Inne · 27 min czytania
Przebudzony
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Jasno - ciemno, jasno - ciemno, jasno - ciemno, jasno -... Jasno jak jasno, ale z wreszcie mógł stwierdzić, że widzi coś konkretnego. No, może bez przesady. Wszystko, co Marcel ujrzał przed sobą to blada, rozlazła plama bez określonego kształtu. W dodatku mobilna... Poruszała się całkiem żwawo, a w pewnym momencie wydało mu się, że złapała go za rękę. Wyraźnie poczuł na nadgarstku subtelne dotknięcie. Marcel nie przepadał za nieautoryzowanym kontaktem fizycznym. Ze złością wyrwał się z uchwytu. Od razu też pojaśniało mu przed oczami. Przyjrzał się dokładniej niezidentyfikowanemu obiektowi. Skojarzył mu się z solidną porcją waty cukrowej. Fenomen wypuszczał z siebie rodzaj mglistych macek czy wypustek. Chwiał się miotany zupełnie nieodczuwalnym dla Marcela wiaterkiem. Mężczyzna mrugnął oczami. Nie bez zdziwienia zauważył, że intruz przejawia pewne cechy humanoidalne. Na dobrą sprawę przypominał ludzką postać. Przynajmniej z grubsza. Falował i migotał jak przedmiot widziany przez grubą warstwę wody. No i gadał... Marcel słyszał gdzieś w głębi głowy łagodny głos. - Chodź ze mną. Pokażę ci właściwą drogę - słodko zaproponowała postać. Zbyt słodko. Od słodyczy Marcel dostawał zgagi. - Odwal się żłobie mętny - stanowczo i rzeczowo odmówił współpracy. Obłok wydawał się być zaskoczony. Ponowił propozycję. - Pójdź moim śladem. Poprowadzę cię ku światłu. - Głupi jesteś czy głuchy? Tu jest całkiem jasno. Bujaj się pajacu wyblakły. Tamten chyba się w końcu zirytował. - Co za kmiot... Poczekaj, jeszcze uderzysz w łaskę. Marcel uniósł energicznie środkowy palec dla podniesienia wyrazistości swego przekazu i nagle poczuł, że... unosi się w powietrze. Na chwilę odjęło mu mowę. Odpłynął w górę na kilka metrów i zawisł nieruchomo. Rozłożył ręce i obrócił się powoli na brzuch. Spojrzał w dół. Chmurny przewodnik gdzieś zniknął, za to tuż pod sobą zobaczył trumnę. Trumna jak trumna. Jechała cmentarną alejką na elektrycznym wózku. Bardziej zastanowił go kondukt. Na pierwszy rzut oka znał wszystkie uczestniczące w nim persony. Było to trochę zastanawiające. Machnął ramionami. Zakręcił się w miejscu jak bąk. Pomyślał chwilę. Przypomniały mu się obrazy akrobatycznych wyczynów spadochroniarzy. Złożył ramiona wzdłuż ciała i wierzgnął energicznie nogami. Leniwie zanurkował w dół. Pędu starczyło na tyle, by zatrzymać się z nosem prawie wbitym w trumienną tabliczkę. Z niesmakiem odczytał na niej swoje imię i nazwisko. Aha. Znaczy się - koszmarek. No, bez paniki. Nie było tak źle. O ile się orientował w ogólnej teorii znaczenia snów, te zazwyczaj sprawdzają się odwrotnie, a własny pogrzeb uważany jest wręcz za świetny omen. Tak przynajmniej mówiły senniki. Babilońskie, egipskie, i diabli wiedziały jeszcze jakie. Niemniej niesmak pozostał. Mogłaby się chociaż porządna trumna wyśnić. Nie żeby od razu tytanowa, ale przynajmniej, powiedzmy - ze stali kwasoodpornej... A tu proszę. Mahoń albo palisander, niby ładne, ale zawsze tylko dechy.
Rozejrzał się. Kupa ludzi. Stwierdził to z wielką satysfakcją. Nic dziwnego. Miał mnóstwo przyjaciół, znajomych, liczną i kochającą rodzinę. Był naprawdę popularną osobą, można powiedzieć - prawdziwą duszą towarzystwa.
