Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 31 min czytania

Przebłyski (nie)szczęścia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zimny powiew wiatru i krople deszczu powitały Lenę, gdy ta dopiero, co otworzyła drzwi od domu. Cały wrzesień był taki smutny i bezbarwny, jakby płakał razem z Leną. Minął już prawie miesiąc od rozpoczęcia roku szkolnego, ale szesnastolatka nie miała ani jednego przyjaciela. Żaden uczeń nie odezwał się jeszcze do niej, a ona też postanowiła nic nie mówić, bo niby, z jakiej racji? To ona była nowa, ona potrzebowała opieki i troski w tym wielkim mieście, to do niej powinno się podskakiwać i zapraszać ją na przyjacielskie spotkania. Jednak każda dziewczyna, każdy chłopak patrzył na nią tak jakby była kosmitką, jak gdyby była jakąś rzeczą, którą warto tylko zdeptać i wyrzucić do kosza. Wiedziała o tym, czasami chciała sama się tak bardzo zranić, żeby nikt więcej na nią nie spojrzał. O tak, coraz częściej zdarzały się chwile, gdzie w myślach krążyły jej słowa typu „krew” lub „śmierć”, ale nie poddawała się. Lena była naprawdę ambitną i zdolną dziewczyną, chciała zdobyć zawód, założyć rodzinę, ale jej marzenia nie były już tak silne jak kilka miesięcy temu. Każdy dzień w szkole Lena spędzała tak samo. Na lekcjach dawała z siebie wszystko, a na przerwach samotnie siedziała w kącie korytarza. Przez brak bliskiego rówieśnika nauka przychodziła jej coraz trudniej, ale nauczyciele i mama dalej byli z niej dumni. - Witaj kochanie!- Przywitała Marta córkę. Była w nadzwyczaj dobrym humorze.- Mam dla ciebie prezent! Chodź do jadalni, zrobiłam twoje ulubione danie!- Zaświergotała i udała się do kuchni po ostatnie drobne rzeczy na stół. - A to, z jakiej okazji? Wygrałaś los na loterii?- Zapytała obojętnie Lena. Nie miała humoru do świętowania. W ogóle coraz rzadziej uśmiechała się i miała ochotę na cokolwiek. - Naprawdę jesteś bardzo zabawna... Dzwonili do mnie ze szkoły. Pani dyrektor jest z ciebie bardzo dumna. Czy to nie cudownie? - Tak- westchnęła Lena- świetnie. - Nie cieszysz się rybko? - Mamo daj mi spokój! A jak chcesz tak bardzo wiedzieć czy się cieszę to ci powiem. Nie! Przez ciebie nie mam przyjaciół! Siedzę sama jak kołek, ale to cię przecież nie obchodzi, bo najważniejsze jest to, że ty spełniasz się zawodowo, więc nie pytaj mnie, co o tym wszystkim myślę, bo to i tak cię nie interesuje! - Nie odzywaj się do mnie w ten sposób! Pytałam cię czy się zgadzasz na przeprowadzkę! Byłaś zadowolona, tak mi się zdawało... - No brawo mamo, „zdawało ci się”. Właśnie tutaj się okazuje, że mnie nie znasz! Zresztą nie ma, o czym mówić. Nie cofniemy już czasu.