powoli mówić. - Połamali mi ręce, nogi, wyłupili oczy.
Potem zakopali po szyję i ... szczali na mnie. Na koniec walili w głowę wielkim kamieniem, aż
złamali mój kark. - Chryste Panie. - Skoremu nagle zrobiło się zimno. - Za co? - Za ich barana, którego zarżnąłem i zjadłem z głodną rodziną. Skory nie miał już nic do powiedzenia. To co usłyszał nie wymagało żadnego
komentarza, żadnego dodatkowego wyjaśniania. Workowaty niewątpliwie mówił prawdę,
zresztą tak jak zdaje się wszyscy dotychczasowi ożywieńcy. Jego własna, pełna cierpienia
śmierć szpitalna, wydała się niczym w porównaniu z tą krótką opowieścią. I choć z natury był
człowiekiem obrotnym, sprytnym, a nade wszystko inteligentnym, to jednak posiadał ogromne,
współczujące serce, czułe na ewidentną krzywdę. Westchnął ciężko i przypomniał sobie o celu
parkowej rozmowy. Zrobiło mu się głupio, jednak po dłuższej chwili milczenia, spróbował
ostrożnie podrążyć trochę tę interesującą kwestię. - Kiedy to się stało? W którym roku? Workowaty zrobił zafrasowaną minę. Podniósł małe, zmęczone oczka ku górze i
niechybnie coś kombinował, obliczał. - Jakieś pięć wiosen po wygnaniu Laskonogiego. - wykrztusił wreszcie. - I ze cztery
po jego śmierci. - dodał. Najwyraźniej nie zna współczesnej rachuby lat, a Skory nigdy nie znosił historii.
Pamiętał mgliście ze szkoły kilka ważniejszych nazwisk i dat, teraz jednak został całkowicie
zaskoczony. O takiej postaci nigdy nie słyszał. - Któż to był, na Boga? - Wielki pan. Popierał go Henryk Brodaty, ale i jemu się nie poszczęściło, bo dał się
zamknąć Konradowi. Niech tam. Tym sposobem niczego precyzyjnie nie ustali, zresztą nie o precyzję tu
chodzi. Uznał, że mowa jest o początku czternastego wieku, no może końcu trzynastego.
Jednym słowem ładny szmat czasu. Tym dziwniej wygląda więc problem języka. Skonstatował
nagle, iż przecież on też gładko rozumie oszczędne teksty workowatego. Nieważne zresztą.
Teraz nie liczą się takie techniczne wyjaśnienia - wszystko wokół to jedna wielka tajemnica. - Dobrze kolego. - uścisnął szczerze dłoń workowatego. - Dziękuję za rozmowę i...
wszystkiego najlepszego na... rozprawie. - Dziękuję. - workowaty chyba się uśmiechnął - ale ja już mam to za sobą. - Tak? - Skory zdumiał się niepomiernie. - Co więc tu robisz? - Czekam na transport. To i po wyroku są kłopoty? Coraz mniej mu się to wszystko podobało. Wszędzie
gigantyczne kolejki, na każdym kroku niejasne zakazy, nakazy, ogólny tumult, bałagan,
pośpiech. - Można wiedzieć dokąd? - spytał cicho workowatego. Ten posmutniał nagle jakby zbierało mu się na płacz i nic nie mówiąc pokazał
brudnym paluchem w dół, na świeżą, zieloniutką trawę. - Nie może być! - zakrzyknął ponownie zdumiony Skory. - Za co? - Za kradzież. - Baran? - Baran. To już przechodziło wszelkie pojęcie. Skorym aż zatrzęsło z bezsilnej wściekłości.
