Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 27 min czytania

Protest

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przyjmiemy młodą osobę do opieki nad upośledzonym dzieckiem. Posada dobrze płatna…

Do tego numer telefonu i nic mi nie mówiący adres. Warto jednak spróbować. Potrzebne mi są pieniądze, grunt pali mi się pod nogami, a do tego w ciągu dwóch tygodni musze zwolnić mieszkanie. Straciłam tylko pieniądze na telefon. Damy pani znać, jeżeli będziemy zainteresowani pani ofertą… Ile razy już to słyszałam? Mam wyższe wykształcenie znam pięć języków, a nie mam pracy. Żebym była już całkowicie szczęśliwa, skończyła mi się umowa na wynajem mieszkania. Powoli zaczynam się już pakować.

Za oknem paskudna, szara i mokra jesień. Szarzy ludzie nie chcę ubrudzić sobie wyglansowanych na wysoki połysk butów w wielkich kałużach, więc jeżdżą samochodami, przez co miasto jest jeszcze bardziej szare i zniechęcające do życia. Eleganckie damy, żeby nie połamać sobie obcasów na wyszczerbionych płytkach chodnikowych są wożone nawet po bułki do sklepu przez swoich mężów, lub kierowców. Tylko starsze panie z pieskami snują wzdłuż sklepowych wystawa, myślami będąc jednak już w mieszkaniu przy drożdżówkach i ciepłym kakao. Tak, to wsyztsko jest okropne. Wielkie, bezbarwne blokowiska mieszczą w sobie steki, tysiące anonimowych, bezimiennych ludzi. Każdy sam, dla siebie, ze sobą. Nigdy z innymi, dla innych.

Trzeba iść do pracy, zrobić zakupy, posadzić drzewo(tu: ewentualnie w lecie wsadzić kwiatki do skrzynek na balkonie), wybudować dom(tu: kupić mieszkanie), urodzić i wychować dzieci(tu: wypuścić przed blokowisko i w miarę możliwości zadbać, żeby wróciły na noc). Ciemnoniebieska, skórzana walizka jeszcze po moich rodzicach, albo nawet i dziadkach, pomieściła moje ostatnie rzeczy. Jak zawsze z trudnością zasunęłam zamek, a potem już tylko zapięłam pasek na klamrę i wystawiłam ją do małego ciemnego przedpokoju. Na drewnianym wieszaku wisi jeszcze mój płaszcz i niebieska chustka, a pod kwadratowym lustrem stoją czarne półbuty. Na razie pomieszkam u kuzynki i będę ze zdwojoną siłą szukała pracy i mieszkania.

Jeszcze tylko jeden wieczór. Przywiązałam się do tego miejsca. Siedzę z kubkiem gorącej kawy w fotelu, który pamięta jeszcze moją pracę magisterską, każde kolokwium, egzaminy… Krople deszczu uderzają o szyby. Wiatr targa koronami drzew. Stary orzech rosnący blisko mojego bloku, zrzuca swoje owoce na mój balkon, a z ogromnego świerka spadają na trawnik szyszki. Telefon.

- Słucham. - mój głos był bezbarwny, zniechęcał do rozmowy, jeszcze zanim się ją zaczęło. - Dzwonię w sprawie pracy. Opieka nad chorym dzieckiem. pamięta pani? - zapytał mężczyzna, w taki sposób, ze wyobraziłam go sobie jako starszego pana w fotelu z fajką. - Tak. - Czy nadal jest pani zainteresowana? - Tak. - Czy moglibyśmy się jutro spotkać? Powiedzmy o dziesiątej? Przyjadę pod wskazany adres. - W porządku… - podałam mu adres i zakończyłam rozmowę odrobinę barwniejszym głosem, gdyż ujrzałam przed sobą perspektywę wypłaty, a może nawet i mieszkania.

Ostatnia noc. Cały czas padał deszcz, szalała wichura. Śniły mi się jakieś koszmary. Ogromny dom, w środku ciemno, a ja po omacku szukam z niego wyjścia. Wsyztsko pozamykane, a ja uciekam przed jakimś nieokreślonym niebezpieczeństwem. Zresztą nawet nie wiem, czy to byłam ja, bo w tym śnie byłam jakby obserwatorem, ale jeżeli nie ja, to, kto to miałby być?

