Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 23 min czytania

PRZED SIEBIE

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PRZED SIEBIE, czyli podróż Valkamira dopiero się zaczyna.

I.

Miecz drżał mi w dłoniach jak nigdy dotąd. Choć próbowałem złotą rękojeść trzymać z mocą, ta się mnie nie słuchała. Ciągnęła się i zarazem me ręce prosto ku ziemi. Nie miałem sił. Te dzisiaj odmówiły mi posłuszeństwa. Z trudem utrzymywałem miecz pionowo nad ziemią i nim. Leżał. Trząsł się z zimna bądź strachu. Nie wiem. Nie błagał o litość. I dobrze. Nie potrafiłem zrobić tego z zimną krwią, a powinienem. Miecz ciążył mi niemiłosiernie. Chwilami myślałem, że nie dam rady go utrzymać, los mi jednak sprzyjał. Jego nędzne ciało leżało tuż pod ostrzem czekając na karę. Chciałem je wbić, powinienem to zrobić ze względu na przeszłość, ale powinienem także puścić je bokiem ze względu na przyszłość, nie tylko moją. On o tym nie wiedział, nikt go nie uświadomił. I dobrze, nie zasłużył na to. W oddali słyszałem krzyki, miasto płonęło, ludzie próbowali ratować siebie, dzieci i dobytek. To jego wina. Kolejna tragedia, do której się przysłużył. Przeszył mnie dreszcz nienawiści. Obniżyłem ostrze tak, że prawie dźgało go w miejsce gdzie powinien mieć serce, ale nie byłem tego pewien, nie taki człowiek jak on. Nie patrzył na mnie, lecz gdzieś w bok, żałowałem tego. Chciałem zobaczyć strach w jego oczach, może nędzne przeprosiny, by ratować życie. On jednak nic. Czekał skamieniały, ze wzrokiem wbitym w miasto. Na twarzy błąkał mu się uśmiech. Usłyszałem huk wybuchu. Odrzuciło mnie do przodu. Ostrze wbiło się w jego zwłoki. Nie wiem czy to ślepy los tak chciał, czy może to zrządzenie boskie, ale źle się stało, nie tylko dla mnie.

*Lata mijają i cierpienie pomniejszają, jednak rany zawsze pozostają - Król Agwin Wybawiciel z rodu Elmirów*

Trzy puknięcia do drzwi, nie otrzymał odpowiedzi. Nie miałem sił i chęci by mu odpowiedzieć. I tak wejdzie, zawsze tak robi. Nie myliłem się. Tibran mój służący, towarzysz podróży, ale przede wszystkim przyjaciel przyniósł mi gorącą herbatę. Byłem mu wdzięczny, potrzebowałem ciepłego napoju. Choć za pokój w tawernie zapłaciłem nie mało, nie był ogrzewany, a za oknem panowała pełna zima. - Dzięki Tib. Przynieś jeszcze dwa koce, a potem rób co chcesz. Masz wolne. Do jutra rana nie będę niczego potrzebować. Chcę być sam. - Co się tam stało? - zapytał z niepokojem. Nie liczył na odpowiedź. Chciał nawiązać rozmowę i być uprzejmym. Nie odezwałem się. Wiedział co to znaczy, poza tym nie potrzebował mej relacji. Na pewno wiedział więcej niż nawet ja. Zawsze tak było. Mógłbym położyć na szalę mój honor, że przez całą wczorajszą noc zbierał informacje od każdego kto był skłonny się nią podzielić, a przez cały dzisiejszy dzień i noc będzie uzupełniał braki. Wyszedł bez słowa. Po chwili wrócił z dwoma kocami. Rozłożył je nade mną i szybko po cichu zniknął za grubymi dębowymi drzwiami do pokoju. Miałem ciszę i spokój. Mogłem się zastanowić i przemyśleć wszystko jeszcze raz. Za każdym razem coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że jego śmierć nie była niczym dobrym. Gdyby żył, wszystko by mi ułatwił. Ale nie wiem czy gdyby nie ten wybuch, sam bym go nie zabił. Pragnąłem tego z całego serca od bardzo dawna, ale przecież miałem też i inne pragnienie, nie wiem czy silniejsze by zachować tego nędznika. Nigdy nie ukochałem zabijać i nigdy tego nie pokocham. Tego jestem pewien jak niczego innego na tym padole. Jak nikt inny jestem świadom, że śmierć choćby najgorszego z ludzi, zawsze kogoś dotyka, zawsze dla kogoś jest bólem. Nigdy nie pozbawiłem życia sprawiedliwego, ale to mnie nie usprawiedliwia przed wieloma oczami. Nieraz jestem nazywany mordercą i zabójcą. Między innymi dlatego śpię w tej gospodzie. Nigdzie indziej nie chcieli mnie przyjąć, a tutejsza gospodyni wzięła ode mnie stawkę za dwa pokoje pięć razy większą niż normalnie. To nic, stać mnie na to, ale nie zasłużyłem na takie traktowanie, nie za to co dla tych ludzi zrobiłem.