- Wstała i odeszła od stołu. -Jeszcze nic nie zjadłaś! - Nie jestem głodna. Wychodzę przewietrzyć się. Szła jak zawsze sama, ale teraz już jej to nie przeszkadzało, chciała być sama, żeby nikt jej nie rozkazywał. Tak bardzo była zamyślona nad swym zmarnowanym życiu towarzyskim, że nie zauważyła, że krajobraz centrum Gdańska, tego z wieżowcami i biurami zmienia się w jakąś starą i zaniedbaną ulicę. Na wszystkich ścianach domów i sklepów były graffiti, a szyby w prawie każdym oknie powybijane. Kiedy wreszcie się ocknęła nie bardzo zdenerwowała się, że nie wie gdzie jest. Była nawet w pewnym sensie zadowolona, nikt jej nie znał, a ona nie wiedziała jak wrócić do domu. Odpowiadało jej to, bo chciała sprawdzić czy Marta w ogóle zainteresuje się jej zniknięciem. Szła w głąb tajemniczej dzielnicy, a ludzie patrzyli na nią krzywo, bo jak na tamte warunki była dość dobrze ubrana. Nie przeszkadzało jej to, przyzwyczaiła się już, że do Gdańska nie pasuje i nigdy nie będzie już szczęśliwa. Ja nie potrzebuję nikogo, mogę być sama, myślała. Kiedy zrobiło się ciemno i znów zaczął padać deszcz zmieniła zdanie. Tak bardzo chciała wrócić do domu, do mamy, ale nie wiedziała jak. Nie miała gdzie spać i co jeść i w ogóle... - Cześć! Chyba jesteś tu nowa?- Zapytał jakiś chłopiec, który śledził Lenę od jakiegoś czasu. Był łysy i barczysty, ubrany w dresy, na szyi miał gruby złoty łańcuch. - Tak, ale muszę już wracać do domu- dziewczyna wcale nie miała ochoty na rozmowę z tym nieznajomym, tak prawdę mówiąc to bała się go. - Na pierwszy rzut oka widać, że się zgubiłaś- chłopak nie odstępował- chodź do naszej kryjówki, zrobię ci herbatę, a potem pomyślimy jak wrócisz do domu. Jesteś z centrum, prawda? Lena zgodziła się pójść za chłopcem i tak nie miała nic do stracenia. - Jestem Marek, ale mów na mnie Stamy. A ty jak się nazywasz? - Lena, mam szesnaście lat. - O to dla mnie jeszcze możesz być, bo ja mam dziewiętnaście. Powiedz szczerze, masz chłopaka? Lena nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko. Polubiła tego Stamego, i miała nadzieję, że pomoże jej wrócić do domu. Większość drogi szli w milczeniu. Od czasu do czasu chłopak spoglądał na swą nową znajomą z zainteresowaniem. Naprawdę była ładna, długie brązowe włosy hulały dookoła jej głowy na wietrze, a w czarnych oczach, co chwila pojawiała się iskierka nadziei. Ich celem był jakiś garaż, w środku było nieco ciemno. Na środku stał duży okrągły stół, a przy nim troje nastolatków, w mniej więcej wieku Leny. Patrzyli na nią jakoś dziwnie. Oczy mieli pół zamknięte i jakby trochę podpuchnięte. - Znowu braliście? Przecież wam tłumaczyłem, że jak mnie nie ma, to niczego nie dotykacie! Mieliśmy się podzielić równo, a teraz nic już dla mnie nie zostało! - Wyluzuj podzieliliśmy to na cztery, twoja część leży tam na półce- jedyny chłopak spośród trójki siedzących wskazał na koniec pokoju. Na dość wysokiej szafce leżał mały woreczek z narkotykiem. - Nie widzicie, że mamy gościa! To jest Lena, zgubiła się na naszym osiedlu, więc przyprowadziłem ją tutaj. Lena czuła się nieco zażenowana. Miała też żal do siebie, że zgodziła się pójść nie wiadomo gdzie z obcym chłopakiem. Myślała, że jej pomoże, a on okazał się zwykłym narkomanem. -Ta z lewej to Kicia, dalej Rzeszka, a ten tu pyskaty to Krymo.- Teraz zwrócił się w stronę przyjaciół.- Widzicie, gdybyście poczekali na mnie dwie godziny to podzielilibyśmy wszystko na pięć, a teraz ja swoją część musze podzielić na dwa. Idioci! Lena weźmiesz trochę tak na odwagę?