Inne · 1 godz. 50 min czytania
Proces myślenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PROLOG
…gdy babcia do niej dzwoniła, mówiła, że jest lesbijką. Gruczoły rozrodcze skurczały się i rozkurczały. Czasami żartowała, że powiesi się na pępowinie. Była feministką i nienawidziła kobiet. Lubiła mówić, że ma schizofrenię, żartując, że jej nie ma. To idiotka. Bo mówi o sobie w trzeciej osobie. Pisze listy do „Jej kumpla – Kurdta”. Pisze też w swoim zeszycie o tym, że nie ma twarzy. Idiotka, jak nic. Gruczoły się skurczyły. To drugie oko wyrosło po drugiej stronie twarzy. Może nie wyrosło?* Nie wiem, nie wiem. To już siedemnasty dzień – liczę na palcach. Tylko podczas tego zajęcia odczuwam brak czegoś. Pustkę. Tego dnia nie zmieniło się nic, oprócz nieoczekiwanej śmierci mojego psa. Nadal nie wiem, dlaczego nie znam jego rasy i mam wrażenie, że to był kot. Nie zmieniło się nic. „Nic” to względne słowo, zabronione dla ludzi posiadających tak zwaną wyobraźnię. I dla tych, co sprzeciwiają się krzyżom w szkole. - Cześć! Nazywam się Maciek i jestem idiotą… - I L E R A Z Y M A M… - ci powtarzać, ty… cenzura, cenzura, cenzura. Samo nie wie, czy mogłoby to zaszkodzić w czymkolwiek. Uśmiecha się, niczym smutny pies i patrzy wzrokiem błazna. Jest brzydkie, a koszula wyszła mu ze spodni. Jednym słowem – ono to idiota. - Oblewasz. Oblał – oblało. Co może być dalej? Spotkałam już idiotę i umarło mi zwierzę. Czy to dużo?
*** Śnienie o śnieniu było tylko dodatkiem do mojego zwariowanego (cóż za cudowne wyrażenie, promieniujące wręcz spontanicznością!) życia. Od siedemnastu dni na zimnej podłodze – śpię. I od siedemnastu dni nie jem. Nie licząc mojej… ach tak. - Wyjdziesz za mnie? - Nie wiem. _______________________________ *Autor poleca film „Arizona Drem”, naprawdę.
Słowa przestały mi się mieścić w pamięci. Wylatują przez otwartą buzię, nadal mam katar i nadal gniję. Tak jak opuszczeni chłopcy, zapuszczający brody, opuszczeni. CHŁOPCY. Gdybym mogła tylko choć przytulić lub może dotknąć takiego małego, dorosłego chłopca… Cisza przerywana szeptami w myślach. Telefon… Boże, gdzie mój telefon? Telefon. Odłączyłam, bo dzwonił. Boże, telefon. Boże. Tak naprawdę to nie mam telefonu. I chyba nie wiem dlaczego. Masz ochotę zakląć? Ja lubiłam kląć w twoim wieku. Wymawiać te słowa powoli, lekko je intonując zabawną formą. Nie twierdzę nic, co sprzeciwia się tobie. Jezuici, pieprzeni jezuici. Forma przestaje mieć znaczenie, gdy treść jest tak pociągająca. Pieścić, pieścić. Ludzie na mnie krzyczą, bo nienawidzę seksu. Brzydzę się seksem. Rzygam na seks. Ludzie, niesprawiedliwa masa młotków. Nienawidzę. Ale, och, bez przesady, jezuici nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Swoją drogą mam ich w dupie. Mężczyźni, gdybym tak mogła każdego obrzygać moimi myślami. Przyjemność sprawia mi to słowo. Rzygać. Ma taką aksamitną formę i brzmi tak czysto, tajemniczo, świetnie. Nigdy nie lubiłam tych fałszywych słów. Lubię jak są szczerzy. Oni, nie lubię ich. Lubić, nie lubić, pieprzyć. Że też pieprzenie ma teraz tak duże znaczenie. Od siedemnastu lat czy dni, nie jem, nie piję i nie palę. Mam małą suczkę… tak, czasami też myję podłogę. Wyjdziesz za mnie? Boże, Boże, gdybym tylko miała… Nie, ja stanowczo nie przepadam za nieprzemyślanymi żartami. To nie ma nic wspólnego z tobą, choć chętnie pogryzłabym ci ucho. Tak delikatnie. Brzydzę się. Brzydzę. Brzydzę. Brzydzę. Zniewieściałe mordy, ciuchy – kupowane na rynku, najbardziej świecące, och, och, „jestem cool”. Brak poziomu. Idąc dalej, patrząc i podziwiając, widzimy albo raczej nie chcielibyśmy widzieć… Ja tam dostrzegam tylko zabijanie nienarodzonych dzieci i chodzenie na wybory. No, z tym drugim to tak nie do końca. Zdarzają się różne sytuacje. Jednak polityka jest takim znaczącym elementem życia! (och, och!) Tak, ludzie. Ja nawet rozważałam możliwość zainteresowania się tym, co jest tak pieprzenie rajcująco nudne, że rzygam.
*** Tylko mi powiedz, że nie skończy się na wyjściu za mąż. Wtedy ucieknę. Choć boję się straty nóg, rąk, ee… tak. Przez ostatnie siedem godzin nie wychodziłam z łazienki. Bazując na pustych faktach: rzygałam. Ostatnio kończyło się na pluciu. Nie mam do siebie szacunku. Lubię mojego kumpla – idiotę, który oblał. Taak, wiecie, że ma na imię Maciek? Nie Maciej, nie Maciuś, po prostu Maciek z akcentem na „k”. Czyż to nie cudowne? Tak rzadko spotykam tak idiotycznych idiotów! No i facet mi mówi, że oblał. A ja – „Kurwa, a co mnie to obchodzi?!” No nie? A on, że niby coś tam, że jestem jego przyjaciółką, a ja na to – „Kurwa, stary, lecz się!” A on na to, kurwa, że niby, kurwa… Eee, kurwa, nie pamiętam. Ale coś w ten sedes. I znowu rzygam. Problem polega na tym, że nigdy nie dobiegam. Mam problemy z nogą, a dokładniej z kością biodrową. No i zanim się dźwignę (mówmy po częstochowsku) to już, kurwa, nie ma po co. No i siedzę tak w moich plwocinach, plując na wszystko. Jest fajnie, muzyka gra, piwko - no nie ma co – fajnie jest! I to słynne: - Musimy się umówić na jakiegoś browara. - To się jeszcze zdzwonimy! Idiotyzm jest po prostu cudowny! Dlatego postanowiłam udać się do mojej ukochanej „restauracji”. Nic nie odpręża tak jak Coca-cola. Albo piwo. Piwo. Niech będzie to wino. Na miejscu pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy to zapach. - Śmierdzi rybą – powiedziałam, po czym szybko zatkałam nos, ściskając go palcami. – Mógłbyś coś z tym zrobić? – uśmiechnęłam się przymilająco do człowieka, który był kelnerem w tej małej obskurnej „restauracji” Nie ukrywając – była to po prostu mała knajpa. – Myśli pan, że wyglądam ładnie? Długo myślałam czy założyć dziś spodnie czy spódnice, co o tym myślisz? Wiesz, dla mnie to bardzo ważna rzecz… - urwałam. – Hej! Człowieku! Usiądź koło mnie, no tu… - pokazałam na puste miejsce obok. – Nic ci z głowy nie spadnie – zakpiłam – no dalej… wiesz, chyba nie sądzisz, że ktokolwiek tutaj przyjdzie? – mrugnęłam, nie sądząc, że w tym stwierdzeniu może być coś złego. Kelner, ubrany był w ciemny strój z wystającą spod niego białą koszulą. Był Latynosem – na pewno. Założę się, że miał swój motorower, a jego tata sprzedawał na targu, który widać było przez okno. Jego oczy były tak ciemne, że nie mogłam wywnioskować z nich niczego. Dla niego były to pewnie tylko czarne plamy, a dla mnie spojrzenie stanowiło zawsze centrum człowieka. To mnie właśnie w nim zaciekawiło – jego oczy. Dotychczas spotykałam je puste, no… było w nich widać coś w stylu: „ale jestem dzisiaj cholernie głodny” czy „nie wiem czy tata wróci dziś wcześniej”. Chłopak musiał być bardzo zdziwiony tym, że zechciałam by usiadł koło mnie. Nie ukrywajmy, że jestem młoda, mam naprawdę bardzo ładne nogi i niekoniecznie widać moje zamiłowanie do rzygania. Człowiek ów usiadł koło mnie i sprawił mi tym dużą przyjemność. Wielokrotnie próbowałam nawiązać z nim kontakt, ale szło to na marne. Ta knajpa zawsze śmierdziała rybą, nawet na odległość kilku metrów, ba, nawet na samo wspomnienie masz przed oczami rybę. A gdy spytasz kogoś, czy może chciałby napić się z tobą piwa, właśnie tam, odpowiada on zazwyczaj: „nie… nie lubię ryb” i krzywi się z niesmakiem. A ta restauracja jest po prostu magiczna! Po pierwsze, jest tam super babka, która ma na oko jakieś pięćdziesiąt lat i gra tam na pianinie. No to wam dużo nie mówi, a tata… Tata zawsze wspominał, żebym tam nie chodziła, bo stępie sobie słuch. Nie wiem jak ma na imię ta kobieta, ale jest kompletnie głucha, a fajne jest to, że gdy puszczają muzykę sąsiedzi z naprzeciwka (zawsze, cholera jasna, po dwudziestej pierwszej) ona gra nadal. Fajna jest, ale brzydka. - Tak, jak już mówiłam, zastanawiałam się dzisiaj, co jest lepsze – spódnica czy spodnie. Nigdy nie chodzę w spódnicach, ani sukienkach i często nie wiem, jaka jest różnica pomiędzy nimi, no ale… dziś zrobiłam wyjątek, bo być może dziś