Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 32 min czytania

Przebudzenie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Martin odruchowo oddał drążek, drugą ręką przyciągając manetkę gazu, by zredukować obroty silnika; samolot jakby zawisł na chwilę nieruchomo w powietrzu, a potem runął na dziób; mężczyzna przymknął oczy i nabrał w płuca duży haust powietrza. Ujemne przeciążenia lubił najmniej. Na szczęście jeszcze tylko dwie ewolucje i może lądować, czuł że zwycięstwo ma w kieszeni, nie popełnił dotychczas żadnego błędu. Otworzył oczy ustawiając jednocześnie samolot z lotu odwróconego na poziomy. Pozostała mu do wykonania już tylko pętla; powoli wzrastało w nim napięcie. Z emocji zawsze pociły mu się ręce, dlatego do lotu zakładał rękawice z łosiowej skóry, by nie tracić pewności chwytu. Ściągnął drążek na siebie, odsuwając jednocześnie manetkę gazu; silnik zawył głuchym warkotem a samolot, jak spięty ostrogą wystrzelił w górę; Martinowi na sekundę pociemniało w oczach. Instynktownie przysunął manetkę gazu i położył samolot na grzbiet. Równomierne przeciążenie sygnalizowało, że wykonuje idealny łuk. Uśmiechnął się do siebie, ostatnią figurę miał prawie zakończoną, teraz już pójdzie, jak z płatka. Samolot rozpoczął gwałtowne nurkowanie. Martin widział zbliżającą się ziemię lekko zamazaną prędkimi obrotami śmigła. Manewr, który wykonywał, był jego popisowym numerem. Ociągał się z podciągnięciem drążka. Powoli ujmował gazu, ale samolot i tak leciał coraz szybciej, spojrzał na przyrządy: wariometr skakał jak oszalały, prędkościomierz wskazywał osiemset mil. Przestraszył się. Powoli zaczął przyciągać drążek, lecz samolot nie zareagował na stery. Szarpnął mocniej, czując jak strach chwyta go za krtań. Powoli, bardzo powoli wyprowadzał maszynę z lotu nurkowego. Oderwał wzrok od tablicy przyrządów i spojrzał przed siebie. Ziemia była tak blisko! Poczuł, jak zimne krople potu ściekają mu po karku. Nie tracił jednak nadziei, wychodził przecież z gorszych opresji... Kątem oka zauważył błękitny skrawek nieba, jeszcze chwila i wygra. Jednak ziemia nie znikała pod samolotem, dodał gazu, lecz tylko nieznacznie obniżył horyzont, murawa lotniska przybliżała się w zastraszającym tempie. Widział już wyraźnie falowanie źdźbeł trawy na wietrze. „Przedobrzyłem” – przemknęło mu przez myśl na ułamek sekundy przed uderzeniem, po którym zapadł w ciemność. *** Przebudzenie nastąpiło nagle. Martin, pomimo że nie spał, przez dłuższy czas leżał z zamkniętymi oczami. Próbował złowić uchem jakieś dźwięki, lecz otaczała go absolutna cisza. Powoli uniósł powieki; ujrzał nad sobą ledwie wyłaniającą się z mroku plamę ciemnoniebieskiego światła, nie czuł nic. Miał wrażenie, że jest zawieszony w przestrzeni. Próbował sobie przypomnieć, co się stało i nie mógł. Był zmęczony i dziwnie spokojny. Plama światła nad nim jaśniała ponuro. Jej kontury powoli zacierały się, była coraz mniej widoczna, wreszcie zgasła. *** Martina obudziło zimne dotknięcie. Było to ledwie muśnięcie, lecz wystarczające, by go zbudzić. Otworzył oczy i zobaczył pokój zalany jasną, złocistą poświatą, która wydostawała się z sufitu i ścian. Było mu przyjemnie oraz ciepło. Po chwili dopiero dostrzegł pochyloną nad