Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 43 min czytania

przebudzenie w światłości

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Echo kroków rozchodziło się po korytarzu. Ktoś idzie. Oczy złodzieja przyzwyczajone do mroku wypatrywały nadchodzącego. Kim był? Kapłanem? Strażnikiem? A może tym strasznym cieniem, o którym opowiadali wieśniacy na wsi? Na szczęście nie musiał poznać prawdy. Idący skręcił w inny korytarz i poszedł przed siebie. Odszedł pozostawiając obcego samego. Intruz był złodziejem, wytrawnym rabusiem, można powiedzieć koneserem zbrodni. Nie satysfakcjonowało go grabienie pijanych bywalców miejscowych barów. Nie miał radości w napadaniu dużą bandą na bogatych pątników. On specjalizował się w grabieniu skarbców świątyń. Szczelnie zasłonięta twarz, pokazująca jedynie zielone, dzikie oczy nie wykazywała żadnych emocji. Ciasno upięty na ciele czarny strój zdradzał jedynie jego płeć. Złodziej był kobietą i do tego bardzo atrakcyjną.

To była jej czwarta świątynia. Stała się już legendą. Nikt nie wiedział kim jest, ale wszyscy o niej mówili. Przed miesiącem zniknął Madran, legendarny oszlifowany brylant wielkości głowy dorosłego człowieka. Nie tylko wspaniałe dzieło natury, ale także arcydzieło szlifierzy. Jedyny w swoim rodzaju błysk geniuszu sług Maharadży Marutiego. Nie znała jego nabywcy. Był dziwny człowiek przybyły z zachodu, świata umarłych, ubrany w dziwny strój, nie rozumiejący miejscowych zwyczajów. Zapłacił astronomiczną kwotę za kamień. Ale i tak nie zrobiła tego dla pieniędzy. Zrobiła to z czystej rozkoszy osiągnięcia tego, co nie możliwe. Świątynia Kali w Madran uchodziła za miejsce magiczne, chronione nie tylko mocą krwawej Kali, ale także przez fanatyczną, doskonale wyszkoloną straż. Musiała przejść przez labirynt pułapek, by zdobyć to, co wydawało się nie do zdobycia. Miała bogactwa, za które mogła kupić nawet średniej wielkości królestwo i żyć szczęśliwa jako Maharani. Mogłaby zrzucać z murów pałacu przemądrzałych braminów, dla których kobieta na tronie była czymś zdrożnym, tak jak robiła to legendarna Asaja. Nie zależało jej na tym. Była tylko skromna kobietą, żyjącą w domu kupca na południu Indii i cierpliwie czekającą na powrót swojego męża, który od wielu lat nie chciał wrócić. Dalej wierzyła w jego szczęśliwy powrót, zamiast jak kobiecie przystało spłonąć na stosie pogrzebowym jako sati. Ta czwarta świątynia była inna. Nikt nie wiedział jakiego boga się tu wielbi. Wchodziło do niej niewielu pątników, a nigdy z niej nikt nie wychodził, poza ubranymi w czerwone szaty o dziwnym kroju kapłanami, z rzadka opuszczającymi jej mury. Byli też żołnierze pełniący straż. Niewielu wracało do swojego dawnego życia po pobycie w świątyni. Ci, którzy wychodzili przynosili bajeczne wprost bogactwa i nigdy, nawet na torturach, nie zdradzili jej tajemnic. Świątynia nie miała swojej nazwy. Miejscowy nazywali ją Przybytkiem Lęku. Opowiadali o cieniach opuszczających nocą świątynię i polujących na zbłąkanych poza murami wiosek podróżnych. Z zachodem słońca miejscowi szczelnie zamykali okna, zapalali kadzidła oraz miejscowe cuchnące zioła i w ciszy odmawiali fragmenty wed. Prosili Shivę o opiekę. Inni wzywali Indrę boga wojowników, Pana Wschodu, by na swoim białym słoniu z piorunem w ręku przegnał nocne zmory. Byli też tacy, którzy pokładali swój los w rękach okrutnej, bezlitosnej bogini Kali, Matce życia i Pani śmierci, okrutnej władczyni rzeczywistości kreującej los od narodzin po śmierć. Tańczącej z naszyjnikiem z czaszek wśród kopulujących spijając tajemny nektar mocy powstający w trakcie mieszania czerwonej krwi z pierwszej menstruacji i nasienia mężczyzny posłanego na służbę bogini. Oni też zamykali okna. I mimo, iż modlitwy były inne, też zabobonnie bali się każdego powiewu wiatru. Byli też i tacy, których zwiodła fałszywa filozofia, ogłoszona przez jedną z awatar Wishnu, dla oczyszczenia świata. Rodząc się jako syn władcy z dostojnym imieniem Guatama, przyjął tytuł Buddy, aby oczyścić świat z nieprawości, która rozkwitła wśród braminów. Kłam jego nauki udowodnił wielki Shancara. Mimo to pozostało wielu zwiedzionym urokiem fałszywego proroctwa, której w swej wielkiej mądrości wygłosił Wishnu. Mimo, iż nie uznawali prawej nauki i wiary, również byli ludźmi, a w ich postaciach rodził się lęk przed nadchodząca nocą. Ona nie bała się niczego. Jej los był i tak przesądzony. W chwili, gdy ludzie dowiedzą się o śmierci jej męża będzie musiała umrzeć. Albo zostanie sati, albo zginie jak kobieta niewierna, jako wyrzutek ze świata nie godny, nawet w następnym wcieleniu, ludzkiej postaci. Odrzucała obydwa te rozwiązania. Będzie musiała sprzedać dom i wyjechać. Albo po prostu porzucić, zostawiając życie jakie znała i podjąć próbę podbicia świata. Kiedyś będzie musiała to zrobić, ale jeszcze nie dziś. Dziś mogła się mierzyć z przeznaczeniem i niewielkimi skrawkami zgromadzonej przez siebie fortuny przekupywać zamożnych i wpływowych protektorów.

