Fantasy · 21 min czytania
PRZED SIEBIE rozdział drugi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Drugi rozdział opowiadania "Przed siebie", które niedawno tutaj opublikowałem.
II. Zapewne to z wielkiej radości, że ja i moje pieniądze zostaliśmy, gospodyni kazała swemu mężowi rozpalić w moim pokoju. To była moja pierwsza noc w tej gospodzie spędzona w przyjemnym cieple. Mimo uporczywych starań nie mogłem jednak zmrużyć oka, a według wszelkich teorii powinienem już dawno spać jak dziecko. Długo już leżałem w tej samej pozycji i choć z początku była ona wygodna, to jednak po czasie zacząłem odczuwać szybko potęgujący się dyskomfort. By owe uczucie zwalczyć, już któryś raz tej nocy przewróciłem się na plecy. Ogień już dogasał, a ja wciąż nie mogłem zasnąć. Ten dzień był wyjątkowo dziwny. Nawet jak dla mnie. Najpierw ta cała sprawa z Tibem, a później ogromnie ciężka przeprawa ze starcem. - Ty naprawdę nie rozumiesz w jakim położeniu mnie stawiasz! - dziadek po chwili spokoju znów podjął kłótnię. - A jakie to położenie? Może mi powiesz? Jak będę wiedział o co chodzi, to dopiero wtedy będziemy mogli zacząć normalnie rozmawiać - próbowałem kłótnię skierować na skąpe zaczątki rozmowy. - Ty nie możesz wiedzieć! Głuchy jesteś jak do ciebie mówię!? Twoja matka mnie uprzedzała, ale ja stary głupiec miałem nadzieję. - Jak nie powiesz mi o co chodzi, to ja jadę w swoją stronę, a ty starcze rób co chcesz. - Co ci matka powiedziała przed odjazdem? Nie możesz teraz... - To już jest nieaktualne! - wygarnąłem mu z wściekłością. Odezwały się dawne uczucia. - Gdyby to twoja matka słyszała... - starzec wyraźnie się zasmucił, odeszła mu już wściekłość. - Starcze. Gdyby ona słyszała swoje własne słowa, to co kiedyś wywrzeszczała do mnie, poczuła by się o wiele gorzej. Naprawdę. - To było dawno. Ona nie panowała nad sobą... - desperacko zaczął ją tłumaczyć. - Wiele rzeczy było dawno i w wielu sprawach ja sam nad sobą nie panowałem, podobnie jak matka, ale ja bym się nigdy nie zdobył na to co ona. Wydarłem mu swoją od dawna, głęboko skrywaną złość i wyszedłem z trzaśnięciem drzwi.
***
Usłyszałem huk wybuchu. Odrzuciło mnie do przodu. Ostrze wbiło się w jego zwłoki. Tkwiłem nad nim utraciwszy poczucie czasu. Gdzieś za sobą słyszałem płacz i wycie. Płacz i wycie bólu. Ja również cierpiałem. Moje serce cierpiało. Zabiłem go jego własnym mieczem. Mieczem, który podarował dla swego najmłodszego i najdroższego syna. Syna, który stał się jego katem. Zabiłem, można by powiedzieć że "nie chcący", że to był "wypadek", ale nie jestem pewien czy gdyby nie ten wybuch, to bym tego nie zrobił. Ale po raz pierwszy przypadkowo i po raz pierwszy z radością i tak ogromnym bólem. Jeszcze nigdy, nikt i nic, mnie tak nie rozdarło. Nie wiem kim jestem, że śmierć mego ojca stała się dla mnie radością i wyzwoleniem oraz cierpieniem i utrapieniem reszty życia.
***
Stałem nieruchomy. Zza pleców dochodził mnie coraz wyraźniejszy i głośniejszy krzyk kobiety. Ku mnie biegła moja matka, z zapłakanymi oczami, w brudnej i w opalonej sukni, z brudnymi włosami. Rzuciła się ku ciele ojca. Klęcząc nad nim, w rozpaczy tuliła go i całowała po zakrwawionej twarzy. Nie mogłem na to patrzeć. Jak ona mogła po nim płakać? Miałem do niej ogromne wyrzuty, ale jednocześnie ją rozumiałem. Bardzo wiele o tym człowieku nie wiedziała. Pokochała go ogromną miłością, a ja wraz z braćmi nie umieliśmy jej powiedzieć wielu rzeczy, by tylko nie złamać jej serca. Matka płakała i płakała, a ja patrzyłem na to z nieogarniętym bólem. Ten człowiek został znienawidzony przeze mnie jak nie mógł by być nikt inny. A jednak patrząc na żal matki i na jego martwą twarz, czułem cień uczucia, znikome przewidzenie miłości do niego. Miłości do ojca.
