akcja · 6 godz. czytania
Przedsionek piekła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Wcześniejsze losy Kuby są opisane w powieści "Szklana góra"
Motto:
Starsze ode mnie twory nie istnieją, ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją. Na bramie piekieł ten się napis czyta, o treści memu duchowi kryjomej.
(Dante Alighieri, Boska Komedia)
Rozdział pierwszy
Jeszcze był młody, ale te piękne beztroskie lata już się kończyły, niedługo wódka tak nim miała zacząć pomiatać, że miał się pogubić i pomylić w życiu kierunki. Zaczynały się dla niego schody, po których z narastającą rozpaczą miał zacząć zstępować w gęstniejącą ciemność. Najlepiej zawołajmy do niego na początku powieści, sam przeżywał, niech więc sam rozpocznie opowiadać swoją historię. – Kuubaaa... Wołanie wypełniało przestrzenie i przenikało przez czasy, szukając, rozciągało się w przeszłość. – No słucham, kto to do mnie woła? – No, jak to kto? Twoi czytelnicy, przeczytaliśmy opowieść o szklanej górze i jesteśmy ciekawi twoich dalszych losów. Opowiesz nam więcej o swoim zakręconym życiu? – Opowiem, ale nie będzie to opowieść pogodna, chociaż na końcu mrocznego tunelu zabłyśnie światełko. Właściwie, to mam na imię inaczej, ale Kuba nazywała mnie w dzieciństwie mama, a później koledzy i Julia, niech więc tak zostanie. Mam na imię Kuba i jestem szukającym szklanej góry wędrowcem. Obecnie jest lato tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku, niedawno się ożeniłem, ale ciągle nie znam, nie rozumiem świata. Rok mojego ślubu był rokiem, w którym alkoholizm zaatakował mnie frontalnym atakiem i rozpocząłem z nim bezpardonową walkę na śmierć i życie. Wódka stała się moim czarnym słońcem, wokół którego zacząłem krążyć po orbicie nałogu. Odezwałem się do was z przeszłości, ale trudno jest rozmawiać przez przestrzenie czasu. To wszystko działo się przecież tak dawno. Zamyśliłem się, zadumałem, zamilkłem i więcej się już prawie nie będę odzywał, będę słuchał opowieści o swoim wirtualnym bliźniaku.
Królewicz i królewna
Z dala od rodzinnego domu, z dala od dawnych znajomych zamieszkał Kuba z żoną u teściów w pobliskim mieście. Nowożeńcy mieli na piętrze osobny pokój, ale obca rodzina wyznaczyła mu w swoim stadku rolę czarnej owcy, co przy braku wsparcia żony sprawiło, że zaczął żyć w ciągłym stresie. Wrodzona podatność na uzależnienia w połączeniu z dyskomfortem psychicznym i powszechnym pijaństwem w pracy popychała go coraz mocniej w ramiona wódki. Atakowany przez sprzyjające alkoholizmowi czynniki, nie miał szans w nierównej walce, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedział. Tragedią młodego człowieka w początkach alkoholizmu jest to, że wie o nim tak mało, tragedią starego na łożu śmierci jest to, że wie o nim tak dużo i tak późno. Przeminęła jesień i zima, i nadeszła jego pierwsza wiosna po ślubie. Co można o niej powiedzieć, oprócz tego, że była pijana? Może tyle wystarczy, bo to naprawdę niemało. W innym mieście wychowany, w innym teraz mieszkał, a jeszcze w innym pracował i w drodze do pracy przejeżdżał pociągiem przez rodzinne miasto, patrząc o poranku, jak się budziło do życia. Wie- czorem zasypiało, kiedy wracał pijany, wstępując na dancing do znajdującej się w pobliżu domu hotelowej restauracji. Wciskał odźwiernemu w łapę dwieście złotych i siadał samotnie w kącie sali przy kawie i lampce koniaku. Sączył powoli alkoholową miksturę i przepijając kawą, obserwował beznamiętnym wzrokiem tańczące na parkiecie kobiety. Specjalnie mu na nich nie zależało, bo nie przypominały jego wyśnionej królewny ze szklanej góry. I tak to trwało do pewnej soboty, kiedy dostrzegł awanturującą się z odźwiernym dziewczynę, która usiłowała się siłą wedrzeć na salę. Za nią stało czterech adiutantów i w milczeniu obserwowało przebieg potyczki. W spranych niebieskich dżinsach i kolorowej bluzce, potrząsała na rękach bransoletami, rozsypując po ramionach sfalowane jasne włosy. W pewnym momencie chwyciła odźwiernego za klapy liberii i naciągnęła mu na oczy daszek czapki, i wtedy usiłował zamknąć przed nią drzwi, ale zablokowała je nogą. Podniósł się od stolika, podszedł do odźwiernego i wcisnąwszy mu w rękę pięćset złotych, powiedział żeby wpuścił dziewczynę. Rozglądnęła się spokojniej po wejściu, spojrzała na niego przytomniej i zapytała. – To ty mnie wpuściłeś do środka? – No, ja. – A czemu, jak cię o to nie prosiłam? – Bo szukam królewny. – Nazywają mnie księżniczką. – No, to masz szansę zostać królewną. – Jesteś królewiczem? – No, pewnie. – To powiedz temu halabardnikowi, żeby wpuścił moich paziów – pokazała na odźwiernego. Odźwierny zacisnął pięści, ale wcisnął mu w rękę drugie pięćset złotych i wpuścił pozostałą czwórkę, usiedli wszyscy razem przy jego stoliku. Zaraz na początku paziowie chcieli mu nawtykać, bo zamówił koniak i kawę tylko dla księżniczki, ale dziewczyna momentalnie ich uspokoiła. Jak na razie miała na nich wpływ, nie wiadomo, co by było później. Nigdy się tego nie dowiedział, bo odźwierny zaczął go do przywoływać konspiracyjnym gestem, a kiedy do niego zaciekawiony podszedł, to złapało go pod pachy dwóch milicjantów i po chwili już jechał suką do izby wytrzeźwień. I tak to po raz pierwszy znalazł się w tarnowskiej izbie wytrzeźwień, która podobnie, jak goszcząca go wcześniej dwukrotnie krakowska, również miała pomalowane na biało ściany. Wyciągnąwszy z wcześniejszych pobytów właściwe wnioski, tym razem unikał awantury i poszedłszy spokojnie na salę, skulił się na łóżku pod pachnącą czystością pościelą. Przez chwilę jeszcze tęsknił za śliczną dziewczyną o pełnych nadąsanych ustach, a później zasnął. Na drugi dzień poszedł do odźwiernego po teczkę z dokumentami. – Martwiłem się o pana i wezwałem milicję – wyjaśnił odźwierny. – A pańską teczkę zabrali milicjanci. Poszedł więc na komendę, gdzie dobrze znali jego niedoszłą królewnę i co ciekawe, znali jako księżniczkę. – To z księżniczką się pan zadaje?! – wołał do niego patetycznym głosem oddający mu teczkę sierżant, a jego koledzy przytakiwali głowami. Nie wiedział o co w tym wszystkim chodzi i nie chciał wiedzieć, zabrał teczkę i pojechał do pracy, dziękując opatrzności, że tak to się wszystko skończyło, a nie gorzej. Nie poszedł już później więcej do tej restauracji na dancing. Nie spotkał też już więcej księżniczki, którą pod wpływem alkoholu chciał uczynić swoją królewną, zapomniawszy po pijanemu, że jej księstwo leży zbyt daleko od jego królestwa.
Trzydzieści kwiatów
Dochodziła północ, kiedy wrócił pijany do domu i pobiegł wezwać karetkę. – Żona rodzi – wyjaśnił na pogotowiu. Nie było daleko, ale siąpiła mżawka i kiedy przybiegł pijany i przemoczony na pogotowie, to popatrzyli na niego z dezaprobatą i powiedzieli, że zaraz przyjadą. Nie zaproponowali, że go podwiozą, więc pobiegł z powrotem i czekał na nich przed domem przy furtce. Rano kazał się obudzić o godzinę wcześniej i przed wyjazdem do pracy poszedł się dowiedzieć do szpitala, co słychać. Wędrował przez rynek w szarym przedświcie budzącego się miasta, a kiedy zobaczył rozkładającą towar kwiaciarkę, przystanął niezdecydowany i spoglądał na kwiaty z namysłem. – Kupi pan? – zapytała zachęcająco. Wsadził rękę do kieszeni i zobaczył, że po wczorajszym pijaństwie pozostał mu tysiączłotowy banknot. – Niech pani da – powiedział. – Ile? – Za tysiąc złotych. – Za tysiąc?! – Za tysiąc. – To ile? – A który dzisiaj? – Trzydziesty kwietnia. – To niech pani da trzydzieści, piętnaście gerberów i piętnaście goździków. Poszedł z naręczem kwiatów do szpitala i zastanawiał się po drodze, czy będą potrzebne. Były, położna powiedziała mu, że ma syna, wzięła kwiaty i po chwili przyniosła mu od żony króciutki liścik. Przeczytał i miał nadzieję, że teraz już wszystko będzie dobrze, było... dopóki trzydzieści kwiatów nie zwiędło. Po narodzinach syna, poszedł do poradni odwykowej, w której opowiedział pielęgniarce o swojej pijanej chorobie i poprosił, żeby mu pomogła wyzdrowieć. Zaproponowała, żeby zażywał anticol, tabletki, po których nie wolno pić alkoholu, bo zamieniają go w truciznę. – Po zażyciu tabletki – ostrzegła pielęgniarka. – Nie wolno się panu napić przez czterdzieści osiem godzin, bo może pan umrzeć. A potem sprezentowała mu szklaną fiolkę, dwadzieścia tabletek, i kazała zażywać, co drugi dzień po jednej, a daty zażywania zapisywać dla pamięci w dzienniczku. I tylko tyle, i nic więcej! Tak beznadziejnie w owych czasach wyglądało leczenie alkoholizmu. O psychoterapii, o grupach wsparcia można sobie było tylko pomarzyć. Gdzieś tam na zachodzie już istniały Grupy Anonimowych Alkoholików, ale w rządzonej przez komunistów Polsce, ciągle jeszcze piszczała biedna dulszczyzna i kołtuńska kołtuneria. Po zażyciu tabletki odbijało mu się nieprzyjemnie denaturatem, ale miało to tę zaletę, że mu przypominało, że mu się nie wolno napić. Podczas wymuszonej tabletkami abstynencji, przyhamował swój upadek, ale po miesiącu zaczęło go tak mocno ciągnąć do wódki, że przerwał zażywanie antabusów i po odczekaniu czterdziestu ośmiu godzin strzelił kielicha. Piętnaście minut później poczuł uderzenie krwi do głowy i serce zaczęło mu walić jak młotem. – Co się dzieje?! – pomyślał wystraszony. Nie wiedział, że jedna tabletka pozostawia w organizmie śladową resztkę, ale zażytych w ciągu miesiąca piętnaście skumulowało piętnaście resztek i dwie doby karencji, to było za mało. Pomimo tak groźnych objawów, same tabletki nie potrafiły go powstrzymać od pijaństwa. To było zatykanie palcem kranu, który trzeba zakręcić poprzez psychoterapię. W jego życiu zaczęły się teraz przeplatać okresy pijaństwa z wymuszoną tabletkami abstynencją. Wytrzymywał bez alkoholu około miesiąca, a później przestawał zażywać tabletki i wracał do picia. Okres karencji pomiędzy odstawieniem tabletek, a sięgnięciem po kieliszek, przeważnie bywał za krótki i następowało zderzenie alkoholu z resztkami trucizny. Walcząc z pijaną chorobą, wielokrotnie dawał w zastaw własne życie.
