Inne · 18 min czytania
Przebój martwego sezonu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wieczorny opar przeciskał się pomiędzy pałkami tataraku niczym wytrawny złodziej. Spływał włóknistymi jęzorami nad nieświadomą jego nadejścia toń. Tej nocy jednak, nie dane mu było połączyć się ze smolistą czernią jeziora. Niemal dosięgał jej pierwszymi, bladymi mackami, gdy zaskoczył go niespodziewany szkwał. Wicher odgonił intruza, zmącił tężejącą w lodowatym powietrzu wodę. Rozdrażniony akwen uderzył krótkimi falami w omszałe kamienie zamkowego muru. Nie zrobiło to na nich wielkiego wrażenia. Przez wieki warownia przyjmowała na siebie podobne ciosy. Tym razem również odtrąciła je z pogardą. Dumnie oczekiwała na nadejście kolejnych powiewów, zapowiadanych przez paniczny szum nadbrzeżnych drzew.
Szczur odsunął wąsaty pyszczek od resztek spleśniałego chleba. Odwrócił się. Zastygł bez ruchu. Tylko czarny nos drgał nerwowo w poczuciu zagrożenia. Intuicja go nie myliła. Jedno z okiennych skrzydeł rozwarło się z hukiem. Nieliczne, ocalałe dotąd szybki, zadźwięczały w proteście. Gwałtowny powiew szarpnął zetlałą storą. Sypnął do wnętrza garścią namiękłych, klonowych liści. Jeden z nich przykleił się do szyby. Wyglądał jak dłoń rozwarta w geście rozpaczy. Po gryzoniu nie pozostał nawet ślad, jedynie potrącony podczas ucieczki kielich toczył się po surowych deskach stołu. Zawisł na moment na jego krawędzi, aż w końcu spadł, uderzając w kamienie posadzki z metalicznym brzękiem. Wiatr ustał tak nagle, jak się pojawił. Zza brzemiennych wilgocią chmur wychynął księżyc w pełni. Siny blask zalał wnętrze komnaty. Wydobył z mroku ciężki stół z dębowych ociosów zastawiony resztkami wieczerzy. Musiała się skończyć niezmiernie dawno, bo zeschnięte resztki pokrył gruby dywan pleśni i pajęczyn. Ich lepkie firany zwisały z każdego zakamarka sali, łączyły jej kamienne ściany obwieszone zżartymi przez robactwo gobelinami. Tkaniny nie dawały już nawet złudzenia ciepła, czas ich świetności bezpowrotnie przeminął. Równie żałośnie konały dwie rycerskie zbroje, stojące na odwiecznej widecie po obu stronach ogromnego kominka. Pancerne blachy od dawna nie potrafiły odbijać poświaty księżyca. Bezpowrotnie straciły zawadiacki blask zduszony przez czarne wżery żarłocznej rdzy. Bezdenne, zdawałoby się, wizury hełmów, nadal jednak wypatrywały skupionym spojrzeniem intruzów, broniąc dostępu do równie jak one mrocznej jamy paleniska. Niewzruszenie strzegły domowego ognia przed lepkim naporem ciemności. Niepotrzebnie. Nawet najmniejsza iskra nie błąkała się po żelazach rusztu. Nic nie mąciło niepokojącej ciszy. Wiatr za oknem zastygł niemal zupełnie, ledwo poruszał niedobitkami liści, jeszcze trzymających się kurczowo gałęzi. Niepewny spokój przerwał stłumiony odgłos dzwonu. Dochodził od strony leżącego po drugiej stronie jeziora klasztornego ostrowia. Było to o tyle dziwne, że już z dawien dawna nie było tam dzwonu, a nawet samej dzwonnej wieży. Po wizycie szwedzkiej szarańczy została z niej tylko sterta gruzu. Spiżowy ton rychło umilkł i w tym momencie w komnacie rozbrzmiał miarowy stukot. Głos zegarowego mechanizmu. Nie było go widać, pewnie stał w którymś z pogrążonych w mroku kątów. Nie było nikogo, kto mógłby uruchomić chronometr. Zgrzytliwie zabiło metalowe serce. Uderzało nierównomiernie, jak u przytłoczonego życiem starca, skrzypiąc pomiędzy uderzeniami zastygłymi przed laty trybami. Poruszenie trwało tylko chwilę. Zegar zamilkł i tylko przez krótki moment słychać było jeszcze cichnący chrobot ponownie zamierającej maszynerii… Nim jednak zdążył powrócić poprzedni bezruch, gdzieś zza ściany dobiegł wyraźny odgłos… Dźwięk kroków.