Jeżeli takie jest Prawo, jeżeli są ferowane tak potwornie bezduszne wyroki, to już chyba lepiej
by było przetrzymać to świdrujące wycie i nie budzić się w ogóle. Ale czy to możliwe? - Na długo? - zapytał ponownie. - Nie wiem. - workowaty był całkowicie przybity. - Aż do odwołania. Nie dziwił się jego przygnębieniu. Marne życie, koszmarna śmierć i taka wszawa,
zasrana nagroda. Co prawda katolicyzm zawsze był bezwzględny w swoich rozrachunkach
końcowych, a i wszystkie te jego enigmatyczne kanony, przesycone paranoiczną
ceremonialnością, infantylną liturgią, upiornym upodleniem skromnych owieczek, nie dawały
nigdy zbyt wielkich nadziei. Ale żeby aż tak? - Będziesz apelował? - Co? - No, czy odwołasz się formalnie od wyroku? - Nie. - workowaty pokręcił smutno głową. - Nie mam już pieniędzy na adwokatów. To ci dopiero. Skory nie bardzo wiedział jak pomóc biednemu facetowi. Miał jeszcze
osiemset absolutów, jednak kto wie, co czeka jego samego za miesiąc. Ale w końcu trzeba coś
zrobić. - Masz tu kartkę z moim adresem. - podał mu naprędce zapisany skrawek. -
Zastaniesz mnie tam wieczorem. Może coś wymyślimy. Workowaty patrzył ździwiony na świstek i obracał go we wszystkie strony jak jakiś
cenny, delikatny prezent, z którym jednak nie wiadomo co zrobić. - O kurcze! - Skory zrozumiał nagle o co chodzi. - Ty nie umiesz czytać? - Czytać? Nie. Następny problem. Cóż, trzeba go jakoś rozwiązać. - W takim razie, - odruchowo podrapał się w głowę - bądź tutaj o zmierzchu. Przyjdę
tu jeszcze raz z moim e... prowadzącym, no, kolegą. Wymyślimy coś. - Dobrze. - przyrzekł workowaty, po czym wstał gwałtownie. Odchodząc, obejrzał się
jeszcze na siedzącego, przygarbionego nawałem ponurych myśli Skorego, by zniknąć wreszcie
Część 55 / 6
w jednej z rozlicznych alejek parkowych. ..................................
Po czterogodzinnej mszy, błogosławiony Walczak, umęczony do cna długotrwałym
klęczeniem na zimnej posadzce kościoła, urzędowo wzorowy wierny, zrezygnował z wizyty u
teściów. Marzył tylko o jednym - wykąpać się ponownie i położyć w wygodnym łóżku przed
telewizorem. Zwłaszcza, że nie może przeoczyć zapowiadanej od dwóch dni konferencji
prasowej z Tel Aviwu, z udziałem Mojżesza i Noego. Teściowie też co prawda będą to oglądać,
ale nie ma to jak własny, zaciszny kącik i samotna, spokojna kontemplacja ważkich zapewne
treści z proroczych, świętych ust. Na żywo przecież. Gdy otrzymał wreszcie od znajomego proboszcza prawidłowy dowód wpłaty
dzisiejszej ofiary kościelnej, gdy usiedli już w samochodzie, zarządził: - Irenko, weź dziewczynki i jedźcie do mamy - powiedział to naprawdę zmęczonym
głosem, bez żadnego udawania. No, może troszeczkę. - Zaprawdę, ja już nie mam dziś siły na
nic. Idę do łóżka. - No a rodzice? - żona była niepocieszona. - Przyrzekałeś Zdzisiu? - Jutro kochanie, jutro. Panie Stasiu - tu zwrócił się do służbowego kierowcy,
służbowego, reprezentacyjnego samochodu - jedziemy do domu, a następnie z żoną i dziećmi
do rodziców, dobrze? - Tak jest szefie! Pan Stasio, drobny, łysiejący mężczyzna po trzydziestce, najwyraźniej nie potrafił
odnaleźć się w nowej sytuacji. Odkąd dostał urzędowy przydział jako osobisty kierowca