Niektórych jednak nie znał. Jego uwagę zwróciło dwóch stojących na uboczu facetów. Z pewnością byli mu kompletnie obcy. Nie wydawali się być zbyt przejęci uroczystością. Nie byli ani odpowiednio ubrani, ani nie zachowywali należytej powagi. Jeden palił papierosa ukrywając go zręcznie w rękawie prochowca; drugi ze znudzoną miną, ostentacyjnie żuł gumę. Rozmawiali ze sobą półgłosem. Ciekawe o czym? Marcel postanowił zbliżyć się do nich, ale okazało się to nieoczekiwanie trudnym zadaniem. Zawisł w powietrzu jak balon i ni diabła nie mógł się ruszyć z miejsca. Spróbował odepchnąć się od trumny, ale dłonie bez oporu przeszły przez materiał wieka. Marcel wyszarpnął je zaskoczony. Ten ruch spowodował, że odpłynął niewielki kawałeczek. Niewielki, na tyle jednak duży, by nie mógł z już powrotem dosięgnąć skrzyni. Przypomniał sobie, że czytał kiedyś o zawieszonych w stanie nieważkości astronautach, którzy by się poruszyć rzucali za siebie różne przedmioty. Czysta fizyka. Trzecia zasada dynamiki. Akcja i reakcja. Sięgnął do kieszeni, po to tylko, by stwierdzić, że ich nie posiada. To co za nie wziął było jedynie atrapą. Spojrzał po sobie. No ładnie. Ubrany był w czarny, dość podłej jakości garnitur. Typowy przyodziewek trumienny. Ciekawe kto teraz paradował w jego metkowych wdziankach. Nie miał przy sobie niczego dzięki czemu mógłby nadać sobie odrzutu. Widać senne lewitacje niewiele miały wspólnego z astronomicznymi. Spróbował metody pływackiej i, o dziwo, odniósł pewien sukces. Wyraźnie się poruszył. Spróbował popłynąć machając ramionami w nienagannym kraulu. Słabo. Przeszedł na styl klasyczny, ale większych sukcesów również nie odnotował, za to solidnie się zasapał. Udało mu się obrócić na plecy i w tej pozycji postanowił odpocząć. Diabli nadali. Durny sen. Nie raz śniło mu się latanie i nigdy nie miał z nim takich trudności. Co z tego, jeśli nie mógł sobie przypomnieć metody. - Kilka cholernych metrów. Chcę po prostu dolecieć do tych dwóch gości - Marcel był wściekły. Osłupiał dokumentnie, gdy bez żadnych działań ze swojej strony łagodnie podpłynął ku pożądanemu celowi. Oto i system. Pomysłowe. Wystarczyło pomyśleć. Gdyby jeszcze nie problemy z hamowaniem... Nie zdołał zatrzymać się przed niższym z mężczyzn. Zamknął oczy w oczekiwaniu bolesnej kolizji, ale okazało się, że po prostu przez niego przeleciał. Bez żadnej reakcji ze strony przenikniętego. Sprytne, ale niezbyt przyjemne. Dałby sobie łeb uciąć, że poczuł na ciele zwoje jego flaków. Koniecznie trzeba było nabrać wprawy. Był na miejscu. Przyjrzał się uważnie mężczyznom. Bezbłędnie rozpoznał ich profesję. Ostatecznie miał nie lada jaki staż w oglądaniu seriali sensacyjnych. Nadal jednak nie rozumiał, dlaczego gliniarze mają zwyczaj przychodzenia na pogrzeby ofiar przestępstw. Oni chyba też nie bardzo. W każdym bądź razie niektórzy. - Nie wiem po jaką cholerę mnie tu przywlokłeś. - Na spacer. Czego jęczysz? I tak nie masz nic do roboty. Prowadziłem sprawę tego sztywniaka. - No i... ? - Męczy mnie. Jestem prawie pewien, że ktoś mu pomógł w wycieczce na tamtą stronę. - Prawie robi wielką różnicę. Jaką sprawę? Mówiłeś, że gość miał wypadek samochodowy. - Były pewne wątpliwości. Niektóre ślady wskazywały, że ktoś mógł zepchnąć go z szosy. - Przecież przeżył. - Przeżył. He, he. Niby tak. Leżał rok w śpiączce, aż w końcu usnął na dobre. Kto wie czy ktoś nie wyłączył mu światła. - A sekcja? - Nie było sekcji. Rok wisiał na krawędzi, kapujesz? Nie było podstaw, a rodzina też sobie nie życzyła krojenia. Marcel słuchał z niesmakiem i zdumieniem. Co oni bredzili? Niby kto miałby go zabić? Nie miał wrogów. Nie zrobił nikomu nic złego. Miał wspaniałą żonę, piękną kochankę, udanego, choć niezbyt rozsądnego syna i mnóstwo przyjaciół. Blacharze zawsze szukają dziury w całym.