stanie się coś wyjątkowego – mówiłam tajemniczo, patrząc mu w oczy. Wiedziałam, że bredzę kompletnie, ale jemu, widocznie, to nie przeszkadzało. – Nie mówisz? Tak, chyba tak. Ale to nie szkodzi, ja lubię mówić. Kiedy moja młodsza siostra umarła, miałam wtedy dziesięć lat, zamknęłam się w sobie i przestałam kontaktować. Czytałam, uczyłam się, i tak dalej, ale przez dwa lata nic – do nikogo. A wiesz, kiedy się odezwałam, miałam dwanaście lat, spytałam wtedy czy krasnolud, który stoi przed naszym domem i jest ozdobą może jechać do Francji. Pewnie myślisz, że jestem głupia, a to zdanie nie ma sensu… A tu nie. Tata kochał tego krasnoluda, wszystkich to wkurzało, nawet mnie, a ja jestem osobą bardzo spokojną. Wiedziałam, że gdyby nie śmierć siostry, tata nie pozwoliłby wysłać mi krasnoluda do ciotki Augusty, do Paryża. Tak… - zakończyłam, zapalając papierosa. Paliłam Camele. Kochałam się w nich, odkąd skończyłam piętnaście lat. Czasami wypalałam paczkę dziennie, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało. – Tak… a co u Ciebie? Aha, nie mówisz. Dobrze, wiesz, po tym krasnoludzie też się nie odzywałam. No może było już lepiej, ale dla mnie mówienie straciło jakikolwiek sens. No, spróbuj to przeanalizować. Miałam trzynaście lat, gdy facet mnie potrącił, ciężarówką znaczy. Nie było tak źle, lepsze to niż wpaść pod konia. Moja ciocia wpadła pod konia, przez moją mamę. Miała wtedy cztery latka, ale moja matka do dziś ma wyrzuty sumienia. Ciotce nic się nie stało, a nawet jeśli to i tak mam to gdzieś. Ta ludzka mentalność, nie znoszę tego. Może ja wierzę w reinkarnację… To dziwne. Aha, mówiłam o ciężarówce… - spojrzałam na niego pytająco. – Mógłbyś przynieść mi piwa? Latynos czym prędzej zerwał się z krzesła i pobiegł po piwo. Chciałam zobaczyć jak wygląda z tyłu. Lubię oglądać ludzi od wszystkich stron, bo wtedy mam wrażanie, że wiem o nich wszystko. Spojrzałam na zegarek – wskazywał szesnastą szesnaście. Pomyślałam, że głupio będzie rozmawiać przy fałszującym pianinie, bo babka przychodziła zazwyczaj po osiemnastej, i że raczej powinnam się już zbierać. Kelner przyniósł mi moje piwo i usiadł znów czekając na dalszy ciąg historii. - Dzięki, dzięki – zrobiłam duży łyk piwa, którego tak naprawdę nie lubię. Zawsze pijam wina, ale dziś jest wyjątkowy dzień. – Gdy facet mnie potrącił okazało się, że mam coś z głową, taak, brzmi śmiesznie. Mój brat, który też nie żyje, mówił, że to zapalenie mózgu. Fajnie, nie? Nadal nie wiem, czy żartował… ale on był trochę dziwny. Bardzo mi się wtedy ta nazwa spodobała. Mój brat był lekarzem. Miał trzydzieści lat, gdy umarł. Nikt nie wie czemu, w sumie to mu trochę nie wypadało… wiesz, lekarz, bez sensu. Ja miałam wtedy piętnaście lat i zaczęłam palić. Brat nie lubił papierosów, więc teraz poczułam się bezkarna. Chciałam uczcić jakoś jego śmierć, ale już nie mówiłam, więc stwierdziłam, że to wystarczy. No i z tą moją głową to było wszystko w porządku, tylko spać nie mogłam. Nawet mi się nie chciało, a ciemności się bałam. Więc oglądałam filmy z Jackiem Nicholsonem, które tata przynosił z wypożyczalni. Czytałam też i tam takie. Mówiłam, ale sporadycznie. Potem był motyw z tym bratem, ale zaraz, zaraz… dlaczego ja ci o tym opowiadam? – spytałam, uśmiechając się przepraszająco. Latynos wzruszył słodko ramionami. Cały był słodziutki – po prostu. Nie pamiętam, co było potem. Film się urwał. Gdy się obudziłam, byłam w domu. Leżałam na podłodze przed miejscem na telewizor. Cóż… telewizor wyleciał przez okno, ale to było kilka lat temu. Nie wiem, ile czasu mogłam tak leżeć. Krosty na ciele dawały złudne uczucie ciepła. Potem… chyba zasnęłam.
Część 22 / 2
*** No i co ja bym zrobiła bez przyjaciół?! Rano obudziłam się, czując na sobie czyjś wzrok. Jest to uczucie, bez wątpienia, jedno z najokropniejszych. Owy słodki Latynos patrzył na mnie swoim cudnym pustym wzrokiem. - Hej – powiedziałam bez entuzjazmu i najprawdopodobniej w pół-śnie. – Hej… - powtórzyłam. Usiadłam rozglądając się sennie po pokoju. Chłopak kucał nad wersalką i wciąż na mnie patrzył. Jedno co przyszło mi do głowy to słowo: syf. Automatycznie wstałam. Wstał i Latynos. - Kurwa – powiedziałam wolno. Uśmiechnął się. - Kurwa – powtórzyłam. Spojrzał z zaintrygowaniem. Pomyślałam, że chce mnie przytulić. Nagle zaciekawiło mnie, czy ma na sobie buty. Nie miał. Jego zielone skarpetki błyszczały mi w oczach. Zauważyłam też, że jest ode mnie niższy o co najmniej pół głowy. Poczochrałam jego włosy i pocałowałam go w czoło. Był to mój pierwszy pocałunek w czoło. W łazience roiły się wymioty. Miałam wrażenie, że się rozmnażały. Patrzyłam tępo w lustro. Z przyzwyczajenia wzięłam do ręki szczotkę i zaczęłam wolno rozczesywać włosy. Spojrzałam w dół – miałam na stopach stare trampki i właśnie stałam w czymś, co wyglądało dość… śmierdząco. - Kurwa – rzekłam sobie po prostu tak „sę”. I postąpiłam bardzo twórczo, bo wzięłam do ręki nożyczki i ścięłam wszystko. Wszystko. Zastanowiłam się przez chwilę, czy włosy na podłodze też się rozmnożą. Kurwa mać! Jestem łysa! Zajebiście! To ironia. Ironia jest fajna i wiecie… gdzie ja, tam i ona. Kochamy się po prostu. - Cześć, Latynosie! Czyż nie wyglądam fajnie? – powiedziałam, wyskakując z łazienki. Patrzył tępo, no ale i tak mnie to nie obchodzi. – Czy nie uważasz, że powinnam opowiedzieć ci o mojej babci? Chyba tak uważał. Rozsiadłam się więc na moim fotelu, a chłopiec siadł obok mnie. No, mówię chłopiec… ale czy ja wiem, mężczyzna? Ile on może mieć lat?! Dwadzieścia? Też mi wiek. Po prostu trzeba myśleć trzeźwo. Ukrywać swój smutek pod wielką skorupą fałszywego uśmiechu. Wiesz, że czujesz się wtedy jakbyś coś brał? - No… jestem dziwna – uśmiechnęłam się, wskazując na głowę. – Ale to nie moja wina! To wszystko przez to, że moja babcia jest ze mnie dumna. Stary, to nie ma tak lekko, jak twoja babcia jest lesbijką. Słuchaj… - zapaliłam. – Babcia miała tam jakiegoś męża, no nie, jakoś tak przez pół roku, a potem się zakochała w babci Zosi. Dlatego mam trzy babcie i jednego dziadka. Trochę niezręczne. Ale, człowieku! Żebyś ty widział, jak te babki się całowały! Odruch wymiotny – automatycznie. No ale, kurczę, ciągle się całują… Ja tam ich nie odwiedzam. Ale moja mama też jest dziwna. No i wszyscy tak jakoś umierają. Śmierć jest fajna… - urwałam. Zrobiłam sobie „przerwę wymiotną”. - Tak poza tym, to jestem bardzo nudnym człowiekiem. Nie mam przyjaciół i nigdy się nie ożenię – spojrzałam na niego z dołu, prawie już leżąc w łazience. – To znaczy, nie wyjdę za mąż. Nadal nie widzę różnicy pomiędzy tymi słowami. Ale to mój wybór – uśmiechnęłam się. – Zaśpiewać ci coś? „Lolli pop, lolli pop, lolli pop ci w wiesz co”, lubisz to? – w tej chwili położyłam się na różowym dywaniku, leżącym przed wanną. - Nie pamiętam, czy sama to wymyśliłam, czy to już kiedyś było. Albo „nie patrz na mniee, jak na rybęę” albo też: „my się zimy nie boimy – w glanach chodzimy”. Nudzi mi się. Ale lubię to. - Idź już – powiedziałam, leżąc. I wyszedł. Świetnie. Kurczę, takie niemowy są inspirujące. Też kiedyś nie mówiłam, a teraz za bardzo nad tym nie panuję. Ale, kurwa, jak Chylińska nagrała „niemieckie” techno, to ja mogę mówić. „Całkowicie i absolutnie popieram: homoseksualizm, eksperymentowanie z braniem narkotyków, przeciwstawianie się opresjom (jak: religia, rasizm, seksizm, cenzura i patriotyzm), kreatywność przez muzykę (…)” – tak wygląda jedna ze stron w moim pamiętniku. Sama tego nie wymyśliłam, a pomógł mi mój kumpel – Kurdt. To świetny gość, on wie wszystko. - Więc wiesz, mówię babci, że jestem lesbijką, bo się stara cieszy. Mówi, że mam to po niej, a tak naprawdę to mi jest już wszystko jedno. – Mówiłam do siebie, wciąż myśląc, że Latynos stoi obok. I chyba zasnęłam. W łazience. To co. Mogłabym też pisnąć coś o Piśmie Świętym w łazience, ale… To na stronie sto dziewięćdziesiątej, w porządku?