błogosławionego, zachowywał się dziwnie - trzęsły mu się ręce, co chwila się pocił i dostał
nerwowego tiku lewej powieki. Swoje obowiązki wykonywał jednak na tyle dobrze, że Walczak
był z niego całkowicie zadowolony. Ale najwyraźniej coś go gnębiło. Znali się zresztą od lat, z
radosnych, młodzieńczych jeszcze pielgrzymek do Narodowego Sanktuarium, i Walczak
szczerze pragnął wyciągnąć go na serdeczną rozmowę przy pierwszej byle okazji. Lecz ostatnio
nie było czasu na nic. Dziś wszakże, właśnie teraz, Stasio podjął męską decyzję. Gdy podjechali
pod dom, gdy błogosławiony wysiadł wreszcie, Stasio, stojąc jeszcze w przepisowym ukłonie
przy drzwiach auta, zagadnął nieśmiało: - Przepraszam szefie, że się ośmielam, ale... - No, co jest panie Stasiu? - Walczak kordialnie objął kierowcę za ramię. Uważał go
za prawie przyjaciela. - Czy..., czy po odwiezieniu żony i dzieci, mogę e... liczyć na kilka minut rozmowy? - Dzisiaj? - Błogosławiony ledwie zdołał ukryć mimowolny grymas niechęci. - Tak. - No cóż, dobrze. - odruchowo spojrzał na zegarek. - za pół godziny będę już po
kąpieli. Zdążycie wrócić od teściów? - Zdążę. - obiecał Stasio ochoczo, i usiadłszy ponownie za kierownicą, odjechał
ostrożnie z rodziną przełożonego. Już w wannie, błogosławiony zachodził w głowę jaką to sprawę ma do niego
kierowca. Może chodzi o podwyżkę? Lecz jak wiadomo, siatka płac ustalana jest odgórnie,
stawki określone precyzyjnie i raz na zawsze. Przeniesienie, urlop? Ach, zaraz się wszystko
wyjaśni. Odświeżony i nieco senny, ubrał się w przydługi szlafrok, po czym z filiżanką mocnej
herbaty usiadł na werandzie, wystawiając blade, dostojne lico ku niezmiennie jaskrawemu
słońcu. Chyba się nawet troszkę zdrzemnął. Po kilku minutach Stasio wrócił. Zaparkował na zwykłym miejscu, wysiadł cichutko z
przydziałowego samochodu, po czym zbliżył się ostrożnie do dygnitarza. - No, mówcie. - Walczak specjalnie zachowywał urzędową rezerwę. Nie poprosił
nawet nieoczekiwanego petenta by ten usiadł. - Widzi pan szefie, miałem, e..., mam brata. - Stasio emanował wprost nieporadną,
podświadomą służalczością. Wyjątkowo jednak w tym wypadku uzasadnioną. - Naprawdę? - I on, ten brat, został... no, obudzony. - Gratuluję. - Błogosławiony w dalszym ciągu zachowywał rezerwę. - Dziękuję. Tylko, że brat za życia nie był zbyt.... bogobojny. - Cóż, nikt z nas nie jest bez wad. Tylko Pan postępuje właściwie. - Tak. Ale on..., no, to był, jest.... kawał skur..., przepraszam, kawał drania. - Stasio
już kompletnie stracił rezon. Do tego stopnia, iż zdjął służbową czapkę, a następnie wielką
chustą począł wycierać spoconą łysinę. Lewa powieka drgała mu z częstością milisekundową. -
On mnie okrada i ... bije. To... Kain. - No i? - Walczak obojętnie łyknął herbaty. - Chciałbym zapytać, czy by nie było możliwe przyśpieszenie i równie szybkie
skazanie. Niekoniecznie zresztą surowe, chociaż.... - Stasio zdobył się jednak na odwagę i
wypalił te dwa zdania jednym tchem. - Ja..., ja niewiele mam, ale zrobię wszystko by się choć w
części... odwdzięczyć, zasłużyć. - No, no! - Błogosławiony przybrał niezbyt surowy wyraz twarzy. - Proponujecie mi...