Przez ten czas żałobna procesja zdążyła mu uciec. Pochód skręcił z głównej alei w kierunku najstarszej części cmentarza. Marcel skwapliwie poszybował jego śladem. Na czele konduktu szła Marlena. Popatrzył na nią z przyjemnością. Mimo czterdziestki trzymała się świetnie. Pewnie, że nie do końca dzięki naturalnym predyspozycjom, a właściwie to głównie dzięki przemyślanym inwestycjom Marcela. Na pewne cele nie żałował pieniędzy. Obok żony zauważył jej siostrę i powiernicę, Weronikę. Marcel skrzywił się z niechęcią. Kiedyś chciała zaciągnąć go do łóżka. Nie skorzystał. Nie była w jego typie. Stare czasy. Podpłynął ku kobietom. Okazało się, że przy nowo poznanym sposobie kierowania okazał się być trochę nadsterownym. Chciał efektownie skręcić tuż przed Marleną, ale wyrzuciło go na wirażu. Z impetem przeniknął przez marmur pobliskiego nagrobka. Brrrr, zimny. Drugi raz podchodził do żony ostrożnie niczym statek cumujący we mgle. Szwy, implanty, botoks - delikatna i kosztowna sprawa.
Część 22 / 2
- Wreszcie skończyły się twoje męki. Odżyłaś, prawda? - To był najdłuższy rok w moim życiu. - Wszyscy mieli go dosyć - Zawsze go nienawidziłam - Marlena wzruszyła ramionami. Marcel osłupiał. - To naturalne. W końcu był twoim mężem. Nigdy nie wiedziałam co ty w nim widzisz. Dla mnie był odrażający - prychnęła szwagierka. Przed czy po zamachu na jego wierność. To zdzira. Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Z drugiej strony, czego się spodziewał po odrzuconej kobiecie. - A powiedz, jak ci się układa ze Stefanem? - suka wyraźnie się ożywiła. Marcel ze zdumieniem popatrzył na Marlenę. Czyżby w starym kotle zagotowały się hormony? - Cudowny chłopak. Mówię ci, jakbym się narodziła na nowo. - Chcesz się z nim związać na poważnie? Marcel spojrzał ze zdumieniem na szwagierkę. Jego żona również. - No co ty? Przecież to tylko kierowca, ale jest świetny. No wiesz o czym mówię... - zachichotała. - Na razie mi to wystarcza. Stefan...To sukinsyn. Kierowca, ochroniarz i czyściciel basenu w jednym. Fakt, że kawał chłopa, ale żeby z takim gnojem....Sen nie sen, jak się tylko obudzi to wywali go na zbity pysk. Na wszelki wypadek... - Posłuchaj Marleno, a ty nie mieszałaś paluszków w tym zejściu ? Kobieta w czerni spojrzała na siostrę z politowaniem. - Nie mówię, że zepchnęłaś go w przepaść, ale powiedzmy - małe duszonko poduszką...- Weronika wycofywała się trochę spłoszona. Ku zdumienia Marcela jego żona nic nie odpowiedziała. Patrzyła gdzieś w dal. Nagle siostra złapała ją za rękę. - Słuchaj? A Stefan? Może on...