Część 22 / 3
***
Matka spojrzała swymi zielonymi, szklącymi się oczami prosto w moje. Przeraziłem się. Jeszcze nigdy tak na mnie nie patrzyła, zawsze wydawało mi się, że matka nie może tak patrzeć. A jednak. - Ty morderco! - wyrzuciła mi z nienawiścią. - Własnego ojca! - łzy ciekły jej po twarzy. - Mój syn bestialsko zamordował swego własnego ojca! Czym on i ja sobie zasłużyliśmy!? - rzuciła puste pytanie. - Za co? Chciałem jej wytłumaczyć. Już dawno wraz z braćmi powinienem to zrobić. Jednak ona nie była w stanie słuchać, musiała wyrzucić z siebie ból. - Ty potworze! Nienawidzę cię! Słyszysz!? Nie jesteś moim synem! Czym ja sobie zasłużyłam!? Jak mogłam urodzić takiego potwora!? Nienawidzę cię! Jej słowa potwornie krzywdziły, ale nie były najgorsze. To jej wzrok. W jej oczach była czysta nienawiść, bez krzty matczynej miłości. Poczułem się odrzucony i znienawidzony, pozbawiony matki. To straszne uczucie.
***
Szybko uświadomiła sobie to co mi zrobiła. Może ktoś jej wytłumaczył. Pisała do mnie mnóstwo listów. Każdy czytałem, a wybaczenie przyszło wraz ze zrozumieniem w jakiej ona była sytuacji. Byłem jednak głupi. Uniosłem się honorem, na żaden list nie odpowiedziałem, nie pojechałem do niej. Po jakimś czasie zacząłem siebie przed samym sobą tłumaczyć. Z dnia na dzień, jedno nakładało się na drugie, aż w końcu utrwaliłem się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem, że matka to co mówiła naprawdę myślała. Po czasie dobudowałem sobie historię, że matka od zawsze mnie nienawidziła. Jaki ja byłem głupi. Teraz już to wiem.
***
Gdy tylko zdążył dopaść mnie upragniony sen, obudziłem się wraz z trzaśnięciem drzwi o ścianę. Ktoś z impetem wparował do mojego pokoju. - Wstawaj! - z panicznym przerażeniem wrzasnął do mnie. Rozpoznałem głos starca. - Co znowu? - zaspany, wybełkotałem. - Ubieraj się i jak najszybciej schodź do stajni! Ja idę pomóc Tibrinowi przy koniach. - Co się stało? - Szybko! Nie ma czasu! - starzec z pośpiechem wybiegł. Dopiero po chwili, gdy dziadek już nie wrzeszczał, doszły mnie inne dźwięki. Pośpiesznie się ubierając, nasłuchiwałem. Na zewnątrz ktoś krzyczał rozkazującym, mocnym, męskim głosem, zaraz potem nakładał się na niego krzyk kobiecej rozpaczy, by chwilę potem ustąpić dziecięcym krzykom, a zaraz po nich ogromnemu rumorowi i chwili ciszy, po której scena się powtarzała, jeszcze głośniej, jeszcze straszniej. Wybiegłem z pokoju, przemknąłem przez hol, niemalże przeleciałem nad schodami, ledwo uniknąłem upadku i wpadłem do sieni. Pomieszczenie było ciemne, w skąpym świetle księżyca wpadającym przez okna, widać było mnóstwo sylwetek. Słyszałem ciche głosy kobiet i dzieci. Powoli, z mozołem, zacząłem przedzierać się do bocznych drzwi. Pomieszczenie po cichu rozbrzmiewało jękami, szlochem i płaczem. Przedzierając się przez tłumy kobiet z dziećmi, chciałem z początku którąkolwiek zapytać co się stało. Słuchając jednak przykrego płaczu dzieci, uznałem że tego nie zrobię. Szybkim krokiem przeszedłem przez spowity czernią ogród. Ponad wysokim murem majaczyła czerwona zorza. Nadal było słychać przerażające dźwięki. Chwilę potem dotarłem do stajni. Z środka dochodziły głośne rżenia i stukot niezliczonych kopyt. Wszedłem. Konie panicznie wierzgały, co rusz któryś walił w drzwiczki od swego boksu z taką siłą jakby chciał je wyłamać. Budynek cały drżał od nieustannych ciosów zadawanych od rozjuszonych zwierząt. Zwierzęce odgłosy przepełnione były czymś przerażającym. Przeszły mnie ciarki. Nie wiedziałem co się dzieje. Byłem jednak pewien, że nic dobrego. W pomieszczeniu było ciemno, jedynym światłem były ogniste błyski wpadające przez rozwarte drzwi, którymi jakiś niewysoki mężczyzna wyprowadzał dwa niebezpiecznie wierzgające mu konie. Zacząłem biec ku niemu, dźwięki się nasilały. Stajnia była wyjątkowo długa. Wbiegłem w smugę światła, które mnie oślepiało. Przebiegłem przez drzwi i momentalnie zrozumiałem skąd te odgłosy.