coś? - Skądże - zaprzeczył cicho Stasio. - Tylko jeśli jakieś koszty, wydatki...? Walczak uspokoił się już całkowicie. W końcu gdyby nawet przysłużył się jakoś
uczciwemu, porządnemu i pracowitemu znajomemu, to przecież byłoby to nic innego jak zwykły,
dobry uczynek, samarytańska, zbożna przysługa. Jeszcze jeden plus na długiej liście zasług. I
choć zdarza mu się to pierwszy raz, to czemu nie? Ma kilku wyższych rangą kolegów, a i sam
też może co nieco. Ta wewnętrzna, świadomie prowadzona kalkulacja nie zdziwiła go zbytnio,
gdyż od jakiegoś czasu, ściślej od momentu mianowania, obserwował u siebie stałą, hm…
merkantylna przemianę. Odkąd kilka lat temu został zgodnie z nową praktyką Kościoła, żyjącym, oficjalnie
namaszczonym Błogosławionym, odkąd stał się kimś znanym, przynajmniej w społeczności
lokalnej, w Diecezji, odtąd jego wydawałoby się naturalne przywiązanie do ludzi, ich prawie
uwielbienie, zmieniało się powoli w narastający dystans, chłód, kalkulację właśnie. Nie starał się
temu przeciwdziałać, gdyż było mu z tym jakby lżej, całkiem nawet dobrze. To dochodziła powoli
do głosu jego prawdziwa, nierozpoznana dotąd natura. W istocie zaczynała dominować. - Dobrze - powiedział przeciągle, patrząc na skurczonego Stasia. - Na kiedy brat ma
wezwanie? - Na siedemnastego września. - Mieszka z wami? - Tak, niestety, a... chyba wie pan jak teraz z mieszkaniami. I właśnie... - A więc... - Błogosławiony głośno myślał. - Zgłosicie się do mnie, e... w czwartek, z
wszystkimi papierami brata. Przejrzę je i zobaczymy co się da zrobić. Przygotujcie się też na,
powiedzmy, e... tysiąc pięćset amenów. Dacie radę? - Chyba tak. - ucieszył się Stasio, choć kwota wydawała się ogromną. - Żona wzięła
dodatkową pracę, szycie, i ... jakoś to pewnie będzie. - To dobrze. - Walczak, nie wiedzieć czemu, miał już dość tej rozmowy. - Jedźcie teraz
do domu, a wieczorem, jak było umówione, przywieziecie mi tu moją rodzinę. No, jazda, w imię
Boże. Uradowany Stasio przyklęknął, z szacunkiem ucałował błogosławionego w rękę, po
czym szybciutko wsiadł do limuzyny i odjechał. Walczak nareszcie został sam. Dopił herbatę, po
czym rozebrawszy się do spania, włączył telewizor i ułożył wygodnie w łóżku. I choć
powodowany zmęczeniem bezwiednie przymykał powieki, to jednak ostatkiem woli nie usypiał,
chcąc obejrzeć zapowiadaną audycję. Nie musiał zresztą długo czekać. Po wiadomościach, wypełnionych prawie w całości
radosnymi doniesieniami o masowym, globalnym przechodzeniu ludzi wszystkich wyznań na
katolicyzm, po niezbędnej porcji reklam i nieustająco optymistycznej prognozie niezmiennie
słonecznej pogody, nastąpiło połączenie z Izraelem. W specjalnie wynajętym przez Watykan
studiu, zgromadziły się dziesiątki dziennikarzy z całego świata. Za długim stołem upstrzonym
gałązkami oliwnymi i lasem mikrofonów, na błękitnym tle z pięknie stylizowanym hasłem:
„Ostatni będą pierwszymi”, zasiadło dwóch najważniejszych gości. Noe, postawny, imponującej
postury mężczyzna z krótką, równiutko przystrzyżoną bródką, ubrany w nowiutki, elegancki
mundur marynarski z kapitańskimi naszywkami i pokaźną fajką w żółtych zębach, oraz Mojżesz,
w śnieżnobiałej, długiej szacie, drobniejszy nieco, jednak o silnym, władczym spojrzeniu i
szlachetnych rysach, mimo obfitego, siwego zarostu i słusznego nosa. Obaj zresztą, co przecież zupełnie oczywiste, mieli wyraźnie semickie rysy, i choć
wyglądali na bardzo, bardzo starych, jednak w jakiś dziwny sposób, emanowała z nich mimo to
młodzieńcza energia, witalność. Inna sprawa, że kilkugodzinna charakteryzacja proroków też
