Fantastyka · 28 min czytania
PROROCTWA SPEŁNIAJĄ SIĘ INACZEJ?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Powieści gatunku {i}social{/i} i {i}political fiction{/i} mają dobrą passę. Z wypiekami na twarzy lubimy zanurzać się w opowieściach zwłaszcza, gdy próbują odsłonić, co nam przyniesie przyszłość, lub jak wyglądałaby teraźniejszość, gdyby w przeszłości coś poszło inaczej niż poszło (historie alternatywne). Niektóre powieści tego gatunku zawierają elementy profetyczne. Czy jest to przypadek, czy ukryty geniusz autorów, trudno rozsądzić. Tak czy owak, roztaczane przez nich wizje i przepowiednie raczej nie spełniają się dosłownie. Nawiązując do św. Pawła, można by rzec, że coś tam widzieli, lecz {i}jakby w zwierciadle, niejasno{/i} (1 Kor 13,12). W niniejszym artykule przedstawię refleksje nad trzema książkami tego gatunku, zawierającymi prorockie wizje, które wydają się spełniać na naszych oczach.
{b}„Obóz świętych” czyli imigranci szturmują raj {/b}
Jean Raspail, francuski pisarz i podróżnik to postać barwna, ciekawa i kontrowersyjna. Po ojcu jest zagorzałym monarchistą i wrogiem politycznej poprawności. Przekonania te przelewa na papier w wielu powieściach, nie szczędząc słów krytyki pod adresem rewolucji francuskiej, obnażając jej barbarzyńskie oblicze. Jednak wydana w 1973 r. powieść „Obóz świętych” należy do gatunku {i}social fiction. {/i} W 2005 r. książka ukazała się w Polsce – akurat na fali zamieszek etnicznych we Francji, które sprawiły, że została uznana za ziszczającą się przepowiednię. Dziś, wznowiona przez wydawnictwo Fronda, w kontekście fali imigrantów z Bliskiego Wschodu, znów nabiera szczególnej aktualności. Trzeba zauważyć, że pierwsze wydanie książki przeminęło raczej bez echa; zostało przemilczane przez postępowe salony Francji. Nic dziwnego, bo powieść zawiera ekstremalną dawkę niepoprawności politycznej; ostrze ironii skierowane jest na współczesną cywilizację białego człowieka pławiącego się w konsumpcyjnym dobrobycie i równolegle pałającego obłudnym zatroskaniem o los tzw. „Trzeciego Świata”.
Kiedy Prezydent USA zaprosił kurtuazyjnie naród chiński do udziału w uroczystościach dwustulecia kraju, w amerykańskiej prasie ukazał się dowcip rysunkowy: prezydent stoi nad brzegiem Pacyfiku i, obserwując mrowie płynących wpław Chińczyków, mówi przerażony: „O Boże, oni to potraktowali dosłownie!” Nie wiem, czy autor owego dowcipu czerpał inspirację w napisanej 20 lat wcześniej powieści Raspaila, ale zbieżność pomysłów jest uderzająca. Oto gdzieś w początkach XXI wieku, z inspiracji europejskich lewicujących pseudointelektualistów wyrusza z Kalkuty flotylla złożona z setki zdezelowanych okrętów, z milionem Hindusów na pokładach. Flotylla zmierza na Zachód. Gdzie? Nikt nie wie. Kontaktu z nią nie ma; na mostku kapitańskim flagowego okrętu jest niepiśmienny parias, który pod wpływem szalonego filozofa z Europy został spontanicznym przywódcą tego makabrycznego rejsu. Ów parias, z zawodu ugniatacz krowiego łajna, trzyma na barkach swojego niedorozwiniętego pod każdym względem syna-potworka. Ktoś przypadkiem włożył potworkowi czapkę kapitańską - i odtąd on dowodzi flotyllą. On - czyli jego przypadkowe gesty i grymasy. W ten symboliczny sposób Raspail roztacza wizję konfrontacji między