Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 38 min czytania

Proklata Trijca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W małym miasteczku, jakich wiele było wtedy na Ukrainie, wieczór minąłby spokojnie. Bywalcy karczmy dokończyliby swoje bardziej lub mniej wykwintne trunki. Potem by się udali spokojnie do swoich twardych lub miękkich łóżek. Ani nasiąknięci strachem, ani pełni obaw o siebie, swoje domostwo, swoją rodzinę. Tak by było gdyby nie... - Ludzie! - kulawy Rusin z bielmem na oku, co to zawsze pierwszy przynosił wieści, dobre, złe lub gorsze, swoim wejściem zakłócił zarówno cichsze jak i głośniejsze rozmowy. - Trójca przyjechała! - Przeklęci! - odezwał się jeden z chłopów. - Czego ich tu? - Z łupami wracają, od Tatarów. A teraz idą tutaj pić! - rzekłszy to, wykuśtykał na zewnątrz, a obecni wyszli za nim. Został tylko karczmarz, posługująca dziewka i jakiś młody, ubrany w karmazyny szlachcic, z trzema towarzyszami. I cisza, którą przerywał jedynie ogień trzaskający w kominku. Dziewka poprawiła i tak już obfity dekolt tak, że ciemny sutek przy ruszaniu się, jak ciekawskie oko, patrzył co chwile spod koszuli. - No co ty u licha wyprawiasz, głupia? - spytał karczmarz, któremu na czole zaczęły występować krople potu. - Jak na Tatarów chodzili to pewnie bogaci... - Chowaj ty się lepiej. Ty nie wiesz jak oni lubią się zabawić? Nawet jakby cię żywą zostawili to i tak Boh jeden wie, w jakim stanie. A mnie dziewka odstraszająca klientów nie potrzebna! Nawet jeśli wzięłaby przestrogę do serca, było już za późno. Drzwi karczmy się otworzyły, wpuszczając najbardziej znienawidzoną trójkę na Kresach, a może i nawet w całej Rzeczpospolitej. A nienawidzili ich wszyscy, równo i solidarnie. Polacy i Rusini, szlachta i chłopi, Kozacy i Tatarzy, księża i popi, Moskale, Żydzi, Wołochy, Turcy. Pierwszy wszedł Michał Kossecki, szlachcic z Wołynia, który zamordowawszy swoich braci i ojca, skazany został na infamię. Początkowo wielu miało nadzieję dostać nagrodę, za zabicie wyjętego spod prawda Kosseckiego, jednak jego zdolności szermiercze i to co zrobił z ciałami pokonanych, odstraszyło skutecznie pozostałych. Twarz jego, nie ludzkie, a raczej marsowe oblicze przypominała. Oblicze to było poznaczone bliznami, a największa z nich zaczynała się na czole, przechodziła przez prawe oko i kończyła się na policzku. Za nim wszedł Hryhory Tereszczuk, Kozak przewyższający sławą i walecznością niejednego atamana i charakternik z którym nawet wiedźmy bały się zadzierać. Był to młody mołojec z wąsami sięgającymi prawie do klatki piersiowej. Na końcu wszedł Natan. Żyd, który nie chciał być wieczną ofiarą i popychadłem, kopanym i szarpanym za brodę przez panów braci, jak jego ojciec. Zaczął więc, od zarżnięcia kilku szlachciców w karczmie swojego ojca. Jego temperament nie wytrzymał kolejnego wyzwiska i zamiast z gorzałką, podszedł do pijanego towarzystwa z tasakiem w ręce. Zrobił także użytek z noży leżących na stole. Zaskoczeni, wesoło podchmieleni panowie bracia, nawet nie zdążyli wyjąć szabel. Przybita nożem dłoń do stołu również uniemożliwiała wyciągnięcie broni. Niektórzy dali mu przydomek Kruk, ze względu na czarne