nim postać otoczoną świetlistą aureolą. Próbował dojrzeć jej twarz, lecz kontury postaci rozmywały się. Miał wrażenie, że postać coś do niego mówi, Martin nie potrafił jednak nic zrozumieć ani odpowiedzieć, uśmiechnął się tylko i usnął. *** Otworzył oczy zbudzony silnym, jasnym blaskiem. W pokoju nie dostrzegł nikogo. Tym razem światło nie pochodziło ze ścian, które błyszczały nieskazitelną bielą, tylko wpadało przez okno znajdujące się po lewej stronie łóżka, na którym leżał Martin. Silny blask raził go w oczy. Próbował się podnieść, lecz nie mógł. Przesunął jednak głowę i jasny snop światła padał teraz obok, na poduszkę. Martin patrząc na ścianę przeciwległą do okna próbował poruszyć ręką lub nogą. Nie mógł, był sparaliżowany, tego się właśnie obawiał. Zresztą czego mógł oczekiwać po takim wypadku. Silne uderzenie o ziemię w pozycji siedzącej z pewnością zmiażdżyło mu kręgosłup. Najważniejsze, że żył. Domyślił się, że jest w klinice swojej żony, jednej z najnowocześniejszych w kraju. Lekarze z pewnością długo nad nim pracowali. Połatali go, jak mogli i teraz cieszą się, że nie umarł. A on im się odwdzięczy; będzie żył i przywiezie na wózku inwalidzkim swoje słowa podziękowania; to, co lekarze lubią najbardziej: radość z tej namiastki życia, jaka mu pozostała. Usłyszał czyjeś ciche kroki. Odwrócił głowę od ściany i zobaczył pochyloną nad sobą twarz młodej kobiety. Uśmiechała się sympatycznie, jednak Martinowi jej twarz i uśmiech przypominały maskę. - Obudziłeś się wreszcie. – powiedziała bardzo miłym, melodyjnym głosem. Mówiła cicho, lecz Martinowi jej głos zadudnił w uszach. Pomyślał, że słuch musi mieć również uszkodzony. - Pamiętasz, jak się nazywasz? – zapytała patrząc ponad jego głową. Może na urządzenia diagnostyczne stojące za nim? - Martin Skalsky. – odpowiedział czując suchość w gardle. - Doskonale! – kobieta skinęła głową zadowolona. Martin przyglądał się jej ciekawie. Była nawet ładna, choć wyglądała trochę sztucznie. Przez chwilę nie wiedział dlaczego; po jakimś czasie dopiero odgadł, że jej uroda jest zbyt doskonała i bezbłędna, by mogła być wytworem natury; idealny owal twarzy, wspaniałe, bujne rude włosy czyniły z niej niezwykle ponętną kobietę. W rzeczywistości była piękna, choć Martinowi nie podobała się. Uznał ją za zbyt syntetyczną i nienaturalną. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Martin dumał przez chwilę ile w tak młodym wieku musiała przejść operacji plastycznych. I po co? Nie dostrzegał reszty jej sylwetki, ale podejrzewał, że cała jest bez skazy, jak droga laleczka ze sklepu z zabawkami. W twarzy kobiety najbardziej naturalne wydawały się jej duże, zielone oczy. Przebijało z nich doświadczenie i mądrość życiowa, nie licująca z młodym wiekiem ich właścicielki. - Jak się czujesz? – zapytała. Jej głos zabrzmiał troską. Martin zwlekał z odpowiedzią. Jak może czuć się kaleka? Nie cierpiał jednak i nic go nie bolało. O to zapewne pytała kobieta. - Jesteś moim lekarzem prowadzącym? – Martin odruchowo unikał rozmowy o stanie swojego zdrowia, bojąc się potwierdzenia własnych przypuszczeń. - Przepraszam – kobieta wyglądała na zakłopotaną – zapomniałam się przedstawić. Dr Deborah Whitepecker. Opiekuję się tobą. Szefa zespołu lekarzy