Thriller · 6 min czytania
Prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nastał kolejny dzień. Słońce całym swym obwodem wypełzło zza linii horyzontu. Choć teraz wydawało się jakby zawisło w miejscu, przypominając sobie, że zbyt szybko wypuściło pierwsze swe promienie. Był to kolejny rześki poranek. Dzień powoli przygotowywał się do kolejnego 12-godzinnego maratonu. Wydawać by się mogło, że żaden podmuch wiatru, żaden gwałtowny ruch budzącego się ze snu miasta Cleveland nie był wstanie zakłócić tego naturalnego, trwającego od wieków procesu. W przyrodzie liczyło się tylko to, wszystkie inne wydarzenia nie miały prawa temu przeszkodzić. A już na pewno nie wydarzenia, które nie pasowały do monotonnego, a zarazem stosownego życia tutejszych mieszkańców. A jednak coś się wydarzyło ubiegłej nocy. Coś o czym lokalne gazety wolałyby nie wspominać, a młode dziennikarki w studiach telewizyjnych wypowiadały tego typu podobne incydenty z lekkim drżeniem dolnej wargi.
Wszystko to miało miejsce w jednej ze starych kamienic, w dzielnicy do której nie wysyłano młodych skautów roznoszących ciasteczka. Kamienica była w dość opłakanym stanie. Stara, zbudowana z czerwonej cegły z wieloma ubytkami w swej konstrukcji, z pewnością pamiętała jeszcze wybór Woodrowa Wilsona na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kamienica nie słynęła z gościnności, dlatego też tylko nieliczne pomieszczenia tętniły życiem równie wiekowych staruszków. Większość mieszkań była opuszczona, a niektóre w ogóle nie nadawały się już na zamieszkanie. We wnętrzu tej czasowej budowli mieścił się pokój 107.
Był jednym z tych opuszczonych, być może z powodu tego, że już praktycznie nie nadawał się do życia. Aby otworzyć drzwi, niepotrzebny był żaden klucz. Mieszkanie czekało z otwartymi ramionami na każdego, kto chciałby do niego wejść, kusząc swoją grobową pustką oraz pokaźną warstwą kurzu. Nie było tu wielu mebli. Ci bardziej odważni sprawdziliby czy przypadkiem nie ukryło się tu echo, na które z pewnością z oburzeniem zareagowałyby liczne rodziny pająków, zamieszkujące wszystkie bardziej lub mniej widoczne zakamarki. Okna w mieszkaniu przypominały zaciemniane szyby w limuzynach zamożnych magnatów. Brud na szybach przepuszczał tylko nieliczne promienie słońca. Ciszy jaka tu panowała nie odważyłby się zakłócić nawet najmniejszy odgłos wygłodniałej muchy, których z resztą nie było tu zbyt wiele. Jedynie kilka otępiałych osobników zataczało kolejne okręgi wokół starej, poniszczonej lampy. W miejscu gdzie powinna znajdować się żarówka, jeszcze jedna rodzina pająków rozplotła swoje sieci, łapiąc w nie jedynie opary stęchłego powietrza. Szafa stojąca w kącie, na wpół otwarta wyglądała jakby próbowała…