Maruder pokolenia
Niewiele pamiętał z pierwszego lata po ślubie, bo pił bez opamiętania. W lipcu miał przywieźć mamę do opieki nad dzieckiem, bo wybierali się z żoną na wesele jej brata, ale nie przywiózł, bo mu wódka nie pozwoliła. Obudził się skacowany w prawie pustym domu, domownicy pojechali na wesele, żona w milczeniu kołysała wózek z dzieckiem. Popatrzył umęczony przez okno, wypił garnuszek wody i położył się z powrotem, a pod wieczór teściu wrócił z wesela, żeby zaopiekować się dzieckiem, więc się zwlókł z łóżka i pojechali z żoną taksówką na weselną potańcówkę. Zadaszona celtą scena do tańca znajdowała się w ogrodzie i przez rozdarcie w celcie padało na tańczących światło księżyca i to były właściwie jego jedyne jasne chwile na tym weselu. Na szczęście tym razem nie sięgnął po kieliszek, czując na kacu obrzydzenie do wódki. Kilka dni później wracał nocą pijany z pracy i wdał się w bójkę z zaczepiającym go lumpem. Usiadł na ziemi, kiedy krew z rozbitej kamieniem głowy zaczęła mu zalewać oczy. – Słabo mi – wyszeptał, kiedy napastnik zabierał mu portfel. Przez chwilę siedział zamroczony, a później się dowlókł do domu i rzucił półprzytomny na łóżko. Na drugi dzień nie pojechał do pracy, bo przy wstawaniu upadł na podłogę, więc się położył z powrotem, a wieczorem pokuśtykał, pojękując na pogotowie, skąd go zawieźli karetką do szpitala, w którym przeleżał dwa tygodnie. W czwartym dniu choroby odnalazła go rodzina, bo do tej pory nie wiedzieli, co się z nim dzieje. Kiedy się poczuł trochę lepiej, to leżący z nim na sali karciarz namówił go do gry w partyjki. Zorientował się po przegraniu dwóch piw, że ma do czynienia z szulerem, więc powiedział do niego przez zęby z hamowaną agresją. – Nie kupię ci tych piw i więcej już z tobą grał nie będę. – Długi karciane, to długi honorowe, a honorowe długi należy spłacać – karciarz usiłował mu wjechać na ambicję. – Jakie tam honorowe – odparował. – Karciarstwo tak się ma do honoru jak twoje połamane nogi do zdrowych. Specjalnie tak odpalił, bo wiedział, że karciarz leży w szpitalu, bo ograł uzależnionego od hazardu nieszczęśnika, który mu później w odwecie połamał nogi. Wracał przez park po wyjściu ze szpitala, mrużąc oczy w promieniach radośnie świecącego słońca. Po niebie płynęły żagle obłoków, a pośród liści śpiewały ptaki. Spoglądał na piękno świata i żałował skradzionej przez alkohol wolności. Jak to się stało, że wdał się w bójkę z tym o wiele od niego młodszym lumpem? No cóż, od wódki rozum krótki, coraz bardziej zostawał w tyle, przeganiało go następne pokolenie.
Dżinn w dymionie
Po wyjściu ze szpitala zapomniał o przykrościach i zaczął się znowu rozglądać za wódką. Na dymion młodego fermentującego wina natknął się przypadkowo na strychu, zaglądnąwszy za szafę. – Tu cię przede mną ukryli – wyszeptał ucieszony. – Bul, bul, bul... Zabulgotał uwięziony w środku dżinn, próbując się z nim skontaktować przez tkwiącą w korku szklaną rurkę. Od tej pory zaczął się zakradać za szafę i pociągać wino z dymionu przez gumowy szlaufik. I tak to trwało do pewnej niedzieli, kiedy go żona zachęciła, żeby się wybrał z dzieckiem do parku na spacer. Na początku zmilczał, ale po chwili powiedział, że pojedzie, bo przecież bardzo lubił swojego trzymiesięcznego synka. Znieśli z żoną wózek do ogrodu i przez chwilę patrzył, jak żona przygotowuje malucha do drogi, a później nie wytrzymał i zakradłszy się na strych, przyssał się przez szlaufik do wina. Przestał pociągać, kiedy mu zaczęło brakować oddechu. Przepełniony żołądek z trudnością mieścił wtłoczone litry i z początku myślał, że zwymiotuje, ale po chwili mu przeszło i zszedłszy na ogród, pojechał z dzieckiem na spacer. Usiadł w parku na ławce i co jakiś czas kołysząc troskliwie wózkiem, patrzył na wznoszące się na środku sztucznego jeziora mauzoleum generała Bema. Przenikający do krwi alkohol coraz bardziej niewolił jego psychikę, serwując mu za lichwiarskie procenty chwilowy błogostan. Coraz jaśniej świeciło słońce i coraz piękniej śpiewały ptaki, a spoczywający w sarkofagu na wysokich kolumnach generał budził w jego wyobraźni wzniosłe myśli. – Walczył o naszą i waszą wolność u boku bratanków Węgrów, żołnierze nazywali go ojczulkiem Bemem – rozmyślał. – Szkoda, że nie żyłem w tamtych czasach i że nie mogłem u jego boku walczyć. Wrócił z obłoków na ziemię, kiedy wypite litry zaczęły się domagać ujścia. Coraz bardziej pijany, chodził co chwila w pobliskie zarośla popatrzeć na rower i w końcu, za którymś tam razem nie potrafił odnaleźć śpiącego w wózku dziecka. Stanął zaniepokojony i zaczął nasłuchiwać, czy nie usłyszy płaczu i po chwili faktycznie usłyszał, ale w ustaleniu kierunku, przeszkadzały mu wrzaski skrzeczącej na pobliskim drzewie sroki. – Koncertów jej się zachciało – mruknął i podbiegłszy do drzewa, zaczął potrząsać gałęzią. Zlokalizował wózek po wypłoszeniu ptaka i podszedłszy do dziecka, zauważył że stojąca w pobliżu kobieta z małą dziewczynką przyglądają mu się z podejrzliwym zdziwieniem. – Pyskowała – pokazał na drzewo. – Kto pyskowała? – zapytała dziewczynka, na co odpowiedział, że sroczka, ale już nie pyskuje, bo uciekła. – Niech pan szybko wraca z dzieckiem do domu, bo jak nie, to wezwę milicję – usłyszał za sobą głos kobiety. Nie odpowiedział, ale zdając sobie sprawę z narastającego zamroczenia, ruszył z dzieckiem w powrotną drogę, starając się jak najszybciej dotrzeć szczęśliwie do domu. Zostawił wózek z maluchem w ogrodzie i wyniósłszy się cichaczem na górę, nasłuchiwał z balkonu, jak zszokowana żona nadaje oburzonym głosem. – Gdzie pił i kiedy?! Pojechał trzeźwy na spacer, a po dwóch godzinach wrócił kompletnie pijany! Po kilku dniach zakradł się na strych ze szlaufikiem, ale dymionu już za szafą nie było. Nie wiadomo, co się z winem stało, gdzieś znikło? Wyparowało? Pięćdziesiąt litrów nie da rady, bez przesady, zmiarkowali i schowali.
Razówa
Część 22 / 6
Znajdująca się przy bocheńskim rynku knajpa nawiązywała nazwą do patronki górników, ale tyle miała z nią wspólnego, co rum z rumakiem. Owego dnia popijał w Barbórce po pracy do wieczora, a kiedy o dziesiątej zamykano knajpę, to kupili z kolegą butelkę wódki i poszli do niego na dalszą popijawę. Podczas libacji tak iskrzył dowcipem, że żona kolegi zaczęła go dyskretnie przywoływać do kuchni, a kiedy zignorował jej zaloty, to wróciła obrażona do pokoju i postanowiła się zemścić. – Niech ci się nie wydaje, alkoholiku, że jestem od ciebie gorsza – rzuciła zaczepnie. – Nie zawsze byłem alkoholikiem i mam nadzieję, że się kiedyś z tego wykaraskam. – Tyś się już taki urodził! Uśmiechnął się w odpowiedzi pogardliwie i wtedy go uderzyła w policzek, a kiedy się znowu uśmiechnął, to uderzyła go po raz drugi. Nie chciał jej oddać, więc zapłakał po cichu, żeby rozładować emocje i spoglądał ze współczuciem na drzemiącego przy stole kolegę, któremu żona na prawo i lewo nagminnie przyprawiała rogi. Płakał, bo nikt się nie rodzi alkoholikiem, bo alkoholizm nie jest dziedziczny, ale nie próbował jej tego tłumaczyć, bo i tak by nie zrozumiała, bo nie chciała zrozumieć. Po kilku dniach spotkał ją na ulicy i zapytał za co dostał po twarzy, a potem dodał, że zachowała się jak razówa. – Co to znaczy razówa? – zapytała. – To taka prosta prymitywna kobieta wychowana na razowym chlebie – wyjaśnił, a później się uśmiechnął i odszedł. Koledzy mu później wspominali, że razówa się chwaliła, że go zbiła po twarzy, ale nie powiedziała za co. Takie z niej było ladaco, które nie mówiło całej prawdy. Należy mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, bo półprawdy są perfidnym kłamstwem, czyli grzechem przeciwko ósmemu przykazaniu Dekalogu i dopiero odwołanie kłamstwa sprawia, że otrzymane przy spowiedzi rozgrzeszenie jest ważne.