zrobiła swoje. Konferencję prowadził przystojny, gładkolicy anioł z archanielskimi naszywkami. Z
wyjątkiem niebieskiego, tylnego tła, cała sala wymalowana była rzecz jasna na różowo i
oświetlona intensywnie takiegoż koloru światłem. Między uczestnikami krążyły tabuny
kilkunastoletnich, kuso odzianych, złotowłosych dziewic, roznoszących napoje, obsługujących
mikrofony. Zaczęło się wreszcie. Pierwsze pytanie zadała młoda dziennikarka francuska. - Monsieur kapitan. Jest pan praojcem wszystkich współczesnych ludzi. Czy po
zmartwychwstaniu, miał pan ochotę i czas zapoznać się z naszymi dziejami, historią? - Czemu nie? - odpowiedział Noe niskim, poważnym, pełnym energii głosem. - Ze
zrozumiałych powodów dość pobieżnie co prawda, ale owszem, tak. - I czy doszedł pan może do jakichś budujących wniosków? - Budujących? Tak. Widzi pani, główna refleksja jaka mi się natychmiast nasuwa, to
ta, iż wszystko to - mam tu na myśli dzieje cywilizacji postpotopowej - jest do chrzanu. Jestem
rozczarowany. - Aż tak? - zdziwiła się dziennikarka, zaskoczona także bezpośredniością,
bezpretensjonalnością odpowiedzi. - Aż tak. - potwierdził Noe. - Bardzo mi się to wszystko nie podoba. - A monsieur Mojżesz? - tu dziennikarka zwróciła się do milczącego dotąd ponuro
proroka. - Jj...ja...jja ttt...teeeż tt...aak mmm...yślę. - z wysiłkiem wycedził Mojżesz, znany w
końcu z tego, iż nie był zbyt błyskotliwym mówcą. A ponieważ Aaron, jego brat, jego prawa ręka,
a ściślej mówiąc, jego usta, najwidoczniej nie został jeszcze wzbudzony, musiał sobie radzić
sam. - I dzdz... iwwwię sss... ię Nnn... nnn... aaajww... - Najwyższemu! - nie wytrzymał Noe i zwerbalizował głośno za Mojżesza trudne,
święte słowo. Ten spojrzał nań ostro, po czym zaprzestał daremnego wysiłku. Konferencja
zapowiadała się interesująco. Francuzka nie oddała mikrofonu, miała jeszcze jedno pytanie. - Monsieur Mojżesz, czy ma pan swoją... laskę? Sala zamarła. Tu i ówdzie dał się słyszeć chichot, a indagowany tak bezpośrednio
prorok oblał się rumieńcem. - Jj...ja tt...aaa...k, ooo jjaa...kk...ą ll...a...sss... - Nie ma laski. - wyjaśnił szybko Noe, uśmiechając się szeroko. - Laski, tak jak i inne
utensylia, nie podlegają... wznowieniu, o ile wiem. - Tt....aaak, tt....aak! - wykrzyknął potwierdzająco Mojżesz. Uczestnicy konferencji, wszyscy obecni, odetchnęli z ulgą po tak szczęśliwie
zakończonej kwestii. Nieszczęsnej dziennikarce wyrwano mikrofon, po czym do ataku ruszył
znany dziennikarz jerozolimski, Goldman. - Panie Noe. Czy mówiąc tak źle o naszej historii, chce pan powiedzieć, że cały
pański wysiłek konstruktorski, szkutniczy, poszedł na marne? Że to się nie opłaciło? - Czy ja mówię, że się nie opłaciło? - odpowiedział pytaniem zagadnięty. - Tak? A czy w związku z pańską... hm... działalnością - drążył Goldman - nie
spodziewa się pan solidnego zadośćuczynienia... powiedzmy, he, he, duchowego z... wiadomej
strony? - Nie wiem. - Jak to pan nie wie? - Po prostu. Za kilka dni wyruszam z wyprawą do Turcji, by nareszcie... - Ararat? - zakrzyknął Goldman, przerywając Noemu wywód. - Tak. - Czy zabrał pan na arkę coś..., coś jeszcze prócz zwierząt, coś..., no wie pan,
żółtego, metalowego, i co można teraz znaleźć, odkopać? - Może. - uśmiechnął się Noe. - A.... ile tego jest? - Panie Goldman! - Noe w końcu zdenerwował się. - Nie ma pan pytań bardziej
sensownych? Coś się pan uczepił tego... metalowego? - Ależ to są właśnie ważne pytania! - zdumiał się dziennikarz, jednak zamknął się
Część 66 / 6
wreszcie na dobre. Natychmiast też zgłosił się następny, rosyjski, zwracając się do jeszcze