Rozdział I Agata, co poniewiera się po kątach, śpi w wannie, robi tosty i jest bardzo niegrzecznym klientem restauracji u Latynosa.
Nie uważam jej za kogoś głupiego. Rzadko mam do czynienia z fajnymi ludźmi, równie rzadko jestem trzeźwa. Człowieka czasami spotyka coś takiego, że z mądrych określeń pozostają tylko urywki, fragmenty, brak sensu. Wtedy jest pomiędzy. Ona nie jest pomiędzy, ogląda seriale, ma chłopaka i słucha rodziców. Ja jestem pomiędzy, a mimo to ją uwielbiam. Ona lubi się chwalić, że pijaństwo łapie ją po butelce wódki, mnie łapie po szklance dziesięcioprocentowego wina. Bywa chamska, bywa miła. Czy ja wiem – może nie jest szczera. Odwróciła się, patrząc na mnie smutno. Pomyślałam: „kurwa, mogłaby się uczesać”, a zaraz potem: „Nie no, fajnie wygląda.” Cóż. Dworce mi nie służą. Chociaż lubię wystukiwać rytm opuszkami palców na starej ławce. Zawsze to samo wolne miejsce dla mnie, wiecznie spóźniony pociąg i zapach przesolonych frytek. To zapach Polski. - Hej, stara, gdzie twoje wąsy? – krzyknął ktoś stojący na schodach, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Posmutniała. Boże, jaka ona nieszczęśliwa. Jest ładna – zbyt często stwierdzam te oczywiste rzeczy. Co prawda, nie ma pełnych czerwonych ust, takich cudownych, jakie ja mam. Nie ma długich blond włosów, które mnie zawsze kręcą, ale jest taka… pociągająca! Patrzę na nią i nie mogę się oderwać. Śledzę jej każdy ruch. Od godziny siedzę na tym pieprzonym dworcu i próbuję ją zagadać, ale tak się boję… Czego się boję? Mam do wyboru: swój brak urody, swoją nieśmiałość, lenistwo. Wybieram lenistwo. Stop. Przerwa na tabletkę. Łyk! - No i co, Ewa? – powiedziała dziewczyna. Zupełnie brzydka. Jak ja nienawidzę brzydkich ludzi! Ani grubych. Nie lubię, gdy ktoś goli nogi, i nie lubię, gdy facet nie ma brody. Uwielbiam bezdomnych i ich wełniane czapki. Czterdziestka to minimum, jak dla mnie. Ładna Ewa kiwnęła głową i usiadła na ławce obok tej brzydkiej koleżanki. Patrzyła tępo na swoje buty, zerkając na mnie. Spuściłam wzrok. Zesztywniałam i prawie zaczynałam drżeć. Denerwowałam się. Jak jestem zła to płaczę. Moja znajoma wali głową w ścianę, więc chyba lepiej płakać. - Cześć, mała, zgubiłam wąsy – rzekła. Stała przede mną, oświetlona jakimś światłem, jak gdyby była kimś magicznym, zaraz… Ona jest magiczna. Uśmiechała się do mnie. Też chciałabym się uśmiechnąć, ale nie potrafię. Bo to coś w stylu… ee, gryzę sobie tabletkę i „jeżdżę” językiem po zębach. Dziwne określenia są fajne. - Cześć – ledwo wyszeptałam. – Niestety, nie znalazłam żadnych wąsów – wybełkotałam i spuściłam wzrok. – Ale czemu wąsy? - Nie wiem – uśmiechnęła się szeroko. – Tak chciałam zagadać. - Ale ten koleś na schodach też gadał o wąsach – stwierdziłam mądrze. - Bo jest głupi – podsumowała. - Możliwe – spojrzałam na nią. Pomyślałam, co by mi zrobiła, gdybym powiedziała jej, że ma odstające uszy. Podobały mi się. – Lubisz głupich ludzi? - Czasami. - Wolisz dziewczyny czy chłopaków? Lewica, prawica? Zamiłowanie do bycia dziwnym? The Doors? - Narkotyki? Wolna miłość? - Tak? – szepnęłam podekscytowana. - Nie – uśmiechnęła się z dorosłą wyniosłością. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest głupią idiotycznie idiotyczną idiotką, i że się zgrywa. W drugiej chwili pomyślałam, że zostały mi tylko cztery tabletki. W trzeciej, że jest ładna. A w czwartej, że może i nie ma racji, ale mi to nie przeszkadza. - Nie? - Nie. - Hm. - Nie przejmuj się. - Ta, jasne, „wyluzuj”! – a ta brzydka, to gdzie poszła? Ciekawe. - Dokładnie. - Wkurwiasz mnie – wyrecytowałam dokładnie. - Ty mnie też, ale i tak cię lubię. Masz fajne nogi i jesteś szczupła. - Kocham cię – cmoknęłam. Ewa wybuchnęła kuszącym śmiechem, pokazując przy tym swoje białe zęby. Patrzyłam na nią przez dłuższa chwilę, zastanawiając się nad tym, ile już sekund upłynęło od chwili, w której się poznałyśmy. „Minuty na sześćdziesiąt podzielić – fajnie”. Tak, był kiedyś taki pisarz, który pisał o niczym. Mimo, że wiedziałam, o co mu chodzi to mnie wkurwiał. Nie muszę być tolerancyjna i nie muszę chodzić do kościoła, nie myję podłogi i jestem za wolną miłością. Mimo, że brzydzę się ludźmi. Jestem przeciwieństwem samej siebie i jem kanapki z nutellą. Bądź taki jak ja! - Jedziemy? – spytała. Tak, jedziemy. - Gdzie jedziesz? - A ty? - Przed siebie. Zamyśliła się. - Ja chyba też – odpowiedziała. - Nie sądzisz, że to głupie? Wiesz, takie jechanie bez celu w ogóle nie ma sensu. Można iść na jakąś pielgrzymkę, można udawać, że idziesz na jakiś tam… nieważne. Ale bez celu? - Czasami wolę nie mieć zdania. Pociąg jechał zbyt wolno. Widziałam durne twarze ludzi za oknem. Stały stare kioski, urzędy miasta, czasami jakieś łąki albo lasy. Nie patrząc na Ewę, sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam paczkę Cameli. Oglądałam ją, przypominając sobie mojego pierwszego. Trzynaście lat i wmawianie częstującemu, że to moje ulubione. Paliłam wiele razy – gdy miałam dziesięć lat zapaliłam chyba Caro, nawet nie pamiętam, ale… to było w lesie. I wiedziałam, po prostu wiedziałam, że Camele będą najlepsze. Nie wiem czemu. Chciałabym też zapalić Nevady, ale jakoś nie mam okazji. Wyjęłam jednego z paczki i włożyłam do buzi. Zastanawiałam się, gdzie mam zapałki i dlaczego boję się zapalniczek. Pamiętam, jak kiedyś wstydziłam się palić przy znajomych, bo nie umiałam jej obsługiwać. Ba, nawet zbyt często myliłam nazwy. Dla mnie to była zapalarka, zapalara – może to też poprawnie? Więc mam zapałki w płaszczu, w lewej kieszeni. Machinalnie mam w głowie fakt, że mogłam się ruszyć wieżą na E7, zamiast na E6 – wtedy bym wygrała. Ale facet blefował. Mam na myśli grę w szachy. Mimo wszystko, moja pamięć nie jest najgorsza. Powiedziałabym nawet, że ją lubię. Że blefował, to sam mi powiedział, idiota. Podpaliłam zapałkę i wreszcie mogłam delikatnie się zaciągnąć. Zawsze bałam się mocno. I cóż, moje umiejętności nie były zbyt duże. Dym często wpadał mi do oczu, nie umiałam „strząsać”, ani zgniatać. Nie lubię, gdy ktoś pali. Sama dla siebie jestem wyjątkiem. Znów mi się przypomniało - akurat wtedy, gdy pociąg mijał stację Rudniki - że mając czternaście lat wymyśliłam sobie trzech panów. Pierwszym był – Pan Ale Wszystko Będzie Dobrze, drugim Pan Ale Weź Się Do Roboty, a trzecim Pan Ale I Tak Nic Się Nie Uda. Miałam nawet gdzieś zeszyt z dialogami. Powinnam go poszukać. Ale mam rację, a ci panowie są mi bliżsi, niż