Część 33 / 3
***
Część budynków stała w ogniu, inne były częściowo zniszczone. Na miasto co rusz spadały ogniste pociski. Ulice pełne były zrozpaczonych ludzi. Przez miasto nieustannie przewijała się fala paniki. Kilkanaście kroków ode mnie był kamienny budynek. Tuż pod jego ścianą stał Tibrin wraz ze starcem i końmi. Podbiegłem do nich. - Gdzieś ty był!? - wyrzucił mi starzec próbując przekrzyczeć chaos. - Co się dzieje!? - zapytałem najgłośniej jak potrafiłem. - Nie wiemy! To chyba jakiś atak! Musimy uciekać! Chodźcie za mną! - ruszył wolnym krokiem. Chwilę potem się odwrócił i spojrzał na Tiba. - Nie wsiadaj na konia głupcze! - ryknął z całych sił swego głosu. - Spłoszy się i cię zrzuci! - wrzasnął równie potężnie. Tib opuścił nogę jak porażony. Po chwili jednak dziadek dużo spokojniej dodał. - Trzymajcie lejce tak mocno jak tylko potraficie! Konie nie mogą się nam spłoszyć! Nie mogą! Rozumiecie!? - dobitnie wrzasnął. - Chodźcie za mną! - powtórzył rozkaz. Posłusznie ruszyliśmy ostrożnym krokiem wzdłuż kamiennej, w miarę bezpiecznej ściany. Gdy nagle nad nami przeleciał żywy ogień i uderzył w stajnię tuż przy ziemi. Szczęście, że budynek miał do wysokości około jednego metra kamienną podstawę, co chwilowo uchroniło drewnianą konstrukcję przed zajęciem się ogniem. Tib widząc to, klepnął mnie po plecach i wsadził mi w ręce lejce od swego konia, po czym rzucił się biegiem do stajni. - Głupcze! - wrzasnął starzec widząc Tibrina. Gdy odwróciłem głowę, do ucha wpadły mi przerażające rżenia koni. Nie wiem skąd się to uczucie we mnie wzięło, ale poczułem ogromne współczucie dla tych istot uwięzionych w pułapce i skazanych na ślepy los. Puściłem się biegiem w ślad za przyjacielem. - Niech was szlag trafi! - zawołał starzec przywiązując do balustrady lejce i chwilę potem ruszając za nami.
***
Budynek jeszcze się nie zajął ogniem i całe szczęście, bo gdyby było inaczej nie dalibyśmy rady pomóc tym zwierzętom. Rozwarliśmy ogromne drzwi na całą szerokość i zaczęliśmy wypuszczać konie z boksów. Uciekały tak szybko jak tylko potrafiły. To było wielkie uczucie wiedząc, że być może ocaliliśmy im życie. Konie to wspaniałe zwierzęta, ale jakże niedoceniane.
***
Drogi szybko pustoszały. Kobiety i dzieci w popłochu sunęły ku świątyni, kustomowi, bądź ku cytellinie, z nadzieją znalezienia schronienia w podziemiach. Niektóre kobiety zdecydowały się na szukanie bezpieczeństwa w tawernie, jako że był to budynek nieco dalej położony od cytelli, z czego miał większe szanse na ocalenie. Ton ewakuacji nadawało pięć dzwonów wrodzkich, bijących z całą swą siłą. Przez miasto nieustannie przetaczały się pomniejsze głosy dzwonów posterunków poza grodzkich, jak również marszowe nawoływania gongów z baszt i jeden potężny, nieustający ryk tuby wojennej. Każdy dosłyszany odgłos był nieocenioną informacją dla dowódców, że poszczególne posterunki jeszcze się trzymają. Przechodziliśmy pod kamiennymi…