Dwa światy
Plątał się owego upalnego poniedziałku po bocheńskich knajpach, we wtorek pił dalej po tarnowskich i w środę rano obudził się w tarnowskiej izbie wytrzeźwień. W pierwszej chwili po przebudzeniu nie mógł się zorientować, gdzie się znajduje i ze zdziwieniem rozglądał się po sali, patrząc na pochrapujących towarzyszy niedoli. Wypuścili go razem z nimi o szóstej rano i poszli całą skacowaną ferajną pod otwierany o siódmej bar piwny. – Nowy? – zapytali starzy weterani, kiedy stanął z całym stadem pod barem, czekając na otwarcie wodopoju. Skinął w milczeniu głową, bo nigdy dotąd nie pił na klina, ale skoro wszyscy ciągle o tym klinie tyle mówili, to postanowił w końcu sprawdzić, jak to jest z tym klinowaniem naprawdę. Po otwarciu baru przebierające racicami stadko gruchnęło z pomrukiwaniem do środka i ustawiło się pokornie przy ladzie, za którą królowała wszechwładna bufetowa. Wziął podany kufel piwa i zaczął popijać z udawaną łapczywością, a kiedy ktoś go współczująco poklepał ze zrozumieniem po plecach, to tak go to wzruszyło, że postawił wszystkim kolejkę. Po drugim kuflu poczuł z powrotem szmery, ale alkohol już go trzeciego dnia pijaństwa nie cieszył. – Co ty wyprawiasz?! – krzyczała jego zrozpaczona dusza. – Gdzie ja będę mieszkać, jak ty się rozlecisz?! – wołała i szarpała alarmująco ze szlochem za sznury wszystkich dzwonów, jakich tylko zdołała dosięgnąć. Nie potrafił tego słuchać i strzeliwszy niedopitym kuflem o ścianę, wyskoczył z baru i chodził półprzytomny po mieście. Zasłonił uszy, kiedy usłyszał wycie przejeżdżającej karetki, a później wszedł do sklepu i kupił za ostatnie pieniądze dwa najtańsze wina owocowe, pędzone z odpadowych jabłek. Kupił, chociaż wiedział w jakich obskurnych warunkach je produkują, bo jeździł swego czasu po winiarniach na reklamacje i widział stosy gnijących jabłek, po których biegały z długiomi ogonami spasione szczury. Podczas produkcji sypano w te fermentujące pomyje wory żółtej siarki, która później przeżerała pijącym rozum, żołądek i wnętrzności. Wiedział o tym wszystkim, ale w trzecim dniu pijaństwa było mu już wszystko jedno, więc kupił te dwa wina, które sprzedawczyni zapakowała mu do papierowej torby i powędrował z nimi w poszukiwaniu kompanów do picia. Plątał się po ulicach, udając że nie słyszy trąbiących samochodów i pomstujących ne niego kierowców. Kiedy papierowa torba w końcu pękła i jedno wino się rozbiło na ulicy, poszedł dalej z drugą butelką w ręce. Tym razem z winem na widoku szybko znalazł towarzystwo i poszedł z trzema nieletnimi podrostkami na peryferie miasta. Och, jak przyjemnie tak było płynąć poprzez zielono falujące prerie. Koniki polne potrącały kielichy kwiatów i na trawę wylewały się upajająco pachnące ambrozje, do których podlatywały rozradowane motyle. – No i z czegóż się tak cieszycie? Czyż to jest powód do radości, że niebiańsko pachnie zielona trawa? – dziwiły się motylom czerwone maki, otulając się szczelniej w dostojne purpurowe płaszcze. – Och, jakież wy macie piękne królewskie suknie – szeptały do maków modre bławatki, a pijane szczęściem motyle zapalały nad łąką kolorowe błyskawice. Cały ten zachwycający świat istniał dla niego, jakby po drugiej stronie pancernej szyby, przez którą nie potrafił się przedostać. – Gdzieś przecież musi być do tego swiata jakaś ukryta brama – szeptał z rozpaczą, śledząc śmigające jaskółki. Kreśliły na niebie kod dostępu, ale nie potrafił go odczytać, bo po pijanemu przestawał rozumieć ptaki. – Niech pan da, to poniesiemy to wino – zaproponowali młodociani kumple, a kiedy im przyzwolił, po chwili gdzieś znikli z butelką. – Tam poszli – pokazywał mu jakiś chłopak, ale udał, że nie słyszy, bo wiedział, że jakby doszło do zwady, toby sobie z nimi nie poradził. Stał, rozpłaszczony na rozdzielającej dwa światy szybie i tęsknił za tamtym znajdującym się po drugiej stronie światem, w którym królewny rzucały rycerzom z okien zamków białe lilie. A później się odbił od tej pancernej szyby i poszedł do poradni, w której swego czasu dano mu do zażywania zabraniające picia zaporowe tabletki... Jest gdzieś życie piękniejsze i nowe, i żyć warto, i wytrzeźwieć warto, trzeba unieść ku niebu głowę, zacerować duszę rozdartą.
Propozycja awansu
Wszedł do poradni, odszukał zapamiętaną z wcześniejszej wizyty pielęgniarkę i zaczął płakać z głową opartą o biurko. – Czy mnie pani jeszcze pamięta? – zapytał zrozpaczonym głosem. – Pamiętam, antikol panu nie pomógł? – Nie pomógł, ja już tak dłużej nie mogę! – Zawieziemy pana na zamkniętą terapię. Kiwnął z wdzięcznością głową i dalej siedział, i płakał. Rzutka była, energiczna, uruchomiła właściwe sprężyny i po chwili już jechał karetką do odległego o osiemdziesiąt kilometrów Krakowa. Siedział przygnębiony, zatopiony w niewesołych myślach, ożywił się trochę, kiedy przejeżdżali przez jego rodzinne Brzesko. Masywną bryłę krakowskiego szpitala, ocieniały drzewa wiekowego parku. Dochodziła czwarta po południu, kiedy go przywieźli i na oddziale już nie było ordynatora, więc położono go chwilowo na sali z nienormalnymi, z takimi którym wódka wypłukała rozum. Spacerowali po korytarzu tam i z powrotem jak zamknięte w klatce zwierzęta. Korytarz był tak zadymiony od papierosowego dymu, że na ściennym zegarze nie można było odczytać godziny. Podszedł do niego mężczyzna w sportowym dresie i poprosił o papierosa, a kiedy wyciągnął z kieszeni paczkę, żeby go poczęstować, to natychmiast ustawiła się za mężczyzną kolejka chętnych. – Nie częstuj, bo nie nastarczysz – roześmiał się rozmówca i odciągnął go w stronę okiennej niszy. – Widzisz, tak naprawdę, to ja mam papierosy, ale szukałem pretekstu, żeby z tobą porozmawiać – zagaił mężczyzna, kiedy już stanęli przy oknie. – Mam dla ciebie propozycję i na początek chciałbym cię zapytać o imię. – Kuba. – A więc słuchaj Kuba uważnie, bo to sprawa wagi państwowej. Po tym wstępie rozmówca rozejrzał się podejrzliwie na boki i zaczął wyjaśniać ściszonym głosem. – Widzisz, Kuba, ja jestem kosmicznym oficerem i chciałbym cię zwerbować do współpracy, czaisz o co mi chodzi? – Nie za bardzo. – Powiem wprost, bo mam do ciebie zaufanie, jestem międzygalaktycznym oficerem i otrzymuję z centrali telepatyczne przekazy. Ty tak samo będziesz takie otrzymywał, ale dopiero po odbyciu stażu, a na razie będziesz mi podlegał i będziesz wykonywał moje rozkazy. Czaisz o co mi chodzi? – Kapuję, ale rezygnuję, bo nie chcę współpracować z kosmitami. – Mógłbym ci płacić papierosami za każdą zatwierdzoną przez centralę informację. – Mam zamiar rzucić palenie. – A jakby cię od razu zrobili generałem? Tutaj werbownik spojrzał na niebieską sportową koszulę Kuby z patkami i zaproponował, żeby wyhaftować na nich po dwie gwiazdki z wężykiem. – Wyhaftujemy ci, Kuba, na naramiennikach generalskie identyfikatory i zostaniesz od razu generałem dywizji. Jak chcesz, to pójdę do pielęgniarki i powiem, żeby ci wyhaftowała. – Nie chcę. – Na pewno nie pozwolisz się zwerbować? – Na pewno. Kiwnął rozmówcy na odchodne głową i wtedy oficer ryknął na cały korytarz. – Baaaczność!!! – Musiał ich wcześniej zwerbować – pomyślał, widząc jak połowa spacerujących zastygła w bezruchu z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała. – Kosztują mnie codziennie kilka paczek papierosów – oficer z dumą pokazał na znieruchomiałych agentów. Oddalił się pospiesznie od kosmicznego oficera, żeby go nie utożsamiano z jego galaktycznym wojskiem. – Zwerbował pana? – zapytała przechodząca pielęgniarka, na co w odpowiedzi pokręcił przecząco głową. Spacerował po korytarzu, uśmiechając się z goryczą, że na zakończenie trzydniowego pijaństwa, alkohol chciał go awansować na generała swojego oszalałego wojska. Zacisnął gniewnie usta i postanowił się stąd jak najszybciej wydostać. – Tak nie można – wyjaśniła pielęgniarka, kiedy powiedział, że chce wracać do domu. – Musi pan poczekać do jutra i porozmawiać z ordynatorem. Kolacja była niesmaczna, dwa plasterki żółtego sera, dwie kromki chleba i garnuszek kawy zbożowej z mlekiem. Przełykał na siłę, patrząc z zazdrością na mlaskających sąsiadów, zmuszał się do jedzenia, bo bał się, że zasłabnie z głodu w trzecim dniu alkoholowego postu. Niewiele nocą pospał, bo na sali pochrapywali. Kilka minut po ósmej rano był już u ordynatora w gabinecie. Wyjaśnił, że się chce wypisać na własne żądanie i czekał zaniepokojony na reakcję. Ordynator przez chwilę pomilczał, a później popatrzył w papiery i powiedział. – Ale przecież pan się chce leczyć z alkoholizmu. – Już mi się odechciało. – Dlaczego? – Bo nie jestem alkoholikiem. – Przez jedną noc pan wyzdrowiał? – W ogóle nie byłem chory, tak mi się tylko po pijanemu ubzdurało, bo alkohol potrafi wmówić zdrowemu chorobę. – Albo choremu, że zdrowy! Jest pan inteligentnym człowiekiem, a takich najtrudniej leczyć, bo mają silnie rozbudowany system iluzji i zaprzeczeń, rozum bez serca potrafi sobie udowodnić wszystko. – Nic mi się, panie ordynatorze, nie dzieje. – No właśnie, jeszcze pan nie dosięgnął do swojego dna i nie ma się od czego odbić. – Wczoraj dosięgłem, chciano mnie mianować generałem dywizji. – To jeszcze nie było pańskie dno, pańskie dno jest dużo niżej, może nawet w przedsionku piekła. Lekarz obserwował go przez chwilę w milczeniu, a później zadał mu kilka luźnych pytań, na które odpowiedział szybko, błyskotliwie i logicznie. – Jest pan wolnym człowiekiem, więc niech pan wraca do siebie i robi to, co uważa za słuszne – zakończył rozmowę. Skinął lekarzowi na do widzenia głową i pojechał do domu.