niejedna ciotka. Kiedyś byłam harcerką. Chociaż się nie angażowałam. Nigdy tego nie robiłam. Moim zadaniem było obserwowanie reakcji ludzi, wyodrębnianie interesujących zdań i to wszystko. Nie lubiłam być pytana, nie lubiłam niczego, co było związane z życiem harcerzy, czy po prostu z życiem społecznym. Ale chciałam tam być, chciałam być jakąś cząstką w życiu innych, spróbować wszystkiego – takie właśnie było moje zadanie. Cóż, Pan Ale Wszystko Będzie Dobrze nie miał nic przeciwko temu. Bardzo go lubiłam. Chyba jako jedyny nie był siwy. Ostatnio brzydzi mnie siwizna. Jakie szczęście, że mój tata ma brązowe włosy. Myślę, że szybko nie zsiwieje… choć i tak zbyt często go nie widzę i jakoś mi się nie chce. Ech, molarności mi brak. - Myślałam, że lubisz mówić. Ja: - Nie oceniaj po pozorach, coś za coś. Widzę ostrość na nieskończoności, to nieskończoność nabiera ostrości. Taaaa, znam drogi wiodące do dna... I tym podobne. Wiecie, że gdy masz dwadzieścia siedem lat, skończone studia, zatruty umysł, brak równowagi emocjonalnej, nie żenisz się to jesteś nikim? Możesz być nazwany artystą – ale z pogardą. Słyszeliście kiedyś, żeby ktoś rozsądnie myślący nazwał kogoś artystą, mając coś dobrego na myśli? Rozsądnie – tak, nie wiadomo, co o tym pomyśleć. Równie dobrze nie wiadomo, gdzie wstawić przecinek, gdzie myślnik, co podkreślić i w kogo rzucić starą kanapką. Każdą sytuację, słowo trzeba dobrze rozważyć, nawet jeśli brakuje ci czasu. Nie masz czasu? Twój problem. Oglądasz teletubisie? Masz coś, oprócz niezbitej chęci podążania za wiejską modą? I czy w głębi serca nie uważasz, że Thinky Winky nie jest pedalski? Interesujesz się polityką? Pierdol się. Można byłoby cię obrzygać nawet wtedy, gdybyś wolał PiS od PO, ale ja nadal nie widzę różnicy. Najbardziej mnie dziwi, że prawica to „P” jak PO i jak PiS, a lewica? „L” jak? LPR? A SLD, to po cholerę? Mało logicznie. Ta, polityka jest nielogiczna. Ja też jestem nielogiczna. Tak naprawdę, to w ogóle nie wiem, o co mi chodzi. Wiem, że trzeba mówić „dzień dobry” i żeby nie jeździć nowym rowerem – bo ukradną. Ale co wiem więcej? Lubię Żydów i ich nosy, lubię pijaków, lubię punków, nienawidzę skinów, lubię jednego dresa, piję gorzką herbatę. Wykreśl słowa, które nie pasują do reszty. To za trudneee, jejuuuu. Pasowałoby gdzieś zahamować, żeby tak nachlanie się nie śmiać. I żeby się też nie odizolować. Powinnam wiedzieć, przecież jestem pomiędzy. Nie wiem pomiędzy czym. Wiem, że oznacza to coś ważnego. Najprawdopodobniej znajdziesz odpowiedź na stronie sto dwudziestej czwartej, do której nie dojdę. Tak, Pan Ale I Tak Nic Się Nie Uda mnie lubi. „Nie poznamy prawdy, nie znając przyczyny”. Tak napisał Arystoteles. Umiesz zinterpretować? Tak czy nie? Konkretnie. Żadnego pierdolenia, że „moim zdaniem…”! Taa, widzisz w tym jakiś sens? Po pierwsze, ty, idioto, nie chcesz poznać prawdy. Zadowoli cię kłamstwo i cokolwiek byle byłoby „fajnie”. Więc, ty, idioto, nie chcesz znać przyczyny. Więc nie mów, że wiesz, kto to był Arystoteles. Bo nie wiesz. Mógłbyś pomylić go z Sokratesem. Taa, ja nie widzę pomiędzy nimi żadnej różnicy, ale to szczegół. Ot, dopisek tłumacza, taa. Żarcik. Kładę się na „pociągowym” fotelu. Zamykam oczy. (Twoja inteligencja zmusza cię do wyobrażenia sobie tego, że mogłabym, na przykład beknąć, prawda? Ale nie. Ja nie robię takich rzeczy.) Nie będę zadawać retorycznych pytań, bo to bez sensu. Na retoryczne też się odpowiada, a wy nie umiecie. -Behemocie, czy to wódka? –spytałam, a kot spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem. – Dobrze, kończę już. Hm, mogę zadać ci pytanie? - Właśnie to robisz – odpowiedział monotonnie, stawiając na stole dwie filiżanki herbaty. Pamiętam, jak gdyby było to wczoraj. Dzisiaj nie ma już kota Behemota, nie ma filiżanek, ale jest wódka, czasem spirytus. Takie jest ryzyko: a) izolacji b) izolowania się c) odizolowania się d) zaizolowania się? Nie, może… dorośnięcia? Dlaczego, gdy ktoś ma rację, to dowiadujemy się o tym, dopiero wtedy, gdy sami popełnimy jego błędy? Automatycznie w głowie mam, lalala - pomiędzy mną, a Bogiem, pomiędzy mną, a światem rośnie… las. Tak. Możesz pośpiewać ze mną. Jeśli masz ochotę na wykłady o tym, czego nie będzie i czego nie było. Nie będzie, bo nie mam kasy. Nie było, bo nie miałam kasy. Nie jest? Bo nie mam kasy? Nie, bo jem tabletki. Ale gdybyś powiedział, że nie mam kasy, to zaliczyłabym ci na pół punktu. No, Pan Ale Weź Się Do Roboty kocha wszystkich! Dojechałyśmy. No cóż, już zaczynałam myśleć o tym, dlaczego o szesnastej popadam w skrajności, a o godzinie dwunastej dostaję nagłego przypływu energii. W czwartki jestem mocno zestresowana, a w piątki się boję. W weekendy też jestem jakaś wystraszona, cóż. Poniedziałki są przerażające, a wtorki? Wtorki olewam. - Czy to możliwe, że dojechałyśmy? Przecież jechałyśmy przed siebie – mówiłam, starając się brzmieć autentycznie. Zapięłam czarny płaszcz o bardzo wielkich guzikach i pobiegłam za Ewą. Ewa była stanowczo za wysoka. - Tak, zależy jak to interpretujesz. Więc… witaj w mojej małej ojczyźnie. Spojrzałam na nią z zaskoczeniem. - W twojej małej ojczyźnie? – spytałam, wybałuszając oczy. – Czy ty aby nie przesadzasz? - Ależ skąd. Nagle zaczęłam wykrzykiwać z zapałem: - Pożar, pożar! Spalę, spalę, wszystko spalę, ale będzie czad! Dyskoteka mnie przytłacza… la, la, la… lepsza byłaby zabawa, gdybym spalił ją! Eee, nie wyszło mi chyba. Spalę, spalę… - Przestań – powiedziała ze złością – zawsze śpiewasz? - Jakby było w tym coś złego… - burknęłam. - Więc jesteś typem zakładającym maski? - Taa, myślę, że tak. Wiesz, tylko moja ulubiona wyruszyła na poszukiwania kwiatu paproci. - I tylko kości ci zostały? Kiwnęłam głową. - Spróchniałe od łez – powiedziałam. Podobało mi się tu, mimo że byłam dopiero na dworcu. Mało kiedy czułam się tak realnie. Cóż, mimo to zawsze mogłabym się zaplątać, będąc na najwyższym stopniu ogłupienia rzeczywistością. Wtedy upadek mógłby mnie zabić. A teraz jestem tylko wyprutym z optymizmu człowiekiem, który mieszka w… - Gdzie będziemy mieszkać? - Yyy… - zaczęła się śmiać. – Yyy… ee… - Jasne – uśmiechnęłam się do niej. Nie wiem, czemu. Ja się nie uśmiecham. Nie mogę być przecież taka jak wszyscy, jakie to mądre. I pomińmy już to, że gram osobę zbyt wyidealizowaną przez siebie samą, wciąż jestem za młoda i brakuje mi kogoś, kto pokaże mi jak. Czy ja wiem, może nie do końca za młoda. Za