zdeprymowanego, podenerwowanego Mojżesza. - Gaspadin Mojżesz, słyszał pan zapewne o Leninie? - Tt.... aaak. - Czy mimo, że jego świetne przecież idee, zostały skrajnie wypaczone w trakcie
realizacji, zwłaszcza przez jego nieudolnych następców, czy mimo to nie uważa pan, iż macie ze
sobą wiele wspólnego? W końcu pan też przewodził swemu umęczonemu ludowi, też
naobiecywał wspaniałych rzeczy, także radykalnie odmienił jego smutny dotąd los? Nie
twierdzę, że na gorsze, ale...? Mojżesz słuchał zdumiony, wwiercając się ponurym spojrzeniem w szalonego
tupeciarza, wreszcie wstał, i wymachując rękoma wykrzyknął: - Ppaanie Kkałużkoo! Ccco mmi paan ttu zza bzzduu... uury oooppowiadaaa. - pod
wpływem emocji nawet jakby mniej się jąkał. - Czyy...y Lleenin wwyypprowadził ssswój nnaród
zzz nniewoli eggg... ippskiej? Czyy Lleenin mmoże rrroo... ozmawiał z Nnn... iim? Czy
oootrzymał ttablice? Czy czynnnił cuu... uuda? - Do pewnego stopnia, choć rzeczywiście bez.... laski. - Ggg... ówwno! - Mojżesz walnął pięścią w stół. - Teeen łyysyy ss... aaatrapa
bbędzie ssię ssmaaażył w pp... ppp... ieee... - W piekle. - Znów dokończył żwawy kapitan. W tym miejscu konferecję przerwała reklama manny niebieskiej, serwowanej teraz w
poręcznych, estetycznych opakowaniach. Walczak, zapomniawszy całkiem o zmęczeniu,
senności, słuchał tego wszystkiego i narastało w nim uczucie niesmaku. Po pierwsze wyobrażał
sobie owych dwu proroków całkiem inaczej, po drugie jak dotąd, nie mógł przyzwyczaić się do
obowiązującej totalnie, we wszystkich bez wyjątku audycjach, formy przekazu tak ważnych i
wzniosłych treści. Formy wyraźnie nakierowanej na prymitywnego, nieoczytanego widza, formy
stosowanej powszechnie w czasach ostatecznych wobec skretyniałych do cna, nie używających
mózgów, infantylnych konsumentów masowych. To zupełnie nie to, czego oczekiwał po tej
konferencji. I ci agresywni, nieobliczalni i niesmaczni dziennikarze o wyraźnie liberalnych
poglądach. Ale tymczasem bazarowe reklamy skończyły się i przerwana transmisja została
wznowiona. Teraz głos miał dziennikarz niemiecki. - Herr Mojżesz. Jak rozumiem nie jesteście z kapitanem osobami uprzywilejowanymi i
tak jak inni oczekujecie w pokorze na swoje rozprawy ostateczne? Czy się może mylę? - Tt... aak. - Mylę się? - Nn... nieee. - I wszystkie wasze papiery są standardowe, nic szczególnego? - Nnn... oo ttaaak. - A w jakiej wysokości, jeśli oczywiście można zapytać, otrzymaliście zaliczki bytowe? - Ttaaa...k jaaak www... - Tysiąc amenów. - uściślił szybko Noe. - I uważa pan - tu Niemiec zwrócił się do kapitana - że to sprawiedliwe, wobec
waszych indywidualnych, wielkich i niepodważalnych zasług? Zostaliście przecież, wy, wielcy,
potraktowani tak jak my, jak inni szaraczkowie. - Zaprawdę, na tym właśnie polega Boża sprawiedliwość... ość... ćć! - to
niespodziewanie włączył się milczący dotąd, gładkolicy archanioł, widocznie także uprawniony
przedstawiciel administracji niebieskiej do wyjaśniania tego typu trudnych kwestii. - Nagrodą za
ziemskie uczynki, zasługi, także zaistniałe w tym, szczególnym okresie, jest prawomocnie
orzeczony byt niebieski. Lub piekielny... elny... ny...yy. Anielskie wyjaśnienie było zwięzłe i konkretne, zwłaszcza, że wygłoszone
dźwięcznym, donośnym, stanowczym głosem, obficie ubarwionym solidnym, budzącym
szacunek echem. To rzeczywiście musiał być ktoś wysoko postawiony w hierarchi niebieskiej.
Cała, ogromna sala rozbłysła też w tym momencie intensywniejszą jeszcze światłością, a
wszystkie uwijające się wśród uczestników dziewice, przyklękły jednocześnie, jak na komendę.
