Fantastyka · 14 min czytania
Prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na dziedziniec otoczony wysokimi, starymi drzewami, uśpionymi na czas zimy, wjechała karoca. Zaprzęgnięta w dziwne stworzenia, których ciemny kolor potęgował puszysty śnieg pokrywający całą dolinę. Ich czerwone, świecące się niczym ogień ślepia spoglądały dookoła, ich czarne skrzydła trzepotały, a ostre pazury, u łap, wbijały się w ziemię. Wyglądały naprawdę potężnie, były zaprzęgnięte w połyskujące łańcuchy i wydawały stłumione dźwięki, przypominające warczenie.
Drzwi otworzyły się i wysiadła postać przypominająca sylwetką kobietę. Miała na sobie długą fioletową suknię, ciągnącą się po ziemi. Ręce aż do łokci pokrywały rękawiczki, kołnierz sukni kończył się tuż przy linii szczęki, a wydłużone końce osłaniały po bokach usta. Jej włosy były ciemniejsze niż heban, poskręcane, rozrzucone po całych ramionach, wiatr poruszał nimi delikatnie. Miała prawie białą cerę, ale nie wyglądała na chorą, wprost przeciwnie była piękna i pełna życia. Jej usta miały kolor czerwieni i fioletu, tak samo mocno podkreślone były oczy. Kiedy zeszła ze schodków i stąpała po śniegu robiła to tak, że nie było słychać żadnego dźwięku, minęła stwory, które teraz leniwie rozłożyły się na śniegu lub podgryzały się nawzajem. Szła w kierunku domu. Wysokiego niczym zamek, który koronowała, wysoka na kilkadziesiąt, metrów wieża. Przez kolorowe witraże przelewało się światło, dało się słyszeć wesołe rozmowy i śmiech. Postać zatrzymała się przed drzwiami, które natychmiast otworzyły się pod siłą jej spojrzenia. Weszła do środka. W oddali zobaczyła drzwi do komnaty w której panował gwar. Ostrożnie, nie wydając choćby szelestu zbliżyła się przechodząc przez ciemny korytarz. Odwróciła twarz w prawą stronę, jej lico rozświetliło ciepło świec porozstawianych wokoło. Wszystko nagle ucichło. Postać weszła, na jej twarzy pojawił się uśmiech, usta zadrżały i ironia wygrała z życzliwością. - Witam – powiedziała nieco zachrypniętym głosem – i rozejrzała się w poszukiwaniu gospodyni. Odnalazła ją po chwili siedzącą na końcu długiego stołu, z małą dziewczynką na kolanach. Wszyscy obecni skupili wzrok na nowo przybyłej, niektórzy patrzyli z zaciekawieniem, inni nieprzychylnie a jeszcze inni ze strachem. Coś niedobrego wkroczyło razem z nią w te progi. - Nie spodziewałam się ciebie – powiedziała i instynktownie objęła mocniej swoją córkę – usiądź Gilherdo, cieszę się że nas odwiedziłaś. - A jakże bym mogła nie przyjść, na siódme urodziny mojej chrześnicy – powiedziała z wymuszoną radością – i jej siostrzyczki – dodała. - Usiądź proszę. Gilherda zmierzyła szyderczym wzrokiem siedzących w pobliżu gospodyni i zatrzymała się na małym, sympatycznie wyglądającym stworzonku, które mierzyło może pół metra i trzymało w małych palcach flet. Skinęła głową w bok prawie dosłyszalnie szepcząc - won. Zajęła miejsce biednego skrzata, który uciekł gdzieś w ramiona swojego przyjaciela. Kobieta z dziewczynką na kolanach była bardzo piękna, piękniejsza od Gilherdy. Na jej twarz powrócił uśmiech, policzki zdobiły piękne rumieńce, długie złote włosy były spięte i odsłaniały kolczyki zrobione z małych owoców leśnych, błyszczących w świetle. - Ładne ozdoby, nie wiedziałam, że nosisz tą tandetę od swoich skrzatów – parsknęła. - To podarunek