włosy sięgające mu za ramiona, tak samo czarne oczy i typowy dla jego nacji nos. Zamiast przy pasie, na plecach nosił ordynkę, którą posługiwał się lepiej od niejednego Tatara. Wielu myślało, że jest niemy, bo bardzo małomówna z niego persona. Gadanie zawsze zostawiał Kosseckiemu i Tereszczukowi. Sam tylko wpatrywał się w ludzi złymi, czarnymi oczami. Karczmarz wyraźnie czerwony i oblany potem silił się na uśmiech. Dziewka silić się nie musiała, gdyż uśmiechała się jak głupia, mając nadzieję na hojny napiwek. Młody szlachetka pił wino małymi łyczkami, obserwując wchodzących. Natan usiadł przy kontuarze, z obojętnością słuchając jak oberżysta wymienia najlepsze potrawy i napitki, dostępne w tej przez szlachtę zarzyganej, a przez chłopów zawszonej, karczmie. Hryhory podszedł do dziewki i zważył ręką jej pierś. Była ciężka i w dłoni się nie mieściła. Kozak uśmiechnął się od ucha do ucha. Kossecki podszedł do siedzącego towarzystwa. Cały czas patrząc w oczy szlachcica, nie mrugnąwszy nawet, wziął ze stołu drewniany kubek i wypił zawartość jednym haustem. - Drogie to wino, ale nie tak drogie jak twoje gardło - powiedział szlachetka. - Twoje zaś musi być bardzo tanie, skoro nie szkoda ci go dawać pod moją szablę, panie bracie - Kossecki zmrużył oczy. - Choć wstyd, że taki człowiek jak ty, należy do tego samego stanu co ja, wyzywam cię na pojedynek. Przynajmniej umrzesz jak szlachcic, a nie jak cham zarżnięty w karczmie. - A kim ty właściwie jesteś, kurwy synu? - Kossecki wziął teraz kubek jednego z towarzyszy młodziana i również go opróżnił. Szlachcic nie dał się ponieść z powodu obelgi, a nawet wręcz przeciwnie. Był spokojny, jak jego towarzysze, gdy Kossecki opróżniał po kolei ich kubki. - Matka moja szlachetną kobietą była, z takiego domu, w którym twoi krewni mogliby jedynie za służących robić, gdybyś ich wcześniej nie zabił, oczywiście. Jam hrabia Konstanty Biński herbu Łodzia. Podróżuję po Europie, pojedynkując się z rycerstwem Francyji, Anglji, Hiszpanii, a teraz przybyłem w te dzikie tereny. Na pewno o mnie słyszałeś. Od dziecka byłem szkolony przez największych fechmistrzów, hartujących mojego ducha i rękę w walce szablą. Pokonałem samego... Trwało to tyle co mrugnięcie okiem. Michał wyciągnął zza pasa pistolet i wypalił w czoło pana hrabii. Kolejne mrugnięcie zajęło wydobycie szabli. Pierwszemu rozpłatał gardło, drugi dostał cios w głowę, a trzeciemu, który zdążył wyciągnąć z pochwy szablę do połowy, Kossecki wbił ostrze w pierś, nadziewając go jak prosie. - Co ty dzisiaj taki? Nawet nie poczuli, że umierają - powiedział Hryhory, dalej bawiący się piersiami, od których nie odrywał wzroku. Kossecki zamiast mu odpowiedzieć zwrócił się do karczmarza, który trząsł się jak galareta. - Horyłki. Muszę przepłukać gardło po tym winie. Było już lekko po świcie i poranne słońce zagościło w karczmie, ukazując skutki wczorajszej hulanki. A wyglądało to niemal, jakby cała orda tędy przeszła. Potłuczone naczynia, ściany i podłoga w krwi i wymiocinach, powywracane stoły. Z wyjątkiem jednego. Na tym właśnie stole leżała biedna dziewka, co obcować z Trójcą się nie bała, a teraz cała we krwi, z szeroko rozłożonymi nogami