- Zapytał Stamy i wskazał na paczuszkę z proszkiem. - Nie dzięki… Ja już powinnam wracać do domu. Mama będzie się denerwować. - Siadaj, przecież nie znasz drogi powrotnej, z samego rana odprowadzimy cię. Poczekaj tu chwilę, zaraz rozdzielę to na równe części. Lena zrobiła to, o co prosił ją Stamy. Rozmawiała z resztą towarzystwa nieco sztywno. Wiedziała, że Marta denerwuje się z powodu jej ucieczki, może nawet zawiadomiła już policję? Ale z drugiej strony przecież Lenie właśnie o to chodziło, chciała wiedzieć czy jej mama, która od przeprowadzki była tak pochłonięta pracą w ogólne dostrzeże, że nie wróciła na noc do domu. Kiedy już upewniła się, że dobrze robi, jej zdaniem, zostając w garażu z nowymi przyjaciółmi kompletnie się wyluzowała i opowiadała o swoim całym zmarnowanym życiu. - Wiecie jak to jest, nowe miasto, jeszcze na dodatek takie wielkie.- Mówiła- Ja to pochodzę z małej mieściny, gdzie wszyscy się znają, a tutaj? Jak idę parkową aleją, to wszyscy patrzą na mnie jak na kosmitę! Nie raz już miałam myśli… samobójcze, ale potem myślałam sobie, że nie dam mamie tej satysfakcji. Ona chce żebym się poddała, ale ja będę twarda i nie dam się. - To mówisz, że masz szesnaście lat?- Zapytała uszczęśliwiona Kicia. - No tak… A co w tym takiego śmiesznego? - Niby nic, ale to zawsze ja byłam najmłodsza w naszej gromadzie, a teraz ty przejmujesz moje stanowisko… Stamy idzie z waszą kolacją. Nie miała oczywiście na myśli posiłku. Chłopak w wyciągniętych rękach miał dwie małe karteczki. Po co mu to?, pytała siebie Lena, ale gdy położył je na stole znała odpowiedź. - Wiesz jak to się robi? - Nie… Jeszcze nigdy nie brałam i jakoś tak się boję. - Nie ma czego, zobaczysz jak się potem dobrze poczujesz. Pamiętaj tylko, że nikomu nie możesz o tym powiedzieć, nawet mamie. - Jasne, a teraz pokaż mi jak mam to zrobić. Im szybciej tym lepiej. A tak na marginesie to, co to jest? - No widzę, że nic nie wiesz o tym świecie. To są barbiturany. Uspokoją cię trochę. Stamy miał rację, po około dwudziestu minutach od wzięcia narkotyków Lena była już kompletnie spokojna i nie martwiła się niczym. Nie zanudzała się już w duchu, że jej mama może być niespokojna. Wszystkie zmartwienia odeszły z pstryknięciem palcami. - Leno Grac czy jesteś pewna, że chcesz zostać w naszej Bandzie Stróżów aż do śmierci?- Zapytał uroczyście Stamy. Wszyscy stali dookoła stolika i wpatrywali się w Leną. Naprawdę polubili tę mała i smutno by było gdyby nie chciała wstąpić do ich grupy. Ona sama nie była pewna, co zrobić, narkotyk przestał już po części działać i zaczynała znowu normalnie myśleć. Jedynymi osobami, z którymi rozmawiała tu w Gdańsku byli oni, a szczególnie Stamy. Wyciągnęli do niej pomocną dłoń i chcieli by była jedną z nich. Byłoby bardzo nie fair gdyby odmówiła, przecież nie mogła po prostu wyjść po tym wszystkim, co dla niej zrobili, ale jednak z drugiej strony, co powie na to mama? A kij tam z mamą, wcale nie obchodzi ją życie własnej córki. - Tak, jestem pewna. - Każdy z nas, po kolei zaczynając ode mnie, a kończąc na Krymie, dostawaliśmy nowe imiona. Po naszej krótkiej naradzie postanowiliśmy