cywilizowaną Europą, która na racjonalizmie zbudowała swą potęgę, a bezrozumną, lecz zdesperowaną tłuszczą, która ma tylko jedno pragnienie: także partycypować w dobrodziejstwach zachodniego raju. Odrzucane są też wszelkie próby humanitarnej pomocy, którą Zachód z właściwą sobie „troskliwością” organizuje. W tle peregrynującego miliona hinduskich biedaków obserwujemy opisane z mistrzowską obrazowością i werwą reakcje świata. Elity europejskich państw myślą gorączkowo, co tu zrobić, żeby armada nie zechciała przypadkiem wylądować właśnie u nich. Władze są bezsilne i skonsternowane; nie mają żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Przecież nikt nie odważy się wydać rozkazu strzelania do tłumów. Media zachowują się jak ćma lecąca w kierunku płomienia, szermują postępowymi hasłami o humanitaryzmie i sprawiedliwości społecznej, jakby nie postrzegając dramatyzmu i absurdalności sytuacji. Postępowi księża zachwycają się szansą na wykazanie miłosierdzia wobec zbliżającego się do Europy „miliona Chrystusów” (nawiasem mówiąc, w wizji Raspaila papież to Benedykt XVI, ale na tym podobieństwo do kard. Ratzingera się kończy). Im bliżej dnia „zero”, tym większy chaos i panika. W miarę zbliżania się flotylli pewność mediów przeradza się w panikę. Gwiazdy ekranów TV i szpalt dzienników, liderzy elitarnych salonów w pośpiechu uciekają na „z góry upatrzone pozycje” - czyli do bezpiecznej Szwajcarii, gdzie czekają równie bezpieczne bankowe konta. Mieszkańcy dotkniętych inwazją terenów uciekają na północ, z kolei na opuszczone tereny ciągną tłumy amatorów rewolucji: żuliki, lokatorzy opuszczonych więzień w kuriozalnej symbiozie z lewacką pseudointelektualną młodzieżą - to zapewne efekt obserwacji pacyfistycznych ruchów lewicująco-hippisowskich, które brylowały na ulicach Francji w 1968 r. Wreszcie wizja najcelniejsza: oto w ogarniętej anarchią Francji wyłażą z etnicznego podziemia arabscy imigranci. Wyłażą i pokazują swoje pazury. Czas na apokalipsę. Tu trzeba zauważyć, że tytuł „Obóz świętych” jest aluzją do fragmentu Apokalipsy św. Jana, który stanowi czołowe motto powieści:
{i}A gdy się dopełni tysiąc lat, wypuszczony zostanie szatan z więzienia swego i wyjdzie, by zwieść narody, które są na czterech krańcach ziemi, Goga i Magoga, i zgromadzić je do boju; a liczba ich jak piasek morski. I ruszyli na ziemię jak długa i szeroka, i otoczyli obóz świętych i miasto umiłowane. I spadł z nieba ogień, i pochłonął ich. A diabeł, który ich zwodził, został wrzucony do jeziora z ognia i siarki, gdzie znajduje się też zwierzę i fałszywy prorok, i będą dręczeni dniem i nocą na wieki wieków. {/i} (Ap, 20:7-10)
Jak się to wszystko skończy? Nie chcę spojlerować, zachęcam do lektury. Powiem tylko, że książka jest celną przestrogą przed markowaną „troskliwością na pokaz”, zachłystywaniem się szczytnymi hasłami o równości, tolerancji, godności każdego człowieka, za którymi nie idą czyny. Jeśli nie pójdą, znajdziemy się niechybnie w takiej sytuacji, jak owa mucha ze znanego clipu M. Poniedzielskiego, która dopóty popisywała się swymi lotniczymi ewolucjami, dopóki nie spalił jej skrzydeł płomień z kuchennego palnika. Obserwując, co się dzieje „w temacie” imigrantów z Azji i Afryki do Europy, można już poczuć swąd tego płomienia.