leżała. Wytrzeszczone oczy zwrócone były ku sufitowi, jakby u Niebios chciała wybłagać pomoc. Jak na obrazie lub teatralnej masce, na jej twarzy zastygł ból i przerażenie. Z otwartych ust wystawał język i kilka monet. W końcu nie po to Trójca chodziła na rabunek do Tatarów, żeby teraz nie płacić. Miała również rozcięty brzuch, do którego wsadzili głowę pana hrabi. Jej jelita zaś posłużyły za sznur przy wiązaniu karczmarza. Nic więcej mu się nie stało poza tym, że wyglądał komicznie. Z jabłkiem w ustach, przy jego tuszy naprawdę wyglądał jak prosię. Może gdyby nie posnęli, to by go upiekli na rożnie. Może byli już zbyt najedzeni, by skonsumować tak tłustego wieprza. Może Natan oponował przeciw spożywaniu wieprzowiny, a może zostawili go na potem. Tego i sam diabeł nie wiedział, ani nawet nie chciałby wiedzieć, co siedzi w głowach tego towarzystwa. Natrętne bzyczenie muchy, dopełniało ten obraz. Kozak otworzył leniwie jedno oko. Plunął celnie, trafiając muchę w powietrzu z odległości trzech metrów i wrócił do spania. Ledwo zamknął oko, a co innego przerwało mu drzemkę. Do karczmy wszedł jeden z psów zaklętych przez charakternika, czarny i wielki jak ogar piekielny. Kozak nadstawił ucho, a potem sam coś szepnął. Pies wybiegł merdając ogonem. Hryhory nie miał ochoty zdzierać sobie przepitego gardła, budząc towarzyszy, więc po prostu wypalił z pistoletu w sufit. Natan i Kossecki zerwali się gwałtownie. Pierwszy zaspany, ujrzawszy w zasięgu ręki dzban z napitkiem uśmiechnął się od ucha do ucha i natychmiast zwilżył sobie gardło. Drugi patrzył na Kozaka strasznym wzrokiem, oczekując wyjaśnień. Kogoś innego to spojrzenie przeraziłoby do szpiku kości. - Jakiś jegomość chce z nami pomówić. - mruknął Tereszczuk do szlachcica. Ledwo słowo się rzekło, a już drzwi przekroczył mężczyzna wyglądający na cudzoziemca. Według jakiej mody był przybysz ubrany, to żaden z nich nie wiedział, bo się takimi rzeczami nie interesowali. O dziwo, widok zastany w karczmie ani trochę go nie ruszył. Tak jakby wcale nie zauważył ciał, krwi i bałaganu, ukłonił się z uśmiechem na ustach. - Witam szanownych waszmościów, bękartów przeklętych, z matki murwy i z ojca stajennego - żaden z trójki się nie obraził, bo sami nie mieli zbyt dobrego mniemania o swoich rodzicielach. - Nazywam się Albert Solberg, reprezentuję pana Ragnara Bjornsona. Trójca niemo wpatrywała się w niego. Może czekali aż Norweg przejdzie do rzeczy. A może myśleli, w jaki sposób go zabić. - Mój pan ma dla was zaproszenie, do swego namiotu rozbitego kilka mil stąd, oraz propozycję. Ręczę swoją głową, że owa propozycja przypadnie panom do gustu. - Lepiej więc dla ciebie, żebyś miał rację. - rzekł Michał Kossecki. Wyszli z karczmy, przed którą znajdowało się kilkadziesiąt psów. Wszystkie zaklęte przez Hryhorego, pilnujące, by nikomu z mieszkańców nie strzeliło do głowy, żeby przerywać biesiadę Trójcy, bądź zarezać ich podczas snu. Gdy odjeżdżali, charakternik gwizdnął, a psy wbiegły pędem do karczmy. Gdy zębiska wgryzały się w ciało karczmarza, grubas zazdrościł dziewce i szlachcicom, że są martwi i nie czują jak są rozrywani na kawałki psimi szczękami. Jechali kawałek gościńcem, a