Klient był dziwny. Jego ciemna skóra była dużo ciemniejsza od ludzi z południa. Z trudem wymawiał słowa z języków stworzonych przez bogów. Nie wiedziała, skąd on wiedział o świątyni, skoro całe Indie o niej zapomniały, wykreślając nawet imię boga, jakiego w niej czczono. Ale być może, gdzieś daleko poza znanym im światem, pamięć ta przetrwała. Czym był ten drobiazg, o który prosił ten dziwny człowiek, skoro gotów był za niego zapłacić dwukrotnie więcej niż za Madran? Czy był czymś niezwykłym? Po raz pierwszy zaczęła mieć wątpliwości. Jeśli wart jest on znacznie więcej, jeśli wzięła za mało. Nie. Pewnie nie zna miejscowej wartości zaoferowanych przez siebie dóbr. A to jakiś stary niczego nie warty przedmiot. Szła powoli wąskim korytarzem. Była zdziwiona brakiem staży. Świątynia tak dokładnie chroniona na zewnątrz, tutaj była całkowicie pusta. Tego gigantycznego labiryntu korytarzy i sal nie zakłócał żaden dźwięk kroków, żaden oddech, poza tym, który usłyszała chwilę wcześniej. Dlaczego? Artefakt, po który przyszła miał być zasuszoną ręką z kamieniem w jej wnętrzu. Zwykłym nic nie wartym granitem. Mówił, że to dłoń jakiegoś ważnego dla nich bohatera. Poruszała się jak pająk bezszelestnie powoli zbliżając się do skarbca. To tutaj. Otwarcie zamka nie było trudne. Poszło aż za łatwo. Dość długo obserwowała drzwi zanim zdecydowała się na wejście do środka, jakby oczekując pułapki. Wnętrze skarbca zaskoczyło ją. Zgromadzone tu skarby mogłyby przyćmić skarbiec Maharadży Pankot. Te wszystkie bajeczne skarby były pozbawione należytej ochrony, jakby prosząc o ich zabranie. Sprawdziła, czy w drzwiach nie ma pułapek. Ręka miała być na końcu, jako najbardziej chronione trofeum. Zamknięta w osobnym pomieszczeniu. Sforsowanie tych drzwi nie było takie proste. Nigdy nie widziała tak złożonego zamka. Otworzenie go wymagało ułożenia skomplikowanej trójwymiarowej łamigłówki. Ale zrobiła to. W ogromnym pomieszczeniu był tylko jeden przedmiot. Zasuszona, zmumifikowana ręka trzymająca w szczelnym uścisku, wydający się nie mieć jakiejkolwiek wartości, kamień. Dziwne, ale miała wrażenie, że prawdziwym skarbem jest ten kamień. Ta ręka zaś, jest tylko szaleństwem człowieka. Pożądaniem, które nie umarło nawet po śmierci.