Tu i ówdzie polał się podawany właśnie sok, czy kawa. Zabrzmiało kilka taktów muzyki
organowej. Narastające nastroje opadły wobec tego mikroskopijnego, ułamkowego wszak, a
jakże przecież dobitnego przejawu mocy. Archanioł spojrzał łagodnie po sali i skinął złotą
czupryną. Dyskusję można było prowadzić dalej. - Tak trzeba, tak trzeba! - zakrzyknął do odbiornika usatysfakcjonowany wreszcie
Walczak, też w końcu reprezentant zapracowanej władzy. W tym momencie obraz na ekranie zwichrował się fatalnie, a z głośnika, zamiast pytań
i odpowiedzi, popłynęła klasyczna już dziś, choć w dalszym ciągu głośna muzyka Beatelsów.
Takie rzeczy zdarzały się coraz częściej, i jak dotąd nikt nie był w stanie wyjaśnić co się dzieje.
Mówiono co prawda różne rzeczy na ten temat, jednak kto by słuchał prymitywnych plotek.
Błogosławiony zaczekał jeszcze chwilę, lecz gdy sytuacja nie zmieniała się, gdy ciągle zamiast
tak wrednie przerwanej transmisji, cały dom rozbrzmiewał rytmicznym, prostackim zawodzeniem,
wyłączył wreszcie telewizor i ułóżywszy się wygodnie na boku, spokojnie zasnął. Dla niego mijał
właśnie kolejny, dobrze spełniony Dzień Chwały, obiecujący dodatkowo swym przebiegiem
następne, kto wie czy nie lepsze. ..................................
Skory nie widział jeszcze takiego chlewu. W maleńkim pokoiku, pod wielkim oknem,
stało obskurne, stare biurko z mnóstwem papierów, grubych książek ułożonych niechlujnie
jedna na drugiej, nadtłuczonym telefonem, wreszcie mosiężną lampą z brudną żarówką. Sam
ten mebel zajmował połowę powierzchni pomieszczenia, wypełnionego do cna przeróżnymi
szafkami, połamanymi regałami, pólkami, i przede wszystkim porozrzucanymi wszędzie
pożółkłymi dokumentami. Ściany pomieszczenia, niegdyś zapewne białe, pomazane były
różnych kolorów plamami, z dominacją brudnoszarego. Na środku, pod wysokim sufitem,
zwisała na długim przewodzie potężna, niczym nie osłonięta żarówka, wyłączona teraz zapewne
z powodu wlewającego się obficie przez obszerne okno potoku światła słonecznego
uwydatniającego cały ten bajzel,. Jedyna, jako tako porządna, a w każdym razie nowa rzecz,
rzucająca się demonstracyjnie w oczy, to stojący na biurku, złożony na pół biały kartonik z
odręcznie wykaligrafowanym napisem: „Roman Kolka - Adwokat - Sprawy cywilne” Za biurkiem, rozparty w iście cyrkowej pozycji, siedział trzydziestoletni, łysiejący
mężczyzna, patrzący spode łba na kręcącego się ciekawie po pomieszczeniu Lutka Żelazko,
który co i rusz podnosił z brudnej podłogi jakiś dokument, otrzepywał go z kurzu i następnie
wykrzykiwał: - O kurde! Popatrzcie na to!. Adwokat nie wytrzymał wreszcie i westchnąwszy, zmęczonym, cichym głosem
powiedział: - Lutek, usiądź wreszcie. Rozpraszasz nas. - Tak? Już siadam stryju. Sytuacja była zabawna. Kolka, starszy brat przyrodni ojca Lutka z pierwszego
małżeństwa ich matki, zdolny, znany cywilista z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, uległ
śmiertelnemu wypadkowi samochodowemu. Ściślej, został fatalnie przejechany przez pijanego
kierowcę ciężarówki, i w ciężkim stanie przewieziony do pobliskiego szpitala. Tam, w wyniku
niechlujnie przeprowadzonej amputacji obu nóg, zmarł, nie odzyskawszy przytomności.