{b}Wyspa Krym, czyli aneksja na życzenie{/b}
O ile Raspail snuł własny wątek historii, o tyle Aksionow w książce „Wyspa Krym” opowiada historię alternatywną. Wasilij Aksionow (1932-2009) to jeden z największych współczesnych prozaików rosyjskich. Piszę „rosyjskich”, bo choć większość swego życia spędził w ZSRR, to trudno go traktować jako pisarza radzieckiego. Co prawda, publikował w oficjalnych wydawnictwach, lecz przemycał w nich, wykorzystując elementy absurdu, groteski, surrealizmu, baśni i fantastyki, treści „godzące” w najlepszy z ustrojów, na domiar zadawał się z innymi nieprawomyślnymi twórcami, wobec czego szybko przestano wydawać jego utwory, argumentując, że jego twórczość jest „nieradziecka i nieludowa”. W geście solidarności z innymi dysydentami Aksionow sam wystąpił ze Związku Pisarzy ZSRR, a kolejne jego utwory (np. powieści „Wyspa Krym” czy „Oparzenie”) pisane były już bez zamiaru publikowania w Kraju Rad; ukazywały się głównie w USA. Nie było więc zaskoczeniem, że w 1980 r. niepokorny pisarz został wydalony z ZSRR. Osiadł w USA. Po rozpadzie ZSRR przywrócono mu obywatelstwo Rosji, którą od czasu do czasu odwiedzał.
Część 22 / 2
Powieścią Aksionowa opowiadającą alternatywną historię jest wspomniana „Wyspa Krym”. Za sprawą aktualnej sytuacji politycznej w tym rejonie świata obserwujemy renesans popularności tej powieści; nie ukrywam, że i ja sięgnąłem po nią z tych właśnie powodów. Streszczając powieść w jednym zdaniu, można rzec, że jest to historia aneksji Krymu przez Rosję (ściślej: ZSRR). Trudno tu jednak mówić o jakimś profetyzmie autora. Krym w tej powieści jest bowiem państewkiem rosyjskim powstałym w rezultacie porewolucyjnych zawirowań, konkretnie wojny domowej między białymi i czerwonymi. Broniony przez nieliczną armię pod dowództwem barona Piotra Wrangela nie uległ czerwonym. Ściślej, rozwidlenie ścieżek historii rzeczywistej i alternatywnej, którą kreuje Aksionow, nastąpiło 20 stycznia 1920 r. kiedy to zwycięska dotąd armia proletariacka doznała przerażającej klęski za sprawą lejtnanta Bayle-Landa, wesołego pryszczatego Anglika, który był dowódcą wieży działowej na angielskim liniowcu „Liverpool“ uczestniczącym w walkach po stronie białych. Nie uległ on magii „logiki walki klasowej”, która opanowała umysły marynarzy i żołnierzy dezerterujących i przechodzących na stronę bolszewików. Nie uległ, bo miał lekkiego kaca. Zmusił swoich artylerzystów do pozostania w wieży, co więcej, wycelował działa w nacierające kolumny i otworzył ogień potężnymi szesnastocalowymi pociskami. Szeregi wroga zmieszały się, wybuchła panika i to było zaczynem owej klęski czerwonych.
Pozostawszy w rękach białych, Krym funkcjonował przez wiele lat jako wolne państwo, w którym pielęgnowano to, co stanowiło o etosie Rosji, a co zmiotła z areny dziejów bolszewicka miotła. Choć położone w geopolitycznej „jaskini lwa”, było państwem {i}par excellence {/i}zachodnim: miało ustrój parlamentarny, wymienialną walutę i zapewniało swym obywatelom swobodny dostęp do świata, nie tylko tego wolnego – także do ZSRR, który z czasem oswoił się i, pogodziwszy się z myślą, że Krym jest stracony dla komunizmu, utrzymywał z niezawisłą republiką w miarę poprawne stosunki.