bardzo się przyzwyczajam i tracę poczucie czasu… Tak, zdecydowanie powinnam kupić sobie frytki. Uwielbiam po prostu ten dworcowy zapach! (Przypominam, że jest to zapach Polski) - Wiesz czego chcę? – spytałam. - Nie wiem, skąd mam wiedzieć – powiedziała brzydko i niedbale. Gdyby nie to, że za chwilę zamieszkam u jej chłopaka, to dowaliłabym jej. Choć w zasadzie mam skłonności do pacyfizmu i hippizmu. Co z tego? Właściwie to fałszywie z mojej strony, że nie dowaliłam jej w łeb. Wtedy byłoby szczerze i wykwintnie, czemu? Nie wiem. Ale pacyfiści są szczerzy, a ja już pierdolę. - Bo chcę, żeby… hm, kiedyś tam, jak już zrobię coś wielkiego. Nie wiem co, np. obronię jakiś pomnik przed dresami czy cokolwiek, to chcę… - Tak? - Musisz mi przerywać?! – nie odezwała się. Chyba się mnie boi, hoho. Ale jestem zabawna. I fajna. W ogóle to zajebista jestem, mówiąc brzydko. – To chcę, żeby wszyscy nosili bluzki z moim wizerunkiem, obcięli się na łyso, mieli dwadzieścia pieprzyków na rękach (jak ja), no… i żebym była w jakichś encyklopediach albo chociaż wikipedii. Nonsensopedia mi nie wystarczy. - Rozumiem. Pewnie, że rozumie. Jasne, na pewno rozumie. Pieprzy tylko, a nic nie wie. Gdyby mama mnie słyszała, powiedziałaby mi, że jestem dupkiem. Nie wiem, skąd u mnie tyle egoizmu i innych bardziej trudnych słów, o których rzadko pamiętam. - Ale twój chłopak będzie się mnie bał. Ja jestem straszna. Łysa. Łyssssa. Łyyyyysa. Łłłłysa. Łyyysssa! Sssa, sssa. - Zależy. – W tej chwili mogłaby powiedzieć: „on nie jest dziwny, ty jesteś dziwna”. Może powiedziała. Nie pamiętam. – Ale raczej zadowolony nie będzie. Tego się domyślasz. Tak, telewizji nie oglądasz? - Oczywiście, że nie… nie licząc „M jak milości”. - Spoko. My też to oglądamy. Nie musisz się wstydzić. - Przecież się, kurwa, nie wstydzę. - Oczywiście. - To jak, to gdzie śpię? - Nie wiemmmm… nie planujmy tak jeszcze. - Ale ja sobie żartuję, chyba. - Śmieszne – ironia. - No, pewnie. - To chodźmy. - Przecież idziemy. - Cudowny dialog. - Dlaczego tak myślisz? - Nie wiem. - To dobrze, lepiej nie myśl. - Dlaczego? - Nie wiem. - Masz telefon? - Nie. A co, chcesz zadzwonić na seks-linię? - Nie. - Dlaczego? – powiedziałam z udawanym oburzeniem. - Bo nie, dziecinko. - Och, jakie to słodkie. - Adam ma różowy dywanik, zakochasz się w nim. - W dywaniku? - Tak. - Pewnie. Kocham różowe dywaniki. Zwłaszcza na nich spać – tak naprawdę myślałam o rzyganiu na nie. I o tym, że brązowy kolor cudownie wsiąka. - Mhm. - A mogę spać w wannie? - Pewnie. - A Adaś ma kolegów? - Adam. Ma. - Dlaczego nie Adaś? - Bo ma oponkę. - O, kurwa! - No, kurwa. - Kurwa, kurwa! - Zamknij się. - Sama się zamknij. - Dobra. - Dobra. - Mhm. - Mhm. - Ciasteczko! - Gdzie? - Głupek. - Jestem francuską dewotką. Ewa ukryła twarz w dłoniach. Taki wyraz żalu nade mną. - Co bierzesz? - Nic, a nic. - Adaś się wkurzy. - Adam. Może. - Adaś. Tak. No i doszłyśmy. Blok wyglądał, jakby taki wielki słoń na niego narzygał. Zawsze tak wyglądają. Bloki. Ale to ich atut. Nie rozumiem, jak można mieszkać w bloku. W dodatku ja, ja… z moim bernardynkiem. Wracam do młodzieńczych czasów, niczym Tadeusz pan (prawie jak Piotruś). Teraz bym mogła. Nie mam wyboru. Idiotka, mam wybór. Zawsze mam wybór. Chcę jechać do Francji. Pojadę. Może będę zakonnicą. Kiedyś chciałam. Chciałam być lekarzem. Ale zrozumiałam, że to najgorsze z możliwych. A, właśnie. Ewa jest nauczycielką. Prawda, że to głupie? Idiotyczne. - A Adam pan gdzie pracuje? - Nie pracuje. - A to świnia! - Przesadzasz. I słuchaj, jak wejdziesz to nic nie mów. Nie pierdol o tabletkach, nie mów, ile masz lat. Zapamiętaj – jesteś Agata, moja… ee… kuzynka. Ja mu to kiedyś wytłumaczę. Ale na razie ma być jak mówię. Agata Pruciak. Skończyłaś studia, szukasz pracy. Rozumiesz? Żadnego śpiewania, narzucania się. Nic. Śpisz w wannie. - Oczywiście – w tej chwili myślałam nad tym, dlaczego Pruciak. – A na płótno mi dasz? - Dam. - A mogę ci opowiedzieć o piśmie świętym? - Tak, rano. - Która godzina? - Dwudziesta pierwsza. - Rano czy wieczorem? Nie odpowiedziała. Bardzo już mało pamiętam z tych mało istotnych momentów. Rzadko wspominam też Adama. Po prostu zapominam. Mam dziurę w mózgu. Tak, dom był mały. Ale lepiej się prezentował wewnątrz, niż na zewnątrz. Przedstawiłam się elegancko – Agata Pruciak, 27 lat, skończone ASP i tyle. Nudne. Na szczęście w rzeczywistości jest inaczej. Nie jest tak nudno. To znaczy, rzeczywistość… ja tego nie pojmuję w dosłownym trybie. Dla mnie to jest coś nadzwyczajnego. Imię też nie stanowi dla mnie niczego, czym mogłabym się pochwalić. Ja na takie durne pytania nie odpowiadam. Po prostu pytanie o imię to oznaka głupoty. A o nazwisko to już w ogóle! A właśnie… definicję nazwiska poproszę! Jak już mówiłam – mało istotny był dla mnie ten moment życia. Wiem, że zostałam zmuszona do wyspowiadania się. I że opieprzyłam księdza w konfesjonale, bo że niby ja Pisma Świętego nie czytam. Znam na pamięć. Naprawdę. I od tego momentu jakoś rzadko klęłam. Sporadycznie. Zaczęłam też gotować. O dziwo, szło mi całkiem nieźle. Spałam w wannie i słuchałam Courtney Love, jadłam dużo lizaków i miałam wielką fazę na parówki. Adam chyba miał mnie w dupie. Oboje nie mieliśmy roboty. No! JA SZUKAŁAM PRACY! Ja jestem starym – młodym hippisem. Nie potrzebuję pracy. Jemu by się przydała, mógłby zatrudnić się na hucie… może nie chciał? Trochę pił rano. Pił głównie żywca, czyli coś, czego nie lubię najbardziej. Ja zajmowałam łazienkę na ponad siedemnaście godzin. Zapisałam trzynaście zeszytów (dziewięćdziesięciokartkowych). Senny to był rok. Naprawdę tak trudno w to uwierzyć, że minął niecały rok, odkąd u nich zamieszkałam. Robiłam im tosty, przeszkadzałam i nie odzywałam się. Do sierpnia liczyłam powiedziane słowa. Było ich sto siedemdziesiąt cztery. W ciągu sześciu miesięcy. A we wrześniu… Dokładniej to w moje urodziny, które mam 31 sierpnia - zostałam postrzelona. Poczułam się prawie jak John Lennon i żałowałam, po tysiąckroć żałowałam, że nie założyłam lenonek! Naprawdę. Serce mnie kłuło, a udo bolało jeszcze bardziej… z żalu. Tak bardzo chciałabym je mieć wtedy na sobie. Wyglądałabym cudownie. Albo mogłabym mieć w ustach papierosa, albo chociaż elegancko trzymać go pomiędzy palcem wskazującym, a środkowym. Dlaczego, dlaczego, dlaczego ja wtedy o tym nie pomyślałam?! Opowiedzieć? Nie? Tak? Czemu nie?... To opowiem, a co. Spałam. A gdzie spałam? Oczywiście