***

- Panie. Trzeba wstawać. Niedługo musimy wyruszać - Tib stał nad mym łóżkiem w pełni ubrany i przygotowany. Było bardzo wcześnie rano. Słońce jeszcze nie wzeszło, a w tym regionie robiło to bardzo wcześnie. Nawet w zimę. - Konie przygotowane? - zapytałem, walcząc z rwącym bólem w kostce. Już od dawna mi dokuczała, ale z dnia na dzień było coraz gorzej. - Tak. Wyczyszczone, nakarmione i osiodłane. - Bardzo dobrze. Idź na dół i zamów coś do jedzenia. Ja już schodzę - Tib zbliżał się do drzwi. - A zapomniałbym... Spakowałeś mnie? - Tak. Wszystko zniosłem do stajni. - Dobrze - spojrzałem na sakiewkę leżącą na stole. - Widzę, że odwiedziłeś goblinów. - Jak tylko wstałem. Zeszło mi całą godzinę na wypłaceniu jednej sakiewki złota - z oburzeniem stwierdził.

Chwilę później byłem gotowy. Zszedłem po solidnych, dębowych schodach do słabo oświetlonej sieni. Przy okrągłych, również dębowych, stołach siedziało wielu podejrzanych typków. Przy barze zasiadało kilku gości w czarnych, ubłoconych płaszczach, z narzuconymi na głowy kapturami, którzy męczyli swoje kufle piwa befowego. W kącie sali przy niepalącym się kominku siedziała grupka podobnie do siebie ubranych mężczyzn. Bardzo głośno rozprawiali nad jakąś sprawą. Wyglądali na kupców. Wielu już takich widziałem, wszyscy są do siebie podobni, ale nigdy nie dostrzegłem by podróżowali w grupach. Ruszyłem do Tiba utykając na prawą nogę. Kostka bolała, ale dawałem radę chodzić. Czekał na mnie z parującą strawą tuż przy oknie, poza zasięgiem lamp. - Gdzie wyruszamy? - zapytał ostrożnie degustując prawostronnie przypalonego kurczaka. Na jego miejscu bym go nie jadł. Widziałem tutejszy piec. - Przed siebie - odpowiedziałem. Tak jak zawsze zresztą. Nie musi wiedzieć gdzie, ani po co jedziemy. Nawet nie powinien. Choć to dobry przyjaciel, ale przecież, jak to mądrzy mawiają, tylko tacy zdradzają. - Daleko jedziemy? - Nie pytał ze znużeniem, jakiego bym się spodziewał po człowieku, który podróżuje ze mną już sporo czasu. - Raczej tak. To chyba będzie najdłuższa z naszych dotychczasowych podróży - powiedziałem "naszych" z mocy przyzwyczajenia, ale żadna "nasza" podróż nie była jego. On mi tylko towarzyszył, czasem pomógł, ale nigdy nie wędrował dla jakiegoś osobistego celu. Robił i robi to tylko dla pieniędzy, z pewnością także dla przygody. Może troszkę z przyzwyczajenia, przyzwoitości, a może trochę ze względu na naszą przyjaźń, która jakkolwiek bardzo specyficzna, ale jednak zawsze była. - Chyba nie chcesz jechać... No tam? - z niepokojem zagadnął, nerwowo popijając jedzenie piwem. - Nie. Jeszcze nie teraz, ale już niedługo. Nie mogę tego tak odwlekać - Pomyślałem o tym co mnie czeka. To będzie trudne, ale muszę dać rady. - I dobrze - Tib szepnął tak, żebym nie słyszał. - Co powiedziałeś? - Nic. Niechcący połknąłem chrząstkę, no i przekląłem pod nosem - nerwowo drgnął na krześle. - Przecież nie jesz kurczaka, pijesz piwo - błyskotliwie stwierdziłem. Tib się zreflektował, że kłamstwo nie wypaliło. - Chodzi mi tylko o to, że całkowicie nie wiem jaki jest sens tam jechać i wprost kłaść szyję pod topór - wyrzucił z siebie. - Martwisz się o swoją szyję, czy moją? - Nikt nie zasługuje na taką śmierć nawet... - Ktoś taki jak ja - dokończyłem. Dawno już wiedziałem o jego poglądach. Dla niego ja, nie jako osoba z charakterem i uczuciami, ale reprezentant swych czynów, byłem doszczętnie zły. Jego religia kazała mu się strzec takich jak ja, ale zarazem nakazywała mu mi pomóc. Od dawna był w rozdarciu. - Wiele razy zabiłeś bez potrzeby. Wielu mogłeś oszczędzić. Zabijałeś nawet na oczach dzieci... - Kobiet nigdy nie tknąłem! - obruszyłem się. - Za to je wykorzystywałeś! - rzucił z pogardą. To mu się nie mieściło w głowie. On był cnotliwy, dogłębnie dobry, bezsprzecznie przestrzegający tych swoich dziesięciu regułek. A ja? Może po prostu nie byłem wyjątkowy. Zachowywałem się jak wszyscy inni. - Nie jesteś taki szlachetny za jakiego się uważasz! - pałał nienawiścią. Tylko raz się tak kiedyś zachował. To było bardzo dawno. Miał powód. Zrobiłem coś strasznego. - Nie jestem gorszy od ani jednego, którego pozbawiłem życia! - krzyknąłem z wściekłością na salę. Tib przesadził. Uderzył w czuły punkt. Nie wiele myśląc, szarpnięciem dobyłem miecza i automatycznie się zamachnąłem. - No już! Na co czekasz? Wielu tak zamknąłeś usta! Czemu nie mnie? - krzyknął bez nuty strachu w głosie. - Jesteś gorszy od każdego jednego, którego bestialsko zamordowałeś - wygarnął mi z odwagą jak nikt inny przed nim.

