Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 16 min czytania

Prolog: Zdzisław – The Korsarz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wszechżulący hrabia von Dupenstein zwany pieszczotliwie przez kolegów Wielkim Żu przemierzał w zwątpieniu miasto pchając swój wózek. Tuż za nim podążał jego pies z drewnianą nogą – Kapitan Zdzich. Był ślepy, a Wielki Żu pomagał mu przechodzić przez ulicę. Kapitan Zdzich, mimo podeszłego wieku miał wyśmienity węch, a von Dupenstein posiadał charakterystyczny aromat zgniłego jaja i smażonej ryby, więc zgubienie towarzysza nie wchodziło w grę. Historia Kapitana Zdzicha sięga odległych czasów, kiedy to jeszcze na morzu panowały niebezpieczne pirackie łajby gnieżdżące największych rzezimieszków ówczesnego świata. W tych właśnie czasach Zdzich stracił wzrok. Podczas jednej z zaciekłych bitew morskich odłamek kuli armatniej dostał się do jego oka. Od tamtej pory Kapitan nosił czarną opaskę przysłaniającą jedno oko. Jego łeb zdobiła piracka flaga z tyłu związana w supeł. Korsarz Kapitan Zdzich, mistrz obłudy i mistyfikacji, jedyny taki pirat na świecie. Nienawidził słowa „Ahoj!”. Wpadał wtedy w furię i groził każdemu swą drewnianą nogą lewą. Często opowiadał Dupensteinowi o swoich podbojach, a jeszcze częściej o pamiętnym wydarzeniu z czasów jego świetności. Rzecz rozgrywała się w pirackiej spelunie „Na krzywy ryj”, która dawała schronienie rozmaitym opryszkom. Oferowała szeroki wachlarz usług i można było tam spotkać największe osobistości nielegalnej sfery. Kapitan Zdzich siedział wtedy na tylnich łapach popijając szklaneczką rumu. Towarzyszył mu jego pokładowy zamiatacz rufy – majtek Łysy Dżon. Wszyscy dziwili się ich przyjaźni – pies i kot. Wzbudzało to kontrowersje nawet wśród najbardziej szanowanych wilków morskich. Nie było pirata, który by nie słyszał o Kapitanie Zdzichu i jego przyjacielu Łysym Dżonie. Wiadomo było wszem i wobec, że koty przewodzą jednej z najbardziej niebezpiecznych szajek pirackich rywalizujących z psimi korsarzami. Ponoć Łysy Dżon był banitą skazanym na samotną żeglugę. Jego historia jest długa i skomplikowana. Nawet sam Kapitan Zdzich nie znał dokładnie wszystkich szczegółów. Przechodząc do rzeczy – Zdzich i Łysy Dżon czekali na pośrednika, który miał im sprzedać informację na temat transportu Pedigree. Była to niezmiernie ważna operacja wymagająca wyjątkowego skupienia. Łysy Dżon z racji tego, że był łysy nosił na głowie białe kalesony które każdego ranka formował w turban. Jego łysina to pamiątka po przygodzie w Turcji, kiedy jeden z mieszkańców próbował zrobić z niego kebab. Dżon podrapał się po brzuchu, co miało oznaczać przybycie posłańca. - Wygląda na zielonego – szepnął kot. Zdzich spojrzał na niego kątem oka: - Jak trawa na wiosnę. Usiedli wygodnie. Dżon skinął na posłańca. Zielona żaba w czarnym płaszczu i kapeluszu doskoczyła do stołu. - Witajcie – szepnął agent Pierre Żabbę. Wyciągnął zza pazuchy mapę i wskazał przednim odnóżem na jeden z portów – Dostawa odpływa stąd. Będą płynęli na zachód nie spodziewając się zasadzki. -Myślę, że zaczaimy się nieopodal wyspy Pustego Kokosa. Będą koło niej przepływać, jak mniemam – rzekł analizując sytuację Kapitan Zdzich. Łysy Dżon udawał, że myśli. - Co robisz? – zapytał pies. - Udaję, że myślę – Dżon podrapał się po głowie. Pierre Żabbę spojrzał za siebie sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. - Dobra, gdzie moja część umowy? Łysy Dżon wyciągnął spod turbanu mały słoik wypełniony insektami. - Dlaczego tylko połowa? – żachnął się Pierre. - Druga będzie po wykonanej robocie – powiedział szorstko Zdzich. Postanowili dostawić żabie szklanicę i wypić kilka głębszych, co by lepiej się współpracowało. Niestety Żabbę miał słabą głowę i prędko wylądował pod stołem. Stwierdzili, że muszą się nim zaopiekować. Wywlekli go z knajpy i wrzucili do rynsztoka. Przybili sobie piątkę i poszli w stronę portu. W porcie standardowo kręciły się jakieś podejrzane typki. Gdy zbliżali się do łajby podbiegł do nich stary Pekińczyk w dresie adilbasa wymachując jakimiś portkami: - Spodnia tania! Spodnia! 