w wannie. Gdy wstałam, poślizgnęłam się na własnych plwocinach. (Ewa sprzątała zawsze o osiemnastej, a była dopiero jedenasta). Miałam na sobie niebiesko-czarną koszulę flanelową, bardzo stare jeansy i nic poza tym. Tak! Włosy! Odrosły mi na wystarczającą długość, aby móc powiedzieć, że są średniej długości (masło maślane). Ale naprawdę wyglądałam dziwnie. Może jak Myszka Mickey? Ale myślę, że dość ładnie. Przynajmniej mój lekko żydowski nos się odrobinkę chował. Postanowiłam, pierwszy raz od czternastu lat, wypić kawę. Poczułam się ważna. Doszłam boso do kuchni i zaczęłam czytać „Kobietę i życie” – gazetę Ewy. Pomyślałam, że jest to bardzo pouczające czasopismo, i że doskonale zapycha czas! Adam, oczywiście, nie miał nic przeciwko temu, że nazywam się Agata. Bo nie wiedział, że tak nie jest. I JA TEŻ! Sielanka. Istna sielanka. W tej gazetce są wprost cudowne przepisy, na przykład placek z wiśniami. Kiedyś zrobiłam owy mojemu bratu, kiedy jeszcze żył. On bardzo lubił wiśnie. Ja ich nienawidzę. Tak samo jak jabłek. Ogólnie to jem tylko czekoladę. No prawie. Kawa Jacobs zielona – siedem łyżeczek plus pięć cukru. Szczerze, to mi nie smakowała, ale czułam się tak miło i ważnie. Moi „opiekunowie” (tak ich nazywałam) spali. Bo chyba była sobota. Nie wiedziałabym, gdyby nie to, że jutro jest niedziela! Zrobiłam te pieprzone tosty, zjadłam jednego i ubrałam trampki. Wszystko robiłam machinalnie/automatycznie/podświadomie czy jakoś tak. Obudziłam ich. Wyglądali idiotycznie, śpiąc. Poczułam się, jakby byli moimi rodzicami, a ja zrobiłam im niespodziankę z tymi tostami. Szkoda, że tak nie było. Swoją drogą, to jestem od nich troszkę starsza. Tak tyciu. I wyszłam. Jeśli chcesz znać szczegóły, ty (idioto), to wyobraź sobie, że rano poślizgnęłam się na wymiotach, a potem ubrałam trampki. Wyciągnij wnioski. I nie pomiń spodni. Taak! Tak! Nie pomiń też, nie mycia się, nie czesania… i brudnych zębów. Ha! I powiedz, co czujesz. Opowiedz mi o tym, przyjacielu. Wychodziłam z bloku. Taka chałtura przed nim jest trochę, bo jakieś trzepaki (zaprzęgi dla koni), parkingi (dla koni) i place zabaw (?). Szłam do centrum. Och, Wrocław, ach, Wrocław. Szłam. Szłam. Szłam. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdybym nie szła dalej. I wtedy to się stało. Nie wspominam tego dramatycznie! Broń Boże! Co jest w tym złego, że polują na mnie w centrum? Ja o tym nie wiedziałam. Ja miałam twarz wbitą w chodnik. Nie opowiem ci, jak wyglądałam, bo nie wiem. Bo senny to był rok, w dodatku ta śpiączka. Mówiłam, że mam dziwną pamięć? Zostałam poinformowana, że śpiączka trwała trzy miesiące. Nie ma co, fajne urodziny. No i napisali o mnie w gazecie, mówili też o mnie w wiadomościach (na TVP2). Obudziłam się więc na początku grudnia. Czułam się jakoś dziwnie umyta, czysta i uczesana. Poczułam złość, niechęć… Fragmenty zdarzeń migotały mi w głowie. Widziałam babcie, dziadka… stary dom, groby rodzeństwa, siebie, siebie, siebie, widziałam Jim Morrisona śpiewającego „The End”. I ludzie, biegli, biegli… pustynia. Szara pustynia. Wąż. Wojna w telewizji. Śnieg. Dużo śniegu na dachach w starej wsi, w której mieszkałam. Mama. Gdzie mama? Miasto. Akademik. Mama. Mama. Ciągle mama. Pociąg. Towarowy? Chyba. Tabletka. Żółta? Wanna. Dywanik. Ewa. To Ewa? Mama. Mama. Babcia Zosia. Babcia Basia. Kapelusz. Alicja w Krainie Czarów. Brat. Camele. Latynos leżący pod biurkiem. Pianino. Latynos. Boję się. Mama. Mama. Mama. Chcę do mamy. Studia. Profesor, który wygląda jak Nicholson. Drewniany telewizor. Czemu? Biały. Biały. TABLETKA. Wąż. Wąż. Wąż. Siedem mil. Pustynia. Autostrada. Prostytutka. Tir. Śmiech. Śmiech. On się śmieje! TABLETKA. Pistolet. On ma pistolet. Nie, to nie on. Mama. Mama. Tato? Babcia ma pierniczki. Babcia mi przywiozła pierniczki. Z dżemem, jak lubię. Przywiozła je. Dla mnie. Dla wnusi. TABLETKA. TABLETKA. TABLETKA. I pociag. Jak wąż. Śnieg. Śnieg. Mój pies… czy to kot? BEHEMOTH! Mój kot. Tir. Ciach. Kot. Kot… gdzie mój kot? Wódka. Hektolitry. Pogodynka. Siostra szarpie mnie za sweter. Lepimy bałwana. Mama. Mama. Ona gdzieś tu musi być. HELIKOPTER. Boję się wojny. Ale wojny nie ma. Ewa. Ewa. Gdzie moja tabletka? Gdzie?! Babcia Basia… idzie. GDZIE MA PIERNICZKI?! MIAŁA MI JE PRZYWIEŹĆ! MAMOOOO! Pociąg. Znowu. Tam jest jego tata. On go kocha. On jest pijany. Uratujcie go! CIACH! Nie ma kota Behemotha! Tir jedzie. Autostrada na łące. Jestem Indianinem. Czy ty pamiętasz? Goni mnie pijak. Pustynia. Latynos. Śnieg. Tabletka. Tabletka. Tabletka. Tabletka. Tabletka. Szpital. Adam. Ewa? Mama? Podobno nie umiałam mówić. Ale to przez tydzień. A tego w ogóle nie pamiętam! Nic nie pamiętam… do momentu, ach tak. Już wiem. Już wiem, gdzie Ewa schowała mi tabletki. - Cześć, Agata – powiedział Adam, siadając na białym szpitalnym łóżku. To było moje szpitalne łóżko i dopiero teraz dotarło do mnie… wszystko. - Cześć? Agata? Jaka Agata? - Ty. - Ja nie jestem Agata. Jestem Aleksandrą. Wyszedł. Liczę do trzech. Zapomniałam o dniu siedemnastym, o dniu ostatecznym. Nie wiem, ja naprawdę nie wiem, jaki jest rok, dzień. Nie wiem, ile mam lat. Nie wiem, jaka to miejscowość. Nie wiem, gdzie jest moja babcia. Czy mój tata żyje? GDZIE JEST MOJA PIEPRZONA NOGA?! - Mamooo? Tatooo? – powiedziałam. Chyba wetknęli mi coś do nosa. Zaczęłam się śmiać. Ale mnie to cholernie bawi. Chcę zobaczyć moja nogę. Głowę mi też unieruchomili. Są wprost przezabawni. CHCĘ ZOBACZYĆ MOJĄ NOGĘ. PRAWĄ! Noga, noga, noga. – MAMOOOOOOOOOOOOOOOO! MAMOOOOOOOOOOOOOOOOO! MAMAAAAAAAAA! MAAAAAAAAAAAAMAAAAA! Chyba mi zamknęli buzię. Cholera jasna, nic nie widzę. Próbowałam krzyczeć. Słychać było tylko przyduszone „mmm”. Chciałam uderzać rękoma o łóżko. Dlaczego jakiś pieprzony idiota mnie przywiązał?! I DLACZEGO NIC NIE WIDZĘ? - MMMMMM… - chciałam krzyknąć „mamo”. Nie da się. Nie da! Serce waliło mi w niewiarygodnie szybkim tempie. Słyszałam piosenkę AC/DC. CO SIĘ, DO JASNEJ CHOLERY, DZIEJE?! I ten wkurzający refren. To „T.N.T.” Mamoo. Hej, hej, cicho! Ktoś coś mówi! - Żyje, myślisz? – powiedział znajomy głos. - Co mówisz? - Pytam, czy żyje. - Oczywiście. Odetchnęłam z ulgą. - Żyje, żyje, tylko przysypia. - To co w końcu robimy? - Poczekamy na House’a. Pomyślałam – „co!?” Na House’a?! Co?! CO?! COOOOO?! Co to za pieprzony serial? Nie, to niemożliwe. On istnieje? Nie istnieje. Powiedzcie, że nie. I NIECH MI KTOŚ OTWORZY TE PIEPRZONE, PIEPRZONE, PIEPRZONE OCZY!