Obniżyłem miecz i usiadłem zrezygnowany. Miał rację.

***

Drewniane krzesło w sieni nie było specjalnie wygodne, ale przesiedziałem na nim w bezruchu długie godziny. Emocje już dawno opadły, ale długo nie mogłem się pogodzić ze słowami Tiba. On też długo siedział tak jak ja, naprzeciw mnie. Po kilku godzinach jednak wstał i bez słowa odszedł. Miałem czas by to co powiedział przemyśleć. Na początku byłem wściekły na niego za takie kłamstwa. Ale później sobie uświadomiłem co chciałem mu zrobić z mieczem w ręku. Miał rację. Jak zwykle. Już kiedyś też tak wybuchł. Za oknem padał gęsty śnieg. Mróz malował na oknach przedziwne obrazy. Ludzie wchodzili i wychodzili i każdy jak jeden mąż, za każdym razem rozwierał drzwi na całą szerokość, a przy czym wpuszczał do sieni mnóstwo mrozu. Gospodarz najwyraźniej się zreflektował, gdyż w końcu rozpalił w kominku drewnem przyniesionym wprost z lasu przez młodego chłopca. Może jego syna. Długo to trwało, ale w końcu uświadomiłem sobie, że nie zasłużyłem na takiego przyjaciela jak Tibran z domu Hafrdika. Kolega, czy znajomy stał by z boku i tylko zawsze przyglądałby mi się z politowaniem. Natomiast przyjaciel chciał mi pomóc, uświadomić mnie, zmienić. Zawsze na lepsze.

***

Było już bardzo dawno po zachodzie słońca, kiedy postanowiłem iść do siebie. Chciałem iść spać, ale nie byłem pewien czy mi się to uda. Otępiałym, utykającym krokiem ruszyłem przez sień. Była prawie pusta. Przy barze siedział mężczyzna tak samo ubrany jak ci których tu widziałem wcześniej. Gdy obok niego przechodziłem drgnął i wyciągnął swoją dłoń by chwycić moją szatę. Automatycznie odskoczyłem i przyjąłem postawę obronną, na razie bez miecza. Człowiek podniósł się z wysokiego taboretu i zapłacił barmanowi za piwo. Po czym odwrócił się do mnie twarzą i szepnął: - Siądziesz ze mną przy tamtym stoliku - rozkazał i skinął głową na odległy stół nie daleko kominka. W tej części sali nikogo nie było. To był starzec, nie obawiałem się go. Jednak nie będzie mi rozkazywał. - Usiądziesz - szepnął i ukazał to co miał na środkowym palcu prawej dłoni.

***

- Skąd to masz? - warknąłem bez pardonu. - Cicho! - znacząco szepnął i dyskretnie pociągnął mnie do stolika. Barman nam się przez chwilę przyglądał, ale speszony mym spojrzeniem zniknął na zapleczu. - Skąd to masz? - powtórzyłem. - Widzę, że wiesz co to jest - stwierdził dziadek. - Gadaj! - zagroziłem. Bałem się najgorszego. - Twoja matka mi to dała... - Łżesz! - przerwałem mu, lecz trochę się uspokoiłem. - To jej ukochany pierścień! Zawsze strzegła go jak oka w głowie. To był jej skarb! Nie dałaby by go nikomu! Nawet mnie! - Dała mi... Naucz się nie przerywać starszym! - zbeształ mnie po chwili. - Dała mi go byś miał dowód, że możesz mi zaufać - spokojnie mi oznajmił. - A po co mam ci zaufać? I dlaczego pierścień? - zapytałem z nieufnością. - To jej najdroższa…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%