potem skręcili w step. Po jakimś czasie im oczom ukazał się namiot, stojący w owym stepie. Dziwne było to, że taki możny obcokrajowiec rozbił namiot na pustkowiu, zamiast pójść w gościnę do jakiegoś dworu. Żaden magnat nie powstydziłby się takiego gościa, a co dopiero zwykły szlachcic ugaszczając go jak króla, otwierając najlepsze wina i serwując takie potrawy, jakie sami rzadko jedzą. Taka już jest polska gościnność. Dziwnym było również to, że w środku ten namiot był dziesięć razy większy niż na zewnątrz. Mieściło się w nim wiele skór i poroży zwierzęcych, mnóstwo mebli, z których najbardziej uwagę przyciągał olbrzymi stół, który powinien zajmować cały namiot a nie tylko jego część. O dziwo, ani w namiocie ani wokół niego, nie było żadnej służby. Z wyjątkiem Alberta i nagiej kobiety grającej na harfie. Na krześle, które raczej przypominało królewski tron, siedział pan Ragnar Bjornson. Miał długie bujne włosy, w wielu odcieniach. W jednym miejscu były blond, w innym rude, a w innym krwawoczerwone. Jego czupryna wyglądała jak płomień świecy. Gdyby Kossecki nie był krzywoprzysięzcą, mógłby przysiąc, że oczy Bjornsona również zmieniały kolor. Z zielonego w niebieski, z niebieskiego w szary i to we wszelakich odcieniach. Trójca stanęła przed obliczem tego dziwnego człowieka. Oczywiście ani się nie przywitali, ani się nie pokłonili. Kossecki bacznie wpatrywał się w pana Ragnara, Natan gapił się na nagą kobietę jak chłop w cerkwi na ikonę, Hryhory zaś był zaniepokojony. Jako charakternik był wrażliwy na magię, a tu czuł jej całe multum. Jego dłoń cały czas leżała na rękojeści szabli. W tym namiocie byli jak w pułapce. - W czym mogę szlachetnemu, jaśnie oświeconemu panu służyć? - odezwał się w końcu Michał w efekcie przedłużającej się ciszy. Kossecki nie byłby sobą, gdyby nie umieścił w tych słowach drwiny i sarkazmu. - Posłałem po was, ponieważ jesteście najlepsi w tym co robicie, a w dodatku jest coś co nas łączy. Ale o naszych wspólnych pasjach innym razem. Chcę byście uwolnili pewną kobietę. Kozak prychnął. - Robiliśmy z kobietami tysiące różnych rzeczy, zarówno z żywymi jak i z martwymi, ale nigdy żadnej nie ratowaliśmy. Wybrałeś nie te osoby co trzeba. - Jestem pewien, że właściwe. Również jestem pewien, że tylko wam się uda, ponieważ znajduje się ona w Ukrytym Monastyrze. Hryhory znowu chciał zabrać głos lecz Kossecki mu przerwał. - Ile? - Dziesięć tysięcy złotych. Do tego coś, co wszyscy trzej kochacie bardziej niż pieniądze. Ale to już niespodzianka. Trójca jechała przez step, w stronę gościńca. Gdy doń dotarli, zatrzymali konie. - Jak znajdziemy Ukryty Monastyr? - zapytał Kossecki - Z tego co wiem, to tylko Ostapowi Bondarczukowi udało się go odnaleźć. - powiedział Hryhory. - Bondarczuk nie żyje. - Może zatem znajdziemy go w Wiecznej Karczmie. - Mamy kilka dni do pełni. Ale skąd wiesz gdzie tym razem się pojawi? - Nie wiem. Ale wiem kto może wiedzieć. - Baba Jaga? Kozak kiwnął głową. - To trzeba będzie po drodze złapać jej jakiś prezent. Jazda! Wyrwali z kopyta, aż się za nimi kurzyło. Pędzili tak, mila za milą. Ludzie na ich widok schodzili z traktu w las, żegnali się, uciekali do chałup. Z wyjątkiem