Podeszła. Rozejrzała się. A po upewnieniu się, że nie było żadnej pułapki, wzięła artefakt. Wychodziła, zewnętrzny skarbiec był pusty. Ale gdy minęła jego drzwi na dziedzińcu przed wejściem zaczął się kłębić tłum mnichów. Wyciągnęła sztylet i pokazała im jego ostrze. Tanio swojego życia nie sprzeda. Kapłani nie mieli broni i rozchylili swoje szaty pokazując nagie piersi, jakby chcąc wskazać czego oczekują. Była zdziwiona. Czekała. Najstarszy z mnichów spojrzał surowym wzrokiem i zaczął mówić. - Nieznajomy. Nie chcemy cię zabić, co pokazujemy naszym brakiem broni. Pragniemy jedynie, abyś pozostawił tu w świątyni rękę Abitumby i Kamień Szaleństwa. Możesz nas wymordować bez skrupułów, ale co wtedy zrobi twoja biedna dusza. Czy rzeczywiście jest gotowa cierpieć kolejne dziesiątki niegodnych wcieleń dla tego jednego kamienia? A jeśli nawet straciłaś jakąkolwiek wiarę. Czy chcesz wymordować nas wszystkich? Czy będziesz miała na to siłę kobieto?

Spojrzała na niego zdziwiona, w jej dzikich zielonych oczach przeglądała się dziwna żądza. Żądza człowieka przegranego już od dawna, ale ciągle walczącego ze swoim przeznaczeniem. - Tak wiemy, że musisz być kobietą. Co więcej, musisz być w ciąży. Czy jesteś zaskoczona tym faktem? - Tak, jesteś pierwszym człowiekiem, który zobaczył we mnie kobietę. Jej charakterystyczny akcent zdradzał w niej kobietę z dobrej kasty kupieckiej. Ale nie dbała o ukrycie swojego dialektu, jej los wydawał się przesądzony. Był określony już wiele lat temu, a dopełnił się pewnej nocy z młodym radżą. Wiedziała, że musi umrzeć, pytaniem było tylko, jaki rodzaj śmierci był jej przeznaczony. - Nie tylko wiem, że jesteś kobietą. Wiem także, że pochodzisz z południowych krajów półwyspu, z dobrej kasty kupieckiej. Mimo, że jest to zaledwie trzeci porządek świata, to jednak kasta ta jest bardzo zamożna, a twoja rodzina musi prowadzić interesy radzów, bo wiele słów, które używasz, nie stosuje się w dialektach kupców. Nie jesteś też panną, ani mężatką, prawdopodobnie jesteś wdową, albo twój mąż wyjechał gdzieś daleko i nie powrócił. I stąd wiem, że potrzebujesz azylu. - Czy nie za bardzo pochlebiasz sobie starcze? - To że jesteś kobietą i jesteś w ciąży to wynika z natury kamienia. - Tak jestem kobietą, co do ciąży, nie twoja sprawa. - Naturalnie, jest to tylko twoja sprawa, ale jeśli rzeczywiście powiedziałem prawdę, to potrzebujesz pomocy, a tylko my możemy ci ją zaoferować. Tak jak ty możesz nam pomóc. - Na czym by miała polegać moja pomoc? Pieniądze już wzięłam, nie mogę zdradzić mojego mocodawcy, ani wystąpić przeciw niemu, dopóki wiąże mnie kontrakt. - Jeżeli dostarczymy ci dowód, że kontrakt został zerwany, czy posłuchasz mnie w końcu. Bardzo dużo lubisz mówić. - Na czym ten dowód miałby polegać? - Jeśli cierpliwie poczekasz sama ocenisz, czy jest wystarczający. - Mam czekać, aż przyślecie tu strażników? - Dalej nie chcesz ani słuchać, ani myśleć. Czy uważasz, że gdybyśmy chcieli ściągnąć strażników, to by tu dawno nie byli? Oni bez naszego polecenia nie wchodzą do wnętrza świątyni, ale kiedy ich wezwiemy, są tu prawie natychmiast. Mogę ci to pokazać. - Nie, wolę tego nie widzieć Trzymając spokojnie w rękach sztylet usiadła. To samo zrobili mnisi. - Nie musisz się nas obawiać. W tej chwili jesteś jedynym powodem dla którego żyjemy. - Chyba przesadzasz. - Może powiedziałem to nie właściwie. Żyjemy dlatego, że ty żyjesz. A właściwie, dlatego że bije serce twojego dziecka. Ono gasi moc kamienia szaleństwa. W chwili, gdy oddasz kamień w inne dłonie, zginiesz zarówno ty, jak i wszyscy dokoła. Była trochę zdziwiona. Ten starzec wydawał się szczery. Z jego oczu bił dziwny blask, sugerujący prawdziwość każdego słowa. -Rzuca urok- pomyślała. Ale po chwili stwierdziła, że i tak, nic nie może stracić. - Próbujesz mnie zauroczyć czarowniku? - Nie, nie muszę. To ty podejmujesz walkę z kamieniem. On nie ma na ciebie wpływu, więc podejmujesz decyzję sama. - Więc dlaczego bije z ciebie taki blask? Starzec uśmiechnął się tajemniczo - To moc Brahmana, osobowej i bezosobowej mocy, która stworzyła bogów i świat. - Bluźnierstwo! - Tu cię zaskoczę, jesteś we wnętrzu świątyni boga najwyższego. Dawniej najważniejszej świątyni świata. Na jej arcykapłana od wieków zstępowała moc najwyższego. - Dlaczego dzisiaj nie jest najważniejszą? Nie dawała za wygraną. - Taką decyzję podjęto wieki temu. Ale musiałabyś znać historię Abitumby. - Nie próbuj mnie zauroczyć czarowniku. Ponownie starzec zmarszczył usta w dziwnym uśmiechu. Spojrzał jej głęboko w oczy. - Nie jesteśmy czarownikami. Czarownikiem był twój zleceniodawca. Czy chcesz posłuchać historią Kamienia Szaleństwa i Abitumby? - Właściwie nie mam wyboru. Mów.