Sen zaczynał się robić denerwujący Marcel wściekły jak wszyscy diabli popłynął w stronę Sabiny. Śliczna, młoda dziewczyna. Niedoświadczona i dość naiwna. Zabujał się w niej bez pamięci. Ona w nim chyba też. Przy tym wcale nie przestał kochać żony. Nigdy nie rozumiał dlaczego kobiety twierdziły, że nie można darzyć uczuciem dwóch z nich jednocześnie. Po prostu kochał je trochę inaczej. Sabina przyszła na pogrzeb z koleżanką. Marcel nie przepadał za nią. Nie podobały mu się jej pieszczotliwe gesty i opiekuńcze zachowania w stosunku do Sabiny. Szczerze mówiąc uważał ją za lesbę. Pewnie był trochę zazdrosny, ale przecież w końcu nie z nią sypiał. Podryfował ku nim pełen nadziei na dobre słowo. Nieco się rozczarował - Skurwysyn zdechł i zostawił mnie kompletnie na lodzie. - Przecież zostało ci trochę świecidełek Sabina zacisnęła wargi ze złością. - Kilka kamyków za dwa lata dawania dupy!? Na rogu bym więcej zarobiła. Myślałam, że przynajmniej kupi mi to mieszkanie. Wiszę za czynsz już z pół roku. Wyjęła z torebki lusterko. Poprawiła na nosie sobie tylko widoczną usterkę. - Mówią, że ktoś go załatwił. Może ta stara wywłoka was namierzyła... - Coś ty. Od dawna o nas wiedziała i miała to w nosie. Sama rozkłada nogi przed wszystkim, co tylko nosi spodnie. Już prędzej synalek... Marcel zatrząsł się z oburzenia. Co one chcą od chłopaka? Pieprzone intrygantki. Zawsze i wszędzie. Nagle uświadomił sobie, że właściwie nie lubił kobiet. Tej choroby nabawił się dopiero gdzieś w liceum. Patrząc z perspektywy czasu mógł zaryzykować stwierdzenie, że do momentu tej infekcji był o niebo szczęśliwszy. Bóg chyba nie lubił mężczyzn, dlatego kazał im pożądać kobiet. - Poczekaj gówniaro tylko się obudzę, będziesz się mogła do woli tarzać ze swoją przyjaciółką. Na ławce w parku. Albo pod mostem - odgrażał się rozdrażniony i chyba trochę...nieszczęśliwy. - Opanuj się człowieku, przecież to tylko nocna zmora - mruknął pod nosem.
Pogrzeb wkroczył między ponure masywy starych grobowców. Widać było, że mało kto tu już zaglądał. Spomiędzy zapuszczonych chaszczy wynurzały się nadgryzione trądem czasu twarze i skrzydła kamiennych aniołów. Zardzewiałe krzyże przegrywały walkę z oplatającymi je skrętami powojów. Gdy Marcel był mały, ta część cmentarza niezmiennie napawała go nieokreślonym niepokojem, ale i ekscytowała w dziwny sposób. Teraz też poczuł zimny dreszcz na plecach... Ech, strachy na lachy.
Poszukał wzrokiem swego jedynaka. Piękny chłopak. Może nie bardzo bystry, ale prezencję miał bez zarzutu. Stał w towarzystwie dwóch potężnie zbudowanych facetów. Marcel znał ich z widzenia. Koledzy ze studiów. Tak twierdził syn. Szczerze mówiąc nie wyglądali na stypendystów. - Otwarcie testamentu nastąpi za parę dni. Stary na pewno coś mi zapisał. - A jak nie? - jeden z mięśniaków strzyknął śliną na poświęconą ziemię. - Zgred był sknerą, ale zostawił sporą kasę, a już na pewno coś ukochanemu synkowi - zachichotał młodzieniec. Marcelowi nie spodobało się brzmienie tego śmiechu. - Nawet jak nie, to od starej łatwo będzie coś wyciągnąć. - Uważaj synku. Za przyjemności trzeba płacić. Termin nie podlega już dalszej prolongacie. - No co wy? - młody człowiek uśmiechnął się niepewnie. - Spokojnie. Najpierw przejdziemy do łagodnej perswazji. Zawsze możesz grać trzymając karty w zębach. O ile ci jakieś zostaną... - Nie szalejcie chłopaki. Na pewno zapłacę - młodzieniec zadreptał nerwowo. Drugi, milczący dotąd facet przypalił papierosa nie przejmując się nawet w minimalnym stopniu podniosłą uroczystością. - Swoją drogą tatuś…