Fucha
Po powrocie z Krakowa od kilku tygodni zachowywał abstynencję, przez co podreperował w pracy nadszarpniętą reputację, a kiedy jeszcze do tego dostał od pań w biurze na imieniny elegancki prezent, to uznał, że wszystko jest na dobrej drodze, żeby było jeszcze lepiej. – Chcesz fuchę? – usłyszał od kolegi, budowlańca. – A gdzie ta fucha? – zapytał, bo coraz częściej myślał, żeby sobie na boku dorobić. – Na stadionie. – No, nie wiem. Kolega podniósł słuchawkę i wykręcił numer telefonu. – Mamy, prezesie, również elektryka, będziemy u pana po piętnastej. I tak się rozpoczęła jego pierwsza fucha, czyli nielegalna praca, wykonywana w państwowym zakładzie dla prywatnej korzyści. Pojechał do rodzinnego miasta i skrzyknął starą gwardię, Igora, Olka, Daniela z młodszym bratem oraz dwóch Leszków i Kazka. Dawniej z nimi popijał, ale później on odbił na prawo, a oni dalej maszerowali na lewo i dlatego teraz pracowali u niego. To były twarde chłopy, skuli beton, postawili pod jego kierunkiem słupy i w ciągu dwóch tygodni zarobił na odgromówce dwanaście tysięcy złotych, i zabrał się za zasilanie stadionu. Należało wykopać kilkaset metrów rowu i ułożyć w nim kabel, co wcale nie było łatwe, bo trasa krzyżowała się z drogą i szeroką na kilka metrów rzeczką. Jeżeli chodzi o drogę, to kolega budowlaniec wydrążył mu pod nią na fuchę tunel, ale przy przekraczaniu rzeczki zaczęły się przysłowiowe schody. Wykopano rów pod wodą i po ułożeniu w nim stalowej rury, zaczęto do niej wpychać kabel, a kiedy się ukazał z drugiego końca, to go uwiązano na orczyku do konia. Pogoniono zwiewrzę batem i kabel zaczął się prześlizgiwać w rurze pod rzeką z szybkością węża boa na wyścigach, i wtedy puściły zapory. Rzeka wdarła się do rowu, ale na szczęście cały kabel już był w rowie i chwilę później na stadionie zaświeciły na próbę o północy wszystkie lampy. Tym razem w oparciu o normy i cenniki sporządził tak wysoki kosztorys, że księgowy klubu sportowego nie chciał mu wypłacić pieniędzy. – Należy mi się za innowacyjne podejście do problemu i ryzyko, bo kosztorys przewidywał dla kabla estakadę nad rzeką, a dzięki moim pomysłom i ryzyku, zaoszczędzono czas i pieniądze, i nie zeszpecono sielankowego krajobrazu. – Ja jestem w klubie księgowym i to ja decyduję o pieniądzach – nadawał księgowy. – Nie podpiszę takiej dużej sumy do wypłaty! – Należy mi się, bo faktury są zgodnie z kosztorysem i zatwierdzone przez inspektora nadzoru. – Nie zapłacę! Jak to się stało, że prywatna firma wykonywała taką dużą robotę?! – Bo państwowa robiłaby o wiele dłużej i wzięłaby za robotę o wiele więcej pieniędzy. – Nie wypłacę, bo ja na takie pieniądze muszę pracować dwa lata. – Bo pan nie potrafi wpychać kabla do rury. Siedzące z księgowym dziewczyny pochyliły głowy, żeby ukryć uśmieszki, co doprowadziło księgowego do szewskiej pasji. Powiedział więc grzecznie księgowemu, do widzenia, i wyszedł, żeby nie zaogniać sytuacji. Widząc, że sobie z księgowym po dobroci nie poradzi, poszedł na skargę do powiatowego komitetu partii, gdzie delikatnie zasugerował, że księgowy chce dostać łapówkę i wtedy zdenerwowany sekretarz złapał za słuchawkę, i zatelefonował do księgowego. – No, teraz to już cię oskubią – powiedział do słuchawki i poprosił Kubę, żeby poczekał w sekretariacie. Wyszedł i słuchał przez drzwi, jak księgowy zbiera od sekretarza opieprz, a godzinę później wypłacono mu pieniądze i zaprosił starą gwardię na popijawę do restauracji. Och, jak przyjemnie było tak siedzieć z dawnymi kompanami i wspominać kawalerskie czasy, a do tego jeszcze radość z zarobionych na samochód pieniędzy. Fundował kolegom kolejne donoszone przez kelnerów na tacach baterie wódek i w końcu nie potrafił sobie na trzeźwo z nagromadzonymi emocjami poradzić, i sięgnął po kieliszek, i popłynął. Od owego dnia zaczął pić bez opamiętania, jakby chciał wynagrodzić wódce wcześniejszy okres odtrącenia, kilkutygodniowej abstynencji.
Ingeborga
Zabalował w knajpie po pracy, a wieczorem poszedł na dworzec kolejowy, żeby wracać do domu i na peronie zagadał do jakiegoś mężczyzny i po chwili już gawędzili jak starzy znajomi i w pewnym momencie mężczyzna się pochwalił, że czytał Ingeborgę. – Czytałeś Ingeborgę?! – zawołał do mężczyzny, bo od dawna był zauroczony tą powieścią, zapadła mu w pamięć. Przed wielu laty natknął się na tę książkę przypadkowo w bibliotece i w miarę czytania rozpoznawał w tytułowej bohaterce swoją wyśnioną królewnę ze szklanej góry. Dziewczyna mieszkała pośród dziewiczych podbiegunowych lasów, po których wędrowała otulona w chustę utkaną z krzyku dzikich gęsi, który pogubiły nad puszczami płonącymi jesiennym ogniem. To była piękna opowieść o miłości i po przeczytaniu oddał książkę do biblioteki, ale już bez Ingeborgi, którą schował w swoim sercu, skąd odzywała się do niego od czasu do czasu nostalgiczną melodią. Stawał wtedy zasłuchany, goniąc za dziewczyną zachwyconym spojrzeniem i patrząc, jak biegnie rozśpiewana po leśnych ścieżkach, a porywy jesiennego wiatru zapisują jej melodię na pięciolinii zorzy polarnej. Taka właśnie była Ingeborga i dlatego tak go poruszyło, kiedy usłyszał od mężczyzny, że czytał Ingeborgę i zapytał po raz drugi, żeby się upewnić. – Naprawdę czytałeś Ingeborgę?! – No, czytałem – uśmiechnął się mężczyzna. – No, nie! – zawołał. – Nie możemy tego tak zostawić! Wrócili do miasta i poszli pić do restauracji, rozmawiając podczas popijania o Ingebordze i dopiero kiedy kelnerka przyszła skasować rachunek, to popatrzyli po sobie z namysłem. – Nie masz, Kuba, pieniędzy? – zapytał mężczyzna. – Nie mam, a ty tak samo nie masz? – No, nie mam! – narzekał wielbiciel Ingeborgi. – Po co ja się z tobą wróciłem do miasta. Po dosyć burzliwych pertraktacjach zabrano im urzędnicze teczki, dopóki nie uregulują długu. – Nic się nie martw – pocieszał mężczyznę w drodze na stację. – Skoro to ja ciebie zaprosiłem, to jutro z samego rana pójdę i zapłacę. I rzeczywiście, następnego dnia zapłacił, ale dopiero koło południa, kiedy skombinował pieniądze. – Zapłaciłem za wszystko i kiedy mój kolega przyjdzie po teczkę, to proszę już od niego po raz drugi nie brać pieniędzy, bo się go zapytam i sprawdzę. Nie sprawdził, bo tamtej poetyckiej bratniej duszy już więcej nie spotkał, natomiast co do teczki, to stracił ją niedługo potem ponownie, tym razem na dłużej i o wiele boleśniej. Stojąc przy barze, pił wieczorem w knajpie na tarnowskim rynku, co jakiś czas przekładając z ręki do ręki ciężką teczkę, w której oprócz dokumentów miał ściągniętą z palca obrączkę. Ten, który mu ją ukradł z teczką, najpierw zagaił rozmowę, a gdy się dowiedział o znajdującej się w teczce obrączce, to postawił wódkę. Zapytany o imię, powiedział, że nazywa się szakal i poluje na jego obrączkę, a później postawił kolejną wódkę, a potem kupili pół litra i poszli dalej pić na planty. Kiedy po opróżnieniu butelki szakal zaproponował, że poniesie mu teczkę, podał mu ją z przekorną brawurą i obserwował go spod oka, przywołując do porządku, kiedy się próbował oddalać. I tak sobie szli, i rozmawiali, aż w końcu szakal skoczył w boczną uliczkę i zniknął w sobie znajomych mrocznych zakamarkach, i w taki to posób pozbył się obrączki i teczki. Odczekał tydzień, mając nadzieję, że teczka się znajdzie, a kiedy się nie znalazła, to zaczął odtwarzać utracone kosztorysy i obmiary, to była orka na ugorze. Kiedy już wszystko odtworzył, dostał list od zawiadowcy odległej stacji, żeby się zgłosił po teczkę. Pojechał po nią pociągiem ponad sto kilometrów, ale obrączki oczywiście w teczce nie było. Nie było, bo alkoholizm wystawia za swoje usługi tak lichwiarskie rachunki, że trzeba za nie czasem płacić nawet poświęconą ślubną obrączką.