małego Maksyma i Anastazji, którzy, jak to dzieci, byli tak zajęci zabawą, że zapomnieli o bożym świecie. Kiedy trzech strasznych jeźdźców wjechało na podwórko, było już za późno. Małe dziatki otworzyły szeroko niewinne oczy, a strach wrył ich małe brudne stópki w błoto. - Te się nadadzą? - spytał Michał. - Tak, idealne - Kozak uśmiechnął się tak złowrogo, że małemu Maksymowi puścił pęcherz. Hryhory szybko złapał maluchy, związał i zarzucił na siodło. - A może dawaj pod siodło, jak Tatar mięso. Od razu gotowe jej przywieziemy. - zażartował szlachcic. - A jeżeli nie będzie jej tak smakować? - spytał Kozak poważnie. Wtem z chaty wybiegł chłop. - Pane, pomiłujcie. Możecie wziąć dziewczynę, ale zostawcie chłopca. On do roboty będzie potrzebny... Hryhory wypalił mu z pistoletu w żołądek. Jakby chłop miał niewystarczająco ciężkie życie, teraz przyjdzie mu zdychać godzinami. W drodze dzieci płakały, wiły się i wyrywały. Ręka świerzbiła, żeby roztrzaskać im głowy kamieniami, ale postanowiono po prostu wlać im horyłki do gardeł. Palący trunek szybko uspokoił i uśpił pacholęcia. Las do którego dotarli był bardzo gęsty, więc musieli zsiąść z koni. Idąc w głąb tego lasu, Tereszczuk cały czas nasłuchiwał i czegoś wypatrywał. W końcu do ich uszu dobiegło złowrogie krakanie. Kozak poznał w wielkim czarnym kruku, sługę Baby Jagi. Kruk również poznał charakternika i zaprowadził ich na miejsce. Piękny biały murek, ułożony był z czaszek i kości. Głównie dziecięcych, ale były wśród nich również czaszki nieproszonych gości. Taki murek otaczał domek stojący na kurzej łapce. Gdy tylko się zbliżyli, w chatce otworzyło się okno. Stanęła w nim wiekowa starucha. Włosy miała długie, siwe i brudne. Piersi zwisały jej prawie do kolan. Brakowało też większości zębów. Nos miała bulwiasty, a twarz ogółem przypominała ropuchę. Miała również bielmo na oku. Zdrowym okiem widziała świat materialny. Tym drugim świat duchów. Ta kilkusetletnia panienka z okienka, na widok swojego ulubieńca rozpromieniła się, jak mołodycia na widok swojego rycerza wracającego z wojny. - Hryhory, synoczku! Pryjechał ty odwiedzić staruszkę! - Witajcie maty! Podarok ja wam prywiozłem! - Dobre synku, dobre. A kto tam z tobą jest? Stara ja już i nie widzę. - Pan Michał Kossecki i Natan. - To dobrze, że dalej trzymasz z dobrym, przyzwoitym towarzystwem. Z nimi nie zginiesz. Chodźcie chłopcy w gościnę! W środku panowała cała gama zapachów, tak silnych, że nawet otwarte okno nie mogło tego wywietrzyć. Było tu tak mnóstwo ziół, że ich zapach tłumił smród siarki. A były tu zioła lecznicze, trujące, miłosne, magiczne oraz zwykłe przyprawy. Można tu było znaleźć szafran, bazylię, majeranek, lubczyk, tymianek, jaskółcze ziele, wilczą jagodę, bieluń. Nie brakowało również muchomorów za pomocą których wchodziło się w trans. Maksym i Anastazja się obudzili, więc zakneblowano je i rzucono w kąt. Nie mogli się ruszyć, nie mogli wydać jęku. Jedynie łzy spływały po niewinnych, wytrzeszczonych ze strachu oczętach. - Ładnie wybrałeś, takie jakie lubię najbardziej. - Babko, mam ja do ciebie sprawę. - Dla ciebie wszystko, kochaniutki. - powiedziała, po czym wzięła do ręki młotek, brudny