nazwać cię Jagą. Czy zgadzasz się z nami? - Lena Jaga Grac! Brzmi super! Dzięki wam za wszystko. - No to, co kochani, trzeba to oblać! „Oblewali” to do samego rana. Na początku zabawy Jaga sprzeciwiała się nieco, ale kiedy dostała nową dawkę narkotyku bawiła się w najlepsze. Gdyby teraz ktokolwiek widział ją ze starych znajomych, nie uwierzyłby, że to ta sama Lena. Ta cicha i wstydliwa dziewczyna, która dostawała jak najlepsze oceny w szkole, zaczynała zamieniać się w narkomankę! Co by powiedziała na to Marta? No tak, znowu do niej wracamy! A po co? Tak bardzo interesujące jest jej życie towarzyskie, jej kariera? Po kilku godzinach spania, kiedy Lena była znowu normalną dziewczyną, bez barbiturany we krwi, wymknęła się cicho z garażu. Jej nowi przyjaciele byli tak „naćpani”, że nawet jakby wybuchła bomba przed ich kryjówką, nie obudziliby się. Jaga oczy miała lekko opuchnięte i czerwone od niewyspania. Popytała kilka osób jak może dostać się do centrum Gdańska i z wielkim trudem po dwóch godzinach była w domu, ale przywitanie nie było miłe, w sumie nie ma się, czemu dziwić… - Gdzie byłaś?!- Zapytała groźnie Marta. Siedziała we wczorajszym ubraniu na kanapie, z filiżanką mocnej, czarnej kawy. Włosy miała rozczochrane i zaczerwieniony nos. - Z przyjaciółmi. - Wczoraj mówiłaś, że nie masz żadnych przyjaciół! Jak mogłaś uciec? Jak możesz robić mi takie rzeczy? - Nie dramatyzuj tak! Mam przyjaciół, całą czwórkę! I to właśnie u nich spałam. - Wszyscy mieszkają razem?! Chcę ich poznać! - Nic z tego! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Nie jestem już małą dziewczynką, która opowiada o swoich koleżankach mamusi, i która pyta się o wszystkie błahostki! - Ucieczkę z domu nazywasz błahostką?- Jeszcze bardziej podniosła głos. - Skończ już dobrze? Nie będę z tobą rozmawiać!

Nie minęło dużo czasu, a z bezlistnych gałęzi drzew zwisały małe sopelki lodu. Gdzieniegdzie dało słyszeć się świergot małych, zmarzniętych wróbli. One jeszcze chodziły popołudniami po alejkach gdańskiego parku. Tylko rankami i wieczorami świat wydawał się żywy, kiedy ludzie na parkingach próbowali odpalić swoje samochody, albo, kiedy matki podnosiły swe dzieci, które małe jeszcze, boleśnie przewracały się na zlodowaciałych chodnikach. W dni wolne było najgorzej, na ulicach nie można było spotkać żywego ducha. Było tak jakby zamrożone nie były tylko rośliny, ale także i ludzie. Ta okropna pogoda nie przeszkadzała jednak Lenie. Wręcz przeciwnie była dla niej jak pomocna dłoń, jak przyjaciel, który pomaga odegrać jej się nad tymi głupimi ludźmi, z którymi do tej pory nie mogła znaleźć wspólnego języka. - … mam nadzieję, że po tej lekcji zrozumieliście, ze nie powinniście…co ja gadam nie możecie brać narkotyków! Pamiętajcie, to skraca długość waszego życia, o co najmniej połowę.- Tłumaczył uczniom pan Sobieski na godzinie wychowawczej.- Czy mamy jakieś pytania? Nie? Dobrze, przejdźmy dalej. Teraz poro… - Tak właściwie to ja mam coś do powiedzenia…- zaczęła Lena.