Zauroczenie
Dni stawały się coraz krótsze, ale jeszcze było dosyć widno, kiedy w drodze do pociągu, przechodząc na ukos przez dworzec autobusowy, zauważył tę wsiadającą do autobusu konduktorkę. Ich spojrzenia skrzyżowały się tylko na chwilę, ale to wystarczyło, żeby jego serce zaczęło szybciej uderzać i prosić. – Zatrzymaj się, Kuba, na chwilę – prosiło. – Zatrzymaj się i tylko popatrz, jaka ona jest piękna. Stanął więc i xnowu spojrzał na dziewczynę, bo nie miał serca odmówić swojemu sercu, a ono wtedy poprosiło o jeszcze więcej tlenu, żeby mogło jeszcze mocniej zapłonąć. Wciągnął więc głęboko powietrze, a później wsiadł do autobusu i poprosił o bilet. – Dokąd? – zapytała. – Do końca, tam, dokąd pani jedzie. Popatrzyła na niego przelotnie, kiedy tak stał stał i czekał na bilet, a ona cała była taka jakaś jasna i srebrna z lnianą grzywką nad niebieskimi oczami i zapatrzył się w te oczy do granicy przyzwolenia, a później poszedł i usiadł z tyłu autobusu, bo przecież nie można tak stać bez przerwy, blokować przejście i gapić się na dziewczynę, i gapić. Kiedy odchodził z biletem, rzuciła mu z ukosa szybkie spojrzenie, w takich spojrzeniach widać najwięcej jak w błysku flesza. Jechał w nieznane, a za oknami zmierzchało i dziewczyna coraz bardziej znikała w mroku, a kiedy w autobusie zostało już tylko kilka osób, to usiadła obok niego i wtedy zaczął przestraszony wyglądać przez okno. Widział majaczący w szybie kontur dziewczyny, ale nie odważył się na nią spojrzeć i dopiero, jak wstała i odeszła, to zaczął żałować, że nie wyciągnął do niej ręki, że nie skorzystał z darowanego mu czasu łaski. A później autobus zajechał do znajdującej się na końcu świata wioski i zaparkował na placyku obok lichego budyneczku, nad drzwiami którego blado świeciła anemiczna żarówka. Wysiadło ich z autobusu tylko troje, kierowca coś powiedział do konduktorki i oboje spojrzeli na niego z namysłem, a później poszli i znikli. Przypuszczalnie mieli gdzieś wynajęty służbowy pokój, w którym nocowali po ostatnim kursie, żeby wcześnie rano dowozić ludzi do pracy. – Jutro będziemy wracali o piątej – usłyszał jeszcze z daleka, a potem otuliły ich ciemności. Stał przy autobusie, podmuchy jesiennego wiatru przenikały jego ciało wyziębiającą drętwotą, alkohol przestawał działać i zaczynał coraz trzeźwiej myśleć. – Po jasną cholerę ja tutaj przyjechałem – zadał samemu sobie retoryczne pytanie i szukając miejsca do spania, zaczął się przyglądać niskiemu parterowemu budyneczkowi. Wyglądał na niezamieszkały, po jednej stronie drzwi znajdowały się dwa ciemne okna, a po drugiej trzecie, oświetlone i zakratowane, ale nie było widać, co w środku, bo miało zaciągnięte zasłony. – No pewnie, że zamknięte – skrytykował się za naiwność po naciśnięciu klamki i zaczął sprawdzać nieoświetlone okna, i o dziwo, jedno puściło i wskoczył do środka. Spojrzał na podłogę zagraconą stertami książek, a później zajrzał przez dziurkę od klucza do oświetlonego pokoju i serce mu zabiło z radości na widok stojących na półce butelek z oranżadą, stanowiących marzenie każdego spragnionego wędrowca. Oblizał spierzchnięte wargi, usiłując przełknąć ślinę, ale gardło miał zaschnięte jak studnia na pustyni zasypana wszystkimi piaskami świata. Rozpędził się po pomieszczeniu, uderzając całym ciałem o drzwi, ale nawet nie drgnęły, więc spróbował wyważyć kopnięciem zamek, ale dał sobie z tym spokój po kilku nieudanych próbach i znowu spojrzał z tęsknotą przez dziurkę od klucza na złociste oranżady. Naliczył na półce, aż dwadzieścia jeden butelek i prawie czuł, jak pije pachnącą landrynkami oranżadę, a z nosa ulatują mu rozkoszne orzeźwiające bąbelki, ale to prawie, robiło zasadniczą różnicę. Wyskoczył na zewnątrz przez okno i zaczął oglądać kratę w oświetlonym oknie, ale to było szukanie dziury w całym. Pomyślał, że poradziłby sobie jakimś łomem, ale zaraz rozszarpał tę złodziejską myśl na strzępy i wskoczywszy z powrotem do pomieszczenia z książkami, ułożył się na rozgarniętych książkach. Obudził się z pierwszą smugą świtu i podniósł z podłogi grube kanciate tomisko w twardej oprawie, żeby zobaczyć co go tak uwierało podczas spania. – Lenin w Polsce – przeczytał i cisnął ze wstrętem do kąta diabelskie wersety ruskiego syfilityka z capią bródką. Przed piątą rano czekał wraz z gromadką ludzi na obsługę autobusu, a później kupił bilet i zajechawszy do pracy na bazę, przeskoczył przez bramę i krzyknął do wybiegającego dozorcy, że swoi. – Co tak wcześnie? – zapytał dozorca, patrząc na niego z uciechą, jak chłepcze wodę z parcianego węża hydrantu. Pił i pił, ale w końcu przestał, żeby się nie rozpęknąć jak smok wawelski. O siódmej rano krzyknął kilka razy ostro do pracowników, udając, że panuje nad sytuacją i wyniósł się do miasta, nie patrząc na ich drwiące natrząsające się z niego uśmiechy. Kupił cztery oranżady i cztery soki pitne z czarnej porzeczki i poszedł się kurować do pustej remontowanej przez jego ludzi apteki. Ułożył się z jękliwym westchnieniem ulgi na workach po cemencie i zaczął na przemian popijać soki i oranżady. Jeden sok, jedna oranżada, jeden sok, jedna oranżada...