Było to dawno. Nikt nie wie kiedy. Pamięć ludzka jest ulotna jak pieski pustyni. Z czasem zniekształca się i ulega całkowitemu zapomnieniu. Nikt już nie pamięta imion twórców tego kamienia, nie wie po co go stworzyli. Nie ma nikogo, nawet wśród czarnych magów, kto wiedziałby cokolwiek o początkach kamienia. Jedynie z ust Abitumby poznaliśmy strzępek jego historii. Kamień powstał w pomroce dziejów. Nie wiem przez jaki szalony umysł, ani dla jakich celów. Pierwszą rzecz, którą o nim wiemy to fakt, że od dawna był w rękach czarnych magów. Szalonych wyznawców zła, ściągających demony z niebytu. Do tego potrzebny był kamień. Dzięki jego mocy władali okrutnie ludem Abitumby. Ściągali najokrutniejsze demony i urządzali krwawe igrzyska. Abitumba postanowił się zbuntować. Był tak jak ty złodziejem, potem odbył praktyki w wielu świątyniach. Otoczony wszystkimi czarami ochronnymi poszedł ukraść źródło zła. I udało mu się. Dzięki magii mógł ukraść kamień, nie został przez niego ani zabity, ani nie oszalał. Chciał go zniszczyć w głębi wulkanu, lecz w chwili gdy jego ręka zacisnęła się na kamieniu, nie był w stanie jej otworzyć. Mimo swojej odwagi nie był też w stanie skoczyć ku otchłani śmierci. Musiał uciekać przed gniewem czarnych kapłanów. Tułał się po świecie wiele lat, zanim znalazł azyl w tej świątyni. Było to wiele wieków temu. Na długo przez dniem kiedy awatara Wisznu, ogłosiła światu fałszywą naukę. Najwięksi bramini i najwybitniejsi myślicie debatowali wiele lat nad możliwością ukrycia zła. Próbowali też pomóc zbolałemu i przerażonemu Abitumbie. Pierwsze co udało nam się ustalić to fakt, że jedynym miejscem gdzie nie działa magia kamienia jest skarbiec świątyni Brahmana. Rozwiązanie drugiego problemu podsunął nam sam Abitumba. Kazał sobie odciąć rękę. Spoczęła ona bezpiecznie w skarbcu świątyni. Od tamtych wydarzeń świat wielokrotnie się zmieniał. Był nam na rękę fakt, że o świątyni zapomniano. Zło trzeba było ukryć. Trzeba było, aby wymazano je z pamięci ludzkiej. Niestety, nie zapomnieli o nim czarni magowie. Co jakiś czas próbują wynająć rzezimieszków albo złodziei do wykradnięcia kamienia. Zawsze, gdy jeden z nich dotknie kamienia, ten zaczyna swój taniec ze śmiercią i szaleństwem, okrucieństwo jego twórców wybucha z siła zwielokrotnioną przez wieki czekania. Jedynie raz, kiedy kamień kradła kobieta w ciąży, ten fakt uchronił ją przed jego mocą. Z chwilą, kiedy oddała kamień młodszemu akolicie tej świątyni, szaleństwo ponownie zaczęło działać. Ściągając kilka bestii, które do dziś błąkają się w mroku świątyni jako te legendarne cienie, o których mówią ci wieśniacy. Na szczęście jednemu z kapłanów dzięki poświęceniu życiu udało się odnieść dłoń do skarbca. Jak więc widzisz jest to straszna moc, którą ogranicza twój odmienny stan.