***
Poczułam, że powoli się budzę. Nadal słyszałam głos House’a. Nie czułam się. Nie wiedziałam, czy śpię, umarłam czy robię coś równie nieistotnie idiotycznego. Wszędzie unosił się zapach mydła. I szampon. Ktoś chyba nie wie, że jestem uczulona na szampon. I pomyśleć, że jestem w szpitalu. Och… jeśli jestem u House’a, to… nie, pewnie robią to pielęgniarki. Niech to. A byłoby tak fajnie! Dosłownie – fajnie. Nie, nigdy nie oglądałam tego serialu. Każdy odcinek jest taki sam. Po tym, gdy otworzyłam oczy i jakoś kontaktowałam, to dowiedziałam się, że jest szesnasty grudnia, i że mam dwadzieścia osiem lat. A ten motyw z Doktorem Housem to tylko kwestia włączonego telewizora. Ze szpitala wyszłam dwa tygodnie później. Co się stało? Nie bardzo pamiętam, co mówił lekarz (był wyjątkowo odpychający, nosił takie spodnie… wiecie, takie mocno niefajne). Wiem tylko, że coś z udem, no i mam laskę! Naprawdę bardzo się cieszę z tej laski. Nazwałam ją Filipina. Jest brązowa i ma dość specyficzny, ee… uchwyt? Ale bardzo ją lubię. Oprócz tego, mam zaniki pamięci i mi przepisali lekarstwa… te, od których, tak… nieważne. Wszyscy wiedzą o co chodzi – po co mówić? Jest dużo kwestii to obgadania w tej sytuacji. Aha, znów mówili o mnie w telewizji. Powiedziałam, rzecz oczywista, że jestem Agata. Nikt tego nie sprawdza. Czasami nawet sama zapominam, jak się nazywam. Co mnie martwi? Nie odwiedzili mnie rodzice, ani żadna z babć. Mój dziadek umarł na zawał kilka dni temu. Z egoistycznych pobudek, takich jak brak kontaktu i całkowita ślepota – nie byłam na pogrzebie. Ale w niebie chyba lepiej, co nie? A ja, psiakość, żyję. Powiedziałabym nawet, że mam się całkiem dobrze. Mimo to, lekarz (idiota-idiota) wmawia mi, że mam dość zaawansowaną depresję i trwały problem z żołądkiem. Właściwie to nie mam pojęcia, kiedy ostatnio coś jadłam. Zupełnie nie wiem, co oni ze mną robili w tym szpitalu. Dzisiaj wychodzę. Cieszę się chyba. Trudno określić. Lekarz mówi, że trwały uraz psychiczny uniemożliwia mi określanie uczuć. Tak, trwały! Ho, ho. Mówi tak, bo chce brzmieć autentycznie. A ja jestem poszkodowana, mikołajki mnie ominęły! Na razie jeszcze leżę w tym szpitalnym białym łóżku, bo nie wiem, czy ktokolwiek po mnie przyjdzie, czy sama mam sobie stąd iść. Nie wiem też, czy mam gdzie mieszkać i dlaczego nikt nie odbiera moich telefonów. Ale kto do mnie strzelił nie obchodzi mnie wcale, a skąd. Tak, zmartwił mnie też fakt moich zaległości książkowych… trzy miesiące nie czytania! Śpiączka bez śnienia. Co to ma w ogóle być? Nie znam szczegółów mojej choroby, pobytu w szpitalu, ani niczego innego. Biorę siedemnaście tabletek dziennie, bo mnie boli. A ja jestem UZALEŻNIONA OD BRAKU BÓLU. Doczłapałam do domu Ewy, bo po mnie – cholera – nie przyszła. Był Adam. Trochę ciężko mi z nim gadać, bo oboje tacy jesteśmy jacyś niemrawi. Ale Ewa jest w ciąży, a ja chyba z niczego bardziej się nie cieszyłam. W którym miesiącu? W piątym albo szóstym. Adam nie jest zadowolony, on jest załamany. W dodatku Latynos nie dzwonił. A to doprawdy dziwne, że nikt nie ma do mnie numeru telefonu. Wiecie czemu? Bo nie mam telefonu. To mój ulubiony żarcik. Adam jest także zmartwiony z powodu nadchodzących świąt i braku pracy. Cóż za biedne z niego stworzenie. Powiedziałam, że mogłabym mu tą pracę znaleźć, ale chyba nie mam ochoty. - A wiesz, że moja ciotka pracuje na poczcie? – zagadnęłam. - Niewiarygodne! A to szczera, oj szczera, prawda. W dodatku nazywa moich rodziców nierobami, bo są nauczycielami (masło maślane). Tak, rodzice… nie odwiedzili mnie. O osiemnastej, czyli o godzinie, o której Ewa sprząta, odbyłam z nią bardzo mało szczerą rozmowę. Nie powiedziała mi, dlaczego pachnę/śmierdzę szamponem, ale mówiła coś o tym, że mam się wyprowadzić. (Mówiąc, czyściła wannę jakimś śmierdzącym gównem). I że ona tego nie chce, ale Adam tego oczekuje. Bo Adaś boi się o zdrowie (ha, ha) dziecka, bo tu strzelają. Właśnie! Polują na mnie, znakomite! A ja powiedziałam, że mógłby lepiej znaleźć sobie pracę, a nie pieprzyć na prawo i lewo. Ewa przytaknęła smutno. Mogłabym ją przytulić, ale po co? Spytała, co robię w sylwestra. Wtedy to mi zrobiło się smutno, bo pomyślałam o rodzicach. A ona, dla odmiany, przytuliła mnie. Siedziałam na toalecie, a ona kucała nade mną, obejmując mnie za szyję. Podoba mi się to zdanie. Wyszło na to, że jednak się wyprowadzam. Nie wzięłam swoich rzeczy, bo ich nie mam. Serio. Ale naprawdę serio. Nie mam nic. Co robić, co robić, co robić? Włożyłam, dość zacnie, jedną rękę do kieszeni, a drugą opierałam się o laskę. I człapałam. Zatrzymałam się w miejscu postrzelenia (brzmi groźnie) i szukałam jakichś śladów, jednak nic. Nic nie było. I wtedy… zaczął padać śnieg! Weszłam do tramwaju, w celu odwiedzenia Maćka (to ten, który oblał). Bałam się iść do Latynosa, a do rodziców – nie było możliwości. - Cześć, Maciek – powiedziałam już na miejscu. - Cześć – powiedział barytonem (?). Chyba miał mutację. Zaczęłam niekulturalnie chichotać. – A co ci się… - jaki ten głos jest idiotyczny! Dosłownie IDIOTYCZNY! - … stało? - A nic. Mogę tu zamieszkać? - Jasne – powiedział szybko (i prześmiesznie!) - Serio? – miałam motylki w brzuchu. Znam to z gazet Ewy, nie wiem, co to za dziadostwo, ale brzmi całkiem przesłodko. - Nie. Ha. Ha. Ha. To jadę do babci - trzeciej. Ja naprawdę nie pamiętam jej imienia. Babcia numer trzy (czyli ta nie-lesbijska) mieszka na Śląsku. To znaczy w Częstochowie. Cóż za pardon – Częstochowa należy do woj. śląskiego! Obrzydliwość! To znaczy, do śląska nic nie mam, ale no, no… coś mi nie pasuje. Dokładniej – mieszka za Częstochową. Na wsi. Ja tam mieszkałam, gdy byłam mała. Babka mnie nie lubi, ale do lesbijek nie pojadę. Nie lubi mnie, wyzywa i obgryza paznokcie. Jest obrzydliwa. Ciekawe, czy ma łazienkę. Ja jestem nienormalnie niehigieniczna, ale braku łazienki nie zniosę. Cicho. Będzie pieprzyć, żebym się umyła. Heeej! Jestem umyta! Nie będzie pieprzyć! Będzie, będzie. I będzie ugniatanie kapusty! O mój Boże, Boże… Może się wrócę? Do dworca jeszcze daleko… A laska? Będzie pieprzyć. Nie znoszę pieprzenia! To może jednak ten Latynos? Albo mama?... Ludzie, ja nie mam gdzie spać, a jest już dwudziesta druga. Łyk! Tabletka – już trzydziesta trzecia. Mam pomysł! Pójdę do kina! Nie, lepiej nie, nie lubię kin, bo nigdy nie puszczają niczego fajnego. Wiem… pójdę pod Ewę. HA! Pod drzwi jej mieszkania, oczywiście. No i zrobiłam tak, a o drugiej w nocy już smacznie spałam. Na klatce schodowej. Rano, jak gdyby nigdy nic, weszłam do ich mieszkania. Było otwarte. Nigdy nie zamykają. A może na mnie czekali? Znów zrobiłam im tosty i położyłam się obok Ewy na łóżku. Spali przytuleni. Ja, przytuliłam się do Ewy. Pewnie trochę ubrudziłam im to przerażające białe prześcieradło, ale czułam się co najmniej dobrze. I zasnęłam. Adam patrzył na mnie (wiem, bo