Stąpnięcia były ciche, ostrożne, jakby ukradkowe. Zbliżały się powoli ku drzwiom. Ucichły tuż przed nimi. Przez chwilę nic się nie działo. Wydawało się, że czas wstrzymał oddech. W końcu dało się zauważyć nieśmiały ruch. Nie była to aktywność żywej istoty. Szczeliną pod masywnymi, okutymi drzwiami, kleistymi smugami wpływały do środka pasma dymu, a może mgły. Jak ramiona ośmiornicy wiły się wzdłuż ściany, oblepiły nogi biesiadnego stołu, wpełzły między naczynia i resztki strawy. Drzwi rozwarły się z potępieńczym jękiem. Opar wkłębił się do środka ze wzmożoną siłą, niecierpliwie, jakby uwolniony po długiej niewoli. Szybko zaczął opadać i rozrzedzać się, aż odsłonił kryjącą się w jego objęciach postać. Był to mężczyzna. Smukły i muskularny. Obcisły dublet podkreślał rysunek potężnego torsu, a nogawice prężność nóg. Nie było jednak widać oblicza. Zakrywał je głęboko nasunięty na twarz, opadający zębatymi wycięciami na ramiona, kaptur. Odzienie wydawało się być niegdyś bajecznie kolorowe, lecz teraz, nawet w złudnym księżycowym blasku, widać było jak bardzo jest spłowiałe i zetlałe. Człowiek znieruchomiał na środku komnaty z opuszczoną głową i ramionami. Mleczny woal otoczył mu nogi i zatrzymał się, jakby obawiał się unieść wyżej. Mężczyzna najwyraźniej na coś czekał. Nagle drgnął. Gdzieś z kąta komnaty dobiegł chropawy dźwięk. Po chwili następny i jeszcze jeden. Przypominał ten, powodowany przez przesuwane po sobie kamienne ciosy. Brzmiał niczym chrobot odsuwanej płyty nagrobka. Po chwili ustał i wówczas, z najczarniejszego kąta sali wychynęła zwiewna postać. Zdawała się płynąć w migotliwym tumanie. Tym razem była to kobieta. Zbliżała się do obecnego niepewnie, jakoby obudzona z głębokiego snu, oszołomiona, nie bardzo zdająca sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje. Ubrana była w sięgającą ziemi białą suknię o otwartych szerokich rękawach. Biodra nisko opinał bogato zdobiony, złoto połyskujący pas. Na ramiona narzucony miała obszyty na krawędziach futrem, błyszczący złotogłowiem, płaszcz. Bogactwo jej szat też przytłumione było pyłem i kurzem, jakby od stuleci zbierających się w fałdach materii. Jej twarzy również nie było widać. Z wysokiego wałka nad czołem spływał na oblicze biały, gęsto tkany, nieprzejrzysty woal. W pewnym momencie wyraźnie rozpoznała współtowarzysza. Niczym leśna panna, wydawać być się mogło nie poruszając nogami, podpłynęła ku niemu. Zatrzymała się na krótki moment przed mroczną postacią, aby po chwili zarzucić jej ramiona na szyję. Mężczyzna opadł powoli na kolano, objął kibić kobiety, oparł czoło o jej łono. Zastygli w bezruchu. Potem kobieta pochyliła się i uniosła kochanka pod ramiona. Spletli się w uścisku, otoczeni kłębami dusznych oparów. Zdawałoby się znikąd, rozbłysło jaskrawe światło. Rozświetlało stroboskopowymi smagnięciami złączoną miłośnie parę. Mężczyzna wolno, niczym w sennym marzeniu, uniósł biały woal. Ujął w dłonie oblicze bogdanki. Pocałunek był długi i namiętny. Białe błyski zmieniły się w migotanie wszystkich barw tęczy. Światła filowały i mrugały rozszczepione smugami dymu, nie pozwalając dostrzec szczegółów twarzy kochanków. Pojawiło się jednak coś, co psuło idylliczny nastrój. Natrętny fetor. Rozpływał się po komnacie słodkimi, mdlącymi falami, ni to swędem spalenizny, ni odorem rozprutych grobów. Para zdawała się być nieczuła bodźce węchowe. Gdzieś z ciemności zaczął dobiegać, to narastający, to cichnący dźwięk muzyki. Wśród łagodnych brzęków lutni i violi, żałosnego popiskiwania fletu i grzechotu tamburynu, rozbrzmiewało łagodne canto trubadura. Para zaczęła tańczyć. Wirowali posuwistymi krokami, dochodzili i odsuwali się od siebie. Wśród barwnych plam światła migotały ich wdzięcznie gnące się sylwetki. Kołysali się i obracali w przelocie dotykając dłońmi, a chwilami przylegali do siebie, jakby w zapowiedzi przyszłej namiętności. W końcu zastygli w objęciu, ona złożyła mu na ramieniu głowę, on wsunął dłonie pod okrywającą jej twarz materię. Wplótł palce we włosy. Stali tak, gdy muzyka zaczęła się zmieniać. Zamierał i cichł tęskny głos minstrela. Ponura i drapieżna melodia narastała, by w końcu wypełnić komnatę potężnym brzmieniem. Kochankowie nie mogli nie usłyszeć monumentalnego ryku trąb i łomotu kotłów. Stulili się w sobie jeszcze bardziej, patrząc w trwodze po ścianach i powale. Gdy zdawało się, że głazy rozsypią się pod uderzeniami dźwięków wszystko zaczęło cichnąć, a tylko od strony drzwi narastał odgłos pospiesznych kroków wielu stóp. Para rozdzieliła się gwałtownie. Kobieta opadła na kolana ukrywając twarz w dłoniach. Mężczyzna stanął w rozkroku, sięgnął ręką do pasa, jakby w poszukiwaniu rękojeści miecza… nie znalazł go tam. Spuścił głowę. Kroki zatrzymały się przed odrzwiami. Muzyka ucichła jak ucięta nożem i znów tylko delikatny szelest liści na nadjeziornych drzewach wypełnił nagły bezruch. W tym momencie rozbrzmiały głuche uderzenia w deski wrót. Najpierw pojedyncze, potem mnogie ciosy…