10 dag Pedigree! - WON! – krzyknął Zdzich. Pekińczyk zwiał do dzielnicy „Bidy i Nędzy” z podkulonym ogonem. Stanęli przed łajbą okazałych rozmiarów. Na burcie widniał napis „Mistyfikator” malowany przez Dżona po pijaku, dlatego też ostatnie literki zbaczały na dół. Z wnętrza kajuty tliło się subtelne światełko. Na maszcie kimał słodko bocian Rysiu. Kapitan Zdzich pociągnął nosem: - Ryszard! Nie spać mi tutaj! Ryszard wyrwany brutalnie ze snu spojrzał w dół i pomachał skrzydłem: - Ta jest, kapitanie! – Poczekał, aż towarzysze stracą go z pola widzenia i znów wszedł w objęcia Morfeusza. Centrum dowodzenia Kapitana Zdzicha było miejscem niezwykle ciepłym i przytulnym. Na środku małego pokoiku stał drewniany stół z ogromną mapą całego morskiego królestwa. Foteliki ze skórzanymi obiciami, w rogu kominek i kuwetka Łysego Dżona. Idylla. Ściany podpierały regały pełne książek o korsarstwie. Przy oknie uśmiechał się przyjaźnie barek wypełniony rozmaitymi trunkami godnymi tylko prawdziwych koneserów. Łysy Dżon czym prędzej zamierzał się poczęstować. Wyciągnął rum „Łyń i bum” i polał Zdzichowi. Zdzich usiadł wygodnie w foteliku i patrzył na figlujące płomienie w kominku. - Zaiste... - Podrapał się po brodzie. – Dżonie, czy Pierre jest godny zaufania? – Dżon walnął sobie kielicha, po czym parsknął: - No jasne, w końcu polecił go sam Don Kabanosse. Nie oceniajmy go po słabej głowie, Zdzisławie. To jeszcze nic nie znaczy. Łysy Dżon chwycił butelkę i usiadł przy kominku. Zdzich wyciągnął mapkę i począł konstruować plan działania na dzień jutrzejszy. Myślał intensywnie: „Ryszard będzie musiał być cały czas w gotowości, żeby żaden z wrogich statków nas nie namierzył. Podejmiemy szybki atak, przejmiemy towar i po sprawie.” Nagle do uszu bohaterów zawitał przyjemny śpiew jakiejś niewiasty. To Kazka-Zdzichowa, żona Kapitana wracała z zakupów. Jego największa miłość i towarzyszka życia. Dla niej mógł wszystko, dla niej mógł stoczyć największą bitwę, przeskoczyć góry, walczyć z najgroźniejszymi zbirami. Dla niej był gotowy nawet się umyć. Weszła delikatnie tuptając nóżkami, uśmiechnęła się do Dżona i pocałowała Zdzicha w czoło: - Ambrozjo.. – Zdzich przytulił ją do siebie. Pogłaskała go po głowie. - Kupiłam trochę kaszanki, zjemy sobie na kolację. Dla ciebie, Dżon, mam rybkę. Dżon odwrócił się i pokazał kciuk uniesiony do góry. Ambrozja Kazka-Zdzichowa była niezłą laseczką. Kły codziennie polerowała papierem ściernym. Futerko zawsze wyczesane, czyściutkie jak ta lala. Nosiła niebieską sukieneczkę i wygodne laczki. Istniała hipoteza mówiąca, że Zdzich wykradł ją kiedyś z pałacu bogatego księcia. Kazka-Zdzichowa zakochana w piracie do niepamięci wybrała pirackie życie u boku ukochanego. Niektórzy zawistni i „zazdraszczający” sądzili, że Łysy Dżon podkochuje się w Ambrozji. Ci, którzy go znali wiedzieli, że jest on lojalnym przyjacielem Zdzicha i nawet, gdyby czuł coś do Kazki nigdy nie dałby tego po sobie poznać. Kazka przyrządziła wspaniałą kolację. Nawet Rychu skuszony aromatem kaszanki i rybki zawitał do kajuty. Po skończonym posiłku Ambrozja postanowiła, że położy się spać, bo chłopaki chcą pewnie opracować szczegóły jutrzejszej akcji. Była aniołem, rozumiała wszystko bez słów. Zdzich dostawił szklanicę Ryśkowi, Dżon przysunął się do mapy. Do białego rana tworzyli szatański plan odbicia Pedigree. Potem trochę sobie popili, pośpiewali i pokładli się spać. Wstał piękny dzień, w sam raz na akcję dywersyjną. Zdzich obudził się pełen sił i ochoty do działania. Wyruszyli. Zdzich za sterem, Rychu na maszcie, Łysy Dżon przy kuwetce. Kazka-Zdzichowa przypuszczała, że to szajka szczurów dosypała niepostrzeżenie Xennę Extra

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%