podglądałam), czy z litością, niechęcią? Nie mam pojęcia. Po prostu patrzył. Ale nie powiedział nic. Ciekawi mnie, czy miał mnie po prostu dość, czy może go intrygowałam, wzbudzałam gniew? Nie wiem, zawsze budzę jakieś skrajnie mocne uczucia, niekoniecznie pozytywne. Po prostu zachowuję się inaczej i mam tego całkowitą świadomość, ale co z tego? Ja tylko prostuję zęby, o tak. Musiałam spać długo, bo Ewa obudziła mnie grzmotem w sam środek głowy. Mówiąc normalnie – przywaliła mi w łeb. Nie czułam gniewu, baa, ja byłam wręcz zainteresowana! - Hej, co się stało? Kipiała złością. Oddychała szybko i nie mogła wydusić z siebie słowa. Widziałam w jej oczach złość, ból, zakłopotanie, wszystko. Nie wiedziała, co zrobić. Ja wstałam. Patrzyła na mnie groźnie, trzymając w rękach wielką encyklopedię, opierając ją na wielkim brzuchu. - Ewa… - szepnęłam. - Nic nie mów! – wydyszała. – Wynoś się… po prostu się wynoś! – krzyknęła piskliwie. Cofnęłam się. Usłyszałam głos Adama. I… zemdlałam. Prawda, że to dziwne? Bo ja się nie zdenerwowałam, nie byłam w ciąży, ani… nic. Ale zemdlałam. Czemu? Jak można określić rzeczy, które przydarzają się w najmniej odpowiedniejszych momentach? Cóż, mnie to akurat uratowało. Bo podnieśli mi nogi do góry, a w głowie mi jeszcze nieźle łomotało. I cholernie bolał mnie brzuch. Pewnie laska mi się wbiła, gdy upadałam. - Kurwa mać – szepnęłam. – Spieprzyłam – powiedziałam. – Ja naprawdę spieprzyłam! – I rozpłakałam się. Nie mam pojęcia, dlaczego. Nie wiem, czy to było szczere. Nie wiem, czy to nie przez tą ową depresję. Nie wiem. Nie wiem. Może… te dwa grzmotnięcia w łeb wreszcie mi coś uświadomiły? Zaczęłam mówić. A Ewa słuchała. Pomyślałam, że zawsze słucha. I że po prostu ZAWSZE wszystko. Rozpoczęło się na dzieciństwie. Wy też posłuchajcie. Ech, zapomniałam daty urodzenia. Cóż, mówi wam coś wiek dwadzieścia osiem? Tyle mam teraz lat. Dniem był trzydziesty pierwszy sierpnia, czwartek, godzina trzynasta. To wiem. Co dalej? Mam brązowe włosy, piwne oczy, dość szczególnie duży nos i usta. Dzieckiem byłam niezbyt mądrym. Nauczyłam się czytać, gdy miałam pięć lat. A potem już jakoś stosunkowo dużo czytałam. Ogólnie, gdy się urodziłam Marcin miał piętnaście lat. Nie pamiętam go prawie wcale, wiem, że dużo zakuwał i ogólnie rzadko był w domu. Nigdy nie pił, nie palił. Cudowny człowiek (jak dla kogo). I umarł. Wtedy to ja zaczęłam palić. Tak, moi rodzice mieli dwójkę cudownych dzieci i jedną pokrakę. Wyobraźcie sobie, kto im pozostał. Siostrzyczka była trzy lata młodsza ode mnie, więc gdy umarła miała właśnie sześć lat. Zmarła na zapalenie opon mózgowych. I przez dwa lata nic nie mówiłam. Nie pamiętam, co czułam. Nie pamiętam nic. Nic. W wieku trzynastu lat potrąciła mnie ciężarówka. I wtedy w szpitalu spotkałam bardzo dziwnego człowieka. Często do mnie przychodzi w myślach czy snach. Nazywał się Gabriel. Dał mi Pismo Święte. Wiem, jak to brzmi, wiem, jak to wygląda. Och… miał długie złote loki. I zakochałam się w Bogu, wierze, czytałam (głównie w łazience). U mnie wszyscy niewierzący. Mama, tata, trzy babcie, dziadek, ciotki, och, wszyscy. I przy tym czytaniu nakrył mnie Marcin. Naskarżył rodzicom – rzecz oczywista. Wiecie, że musiałam wtedy spać na dworze? Nie było jakoś szczególnie zimno, późna jesień i te sprawy. Ale spodobało mi się to i potem często robiłam to sama, z własnej woli. Ogólnie potem były kwestie nakrywania mnie na czymkolwiek związanym z wiarą. I kary – fizyczne. Nad psychicznymi nie myśleli, dziwacy. Bardziej mama, niż tata. Tata ogólnie ciągle czytał gazetę. I ciągle tę samą. Taką, wiecie, codzienną. Potrafił przez miesiąc. Był trochę mało towarzyski. Ale romansował. Mama niewyżyta, odrobinę. Raz popchnęła mnie na telewizor (za różaniec w kieszeni). Nic mi się nie stało, w szkole też było podobnie. Ale na szkołę trochę lałam. Zawsze miałam same piątki i te sprawy, aż nagle w wieku czternastu lat przestałam. Może obnosić się z wiarą też. Wszystko, co we mnie się działo, było w głębi serca. Straciłam też mimikę twarzy. Potem śmierć brata, dużo papierosów. Rodzice? Nie rozpaczali. Nie wiem… ja chyba nie pamiętam. Ojciec zawsze chodził w długim, szarym płaszczu. Jakakolwiek była pogoda – płaszcz. I ciągle nic innego nie przychodziło mu przez gardło, jak: „cudowne wieści”. Wyobraźcie sobie, jak matkę musiało wkurzać to słowo: „wieści”. On ciągle. Czy na złość? Nie mam pojęcia. Po prostu był indywidualistą. Po prawej, po lewej i naprzeciwko – żonate sąsiadki – z każdą romansował. Nawet nie zadbał o krycie się z tym. Trochę ubolewałam nad faktem, że szukał tak blisko. Spał też w wannie. Zgapiłam po nim ten fakt. Wciąż mam przed oczami ojca leżącego w wannie z otwartą gazetą i w płaszczu. Żeby leżącego – śpiącego! Słuchajcie, kiedyś wzięłam sobie tę jego gazetę, którą czytał już przeszło dwa miesiące. I co zobaczyłam? Zdjęcie ciotki Augusty, tej, co mieszka w Paryżu. O, mamo. Nic nie powiedziałam. Z kolei mama była bardzo zamknięta w sobie. Być może fakt, że nie nigdy nie miała ojca tak na nią zadziałał. Do dziś próbuje go znaleźć. Cóż. Nigdy za nią nie przepadałam. Choć tęsknię, cholernie tęsknię, za śniegiem. Gdy tylko była zima – natychmiast się zmieniała i stawała się bardziej otwarta, lepsza. Teraz po prostu myślę, że mnie nienawidzi. Nie ma swoich idealnych dzieci, idealnych wnucząt, idealnego męża, ani idealnego taty. Dławi się brakiem ideału i kipi z rozpaczy. Widziałam ją niedawno, kilka lat temu… nie wyglądała zbyt dobrze. Mimo wszystko, cholernie za nią tęsknię. No i w liceum plastycznym wzięłam się jakoś za siebie. Nie robiłam nic, oprócz rysowania. Nic. Nie miałam znajomych, nikogo. Może nie pamiętam? Czasami wydaje mi się, że kogoś znałam, lubiłam… Ale nie. Widzę krawaty, widzę nienarodzone dzieci. I się boję. Spałam wtedy skulona w kącie pokoju. Nie wracałam do domu na noc. Koncerty przestały mnie bawić, po prostu kładłam się na ławce, na dworcu. Dlatego mam do nich, tak duży sentyment. Potem zleciało – i przeprowadziłam się do akademika, do Wrocławia. I co mogę powiedzieć, oprócz tego, że nauczyłam się grać na skrzypcach i języka francuskiego? Sama nie wiem po co. Odczuwałam potrzebę. Skończyłam projektowanie w wieku dwudziestu czterech lat. Przez trzy lata nie miałam własnego domu, dopóki nie spotkałam Ewy. Co wtedy robiłam? Spotkałam idiotę, który oblał. Nie dostał się na studia. Miał na imię Maciek. Nie Maciej, tylko Maciek. Dziwnie, prawda? Mieszkałam u niego, jakoś pół roku, nieprawdaż? Cóż, jego rodzice nie bardzo mnie lubili. Miał dwadzieścia lat i mieszkał z rodzicami. W dodatku jedynak. Jego rodzice to debile. Nie wiem, jak ze mną wytrzymali te sześć miesięcy. Z Maćkiem rzadko rozmawiałam. Często wysyłałam go, żeby zrobił mi herbatę, albo chociaż kupił ciasteczka. W końcu siedział w domu i nie miał co robić. Jakoś tak po dwóch miesiącach zatrudnił się w…