Ciemnica
Obudził się wieczorem i poszedł do pociągu, żeby wracać do domu, ale przechodząc przez rynek, spotkał brygadzistę, który polował na jego stanowisko. Pewnego razu pili w mieszkaniu u brygadzisty i zauważył na stole zeszyt, który pracownik na jego widok szybko schował do szuflady. Wyczaił moment, kiedy brygadzista wyszedł do kuchni i po otwarciu szuflady, zorientował się, że robi kurs mistrzowski. – Niepotrzebnie go dopuściłem do sekretów – pomyślał, nie dając po sobie poznać, że się czegoś domyśla. Tego to właśnie brygadzistę spotkał teraz w drodze do stacji i fałszywy przyjaciel zastąpił mu drogę. – Chodź, Kuba, napijemy się po jednym – namawiał, a oczka mu latały na boki jak u jaszczurki. – Nie piję, bo ledwie żyję – skwitował, ale brygadzista nie popuścił. – Tylko po jednym, ja stawiam, jeden kieliszek ci nie zaszkodzi. – Czy ty zrozumiałeś, co ja powiedziałem! – wycedził przez zęby. Wyminął kusiciela i zaszedłszy na stację, usiadł na peronie i czekał na pociąg, ale prześladowca zjawił się po chwili z butelką wódki. – Twoja ulubiona wiśniówka, Kuba – zachęcił, siadając obok niego na ławce. – Chluśniem, bo uśniem. Brygadzista wyciągnął z kieszeni literatkę, nalał sobie połowę, a później jemu do pełna i podsunął mu pod nos szklaneczkę. Wciągnął zapach ulubionej wiśniówki i wypił. – Widzisz, kolego – powiedział do brygadzisty. – Jak zacznę pić, to nie mogę przestać i ty to wyczułeś, i chcesz mnie doprowadzić do upadku, żeby zająć moje miejsce. – Tak, tak – zagadywał brygadzista, uciekając spojrzeniem, żeby nie zdradzić swoich szachrajskich myśli. Siedzieli na peronie i pili, a kiedy opróżnili butelkę, to wrócili do miasta i pili dalej w knajpie do zamknięcia lokalu. Przy wyjściu brygadzista sprowokował awanturę z szatniarzem, a później się gdzieś sprytnie ulotnił, zostawiając go samego na placu boju. Szatniarz zamknął drzwi i zadzwonił po milicję, i po chwili już jechał suką na komendę, gdzie został wrzucony do służącej za areszt piwnicy. Upadając, rozbił głowę o betonową posadzkę. To była prawdziwa ciemnica i z początku myślał, że będzie spał na betonie, ale suwając po ciemku ręką, namacał zbitą z desek pryczę, wbijając sobie w dłoń drzazgę. Nie potrafił zasnąć, zraniona ręka bolała, krew z rozciętej głowy zalewała mu oczy i zasychała strugami na pobrużdżonych umęczeniem policzkach. Ból w zranionej dłoni napływał i odpływał falami, jakby wzburzone morze miotało ogołoconym z żagli, pozbawionym steru okrętem. – Jeżeli chcesz, Panie Jezu, to mnie uratuj, bo do rana, to ja się tutaj całkiem wykrwawię – szeptał zrozpaczony i zdawało mu się, że słyszy dźwięk niewidzialnych klawiszy. – Tak długo będziesz cierpiał, dopóki nie dosięgniesz swojego dna, żebyś się miał od czego odbić, a później o tym wszystkim napisać, ku przestrodze dla siebie i bliźnich. Leży umęczony, nie wie co się zdarzy, krew mu znaczy krwawy makijaż na twarzy, alkohol go niszczy, gorączka przewlekła, wódka go za włosy chce zawlec do piekła. Wódka go za włosy na katorgę wlecze, rzuć pijany nałóg, ratuj się człowiecze. Ratuj się człowieku, nim się Bóg rozgniewa, zanim cię dosięgnie grom z jasnego nieba. Zgrzytnęły o poranku żelazne wrota i wypuszczono go na zalany światłem korytarz, znieruchomiał, oślepiony słońcem. Opadające mu falami na ramiona włosy pozlepiane były zastygłą krwią, a na twarzy porobiły mu się strupy. Zaskoczeni milicjanci zamilkli i spoglądali na niego niedowierzającym wzrokiem. – O Jezu, ale Chrystus! – zawołał w końcu któryś zdumionym głosem. - Ciekawe, dlaczego nas na niego napuścili. Dali mu szmatę z wiadrem wody i kazali pozmywać betonowy korytarz, przy zmywaniu zemdlał i leżał na mokrej posadzce. – Dźwigaj się, dźwigaj! – krzyknął ten, który go wcześniej nazwał Chrystusem. – Dźwigaj się, dopóki cię wódka całkiem nie ukrzyżuje! Nie odpowiedział, zachowując kamienne milczenie. – Mógłbym się gdzieś umyć? – zapytał po zmyciu korytarza. – Masz wiadro – mruknęli. Opłukał się w brudnej wodzie i powycierał krew zapaskudzoną szmatą. Falujące w wiadrze odbicie umordowanej twarzy nie napawało optymizmem na przyszłość. Obraz był niewyraźny, mętny i smutny. Zdawało mu się przez chwilę, że widzi na swojej głowie cierniową koronę. Uśmiechnął się gorzko do swoich udręczonych myśli i poszedł wolno po schodach na górę. Kiedy go wypuszczali, przygrzmocili mu na pożegnanie pałką przez plecy. Pojechał pociągiem do domu i wszedłszy do pokoju, usiadł na kanapie i nagle zaczął się dusić, brakowało mu powietrza. Zażył trzydzieści kropli cardiamidu, popił wodą i położywszy się na wersalce, zaczął szukać na nadgarstku pulsu, starając się zapanować nad ogarniającą go paniką. Mijała trzecia doba samobójczego picia i postanowił się zmusić do jedzenia, ale na samą myśl o jedzeniu jego żołądek zareagował tak silnymi skurczami, że zaczęło go ciągnąć na wymioty. Przeszło mu dopiero wówczas, kiedy wykreował w wyobraźni obraz restauracji ze swoimi ulubionymi potrawami. Podszedł do kredensu i otworzywszy szufladę, spoglądał na panujące w niej pustki. – No, tak – skojarzył – przedwczoraj wziąłem ostatni tysiąc. Przepił wszystkie zarobione na stadionie pieniądze, nawet nie miał na obiad, chociaż niedawno miał na samochód. Wziął dwie przedwojenne srebrne monety i sprzedawszy je na tandecie, poszedł na obiad do restauracji. Zamówił schabowego po parysku z ziemniakami i zestawem surówek, a do tego sok z czarnej porzeczki, który zawsze działał na niego orzeźwiająco. Jadł powoli, smakując surówki z białej rzepy, buraczków, marchewki i czerwonej kapusty. Jadąc następnego dnia do pracy, uciekał po pociągu przed konduktorem, bo nie miał na za co kupić biletu. Idąc w biurze korytarzem, zauważył że napotykani koledzy omijają go wzrokiem jak kuśtykającego o kulach kalekę. Napotkany dyrektor przystanął i spoglądając na niego niewidzącym wzrokiem, powiedział, żeby się zwolnił. Następnego dnia złożył miesięczne wypowiedzenie i zaczął rozliczać budowy.
– Ciągle się staczasz w bełtów odmęty, jak wrak bez steru, przez los przeklęty. Nie trzymasz kursu, w burzy się miotasz, hardo odtrącasz pomoc pilota. W którejś zamieci, o którymś świcie, zadrży nad tobą ognista struna. Dźwigniesz się w trwodze, staniesz na szczycie, odnajdziesz drogę w blasku pioruna. Przy grzmocie gromu padniesz na kolana, twoja droga do Mnie cierniami usłana. – Czym ja przeklęty, czy może wybrany, sztormami losu po świecie miotany? Nagi wśród wilków, podążam do celu, wielu chce kąsać i ukąsi wielu. W ręku kij dziada, czy laska proroka? Stoję naprzeciw wieczności ogromów, zło woła z dołu, a dobro z wysoka, ciągle dochodzę do życia przełomów. Ciągle do życia przełomów dochodzę, gwiazdy na niebie, a ciernie na drodze.
Rozdział drugi
Część 33 / 6
Los go ciągle jeszcze oszczędzał, zsyłając mu wiodące ku ocaleniu szanse. Siedział w gabinecie u znajomego i przysłuchiwał się prowadzonej przez telefon rozmowie. – Panie dyrektorze – tłumaczył do telefonu znajomy. – Ja tam do nich nie chcę wracać, bo znowu mi zaczną rzucać kłody pod nogi. W tym momencie znajomy zamilkł, widocznie słuchał, a potem znowu zaczął się wybraniać. – Panie dyrektorze, z siwym Alojzym nie poradzi, to zżerany przez ambicję, zawistny mściwy człowiek. Żeby tam u nich zapanował spokój, to trzeba by go najpierw gdzieś przenieść, a najlepiej zwolnić z posterunku. Nagle znajomy urwał i spojrzał z namysłem na Kubę. – Chce pan iść na kierownika posterunku energetycznego w Brzesku? – zapytał z nadzieją w głosie. Wiedział o co znajomemu chodzi, znał tę sprawę. Chodziło o posterunek w jego rodzinnym mieście, a ponieważ właśnie mu się kończyło wypowiedzenie w poprzedniej pracy, to propozycja przyszła we właściwym momencie. – Mogę iść – podjął błyskawiczną decyzję i niedługo potem rozpoczął kolejną pracę. Przez pierwszy miesiąc pracował w dyrekcji, a później posłano go na badania psychotechniczne, po zaliczeniu których został kierownikiem posterunku energetycznego w swoim rodzinnym mieście. Jednopiętrowy budynek posterunku stał przy prowadzącej do pobliskiego Okocimia ulicy Browarnej, na poboczach kwitły wiosną kasztany. Na dole mieściło się biuro, pokój monterski i magazyn, a na piętrze mieszkało z rodzinami dwóch pracowników. Z tyłu za budynkiem znajdowało się podwórko i garaże, a za podwórkiem, nad leniwie płynącą Uszwicą, główna rozdzielnia linii o napięciu trzydziestu tysięcy volt, z której w owych czasach zasilane było w energię elektryczną całe miasto. Nową pracę rozpoczął od remontu zaniedbanych pomieszczeń. Biuro i pokój monterski odmalował na jasnozielony pogodny kolor, a na podłogach położył wzorzyste linoleum w kolorowe kwiaty. Na parapetach stanęły w doniczkach zielone paprotki, a na ścianach zawisły przesycone światłem pejzaże. Zlikwidował istniejący po dawnym kierowniku gabinet z puszystym dywanem, a swoją siedzibę urządził przy radiostacji w pokoju od podwórza, skąd miał widok na całe gospodarstwo. Podczas remontu odwiedził go w pracy kontrkandydat na jego stanowisko, który liczył, że trafi na libację i podkabluje go do dyrekcji. Popatrzył na odnowione pomieszczenia, pogadał przez chwilę o wszystkim i o niczym i wyniósł się cichaczem jak niepyszny. Kilka dni później pracownicy napomknęli na zakończenie remontu o wiechowym, ale udał, że nie słyszy i poszedł do miasta. Wrócił po godzinie i cichym głosem poprosił balujących gości o opuszczenie posterunku, a kiedy udawali, że nie słyszą, podniósł głos o kilkanaście tonów i wówczas zaczęli szybko wychodzić z butelkami piwa w rękach.