poznasz później. Nie chcemy ciebie męczyć. Jesteś jeszcze osłabiony. Czujesz to, prawda? - Tak, - przyznał Martin – dziwię się, że w ogóle żyję. - Pamiętasz ostatnie wydarzenia? - Pamiętam wszystko do momentu uderzenia w ziemię. Nie myślałem, że przeżyję. - Ale przeżyłeś. Jest teraz wiosna, to dobry czas, by powrócić do żywych. - Co?! – Martin nie ukrywał zdziwienia – Byłem nieprzytomny rok?! - Znacznie dłużej. – powiedziała cicho, jakby do siebie Dedorah – Wystarczy już rozmów na dzisiaj. Teraz uśniesz. - Nie chcę spać! – zaprotestował i zapadł w sen. *** Gdy się zbudził, zobaczył że stoją nad nim pochyleni dr Deborah i jakiś mężczyzna, o krótko, po wojskowemu przystrzyżonych włosach. Ze zdziwieniem stwierdził, że on również jest jakiś nienaturalnie młody. Skóra na jego twarzy nie miała ani jednej zmarszczki i wyglądała jak lateksowa maska. Martin doszedł do wniosku, że albo w tej klinice pracuje dziwny personel, lub on z powodu szoku pourazowego postrzega ludzi innymi, niż są. - Czy on mnie słyszy? – nieznajomy zapytał dr Whitepecker. - Słyszę! – odpowiedział za nią Martin. - O, przepraszam! – mężczyzna skierował na niego błękitne, jak chabry oczy, uśmiechnął się ukazując swoje lśniąco białe, piękne zęby, wyglądał na góra trzydzieści lat. Krótko przystrzyżone blond włosy, odsłaniające wysokie czoło, ściągnięte brwi dające oczom wyraz ciągłego skupienia, nadawały jego obliczu niezwykle inteligentny wygląd. - Myślałem, że jeszcze śpisz. – kontynuował – Jestem dr Matthew Anderson, szef zespołu prowadzących cię lekarzy. To ja ciebie operowałem. - Miło mi poznać. – bąknął Martin – Z pewnością uratowałeś mi życie, ale nie mogę się ruszyć. – patrzył przez chwilę w napięciu doktorowi w oczy – Będę kaleką, prawda? – zapytał wreszcie, nerwowo przygryzając wargę. - Nie! – zaprzeczył Anderson – Jesteś absolutnie zdrowy. Fizycznie. Mam nadzieję, że psychicznie też. – dodał ciszej. - To dlaczego mogę ruszać tylko głową? – zapytał podejrzliwie. Anderson uśmiechnął się. Położył dłoń na głowie Martina i pogłaskał czule, jak ojciec głaszcze chorego syna. - Będziesz chodził. – zapewnił łagodnym głosem – Byłeś w śpiączce bardzo długo, regenerujemy ci mięśnie. Wrócisz do dawnej formy. – dodał prędko widząc przerażony wzrok pilota – Może będziesz nawet silniejszy, niż byłeś? Nic się nie martw. Nie myśl o tym, tylko wracaj szybko do zdrowia. Martin ciężko westchnął, słowa doktora uspokoiły go; czuł, jak szybko mija niedawne napięcie i uspokaja przyspieszone bicie serca. Może podano mu jakieś leki? Z pewnością był podłączony do aparatury diagnostycznej, której nie mógł zobaczyć, bo nie znajdowała się w zasięgu jego wzroku. - Wybacz moją niecierpliwość, doktorze, – powiedział patrząc na Andersona – ale chciałbym już wyjść na świeże powietrze. - Cierpliwości. – mężczyzna cały czas się uśmiechał – teraz jest jesień. Pogoda brzydka, nie sprzyjająca przechadzkom. - Jak to jesień? – wyszeptał Martin – Ostatnio, kiedy się obudziłem, była wiosna. Nie dosłyszał odpowiedzi, bo znowu zapadł w sen. *** Wybudzał się powoli i łagodnie. Stwierdził, że jest wypoczęty, upajało go dobre samopoczucie. Odruchowo podniósł rękę do czoła, by pozbyć się swędzenia u nasady włosów. Dopiero po chwili dotarło