- Kapłanie, a co z tymi cieniami, o których mówisz? - Niewiele o nich wiemy. Narodziły się z mroku i za dnia kryją się w zaułkach świątyni. Budzą się po zmierzchu tak jak teraz. Ich moc słabnie coraz bardziej, jednak nawet dzisiaj, potrafią spowodować śmierć człowieka ze strachu, samym tylko pokazaniem swojej postaci. - Jednak wy tu żyjecie. - Tak z nadejściem zmroku zamykamy się w kilku małych pomieszczeniach, gdzie medytujemy. Strażnicy zaś stoją na zewnątrz świątyni. Nikt tu nie wejdzie, cienie są strażnikami prawie idealnymi. Od dnia, w których się tu pojawiły byłaś pierwszą osobą która doszła do skarbca, a zapewniam cię, że przynajmniej kilkunastu złodziei rocznie próbuje złupić świątynię. - I co się z nimi stało? - Znajdujemy ich skóry, pozbawione całkowicie wnętrzności z kośćmi włącznie. - A czy nie boicie się siedzieć teraz ze mnę we mroku? - Tak boimy się . Jednak cienie nigdy nie atakowały tak dużej grupy ludzi. Mamy kilka teorii na to. Jednak teraz dla nas najważniejsze jest, abyś odniosła kamień, jeśli będzie trzeba zabijemy cię poświęcając życie, a może nawet nasze dusze, aby zamknąć zło. W oczach starca mogła wyczytać dwa uczucia strach przed złem, które trzymała w dłoniach, oraz ciepło i dobroć. Wiedziała, że mówił prawdę. Czuła że nie musi się niczego obawiać.