Jesienna zabawa
Odchodzący listopad szalał po świecie wichurami, rzucając się na zaczerwienione ze wstydu drzewa. – Tylko popatrz, co ten stary rozpustnik wyprawia – szeptały obmacywane brzozy do czekających na swoją kolejkę wysmukłych topoli. W końcu i na nie przychodziła kolej, omdlewały w ramionach rozpustnego kochanka i zapadały w letargiczny sen do wiosny. Taką to jesienną porą wybrał się z żoną na zorganizowaną w dyrekcji zabawę i chociaż koło północy wrócili przykładnie do domu, to wypity alkohol nie pozwolił mu zasnąć i wymknąwszy się cichaczem z domu, poszedł z powrotem na trwającą ciągle zabawę. Szybko znalazł wspólny język z pracownikiem dyrekcji i popijali razem do białego rana. – Jak ci na imię? – zapytał nowy kumpel po pierwszej butelce. – Kuba. – No, to wypijmy brudzia – zaproponował pracownik dyrekcji i wycałowali się z dubeltówki, a współbiesiadnicy przy sąsiednich stolikach kiwali z aprobatą głowami. Wraz z drugą butelką skończyła się zabawa i wtedy sobie przypomniał, że w pobliżu mieszka kolega, który niedawno wrócił z Ameryki i zaproponował pracownikowi, żeby go odwiedzić. Kupili w bufecie dwie butelki gruzińskiego koniaku i poszli niedzielnym świtem przez budzące się do życia miasto. – Po co było kupować koniaki – marudził po drodze pracownik dyrekcji. – Trzeba było kupić zwykłą wódkę, to byśmy mieli cztery butelki. – Kupiłem koniaki, bo to mój dobry kolega. – No, to trzeba było kupić jeden koniak i dwie butelki wódki. – Kupiłem koniaki, bo idziemy do gościa o szóstej rano obstawał przy swoim, ale nieprzekonany pracownik dyrekcji kręcił ceptycznie głową. Weszli do dziesięciopiętrowego bloku, ale nie potrafili wsiąść do windy, bo kiedy zjeżdżała na parter, to nie m ogli otworzyć drzwi i po chwili odjeżdżała pusta do góry. Próbowali się do niej dostać po dobroci i na siłę, i w końcu otworzyły się drzwi znajdującego się obok windy mieszkania, i jakaś kobieta w szlafroku zaczęła im się niezbyt życzliwie przyglądać. – Nie wie pani, jak się można dostać do tej windy? – zapytał inteligentnie pracownik dyrekcji, a kobieta zaczęła wtedy szurać nogą jak szykująca się do ataku bawolica. – Bo widzi pani – wtrącił Kuba. – Idziemy do kolegi, a kolega mieszka na siódmym piętrze. – Nie za wcześnie o szóstej rano na niedzielną wizytę? – Nie za wcześnie, bo jak pracowałem z kolegą na azotach, tośmy czasem na nocnej zmianie w ogóle nie spali, a później, jak już się zwolniłem z azotów, to kolega pojechał do Ameryki i pracował w fabryce, która robiła ramki do obrazów. – Aha, to o tego kolegę chodzi, a wie pan, że ten kolega ma żonę i dwoje małych dzieci? – Aha, nie wiedziałem, widocznie się ożenił, ale nie zdążyłem jeszcze poznać jego żony, bośmy się z kolegą dawno nie widzieli, może z dziewięć albo nawet z dziesięć lat. – No, to już ja się postaram się, żeby ją pan dzisiaj poznał! – Nie za bardzo rozumiem – popatrzył na kobietę. – Coś knuje – mruknął półgębkiem do pracownika dyrekcji. – Idziemy po schodach, bo będzie nam chciała odebrać koniaki. Kiedy zadzwonili na siódmym piętrze do drzwi, otwierający kolega uśmiechnął się do na ich widok promiennie i od razu zaprosił do środka. – Wchodźcie, bo mi się nudzi – zawołał uradowanym głosem. – Żona wyjechała z dziećmi do mamy i powiedziała, że wróci, jak skończę picie. W mieszkaniu widać było Amerykę, wieża stereo, puszysty peweksowski dywan na podłodze i skórzane fotele z futrzakami mówiły same za siebie. Na stole stała napoczęta butelka whisky, ale najpierw wypili koniaki, a dopiero później zabrali się za whisky, przy której zasnęli w fotelach. Ostatnie, co zapamiętał, to śpiewającą w radio Kasię Sobczyk, która zapewniała swojego chłopaka, żeby się o nią nie martwił bo ona sobie bez niego poradzi. – O mnie się nie martw, o mnie się nie martw, ja sobie radę dam, jesteś, to jesteś, a jak cię nie ma, to też niewielki kram. Jeśli chcesz wiedzieć, same kłopoty, tylko przez ciebie mam... Nie pamiętał, kiedy obie kobiety weszły do pokoju, pierwsze, co zarejestrował po przebudzeniu, to stojące w drzwiach pokoju kobiety, zza których wyglądały dwie małe dziewczynki. – Kto to są, mamo, ci panowie? – zapytała starsza dziewczynka. Zachowywał dyplomatyczne milczenie, ciągnąc za rękaw pochrapującego w sąsiednim fotelu pracownika dyrekcji, gospodarz stał obok z niewyraźną miną. – To moja żona, a to jej mamusia – kolega w końcu najpierw pokazał na młodszą, a później na starszą panią. Kiwnął obu paniom uprzejmie głową i po chwili już obaj z pracownikiem dyrekcji zmierzali do wyjścia. Po drodze pracownik chciał cmoknąć młodszą kobietę w rękę, ale schowała ją szybko za siebie, więc wyszli bez pożegnania. – Długo tak spałem? – zapytał pracownik dyrekcji, kiedy schodzili po schodach. – Nooo, dosyć długo. – Chrapałem? – Gorzej. – Co gorzej? – Puściłeś bąka. – Ja? – Ty. – Niemożliwe! – Możliwe. – To te koniaki, mówiłem, żeby nie kupować koniaków, to dlatego nie chciała się dać pocałować w rękę. Umilkli, bo zbliżali się do mieszkającej na parterze bawolicy. Musiała nasłuchiwać pod drzwiami, bo kiedy mijali jej mieszkanie, to stanęła na progu i zapytała, czy zawarli znajomość z żoną i mamusią kolegi. – Skarżypyta – mruknął i wyrwał szybko do przodu, żeby uniknąć ewentualnej szarży. Po wyjściu z wieżowca szedł jeszcze chwilę z przygnębionym pracownikiem dyrekcji, a później każdy poszedł w swoją stronę.
Złociste chryzantemy
Pod koniec listopada w powietrzu zaczęły latać pozrywane dachy, na drogach leżały połamane drzewa, a na polach skoszone wichurami słupy energetyczne. Obok nich wiły się po ziemi zerwane przewody, grożąc śmiertelnym ukąszeniem jak jadowite węże. Pracy na posterunku było od groma, bo okoliczne miejscowości zostały pozbawione prądu, ale w pierwszej kolejności usuwano awarie zagrażające życiu. – Proszę do mnie natychmiast przyjechać – głos w słuchawce był ostry i władczy. – Zerwane przewody? – zapytał. – Chodzi o to, że nie mam w szklarniach prądu. – Przyjąłem zgłoszenie, przyjedziemy za dwa, trzy dni, bo mamy pilniejsze awarie. – Jak zaraz nie przyjedziecie, to mi będziecie zwracać za kwiaty. – Nie będziemy, bo ogłoszono stan żywiołowej klęski. – To co mam zrobić? – Czekać. – A co z moimi kwiatami? – Trzeba sobie było kupić agregat prądotwórczy. – Ja was poszukam. – Podać adres? – Bydlęta! – Sobie ubliżasz – odłożył słuchawkę na widełki. Po chwili badylarz przyjechał na posterunek i rozpoczął ugodowym głosem negocjacje. Pojechali do niego późnym wieczorem i wymienili mu na fuchę przepalone przewody w pionie. Na fuchę, bo to nie należało do ich obowiązków. – Musiał pan nieźle dogrzewać – powiedział do badylarza po skończonej robocie jeden z elektromonterów. – No, wie pan, jesień, a kwiaty potrzebują ciepła. Kiedy już w szklarniach zaświeciły dogrzewające kwiaty żarówki, badylarz postawił dwie półlitrówki żytniej, a jego żona przyniosła do szklarni herbatę i kanapki. Siedzieli i popijali, powietrze pachniało tropikalnym klimatem i niesprzedanymi na Wszystkich Świętych chryzantemami, a z magnetofonu dobiegała piosenka o złocistych chryzantemach. – Dużo panu zostało? – zapytał, pokazując na rosnące w doniczkach kwiaty. – Dwadzieścia cztery doniczki. – Szkoda, bo bardzo ładne. – Złociste chryzantemy, najpiękniejsza japońska odmiana – powiedział z dumą gospodarz. – Najładniej wyglądają na fortepianie w kryształowych wazonach. – Kojąc smutek i żal – dopowiedział słowami modnej wówczas piosenki. – Odkuje się pan za chryzantemy na gerberach – pokazał na kwitnące w szklarni łany kolorowych kwiatów. I tak sobie siedzieli we czwórkę i popijali, dopóki nie zabrakło wódki. – Nie wiadomo, czy to światło nie zgaśnie – powiedział, pokazując na doświetlające kwiaty żarówki. – A dlaczego by miało zgasnąć? – zaniepokoił się gospodarz. – Brakuje prądu – pokazał na puste butelki. – A, to dolejemy, dolejemy – zapewnił gospodarz i po chwili na służącej za stolik skrzynce, pojawiła się trzecia półlitrówka, a po niej czwarta. Koledzy mu później mówili, że po czwartej była jeszcze jedna, ale tej piątej, to już nie pamiętał. Obudził się w niedzielę we własnym łóżku i usiłował sobie przypomnieć, w jaki sposób się dostał z Brzeska do Tarnowa, trzydzieści kilometrów do domu. Kiedy wszedł u teściów do kuchni, to domownicy tak jakoś dziwnie zamilkli, ale zareagował dopiero wtedy, kiedy usłyszał od szwagra. – Po co przywiozłeś te chryzantemy? – Jakie chryzantemy? – zapytał, żeby zyskać na czasie, bo już mu coś zaczynało świtać. – Przywiozłeś je z kierowcą gazikiem i poustawialiście doniczki w piwnicy. – Będziesz otwierał kwiaciarnię? – dopytywał się jeden szwagier. – Dobrze, że nikt was nie złapał na cmentarzu – dogadywał drugi. Poszedł do piwnicy, spojrzał na kwiaty i bez liczenia