Oczywiście nad ranem udało mi się zasnąć i kamiennym snem dospałam do dziewiątej z minutami. Przez niezasłonięte okno do pokoju wpadały oślepiające promienie porannego słońca. Nieskazitelnie błękitne niebo nie pamiętało już o nocnej wichurze. Tylko połamane gałęzie i porozwiewane śmieci pozostały w charakterze pamiątek. Ubrałam się dżinsy i czarny, trochę porozciągany sweter i zeszłam na dół po bułki. Sklep spożywczy znajdował się obok mojego bloku w małym białym budynku z pomalowanymi na czerwono kratami w oknach. Po dziesięciu minutach z kawą i drożdżówkami siedziałam sobie w kuchni, czekając na cud w postaci pana z wypchanym portfelem.

Pojawiał się punktualnie. Spodnie jakby specjalnie dla niego skrojone, biała koszula, szary sweterek, no i oczywiście buty na wysoki połysk. Był młody. To znaczy był młody w porównaniu z moimi wyobrażeniami. Mógł mieć jakieś trzydzieści pięć, czterdzieści lat. Poza tym był bardzo zadbanym mężczyzną. Jego ręce. Przez całe życie zajmował się liczeniem pieniędzy chyba, że jest chirurgiem, albo muzykiem, ale jedno nie wyklucza drugiego.

Mimo jego ciepłego, niskiego głosu i uśmiechu jakby przyklejonego do twarzy, na jego widok przeszedł mnie dreszcz. Wzdrygnęłam się na myśl, ze tacy jak oni potrafią cię poćwiartować, wsadzić do paczki i odesłać do mamusi i to wszystko cały czas z tym uśmiechem.

- Warunki pracy są bardzo proste. Mamy duży dom, więc otrzymuje pani własny pokój, oprócz tego oczywiście wyżywienie i na początek tysiąc pięćset złotych miesięcznie. W zamian za to oczekujemy od pani, ja i żona, dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mamy córkę. Jest ona częściowo sparaliżowana, wymaga stałej opieki. Był na tyle miły, że dodał, iż żadna z poprzednich opiekunek nie wytrzymała dłużej niż kilka dni. Ciekawe ile ich już było? - Potrzebne mi są pieniądze. - odpowiedziałam rzeczowo. - Poza tym nie mam gdzie mieszkać. - spojrzał w kierunku walizek i zwrócił się do mnie pytającym wzrokiem. - To znaczy za kilka godzin nie będę miała. Mogę zacząć natychmiast…

Po dokonaniu pewnych niezbędnych ustaleń, powiedział, że weźmie moje walizki, a po mnie przyjedzie, jak tylko zadzwonię. Z właścicielką mieszkania, małą, starsza panią, byłam umówiona na trzynastą, więc zdążyłam wypić jeszcze dwie kawy i obejrzeć jakiś tasiemcowaty film. Potem byłam już wolna od ponurego blokowiska. Bez żalu pożegnałam setki bezimiennych okiem i wsiadłam do błyszczącego samochodu w złotym kolorze, który wyglądał tak, jakby właśnie wyjechał z salonu. Beżowe wnętrze było nieskazitelnie czyste, na fotelach pokrowce, a na gumowych(oryginalnych zresztą) dywanikach nie było nawet ziarnka piasku.

Taką oto, czterodrzwiową limuzyną przejechałam dwadzieścia siedem kilometrów, nie czując nawet, ze jadę, a to też dzięki muzyce. Dojechałam na miejsce. Na obrzeżach niewielkiej miejscowości, za wspaniałym, kutym, żelaznym ogrodzeniem, z przęsłami z idealnie oszlifowanych, czerwonych cegiełek, które również więczyły całe ogrodzenie od góry, znajdował się ogromny dom. Parter, piętro i poddasze. Być może był to gruntownie odnowiony stary dwór.