od zaschniętej krwi. Trzasnęła nim w malutką główkę Anastazji. Blond włosy zmieniły swój kolor na czerwony. - Wiesz może gdzie podczas najbliższej pełni będzie stała Wieczna Karczma? - W Wilczym Uroczysku. - teraz młotek spadł na główkę Maksyma. Malutka czaszka pękła jak jajko, a mózg wylał się na brudną podłogę. - Zostaniecie na kolację? Zrobię barszcz z uszkami i kruchą pieczeń. - A to aby koszerne? - spytał Natan. O świcie ruszyli w drogę. Choć nikt ich nie gonił, pędzili jak szaleni. Konie pokryły się białą pianą, lecz oni dalej popędzali je nahajami. Nad rzadkim lasem, pełnym starych drzew, świecił księżyc, wielki i okrągły jak picza kijowskiej ladacznicy. Zewsząd dobiegało wycie wilków, lecz żadnemu z nich nie przyszło do głowy rzucać się na większych wilków od siebie. Z daleka ujrzeli światło i usłyszeli pijackie śpiewy, rozmowy i śmiechy. W końcu doszli do sporej polany, gdzie stała Wieczna Karczma. Przybytek ten, pojawiał się tylko na czas pełni, za każdym razem w innym zakątku Ukrainy. Pili tam najwięksi awanturnicy, banici, infamisi, najsławniejsi atamani oraz najdzielniejsi mołojcy. Było to miejsce dla tych, którzy już długo przed śmiercią zasłużyli na brak wstępu do Królestwa Niebieskiego, a w Piekle ich nie chcą bo jeszcze rozsiekali by sługi piekielne i sami rządzili by nim, jak folwarkiem. Tutaj stany się zacierały. Szlachcice i Kozacy pili razem, jak równy z równym. I pić będą do dnia Sądu Ostatecznego. Było to miejsce niebezpieczne dla żywych, ponieważ trunek tam serwowany bardzo mocno uderzał do głowy, a jeśli człowiek nie opuści tego miejsca przed świtem, zostanie tam na zawsze. Z drugiej strony, dla niektórych ten koncept nie wydawał się wcale taki zły. Darmowe trunki, najlepsze towarzystwo. I tak przez wieczność. Trójca zdecydowała, że nie ma sensu żeby szli wszyscy. Poszedł więc sam Hryhory, w nadziei że Kozak z Kozakiem lepiej się dogada. Gdy tylko przekroczył próg, poczuł się jakby wpadł do beczki z gorzałką. Zapach horyłki był tak silny, że aż wykręcał mu nos. Do tego sala była tak zadymiona, że można by tu mięso wędzić. - Toż to Hryhory Tereszczuk, mołojec przesławny! – krzyknęło czyjeś przeżarte palanką gardło. - Dalejże, wypij z nami! - Za sławu! Na szczastie! Wcisnęli mu w ręce kwaterkę gorzałki. Choć Kozak obiecał Kosseckiemu, że pić nie będzie, tylko wejdzie, dowie się co trzeba i wyjdzie, byłby to wielki afront dla stałych bywalców gdyby nie wypił. Na dodatek Hryhory miał zasadę, że pacierza i gorzałki nie odmawia. Co do tego pierwszego, wątpliwym jest by znał chociaż pierwsze słowa jakiejkolwiek modlitwy. Opróżnił szybko naczynie i poczuł jakby ktoś go zdzielił czekanem w łeb. Jednak nie padł na ziemię, jeno uśmiechnął się tak, że wyglądał teraz jak aniołek i ruszył chwiejnym krokiem w poszukiwaniu Ostapa Bondarczuka. Na szczęście, Ostap śpiewając fałszował tak samo jak i za życia, więc Tereszczuk szybko znalazł go, siedzącego z dzbanem w ręku, śpiewającego piosenkę tak wulgarną, że już za samo jej śpiewanie nie powinien przekroczyć bram Niebios. - A niech mnie Matka Boska obsłuży w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Proklata Trijca — czytnik · opowiadania