Horror · 11 min czytania
Proces kreacji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podszedłem do drzwi. Kartę, którą już wcześniej wyciągnąłem z portfela, włożyłem do czytnika. Cichy trzask elektromagnesu uwalniającego drzwi i mogłem spokojnie wejść do środka. Po przekroczeniu progu, stojąc w ciemnym pomieszczeniu, po omacku schowałem kartę. Tonący w ciemnościach pokój wypełniał szum wędrującego powietrza. Na pamięć znałem drogę do konsoli, pomiędzy rzędami szaf, w których pracowicie swój żywot wypełniały krzemowe twory. W wygodnym fotelu, na którym po krótkiej drodze usiadłem, odchyliłem się mocno do tyłu. Ułożywszy sobie w głowie plan tego, co mam zrobić przechyliłem się do przodu i zacząłem pisać. Pół godziny później było wszystko gotowe. Mój misterny, wieloletni plan zaczął się realizować. Miałem 20 minut na opuszczenie budynku, ale już po sześciu jechałem wygodnie i powoli w stronę centrum miasta. Celem był dach niezbyt wysokiego budynku, z którego można było spokojnie obserwować całą okolicę i - częściowo - nawet obrzeża miasta. Świtać zaczęło niecałe pół godziny później. Słońce zastało mnie przyglądającego się pierwszym efektom moich działań, gdy z potwornym piskiem opon wpadły na siebie dwa samochody, na praktycznie pustym jeszcze skrzyżowaniu - trzeci samochód będący na tym skrzyżowaniu spokojnie wyhamował przed rozbitymi pojazdami. Rozzłoszczony kierowca jednego wozu kopnięciem otwarł pogniecione i lekko zakleszczone drzwi, po czym jego złość w ciągu ułamka chwili wyparowała na widok krwi na zbitej szybie drugiego pojazdu. Z nieuszkodzonego pojazdu w tym czasie wybiegł kolejny mężczyzna z telefonem przy uchu. Kolejne jego próby połączenia z numerem alarmowym rozzłościły go do tego stopnia że rzucił telefonem o ziemię, tylko po to by, po rozładowaniu swoich emocji, składać go z rozrzuconych części. Moją uwagę odwrócił przejazd metra, położonego w centrum parę metrów nad ziemią, gdzie biegły szyny. Wagoniki z szaleńczą prędkością minęły swój przystanek wprawiając w osłupienie stojących tam ludzi. Najbliższy zakręt kolejka pokonała obwieszczając wysiłek całej konstrukcji wrzaskiem piłowanych przez koła szyn i pojedynczymi strzałami puszczających nitów torowiska. Ostatni z wagonów mocno szarpnął wychodząc z zakrętu, niemniej jednak przejechał. Zamęt na skrzyżowaniu powiększał się. Powiększało się również zdziwienie postronnych osób pokazujących sobie zielone światła uliczne, oznajmiające prawo do przejazdu dla wszystkich kierunków równocześnie. Słysząc huk za mną, szybko się odwróciłem. Akurat, żeby zobaczyć wypadające przez wyrwane tory z zakrętu metro, które pokonawszy cztery metry dzielące je od budynku, wbiło się w fasadę pierwszym z wagonów. Następne zadziałały jak seria uderzeń młotka na źle wbity gwóźdź, demolując tył pierwszego wagonu i siejąc zniszczenie spadały w dół, na zaparkowane na skraju jezdni auta oraz przypadkową osobę przechodzącą tamtędy. Ostatnie dwa wagony nie zmieściły się w niewielkiej odległości jaka dzieliła budynek od torowiska. Z przerażającym piskiem i wrzaskiem dartego metalu jeden z wagonów złamał się na wpół i wykonując pół obrotu zwalił się po drugiej stronie torów na ziemię. Ostatni wagon został pociągnięty w dół za swoim poprzednikiem. Wszystko nagle jakby ucichło. Można było usłyszeć szum opadającego kurzu, lecz równie dobrze mogło to być tylko moje wrażenie, gdy tak przyglądałem się wyłaniającemu się z brunatnej zasłony obrazowi katastrofy. Spojrzałem na zegarek, żeby upewnić się, że czas na stację benzynową, na której jeden z automatycznych dystrybutorów od paru minut pompował paliwo podnosząc ciśnienie na końcowym zaworze. Wiedziałem, że z uszkodzonym zaworem wewnętrznym powinien się w ciągu najbliższej minuty skończyć wypełniać wysokooktanowym środkiem wybuchowym. Rzut oka przez lornetkę potwierdził moje wcześniejsze obliczenia: plama paliwa sączyła się po suchym betonie wylanym wokół dystrybutora. Do kompletu potrzebny był jeszcze zapalnik, ale to kwestia momentu, w którym ktoś podjedzie po paliwo... Dużo pracy zajęło mi programowanie ILSów oraz autopilotów dla nowych Airbusów. "Fly-by-wire". Magiczne określenie, za którym kryje się możliwość przejęcia kontroli nad lotem. Zawsze byłem zdania, że za dużo tej automatyki i polegania na niej. Spojrzałem na zegarek. Miałem parę minut, zanim planowo miał dolecieć ?mój? samolot. Błysk w szybach i następujący po nim grzmot oznajmił mi przyjazd "zapalnika". Nie przypuszczałem, że aż tak duże szkody powstaną w skutek pojedynczej eksplozji, której początkowe efekty oglądałem w postaci spadającego, powyginanego dachu stacji. Samochód, który wywołał całe zdarzenie przesuwał się osmolony na boku, po ciężkim lądowaniu. Gdy dotarł do krawężnika wykonał małe salto i przetoczywszy się przez dach wylądował na drugim boku oparty o gzyms pobliskiego budynku. Efekt wizualny tego zdarzenia zrobił na mnie duże wrażenie. Popatrzałem znów na zegarek skupiając się na wskazówce sekundnika. Moje wcześniejsze wyliczenia wskazywały, że wybuch wywoła wsteczne ciśnienie w przewodzie doprowadzającym ciecz ze zbiorników, przepychając ogień aż do nich. W…