Następnie obudzony w Trzecim Dniu Chwały, rozeznał się szybko w sytuacji, odnalazł
potrzebne dokumenty i nie bez kłopotów, wygrał proces o odzyskanie dawnej kancelarii. Nie
urządził się jeszcze całkowicie, jednak nawet w tych prymitywnych warunkach nie mógł
narzekać na brak klientów. A teraz, będąc formalnie stryjem prawie siedemdziesięcioletniego
Lutka, przyzwyczaja się powoli do tej niesamowitej zależności rodzinnej. Lutek też, choć
przecież nie dziwił się już niczemu. To właśnie on odnalazł stryja i przyprowadził tutaj Skorego. - Panie Skory. - kontynuował Kolka - Papiery ma pan w porządku, lecz wykaz
przewinień nad wyraz imponujący. Ciężka sprawa, zwłaszcza, że nie do końca jestem
zorientowany w obecnie obowiązującym prawie. Szczególnym prawie, przyzna pan? - Owszem - zgodził się Skory - lecz do rozprawy mamy jeszcze trochę czasu.
Podciągnie się pan szybciutko, nauczy. - To kurde zdolny facet - wtrącił Lutek. - Mamy to po mamie, prawda stryju? Mecenas spojrzał krzywo na Lutka i zapalił papierosa. - Ty Lutek jesteś taki sam jak twój ojciec - wycedził, jednak bez szczególnej
złośliwości. - Obaj mieliście straszliwą awersję do nauki, do pracy. I kim ty u diabła teraz jesteś,
co osiągnąłeś na starość? O dziwo, Lutek jakby zaczerwienił się, po czym spuścił skromnie oczy i wprost do
podłogi powiedział: - No, jestem przecież prowadzącym, opiekunem Wacka. To też kurde jakaś pozycja. - Tak, pozycja. - ironizował Kolka. - Co druga osoba w tym mieście jest czyimś
urzędowym prowadzącym. Same figury. Skory rozumiał Lutka. Całe życie przedzierał się sam przez wzburzone morze
trudności, nikt mu nie pomagał, żona była tylko żoną, i nawet mu do głowy nie przyszło radzić
się jej, czy oczekiwać jakiejś pomocy. Nie posiadali dzieci, więc Lutek, sam trochę dziecko, nie
zdobył tej tak potrzebnej w życiu cechy jaką jest odpowiedzialność. Także za siebie. W efekcie
miał mnóstwo znajomości, kolegów, interesików, ale mimo, iż lubiany przez wszystkich, był
niestety zwykłym, szarym obywatelem. Nikim. Zaprzyjaźnili się zresztą serdecznie przez te kilka
tygodni wzajemnego zamieszkiwania. Żona Lutka, Hela, okazała się miłą i mądrą kobietą, a sam
Lutek człowiekiem nadzwyczaj uczynnym i na swój sposób do gruntu uczciwym. - Panie mecenasie. - Skory przerwał tę maleńką rodzinną kłótnię. - Jak zrozumiałem,
bierze pan moją sprawę i obiecuje... przynajmniej porządny, sprawiedliwy proces? - Tak, lecz... - Rozumiem, rozumiem. Ile więc wynosi zaliczka i ile mam przygotować po...
wygranej? Adwokat spojrzał dziwnie na Lutka i w rozterce pogładził łysą czaszkę. Z jednej strony
miał już ustalone dość wysokie stawki za takie usługi i mimo tego nie narzekał na brak klientów.
Z drugiej strony, to przecież kolega, podopieczny Lutka, jedynego jakby nie było bratanka. Nic
to, że nie znali się wcześniej, że Lutek urodził się grubo po jego tragicznej śmierci.
Pokrewieństwo zobowiązuje. - Tysiąc zaliczki i cztery tysiące po wyroku. - rzucił ostrożnie. - Razem pięć. - Co ty, wuju. - żachnął się Lutek. - Skąd my kurde weźmiemy tyle mamony? Tym razem zaczerwienił się adwokat, wyraźniej przez to, że był kimś znacznie
młodszym od swojego stareńkiego bratanka. Nie poddawał się jednak bez walki, a przynajmniej
uzasadnienia swojej ceny. - Jak widzisz Lutek, muszę uporządkować ten chlew, porobić niezbędne remonty -
jednym słowem urządzić kancelarię z prawdziwego zdarzenia. Muszę zatrudnić sekretarki,
aplikantów, pomocników. Ponieważ terminy nawet starszych wiekiem zmartwychwstańców
przeciągają się nieprzyzwoicie - niektórzy chorują, zaczynają też umierać ponownie, moja
sytuacja hm... niebieska, młodego wszak osobnika, rozstrzygnie się dopiero za kilka, może
kilkanaście lat. Do tego czasu muszę jakoś żyć, prawda? A to wszystko niestety…