Nowoczesne, przestronne wnętrza, wszędzie korytarze, schody… Tu można się zgubić. Jasne drewniane meble, świeże kwiaty, ściany w pastelowych kolorach. Ja mam tu zamieszkać? Stałam tak w korytarzu, patrząc tylko na to wszystko, co było z niego widać. Chyba zapomniałam, że powinnam się rozebrać. Zobaczyłam ogromny stół w kształcie elipsy. Na nim fioletowy wazon pełen astrów, a wokoło dziewięć krzeseł. Po co aż tyle? Ściany morelowego koloru, a na nich kilka ręcznie wyszywanych makatek, sądząc po nich jadalnie chyba też należała do królestwa gosposi. Z tego, co mi mówiono kobieta w średnim wieku, która kiedy nie gotuje i nie sprząta, to siedzi i albo wyszywa, albo robi na drutach.

Mężczyzna powiesił mój płaszcz i zaprowadził mnie do mojego pokoju na poddasze. Pięknie urządzony, przestronny, moje rozpakowane walizki… Rozpakowane? Sukienki na wieszakach, swetry w szafie, skarpetki w komodzie, książki na półce, papiery w biurku… Miłe, a jednak wolałabym to zrobić sama. Z mojego pokoju wychodziło się na balkon z widokiem na łąki i las, ale na razie byłam zbyt zajęta podziwianiem sprzętu elektronicznego w postaci wieży i komputera, żeby wdychać świeże powietrze. Jeżeli to należy do codziennych wydatków, to ja zaczynam się tu czuć, jak królowa Bona.

Zdrzemnęłam się. Mężczyzna obudził mnie i powiedział, że zaprowadzi mnie do swojej córki, a potem zjemy kolację i opowie mi dokładniej o moich obowiązkach.

Zapomniałam, jak on się nazywa, a jestem pewna, że mi się przedstawiał. Zaraz… Chyba Kacper. Tak, na pewno. W kapciuszkach, bez koszuli wygląda na starszego niż mi się wcześniej wydawało, ale ma chyba, co najwyżej górną granicę tego, co mu dawałam. Weszłam do pokoju wielkości prawie, że mojego mieszkania. Na środku, pod ścianą stało ogromne łóżko. Na nieskazitelnie białych ścianach wisiało mnóstwo zdjęć w antyramach. Wszystkie przedstawiały chyba dwie te same osoby, matkę z dzieckiem, albo siostry. Nie wiem. Na niskich, jasnych meblach też stało dużo zdjęć w szklanych ramkach. Na jednej z półek leżała cyfrowa kamera, aparat fotograficzny, komórka, discmen… Wszędzie, w każdym kącie tego, co na razie widziałam w tym domu, na pierwszy plan wysuwa się przepych i bogactwo.

Z pokoju, przed dwuskrzydłowe, rozsuwane drzwi, wychodziło się na ogromny taras obsadzony kwiatami, a tam na wózku inwalidzkim siedziała nastoletnia dziewczyna, z ciemnymi włosami, na których w świetle słonecznym było widać blond pasemka. Widocznie słysząc, ze weszliśmy, odwróciła twarz. Jej smutne, zmęczone chyba oczy, zatrzymały się na mnie i w jednej sekundzie na jej twarzy pojawiał się grymas złości. Nienawiści?

- Wynoście się stąd! - krzyknęła, wjeżdżając do pokoju. - Nie słuchać! Znajdowała się na środku ogromnego pokoju. Jej dłonie zacisnęły się na poręczach wózka. Włosy opadały na bladą, wykrzywioną złością twarz i ukrywały cały czas smutne, brązowe oczy. Wyszłam. - Przepraszam za moją córkę. Ona… Ona cały czas ma jakieś humory. Ja i żona mamy już dość spełniania jej zachcianek. Ona za grosz nie docenia tego, co ktoś dla niej robi. - mówił, gdy schodziliśmy do jadalni. - Proszę usiąść. Gosposia zaraz przyniesie kolację. Domyślam się, ze ten dzień był dla pani bardzo męczący… - i tak dalej.