W jej myślach teraz malowały się dwie postacie jej mąż Ragiv i młody radża Aykot. Dwóch mężczyzn, z którymi związał ją złośliwy los. Mąż, którego kochała. Oraz młody szaleniec, który zniszczył ich szczęście, pozbawionym jakichkolwiek skrupułów rozpieszczony dzieciak, do tego posiadający bajeczną władzę. Poznała go rok po ślubie. Wyszła za zamożnego kupca, nieco od niej starszego, dobrego Ragiva. Pochodził z zamożnej rodziny kupieckiej od wieków koordynującej handel całego królestwa. Nie było więc dziwne, że sam młody Maharadża został kiedyś gościem domu. Oczywiście nieoficjalnie. Wszystko musiało zostać w pełnej dyskrecji, radża nie mógł się kontaktować z niższą kastą. Bramini braminami, a życie wymagało innych działań. Aykot stawał się coraz częstszym goście domu. Początkowo nie wiedziała dlaczego. Cieszyły ich oboje rosnące zyski i szybki wzrost obrotu. Statki jego męża zapuszczały się coraz dalej, przynosząc coraz większe bogactwa. Jako oficjalny reprezentant handlowy królestwa musiał zacząć wyjeżdżać. Jego wyprawy stawały się coraz dłuższe. Maharadża odwiedzał ich dom coraz częściej. Początkowo tylko podczas obecności Ragiva, lecz z czasem zaczynał jakby zapominać o zleconych Ragivowi misjach. Na początku działo się to przez przypadek, lecz potem nawet nie krył, że przychodzi do niej. Powiedziała o tym mężowi. Zrozumiał. Wszystko jej wytłumaczył, nawet odbył rozmowę z radżą. Jego rozmowa była szczytem dyplomacji. Powiedział wprost, że nie życzy sobie "gościny" dostojnego władcy. Mimo ostrego tonu, udało mu się jednak nie urazić młodego radży. Jednak, czy jakiekolwiek słowa rozsądku zatrzymają pożądanie chutliwego młodzieńca, zwłaszcza jeśli uważa, że cały świat jest jego własnością. Z Ragivem byli piękna parą. Ślub przeszedł do historii. Do dzisiaj wielu mówi jak piękną była panną młodą i jak wspaniała była ceremonia ślubna. Miała urodę kobiety bogini, to wystarczało, aby złagodzić żądania posagu, jednak jej nienajbiedniejsza rodzina, przygotowała bardziej okazałą oprawę niż żądania teściowej. Wszystko było jak należy. Nawet wróżby wypadły nadzwyczaj pomyślnie. Przez kilka lat byli ze sobą szczęśliwi. Jedynym niepokojem, który budził się w jej serce był brak syna. Napawał ją lękiem i niepokojem. Jednak Ragiv delikatnie koił jej serce i w ciszy łoża powtarzał: „Nie martw się. Na wszystko w życiu jest czas”. Potem ten młokos. Musiała się od niego opędzać jak od much. Zaczęła swój taniec, którego stawką były z jednej strony jej cześć, z drugiej życie jej i męża. Unikała wizyt radży, ale było trudno. Przyprowadzał muzyków i tancerki. Czasem tancerzy. Czasem wysokiego stopnia bramini odprawiali błogosławieństwa domu. Mimo wszystko Aykot był niezwykle przystojnym mężczyzną i niezależnie od swojego młodego wieku znawcą duszy kobiecej. Nie wiedziała, kiedy mu uległa. Długo płakała. Wstydziła się samej siebie. Jednak to nie wystarczało. W przeciwieństwie do innych młodzieńców z drugiej warny zdobycie kobiety niższego porządku nie zadowoliło go. Chciał więcej. Teraz broniła się wręcz siłą. Ale to go podniecało. Ragiva wysłał do dalekiego królestwa, gdzieś gdzie żegluje się prawie rok. Pożegnała go ze złymi przeczuciami. Wiedziała, że nigdy go nie zobaczy. Na początku dziwiło ją, że radża zostawił ją w spokoju. Myślała, że znudził się jej osobą. Ale nie doceniła okrucieństwa młodości. Kiedy zapukał, powiedział jej, po wyproszeniu służby, że Ragiv nie żyje. Zabili go jego słudzy. Gotowa była umrzeć jako sati, ale nie pozwolił. Powiedział, że jeśli to zrobi to wyklną ją bramini, a w następnym wcieleniu narodzi się jako robak. Poza tym skonfiskuje wszystkie majątki jej krewnych. Wtedy jeszcze wierzyła. Przestraszyła się i nie popełniła samobójstwa. Z czasem mimo wszystko zaczęła się troszczyć o własne życie. Prowadziła własną prywatną wojnę z radzą, który nie tylko zamordował jej męża, ale także ukrył wszelkie dowody jego śmierci. Miał wszystkie najważniejsze figury w tej dzikiej grze w ręku. Ale mimo wszystko nie poddawała się. Nie mógł jej mieć na każde żądanie. Co prawda, aby ocalić życie, musiała od czasu do czasu ulec, to jednak musiał się sporo natrudzić, by się do niej dostać. I nie zawsze dawała mu siebie. Zaczęła prowadzić prywatną politykę, zjednywać sobie przyjaciół i protektorów. Niektórych kupowała za coraz większy prywatny majątek, innych swoim nieskazitelnym ciałem. Swoją nienawiść przełożyła na potęgowanie własnych zysków i podkopywanie skarbu królestwa. Pod nieobecność męża nauczyła się twardo prowadzić interesy. Była bezwzględna, bezlitosna. Nauczyła się pić alkohol w portowych knajpach i tak uzyskiwać informacje o wszystkim. Szło jej nieźle.

Weszła pewnym krokiem do tawerny. Proste drewniane ściany tej plugawej nory nie korespondowały z jej jedwabnym prawie przeźroczystym sari. - Pani Ravi, twoja wizyta może być źle odebrana. - Czyżbyś nie chciał widzieć mojej osoby, Pandreszu? - Wybacz Pani, jesteś najpiękniejszym kwiatem w ogrodzie i cieszysz moje oczy, ale to jest źle przyjmowane przez wielu, kiedy kobieta z kasty kupieckiej przychodzi do tawerny odwiedzanej przez niskich kast żeglarzy i cudzoziemców. - Czyżbyś nie był zadowolony obecnością kobiety z 3 warny? - Nie, ale twój mąż był moim wiernym klientem... - Mój mąż jakby zapomniał o mnie przez wiele lat. Spojrzała na niego swoimi nefrytowymi oczyma i jeszcze raz dobitniej powiedziała. - Jestem umówiona z klientem. Pewnych interesów nie można

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
przebudzenie w światłości — czytnik · opowiadania