Fantastyka · 9 min czytania
"Przechadzka po rynku" - część druga
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przestąpił próg i zakrztusił się, kiedy zalał go obrzydliwy smród zgnilizny i ścieków. Wąską uliczką przebiegały zapchlone szczury, nad głowami przechodniów gromadziły się stada wielkich much. Każdy deptał wyrzucane na ulicę odpady i szczątki ludzi i zwierząt. W kałużach błota i moczu tarzały się umorusane dzieci razem z psami. Ich zapach, mieszający się z ogólną wonią miejsca, przyprawiał o mdłości. Shyller zatkał nos, kiedy szybkim krokiem przemierzał ulicę. Mijał stare, obdrapane budynki, wybudowane w wielkim ścisku. W większości z nich szary tynk odpadł, odsłaniając wyblakłe cegły. Z dachów zsuwały się kamienne płytki, często raniąc lub zabijając nieszczęsnego przechodnia. Zamiast okien z ścianach wybijano bezkształtne otwory różnych rozmiarów. W części domów brakowało drzwi, natomiast Kilkadziesiąt metrów od swojego domu, w zakamarku pomiędzy dwoma budynkami dostrzegł zwłoki czarno odzianego mężczyzny. Z jego pleców sterczał brudny nóż, dookoła widać było zaschniętą krew. Musiał umrzeć kilka dni temu. Wokół niego roiło się od robactwa i gryzoni. Chłopak podszedł do trupa, i odganiając zwierzęta, zdarł z niego pelerynę. W wewnętrznej kieszeni wyczuł chłód sztyletu. Wyciągnął go i wetknął za pas spodni. Narzucił na siebie zdobyte ubranie i nakrył głowę kapturem. Koniec peleryny ciągnął się za nim po brukowanej ulicy, więc musiał oderwać kilkanaście centymetrów materiału. Postrzępiona krawędź sięgała teraz do jego kostek. Lekkim krokiem przemierzył ulicę, w której panował półmrok, ponieważ kilka metrów nad nimi wysunięte dachy nachodziły na siebie, odcinając większość promieni słońca. Taka sytuacja zwiększała jeszcze duszność i kumulowała smród, nie pozwalając, aby opuścił to miejsce. Shyller uchylił drzwi jednego z domów i zajrzał do środka. Znajdował się tam jeden śpiący człowiek, mniej więcej jego postury. Był to dom Viggo – chłopaka w jego wieku, najlepszego przyjaciela i towarzysza. Razem chodzili wszędzie, kiedy tylko mieli okazję. Viggo nie miał rodziców. Jego matka zmarła przy porodzie, a ojciec zginął z jego ręki. Chłopak zawsze tłumaczył, że ojciec pierwszy podniósł na niego nóż. Skryty pod kapturem młodzieniec szerzej otworzył drzwi i zaklął pod nosem, gdy przeraźliwie zaskrzypiały. Szybko przeskoczył próg i stanął tuż nad mężczyzną. - Wstawaj! – rzekł beznamiętnie, szturchając go stopą. Jego głos był całkowicie niepodobny do wieku – pełen stanowczości i doświadczenia. Leżący chłopak drgnął i podniósł głowę. Jego szare oczy i ciemna karnacja były przeciwieństwem wyglądu Shyllera. Rozpoznawał go nawet, kiedy krył się w mroku kaptura. - Szybciej, nie ma czasu! – ponaglił go, gdy ten powoli podnosił się z podłogi. Po chwili oboje wyszli z domu, zamykając za sobą drzwi. Shyller rzucił towarzyszowi oderwany skrawek peleryny, a ten zasłonił nim twarz, zawiązując go na wysokości nosa. - Wiesz już, co stało się z Teckim? – zapytał cicho nowy kompan, kiedy zbliżali się do końca ponurej ulicy, zwanej także, nie bez powodu, Ulicą Śmierci. - Nosisz na twarzy część jego ubrania – westchnął Shyller, który jeszcze raz przypomniał sobie twarz trupa, leżącego w ciemnym zaułku. - Czyli nie żyje? - Ktoś zadźgał go kilka dni temu – w głosie Shyllera można było wyczuć nutę smutku. Lubił i szanował Teckiego, ale jego śmierć nie robiła na nim większego wrażenia – obcował z nią na co dzień i przywykł do takich sytuacji. – Nie dożył nawet dwudziestu lat… Oboje zamilkli. Dotarli już do rozwidlenia, gdzie krzyżowały się cztery ulice. Dwoje młodzieńców ruszyło w lewo, kierując się w stronę kłębowiska kupców i kramów. Ta część miasta diametralnie różniła się od ich domu. Aż nieprawdopodobnym wydawało się to, że tuż obok siebie istniały ta różne światy. Po chwili pochłonął ich kolorowy tłum. Ludzie biegali, krzyczeli i wymachiwali rękami. Shyller i Viggo – jego przyjaciel, prześlizgiwali się pochyleni, starając się zwracać jak najmniej uwagi. Kiedy zbiorowisko nieco się przerzedziło, rozdzielili się i ruszyli w odgałęzienia głównej ulicy. Szukali bogatych straganów nieuważnych kupców, chowając ukradzione drobiazgi do wielu przyszytych do