do niego, że bez problemu nią porusza. Przesunął ją na wysokość oczu i dokładnie obejrzał dłoń. Nie dostrzegł żadnych zmian fizycznych, swobodnie poruszał każdym palcem. Podobnie druga dłoń. Odetchnął z ulgą, miał nadal sprawne ręce pilota. Był ciekaw, czy w nogach także ma władzę. Najpierw ostrożnie poruszał stopami. Udało się, nic go nie bolało. Powoli zgiął nogi w kolanach – żadnego problemu. Martin leżał chwilę patrząc na sufit. Bał się, by rozbudzone nadzieje nie były przedwczesne. Wreszcie oderwał głowę od poduszki i bez wysiłku usiadł, nie był kaleką, poczuł ulgę i wzbierającą radość. Rozejrzał się po pokoju. Był pusty z wyjątkiem łóżka na którym leżał. Ściany, sufit i podłoga miały zwyczajną, krystaliczną biel. Spojrzał w okno. Zobaczył za nim niezwykle piękne, błękitne niebo i drzewo pokryte młodymi listkami. Czyżby znów była wiosna? Widok podniebnych przestworzy obudził w nim chęć latania. Czy lekarze pozwolą mu zasiąść za sterami? Miał nadzieję, że tak. Czuł się przecież dobrze. Martina ogarnęła nagła tęsknota za świeżym powietrzem i wolną przestrzenią. Chciałby wyjść gdzieś na olbrzymią łąkę, poczuć trawę pod stopami i wpatrywać się w horyzont. Uwielbiał siedzieć w ciszy i patrzeć w dal; nie dotyczyły go wówczas żadne troski i problemy, odpoczywał i marzył. Wyprostował się, chcąc dojrzeć przez okno ziemię, lecz musiał być na którymś z wyższych pięter, bo poza niebem i czubkiem drzewa nie widział nic. Westchnął ze smutkiem, bo chęć, by poczuć na sobie ciepło promieni słonecznych i zapach wilgotnej ziemi narastała w nim z każdą chwilą. Poszukał wzrokiem drzwi, lecz mimo iż zdziwiony obejrzał wszystkie ściany, nigdzie ich nie dostrzegł. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Skoro brakowało drzwi, to jak wchodziło się do tego pomieszczenia? Ta klinika robiła na nim wrażenie coraz dziwniejszej. Pokój zaczęło zalewać łagodne, słoneczne światło. Wydostawało się z sufitu, za którym musiały być ukryte lampy. Martin był ciekaw, jak osiągnięto taki efekt. Jego rozmyślania przerwało bezszelestne rozsunięcie się fragmentu jednej ze ścian, będącej drzwiami, przez które weszła dr Whitepecker. Ubrana w ściśle przylegający do ciała, lśniąco biały kombinezon, uwydatniający idealne kształty jej sylwetki, zwracała na siebie uwagę. Martin zmierzył ją uważnym spojrzeniem. Tak jak się spodziewał - syntetyczna piękność. - Dzień dobry. – powitała go Deborah – mamy dzisiaj piękny dzień. Sprawdzałam twoje wyniki, są bardzo dobre. Jesteś już w zasadzie zdrowy. – dodała siadając na brzegu łóżka. - Będę mógł stąd wyjść? – zapytał z nadzieją w głosie. - Cierpliwości! – kobieta uśmiechnęła się – Podlegasz jeszcze kwarantannie. Musimy mieć pewność, że nic ci nie dolega. Martin westchnął ciężko. Przeczuwał, że to byłoby zbyt piękne, gdyby mieli go stąd wypuścić tak prędko, jakby tego pragnął. - Czuję się już bardzo bobrze! – nie dawał za wygraną. - To wspaniale! – powiedziała Deborah z tym niezmiennie przymilnym uśmiechem, który zaczynał już Martina drażnić – Przyszłam właśnie po to, żeby przygotować cię do wyjścia. Byłeś długo chory. Świat się trochę zmienił. - Przyślijcie tu moją żonę. Chciałbym ją zobaczyć. – poprosił. - Twoją żonę? – w głosie dr Whitepecker