Jak więc doszło do aneksji? Na życzenie mieszkańców! Autentyczne, nie propagandowe. Stało się to w dużej mierze za sprawą głównego bohatera powieści Andrieja Łucznikowa, wydawcy i redaktora naczelnego opiniotwórczego periodyka „Russkij Kurier”. Był to światowiec mający rozległe znajomości w europejskim, amerykańskim, a także sowieckim establishmencie. Dysponował więc pełnym rozeznaniem w różnicach między systemami społeczno-politycznymi i tym, co one ludziom są w stanie zaoferować. Miał pełną świadomość, że na Krymie, należącym do wspólnoty państw kapitalistycznych, jest wszystko, czego brak w Związku Radzieckim: dobrobyt, wolność, kwitnąca gospodarka, etc. Wiedział, że Kraj Rad jest całkowitym przeciwieństwem Krymu: panuje w nim bieda, powszechne zastraszenie, korupcja i obrzydliwe donosicielstwo. I dysponując takim rozeznaniem dał się uwieść Idei Wspólnego Losu głoszącej potrzebę, wręcz dziejową konieczność zjednoczenia Krymu z Rosją – ściślej przyłączenia tej szczęśliwej krainy do ZSRR, by {i}podzielić los dwustu pięćdziesięciu milionów naszych braci, którzy od dziesiątków lat w cierpieniach i przebłyskach triumfu wcielają w życie niepowtarzalną duchową i mistyczną misję Rosji i narodów kroczących u jej boku. {/i}
Czytając powieść, odnosiłem wrażenie, że ten Andriej to jakiś „polieznyj idiot”, bo nic na to nie wskazywało, że komunistyczny agent. No dobrze, takich wszak nie brakuje, zwłaszcza w snobujących szeregach śmietanki towarzyskiej (vide „Obóz świętych”). Dlaczego jednak idea głosząca, że obywatele Krymu powinni dzielić los braci Rosjan oficjalnie budujących świetlaną przyszłość komunizmu, a realnie żyjących w nędzy i zastraszeniu, „chwyta” i zdobywa coraz szersze rzesze zwolenników tej suwerennej republiki? Dlaczego społeczeństwo zażywające wolności w każdej z jej odmian: politycznej, gospodarczej, fizycznej i duchowej dobrowolnie wyciąga ręce do założenia mu kajdan totalitaryzmu? Przecież to zionie widocznym z daleka absurdem.
Ale przecież Aksionow to Rosjanin, dobrze zna swoich rodaków. Podobnie jak Alosza Awdiejew. A ten w rozmowie z Konradem Piaseckim tak mówi o swoich rodakach: {i}Rosjanie to ludzie autorytarni. Lubią silną władzę, bo wtedy wierzą, że jest porządek. Rosjanie nie chcą wolności, dla nich to oznacza nieporządek. Rosjanie są w pewnym sensie niewolnikami. {/i} Wygląda na to, że Aksionow chce nas przekonać, iż rosyjska w ogromnej większości społeczność Krymu, pomimo życia w „wolnym świecie” uległa jakimś (genetycznym?) skłonnościom do totalitaryzmu.
Dochodzi zatem do aneksji, mimo, że radzieckie władze (w przeciwieństwie do putinowskich) wcale się do tego nie kwapią; po zorganizowanym referendum, w którym krymska społeczność w sposób miażdżący opowiada się za przyłączeniem do ZSRR, Duma Państwowa Republiki kieruje prośbę do rządu radzieckiego o włączenie Wyspy Krym w skład Związku Radzieckiego jako republiki związkowej. Przy czym (o naiwności!) działacze Idei Wspólnego Losu proszą, żeby podczas aneksji nie było żadnego barbarzyństwa, żadnej okupacji. {i}To w naszym przypadku jest całkiem zbędne. Czesi jako obcy chcieli odejść, my jesteśmy swoi, chcemy się przyłączyć. Przemoc nie jest potrzebna. Potrzebny jest takt, cierpliwość... Przecież zgodnie z konstytucją każda republika ma prawo do wystąpienia ze związku, do kontaktów na arenie międzynarodowej, nawet do posiadania własnych sił zbrojnych. Nasza armia będzie częścią Armii Radzieckiej, więc po co okupacja? {/i} Rzecz jasna, Sowieci anektują po swojemu. Czyli militarnie. Chciałoby się jednak powiedzieć – po putinowsku, bo podobnie jak obecna realna, tamta fikcyjna aneksja przebiegała bez większych ofiar. No i z typowym ruskim bałaganem.
Powieść kończy mistrzowska scenka z udziałem wiodącego beztroskie, włóczęgowskie życie syna Andrzeja Łucznikowa, który chyba jednak wyczuł, na co się tu zanosi i wraz z ferajną postanowił uciec na pontonie do Turcji. Scenka ta mówi nam więcej o naturze Rosjan niż całe tomiszcze. Zaczyna się od tego, że ponton uciekinierów został namierzony przez flotę sowiecką. Oto co się dzieje:
{i}U kapitana - lejtnanta Płużnikowa, szefa wachty sygnałowej…