Filozofia · 17 min czytania
Przebaczenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przebaczenie
Po śmierci mojej małej córeczki nie mogłam znaleźć sobie miejsca w życiu. Przestało zależeć mi na wszystkim. Stałam się kimś zupełnie innym. Zresztą słowo śmierć córki to nie jest dobre określenie na to, co się stało. Moja Helenka została bowiem porwana, przewieziona po kilku dniach odosobnienia do kliniki chirurgii i tam pozbawiona organów wewnętrznych a później nikomu nie potrzebna spalona razem ze śmieciami w krematorium tejże kliniki, w której, o zgrozo! sama miałam kiedyś wykonane dwa drobne zabiegi kosmetyczne. I tę straszną rzecz zrobili ludzie na tak zwanym poziomie – lekarze, którzy byli wmieszani w ten zbrodniczy proceder. Pozbawiali bowiem życia niewinnych ludzi, często nawet i dzieci tylko po to by pozyskać z ich ciał zdrowe organy aby później przeszczepić je jakiemuś bogatemu staruchowi, który wciąż chciał żyć i był gotów zapłacić każde pieniądze aby trzymać się swego nędznego żywota jeszcze choćby przez kilka lat. Albo wykorzystywali zrabowane w ten sposób organy dla chorego syna bogatego starucha, którego nie obchodziło to, że w zamian za życie jego dziecka, zginie inne, całkiem niewinne a jego matka odejdzie od zmysłów. Niestety popyt na życie gwarantował istnienie tego typu procederu a los zrządził, że tym razem jego ofiarą stało się moje siedmio letnie dziecko no i ja sama przy okazji, ponieważ ogarnęła mnie rozpacz a moje serce wypełniła nienawiść dla oprawców. I nawet to, że zostali oni ujęci i osadzeni w więzieniu, nie miało dla mnie większego znaczenia. Wiedziałam też, że nawet ich stracenie na krześle elektrycznym, tudzież na szybienicy nie zmieniłoby moich uczuć – wciąż bym ich nienawidziła wciąż chciałabym się na nich mścić. Nienawidziłam także tych, którzy nosili w sobie organy mojej Helenki. Z całego serca życzyłam im śmierci bowiem dzięki nim właśnie kwitł ten straszliwy handel. Znienawidziłam także system „sprawiedliwości” bo zakładał on obronę takich przestępców, a ci mając duże pieniądze korzystali z usług adwokatów, dla których byli już nie zbrodniarzami ale klientami i to najlepszymi bo słono im płacili, mając nadzieję, że się znów wywiną i powrócą do dostatniego życia, jakie wiedli od lat. Oczywiście gdyby doszło do publicznej egzekucji z możliwością kamienowania, biczowania, ćwiartowania czy palenia ciał skazanych żywcem, byłabym pierwsza, która by podniosła rękę, i tym bardziej byłam niepocieszona, że zostali skazani tylko na dożywotnie więzienie, z którego jak mniemałam i tak wyjdą za „dobre sprawowanie”. Na domiar złego, znienawidziłam z czasem także dzieci sąsiadów, znajomych, i wszystkie inne, które przypominały mi moją jasnowłosą i zawsze roześmianą Helenkę. Przyznam, że czasem, kiedy miałam okazję i nikt mnie nie widział, to krzywdziłam te dzieci – popychałam, targałam za uszy i włosy, ściskałam z całej siły ich małe rączki pod byle jakim pretekstem. Za każdym razem później tego żałowałam i za każdym razem płakałam rzucając się na łóżko, które stało się dla mnie łóżkiem rozpaczy. Żyłam właściwie w nieustannej depresji. Na dodatek zaczęłam palić, a w stanie upojenia alkoholem zaczęłam wchodzić na coraz to bardziej ordynarne strony internetowe serwujące pornografię, także dziecięcą oraz strony pokazujące filmy z egzekucji ludzi i rozmaitych tortur. Najogólniej mówiąc zaczęło pociągać mnie zło – czyli wszystko to, co do tej pory uważałam za niemoralne, niegodne, nieetyczne, straszne czy wręcz obrzydliwe itd. Zresztą nie kończyło się tylko na oglądaniu pornografii w internecie. Poszłam dalej, to znaczy zaczęłam spotykać się w tak zwanym „realu” z użytkownikami seks forów w jednym tylko celu – odbywania z nimi stosunków i notabene z pasją im się oddawałam, niczym niezaspokojona suka. Zawsze czułam się po takich orgiach lepiej ale i tak było to tylko chwilowe, bowiem mój ogólny stan wcale się nie poprawiał. Nie muszę chyba wspominać, że znienawidziłam także i tego obojętnego Starucha z długą siwą brodą, który podobno był sędzią sprawiedliwym, choć nic na to przecież nie wskazywało w moim życiu. Lubiłam się na nim wyżywać – zwłaszcza kiedy sobie popiłam – wygrażałam mu wtedy pięścią, bluźniłam przeciw niemu, dając upust swym emocjom. A skoro mu wygrażałam, to musiałam wciąż jednak w Niego wierzyć. Może dlatego tak było, że gdybym przestała, to nie miałabym na kogo narzekać i prowadzić monologów zwłaszcza, kiedy po pijanemu rozwiązywał mi się język i potrafiłam godzinami snuć różne wywody. Pewnie nie nawiedziłabym także i mojego męża ale go nigdy nie miałam. Moja Helenka była owocem, jak to się mówi licealnej wpadki. Jedna impreza, jedno piwo i ten jeden raz z facetem, nawet nigdy nie wiedziałam z którym. Zresztą wolałam nie wiedzieć, skoro nigdy nie miał odwagi się przyznać, choć myślę, że tej nocy byłam nałożnicą całej tej parszywej dziewiątki moich klasowych kolegów. Dlatego ich także znienawidziłam. Mimo, że powoli staczałam się coraz bardziej, nie próbowałam sobie pomóc. Nie akceptowałam pomocy, którą ofiarowywali mi także ludzie życzliwi. Chciałam cierpieć, bo przecież każdy, komu umiera dziecko, zwłaszcza w taki sposób musi cierpieć, tak właśnie zakładałem i to właśnie wydawało mi się oczywiste i słuszne. Jednak pewnego dnia całe moje życie się odmieniło, a mówiąc ściślej to ja się zmieniłam, niczym trafiona czarodziejską ruszczą, od jednej rozmowy z pewnym bezdomnym, którego spotkałam, siedząc w parku i patrząc jak zwykle obojętnie przed siebie zbolałym wzrokiem. Wtedy go zobaczyłam, jak łaził od ławki do ławki i wygrzebywał coś z koszy na śmieci. Nie raz tak właśnie siedziałam i patrzyłam bez celu przed siebie, nie zważając na upływ czasu i ludzi dookoła. Było mi wszystko jedno. Także i on był mi zupełnie obojętny. Tylko czekałam jak podejdzie do mojej ławki niczym pies, obwącha mnie i pójdzie dalej swoją drogą. Jednak tak się nie stało ku mojemu zdziwieniu. Kiedy do mnie podszedł, spojrzałam mimochodem na jego twarz, ponieważ odwrócił się do mnie i kiedy zobaczyłam jego oczy, odnalazłem w nich pokój, dobroć i prostotę i od razu powiedziałam do niego w duchu: – Tak, żebyś wiedział, ja i tak mam o wiele gorzej od ciebie. Pewnie nawet nie wiesz, jakże bym chciała mieć takie oczy jak ty... – potem opuściłam wzrok i czekałam aż biedak przeszuka mój, a właściwie swój kosz i zostawi mnie samą z moim smutkiem. Jednak kloszard nie podszedł do kosza, tylko spytał mnie jakby nigdy nic: - Poczęstuje mnie pani papierosem? – spojrzałam zdumiona. Odczekałam kilka chwil zanim minęło odrętwienie wywołane tym niespodziewanym pytaniem i sięgnęłam do torebki po papierosy. Wyjęłam z paczki jednego papierosa i podałam mu. Ten zaś od razu oderwał filtr i wsadził tak okaleczonego papierosa do ust i zaczął szukać ognia w swoich łachach, a że nie mógł go znaleźć, to ja zapaliłam swoją zapalniczkę i podetknęłam mu ją pod nos. Zaciągnął się, a na jego obliczu zarysował się obraz zadowolenia, niczym u psa, który właśnie zrobił kupę na trawniku i rozglądał się z dumą i ulgą dookoła. Kloszard przykucnął pod moją ławką, rozejrzał się to w prawo, to w lewo, to sobie pod nogi a potem swój wzrok przeniósł na mnie ale tylko na chwilę by znów, niczym speszone dziecko spojrzeć na swoje obdarte do granic możliwości buty. Pomyślałam sobie – Czego ten typ ode mnie chce? Czemu ja takich przyciągam? Może mam rozpiętą bluzkę? Może płaczę i nawet tego nie czuję? – i kiedy tak myślałam, typ znów odezwał się swoim chrapliwym głosem. Jednak to, co powiedział wprawiło mnie w osłupienie. - Twoja dziewczynka nie umarła ale żyje. – po moim ciele przebiegł taki dreszcz, jakiego nigdy wcześniej nie czułam. Zrobiło mi się duszno i zawirowało mi w głowie a jego słowa niczym grom odbijały się w niej a ja sama już nie wiedziałam, czy to on powiedział czy może zagrzmiało bo nadciągnęły właśnie chmury. – Nie to nie on, to mi się tylko wydaje! – pomyślałam. – Coś się ze mną stało, to pewnie przez tę trawkę, którą czasami palę! Boże, uciec stąd i to jak najszybciej od tego dziwnego człowieka! – i już chciałam wstać ale ów człowiek spokojnie mówił dalej. - Nie uciekaj ode mnie. Pomyśl kobieto, czy ja mógłbym cię skrzywdzić? Zostań! Nie bój się! - Nie boję się! – odparłam dumnie choć nie była to całkiem prawda. Byłam całkiem rozmontowana, zagubiona i nawet pewnie nie byłabym wstanie wstać o…