- Uważam, że to, co pan powiedział na temat narkotyków nie jest do końca prawdą. - O to może być ciekawe. Posłuchajmy, co ma do powiedzenia panna Grac. - Uważam, że narkotyki nie prowadzą do śmierci. Spójrzmy na przykład na Kokainę. Przecież po niej mamy poczucie siły, a poza tym… - Poczucie siły tak? A dlaczego nie wspomnisz o halucynacjach lub o zaburzeniach pamięci? - Ja wiem, że to nie ma tylko plusów, ale nie rozumiem, dlaczego wszyscy ludzie mówią, że narkotyk to coś złego, coś, za co trzeba stawać przed sądem! - To teraz się zastanówmy- powiedział spokojnie nauczyciel- nad tym, co mówisz. Podałaś za przykład Kokainę, mówiąc o sile, a dlaczego nie powiedziałaś o opium? Albo o marihuanie? Powiedz mi czy to takie wspaniałe, kiedy dopada cię bezsenność lub zmniejsza się wydzielanie moczu.- Klasa parsknęła głośnym śmiechem.- Dzieci tutaj nie ma powodów do śmiechu. Przecież takie są właśnie objawy zażywania opium! - Tak, ale to przecież czasami pomaga!- Krzyknęła Lena. - Dobre słowo „czasami”.- Pan Sobieski dalej utrzymał swój spokojny, nieco senny głos.- A teraz przejdźmy dalej, następnym, silnym nałogiem jest alkohol… -Dlaczego pan zmienia tak szybko temat? Dlaczego nie chce pan dalej podyskutować o narkotykach?- Zapytała Lena. - Posłuchaj, domyśliłem się, że masz duża wiedzę na ten temat i chcesz nią zabłysnąć, ale nie zrobisz tego teraz i tutaj, nie na mojej lekcji!- Nauczyciel dosłownie ryknął. Zrobił się czerwony i jak się można domyśleć stracił kontrolę nad sobą. Tym razem Lena stała się spokojna. Wiedziała, że tym na pewno doprowadzi nauczyciela do jeszcze większej wściekłości. Wstała i powoli pomaszerowała na przód klasy. - Nie słuchajcie tych bzdur. Narkotyki skracają życie, kiedy bierze się je w nieodpowiednich ilościach. Gdy bierzecie je raz na jakiś czas nic się nie dzieje! Czy uwierzycie, że… - Dosyć tego! Rozumiesz? Dosyć!- Warknął Sobieski, ale to wzmocniło jeszcze bardziej Lenę: - A porozmawiajmy o Barbituranie, wiecie… - Wynocha z mojej klasy, już! Do dyrektora!- Zwrócił swoją czerwoną twarz do uczniów i warknął- Strona sto osiem, zadanie piąte! Lena stała dosyć długo przed gabinetem dyrektorki, ale jakoś nie bardzo się tym przejęła. Co tam wizyta u pani Wszym. Jedna w tą, druga w tamtą. Trudno, trzeba jakoś wytrzymać ten piętnastominutowy wykład. Kiedy drzwi od gabinetu otworzyły się Sobieski słowem się nie odezwał, wykonał tylko ruch ręką, który wskazywał na zaproszenie do środka. Potem szybko zniknął w szkolnym korytarzu. -Wejdź Leno, czekam tu na ciebie.- Powiedziała miłym głosem dyrektorka.- Pan Sobieski powiedział mi o twoim wykładzie, bo tak to chyba można nazwać, na godzinie wychowawczej. Możesz pomyśleć, że się wtrącam, ale powiedz mi, brałaś kiedyś prawda? Lena nie odpowiedziała od razu, wahała się przez chwilę. Tak, nie, tak ,nie. Przecież obiecała, że będzie trzymać język za zębami, że nie powie nikomu nawet mamie. - Tak, brałam. Tylko raz, ale brałam. Poczułam się po tym świetnie, nie miałam żadnych dolegliwości. To dlatego tak się zdenerwowałam na te gadki nauczyciela. - A powiesz mi co to było?…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przebłyski (nie)szczęścia — czytnik · opowiadania