zabrzmiało zdziwienie. - Nie znasz jej? – tym razem Martin był zdziwiony. Nie leżę w klinice Smitha w Ilinois? - Tak, to jest ta klinika. - No, to powinnaś ją znać. Jest prezesem zarządu. - Ach no tak, rzeczywiście. – przyznała niepewnie Dedorah. - No, to kiedy będę mógł się z nią zobaczyć? - Nie wiem, – Deborah nie ukrywała zakłopotania – to nie ode mnie zależy. - A od kogo? - To skomplikowana sprawa. Jesteś bardzo wyjątkowym pacjentem. Zaufaj nam i nie zadawaj tylu pytań. Proszę. Martin nic nie mówiąc patrzył kobiecie w oczy. Zastanawiał się, co tu jest grane. Dlaczego nie chcą, aby odwiedziła go żona? Nie jest z nim chyba, aż tak źle? Przez ciało Martina przebiegł zimny dreszcz. Twarz! Na pewno ma zmasakrowaną twarz! To dlatego nie dopuszczają do niego żony, aby nie przeżyła szoku! Bezwiednie dotknął dłońmi policzków, nie wyczuł pod opuszkami palców żadnych blizn, skóra była chłodna w dotyku i gładka. Nawet powiedziałby, że aksamitna, jak u nastolatka. Przesunął palce za uszami i pod żuchwą, sprawdził szyję. Wszystko wydawało się w porządku. - Szukasz blizn? – zapytała Deborah – Nie masz ich. Jak już wiesz, jesteś całkowicie zdrowy i sprawny. Twoje ciało jest bez zarzutu. Martin nie spuszczając wzroku z kobiety położył dłonie na swoich kolanach. - Jak to możliwe, że po takim wypadku powróciłem do zdrowia i czuję się tak dobrze? – zapytał z niedowierzaniem. - Wszystko po kolei. Deborah wzięła głęboki oddech, jakby zastanawiając się, co powiedzieć. Martin obserwował ją uważnie. Wyczuwał jej zdenerwowanie, którego nie rozumiał. - Co interesowało ciebie najbardziej, kiedy byłeś dzieckiem? – zapytała zanim zaczął niepokoić się jej milczeniem. Zaskoczyło go to pytanie. - Kosmos. – odpowiedział patrząc jej w oczy. Po raz kolejny stwierdził, że są piękne. Jej oczy podobały mu się naprawdę. – Lubiłem patrzeć w gwiazdy i chciałem kiedyś do nich polecieć. – zamilkł przypominając sobie ciemne zimowe wieczory, kiedy drżąc z zimna rozstawiał z ojcem w ogrodzie refraktor, a potem nie czując już chłodu wpatrywał się w gwiazdy do świtu. I potem, już na studiach odwiedzał prawdziwe obserwatoria i sięgał wzrokiem tak daleko w Kosmos, jak to tylko było możliwe. – Chciałem zostać astronautą, by być bliżej gwiazd, lecz nie udało się i zostałem pilotem. – zakończył spuszczając głowę. - Teraz będziesz mógł zostać, kim zechcesz. – usłyszał cichy głos Debory – Jesteś idealnie zdrowy i sprawny fizycznie. Teraz wszystko przed tobą. Martin podniósł wzrok i spojrzał na nią uważnie. Miała poważny wyraz twarzy, bez śladu drwiny. - Ja, – zapytał zdziwiony – miałbym zostać astronautą? Jestem już za stary, by rozpocząć szkolenie. - Nie jesteś za stary. – zaprzeczyła. - Z całym szacunkiem, pani doktor, ale wiem co mówię. Pilotowałem samoloty, kiedy ty jeszcze bawiłaś się lalkami. Kobieta spojrzała na niego łagodnie. - Nigdy nie bawiłam się lalkami. I to ja wiem, co mówię. Jestem lekarzem znającym możliwości twojego organizmu. Jest w idealnym stanie. Teraz możesz spełnić swoje marzenia. Martin patrzył w sufit oddychając głęboko. Położył dłoń na czole, by po chwili przeczesać palcami włosy. Włosy! Miał gęste, mocne włosy! Zacisnął palce w pięść,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%