Z tego, co usłyszałam od niego i jego żony Dominika, bo tak miała córka na imię, była po prostu potworem. Oni kupują jej wszystko, czego sobie zapragnie, na każdym kroku okazują jej uczucia, gotowi są być jej podnóżkami, żeby tylko gotowa była wypowiedzieć, chociaż jedno ludzkie słowo, a ona tylko wrzeszczy, odrzucając ich, a zwłaszcza matkę, którą spotykają z jej strony same przykrości. Na dobrą sprawę, to chyba mieli rację w tym, co mówili. Zdążyłam już zauważyć, ze ta dziewczyna miała wszystko. Pewnie po prostu znudziło jej się bogactwo i tylko wymyślała coraz to nowe zabawki, które rodzice, mogliby jej kupić. Pewnie czekała na prośbę nie do pełnienia. Widząc, że i tak niczego jej nie odmówią, mogła być opryskliwa, nieprzyjemna i wulgarna, przekraczając przy tym wszystkie granice. Mogła ich nienawidzić za to, ze jej we wszystkie ustępuję, że dlatego, ze nie może chodzić, oni boją się jej czegokolwiek odmówić. Może poprzez te wszystkie zachcianki i humory chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę. Może chciała, żeby traktowali ja jak normalne dziecko. Zamiast uczuć może dostawała nowy telefon, albo cokolwiek innego, byle drogiego. I ona cierpiał na takim układzie i oni.

Jeszcze jeden fakt przemawiał na niekorzyść jej rodziców. To była nastoletnia, niepełnosprawna dziewczyna, a nie upośledzone dziecko. Dlaczego akurat tak napisali w tym ogłoszeniu? Tak, jakby nawet nie wiedzieli, ile ona ma lat i co jej jest. Czy tak trudno jest napisać niepełnosprawna, zamiast upośledzona? Czy tak objawia się bezgraniczna miłość i oddanie?

Zaniosłam jej kolację. - Nie będę jadła. Może pani to zabrać. - powiedziała, nie patrząc nawet w moją stronę. Niestety nie przywykałam do tego, żeby ktoś traktował mnie jak powietrze. - Jeżeli to co odpowiada, to mogę cię traktować jedynie jako przedmiot moich obowiązków. - z akcentem oczywiście na słowo przedmiot. - Dla mnie to żaden problem. Zanosząc tacę z powrotem do kuchni, minęłam pana Kacpra. Gdy usłyszał, co się stało, powiedział tylko, że znowu zaczyna się to samo i zrezygnowany poczłapał na górę. Wróciłam do siebie. - Nie będziesz mi dłużej pokazywała swoich humorów! Mika, słyszysz mnie?! Odpowiedz, jak do ciebie mówię! - tatuś się chyba zdenerwował, ale mogę się założyć, że ona siedzi teraz tyłem do niego, ze łzami w oczach. - Zostaw mnie. Męczysz mnie od siedemnastu lat. Daj mi wreszcie spokój… - mówiła, szlochając.

Do niej nikt nie dotrze, krzycząc. Nie tędy droga, ale co ja mam na to poradzić, skoro mnie też odrzuca? Buduje wokół siebie barierę nie do przebicia dla normalnego człowieka, o czym najlepiej świadczy to, ze przez dwa miesiące opiekunki zmieniały się średnio, co tydzień.

Nie, jej rodzice nie dają miłości. Gdyby tak było, to nie mieliby w domu rozwrzeszczanej nastolatki. Może jej tego nie okazują, ale chyba w jej sytuacji powinni. Zabawki nie wystarczą. Pada deszcz. Siedzę na balkonie, w polarowej szarej bluzie, z kubkiem kawy w ręce i zastanawiam się, która z nas pierwsza da za wygraną. Ja z pracy nie zrezygnuję i ona może w końcu to zrozumie. Przecież ja nie jestem jej wrogiem. Nie chce dla nie źle, wręcz przeciwnie, ale ona chyba oczekuje czegoś innego.

- Przepraszam, mogę zamienić z panią kilka słów? - usłyszałam za plecami pytanie, zadanie przez oczywiście zawsze uśmiechniętego pana Kacpra, i aż podskoczyłam na krześle. - Nie chciałem pani przestraszyć. Pukałem - dodał. - Nic się nie stało. O co chodzi? - Mamy do pani, ja z żona, prośbę. Otóż bylibyśmy wdzięczni gdyby pani nie rozmawiała z nikim z miasteczka - napotkał mój pytający wzrok, więc zaczął tłumaczyć obszerniej. - Miejscowi tylko szukają sensacji i nie chcemy, żeby ją znaleźli. Tu chodzi o nasza prywatność. Oczywiście to dla dobra Miki. Mam nadzieję, ze pani rozumie - przytaknęłam, chociaż nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Protest — czytnik · opowiadania