od moich przyjaciół, Nei przywitaj się z ciocią – nie pozwoliła dojść do słowa Gilherdzie. Od stołu wstała dziewczynka, w ogóle nie podobna do swojej matki ani siostry. Bardziej przypominała czarownicę, która teraz uśmiechnęła się do niej. - Chodź do mnie kochanie – wyciągnęła do niej rękę wstając. Nei podeszła do niej posłusznie i złapała ją za rękę. - Dziś jest bardzo ważny dzień – nachyliła się i dotknęła jej małego policzka – będę cię mogła nauczyć kilku pożytecznych rzeczy. Nei uśmiechnęła się i spojrzała na matkę, która odpowiedziała na to: - Nie wiem czy to dobry pomysł, Gilherdo. - Och przestań, czyż mogłabym zrobić coś złego jedynej córeczce mojego brata – przytuliła do siebie dziewczynkę. - Wiesz o czym mówię. Siadajcie, nie ma powodu do niepokoju – rozejrzała się po Sali – Salomeo idź pobaw się z przyjaciółmi – szepnęła do dziewczynki, która zeszła z jej kolan i pobiegła gdzieś w stronę kominka. Te słowa rzeczywiście uspokoiły gości, zajęli swoje miejsca przy stole, znów zaczęły się rozmowy tyle, że nieco cichsze i zastygające przy każdym głośniejszym słowie czarownicy. - Nadszedł w końcu i twój czas – pogłaskała Nei – nauczę cię kilku pożytecznych rzeczy. - Gilherdo o ile pamiętam to nic takiego nie zostało ustalone – powiedziała spokojnie i nalała czarownicy bordowego napoju do wysokiej, szklanej czaszy. - Dlatego właśnie przybyłam. Czemu to nie ja miałabym zostać nauczycielką tej ślicznotki – puściła oko do szczęśliwej dziewczynki, która znajdowała się teraz w centrum zainteresowania, jak nigdy przedtem – o ile wiem Salomea ma już swoją nauczycielkę, czemu jej młodsza siostra miałaby być gorsza. Zresztą nikt tego nie zrobi lepiej ode mnie, jej krewnej, mogłabym ci tyle opowiedzieć o twoim ojcu – niemal zasyczała, a w jej oczach zabłysło coś dziwnego, co spodobało się małej Nei. - Naprawdę nie wiem – niemal jęknęła – do tej pory nie miałaś zbyt wiele czasu dla mojej córki. Po za tym twój tryb życia… - Dasshi – wypowiedziała to imię tak, że można było niemal poczuć chłód wypływający z jej ust i dreszcz strachu, który wstrząsnął salą – Dasshi – Gilherda spróbowała się uśmiechnąć – przecież nie zrobię jej krzywdy, nie chcę dla niej niczego złego. Kocham ją, jest córką mojego brata – jej twarz z każdym słowem robiła się coraz łagodniejsza i grymas na ustach zamienił się w uśmiech – tak cieszyłam się na tą chwilę, zresztą Nei też, przygotowałam już dla niej specjalny pokój, zmieniłam nawet nieco wystrój wiesz – sięgnęła po napój – jest teraz bardziej przyjaźnie – przy brała ton jakby rozmawiała z przyjaciółką o nowych poduszkach w salonie. Nastało kilka minut ciszy, Dasshi zastanawiała się jak postąpić. Wiedziała, że nie może oddać Nei tej kobiecie, ale wiedziała też, że nie ukryje jej przed Gilherdą, która była jej matką chrzestną, i jej krewnymi. Zresztą byłaby by głupia gdyby nie bała się jej choć trochę. Nei nie była tylko jej dzieckiem, w jej żyłach pływała naturalnie krew jej ojca. I Dasshi wiedziała że nie zapobiegnie pewnym wydarzeniom. - Mam nadzieję, że wiesz o kilku nienaruszalnych zasadach – powiedziała w końcu. - Oczywiście – tryumfalnie odpowiedziała Gilherda i uśmiechnęła się na tyle, na ile potrafiła – myślę, że ustalenie reszty jest już tylko formalnością – wstała. - Zaiste – nagle salę wypełniło białe światło, jakby…