wiedział, że jest dwadzieścia cztery doniczki. Wrócił do pokoju i po sprawdzeniu portfela, stwierdził ubytek dwóch tysięcy czterystu złotych. – Po stówce doniczka – przeliczył, żałując zarobionych za nadgodziny pieniędzy. W poniedziałek dowiedział się w pracy od kierowcy reszty. – Uparłeś się przy ostatniej butelce, że je kupisz i sprzedasz do kryształowych wazonów na cięte. – Że je sprzedam na cięte? – Tak powiedziałeś, założyłeś się z badylarzem, że zarobisz na nich drugie tyle. – O co się założyłem? – O tysiąc złotych. – To ta piosenka, ciągle puszczał piosenkę o złocistych chryzantemach. Po powrocie do domu, pościnał w doniczkach kwiaty i wyrzucił do śmietnika, pocieszając się myślą, że doniczki mogą się jeszcze na coś przydać. Wichury trwały nadal, pracowali do wieczora, i pewnego wieczoru zajechał z pracownikami do pawilonu na kolację, i zauważyli balującego w drugim kącie sali badylarza. – Pieniądze mu się same sypią za kwiaty, to może balować – zauważył z niewinną miną kierowca. Pominął uwagę milczeniem, udając że nie widzi kłaniającego mu się z przesadną grzecznością badylarza, który po chwili do nich podszedł i zapytał. – Jak tam, kierowniku, nasz zakład, to kto w końcu wygrał ten tysiąc złotych? Bez słowa wyciągnął portfel, ale miał tylko sześćset, więc dopożyczył od kierowcy czterysta i wręczył badylarzowi tysiąc. – Ależ nie trzeba, żartowałem... Zaczął badylarz, ale urwał, spojrzawszy na pobladłego, Kubę. – Jak dają, to trzeba brać – zauważył sentencjonalnie. – Ładne te jelenie nad panem, kierowniku. Badylarz pokazał na zdobiące ściany myśliwskie trofea, a jego najpierw zalała fala gorąca, a potem stanął mu przed oczami licznik w szklarni, obok którego wielokrotnie przechodził podczas libacji. – Przecież ten licznik stał w miejscu – skojarzył. – A powinien się przy zapalonych żarówkach kręcić jak karuzela. Popatrzył spokojnie na badylarza i odparował. – Ma pan rację, ładne – pokazał na jelenie. – A najładniejszy ten łoś pośrodku, co to niedługo zacznie ryć po pańskiej szklarni. – Byle nie po kwiatach. – Nie, po kieszeni. Na twarzy Kuby pojawił się chłodny uśmiech i badylarz stracił pewność siebie, i odszedł. Pół godziny później byli u badylarza na kontroli i stwierdzili nielegalny pobór energii. Podczas spisywania protokołu przyjechał zaalarmowany badylarz i próbował straszyć milicją, ale spasował, kiedy spojrzał na przybyłego wraz z nimi milicjanta. Kara za kradzież prądu wyniosła dwadzieścia pięć tysięcy złotych. – Ma pan na zapłatę czternaście dni – poinformował badylarza. – A później odetniemy prąd i skierujemy sprawę do sądu. – Ale skąd ja wezmę tyle pieniędzy? – Dwa tysiące czterysta ma pan ode mnie za chryzantemy. – A, lepiej, żebym ich nie miał – badylarz uderzył w fałszywą pokorę, spoglądając po zebranych żałosnym wzrokiem. – Po ile pan sprzedaje gerbery? – zapytał milicjant. – Na giełdzie po dwadzieścia pięć złotych, dam panu piękny bukiet dla żony, dam wam wszystkim po bukiecie! – Pytałem o cenę – wyjaśnił milicjant. – Żeby się zorientować, ile pan musi sprzedać, żeby zapłacić karę. – Tysiąc sztuk! Badylarz złapał się za głowę. – A za ile pan nakradł prądu – wtrącił kierowca. – Musiał pan nieźle ciągnąć, skoro się popaliły w pionie przewody. Należna Kubie prowizja od kary wyniosła pięć tysięcy, co sprawiło, że mu się wróciło za chryzantemy i przegrany zakład, ale jeszcze mu zostało tysiąc sześćset złotych. – Mógłby pan sobie jeszcze dokupić szesnaście chryzantem – zauważył kierowca, kiedy robił obrachunek strat i zysków, co skwitował mruknięciem, że dwadzieścia cztery wystarczy. I taki był koniec pachnącej złocistymi chryzantemami symfonii, ostatnim jej akordem była nadeszła jakiś czas potem na posterunek pocztówka ze stojącym na fortepianie bukietem złocistych chryzantem.
Nie przyjeżdżaj tu więcej
Na początku grudnia wichury osłabły, ale rozpadały się deszcze i po polnych drogach trudno było przejechać nawet terenowym samochodem z napędem na cztery koła. Bywało, że samochód zapadał się w błocie po osie i trzeba go było wyciągać końmi. Dwie linie napowietrzne o napięciu piętnastu tysięcy wolt biegły równolegle w odległości kilku metrów od siebie i pewnego razu na posterunek przyjechał dyspozytor i zabrał go w teren, żeby mu zrobić sprawdzian. – Obie linie są w tej chwili wyłączone, na jednej założy pan uziemienie, bo brygada remontowa będzie prowadzić na linii prace – wyjaśnił dyspozytor, kiedy zajechali na miejsce. – Na której mam założyć uziemienie? – zapytał. – Niech pan pokaże palcem. – Na tej – dyspozytor pokazał głową. – Zgrywa ważniaka – pomyślał. – Dupek! Założył słupołazy, zarzucił na ramię ważące kilkanaście kilogramów uziemienie z miedzianych linek i stanął pod wskazanym słupem. – Na pewno chodzi o tę linię? – chciał się upewnić, ale dyspozytor nie raczył odpowiedzieć. Wyszedłszy na słupa, przypiął się pasem bezpieczeństwa do wieńczącej słup poziomej konstrukcji i czołgając się po metalowych profilach, pozwierał uziemieniem wszystkie trzy przewody linii. Teraz, jeśli na linii będą pracować ludzie, a ktoś ją omyłkowo załączy, to na uziemieniu nastąpi zwarcie, które wybije w podstacji zabezpieczenia i linia zostanie odcięta od prądu, przez co zaistnieje szansa ocalenia pracujących na niej ludzi. Odpoczywał po założeniu uziemienia, leżąc na żelaznej konstrukcji i słuchając głosów dolatujących z radiostacji stojącego w pobliżu na drodze samochodu. – Załączają sąsiednią linię – pomyślał beznamiętnie, słysząc numer zamykanego odłącznika, znał na swoim terenie lokalizację najważniejszych odłączników. – Nie! Oni załączają tę linię, prace będą na drugiej! Dyspozytor pomylił linie! – dotarło nagle do jego świadomości. Zrzucił się całym ciałem z konstrukcji i zawisł pod przewodami na pasie. – Za mało! Nie wystarczy! Za chwilę na uziemieniu rozpęta się piekło! – kojarzył, rozpinając klamry pasa. W ustach czuł metaliczny posmak żelaznych opiłków, co go zawsze mobilizowało do bezpardonowej walki. Szarpnął ostatnią sprzączkę i poleciał w dół z wysokości drugiego piętra z wyciągniętymi ku niebu rękami. Wbił się nogami do połowy łydek w rozmiękłą ziemię i nie mogąc się ruszyć, modlił się w duszy do swojego Anioła Stróża. Najpierw zaczęło nad nim szeleścić, jakby wicher trącał liście, a później grzmot zaczął narastać, potężnieć, żeby na koniec wybuchnąć oślepiającym ogniem. Przez zmrużone powieki widział spadające ze słupa, upalone na uziemieniu przewody i nagle wszystko ucichło. Gdzieś tam na odległej o kilka kilometrów podstacji wybiły zabezpieczenia i odcięły do linii dopływ prądu, zanim przewody zdążyły dotknąć ziemi i porazić go śmiertelnie dziesiątkami tysięcy woltów. W zapadłej ciszy powietrze pachniało ozonem, wytworzonym przez ogniste pioruny zwarcia. – Co się panu stało? – zapytał z głupia frant dyspozytor. – A nic – odpowiedział nad podziw spokojnie. – Myślałem, że pan połamał nogi. – Anioł Stróż mi użyczył na chwilę swoich skrzydeł – wyjaśnił znużonym głosem. – No, na co czekasz?! Pomóż mi się z tego błota wydostać! Z tyłu w samochodzie jest saperska łopatka. Po krótkim wahaniu dyspozytor wszedł w rozmiękłe pole i zapadając się w półbucikach po kostki, zaczął mu odkopywać nogi wyciągniętą z samochodu łopatką. Po wyjściu na drogę, popatrzył na dyspozytora z niechęcią i zabrawszy z samochodu swoją kurtkę, poszedł pieszo kilka kilometrów na posterunek. Odchodząc, rzucił dyspozytorowi na pożegnanie. – Wracaj do siebie i już tu więcej do mnie na posterunek nie przyjeżdżaj. To była ich ostatnie spotkanie, już się później więcej nie widzieli. Na początku grudnia, żeby być bliżej pracy, przeprowadził się z Tarnowa do rodzinnego miasta i zamieszkał u rodziców z żoną i dzieckiem w swoim dawnym kawalerskim pokoju.
Trzej fałszywi przyjaciele
Pośród pracowników miał dwóch fałszywych przyjaciół, takich, co to poklepują po ramieniu, a tak naprawdę czekają na okazję, żeby ugodzić nożem w plecy. Jeżeli chodzi o siwego Alojzego, to od zawsze chciał zostać na posterunku kierownikiem i przy każdej nadarzającej się okazji siadał przy biurku i przedstawiał się interesantom jako kierownik. – Z pana, to taka szara eminencja – podpuszczał Alojzego z ukrytą ironią, a biorący jego słowa za dobrą monetę Alojzy mlaskał zadowolony jak przy misce miodu. Tylko raz nie wytrzymał, kiedy Alojzy usiadł przy jego biurku i zaczął udawać przed klientem kierownika, i powiedział do pracownika wkurzony. – Idź pan, panie Alojzy, sprawdzić, bo podobno na strychu zagnieździły się w kominie kawki. Siwego najpierw zamurowało, a później się wyniósł do sąsiedniego pomieszczenia i buntował na niego pozostałych pracowników. Słysząc obgadywanie Alojzego, wpadł wtedy jak burza do pokoju monterskiego i zaczął na lewo i na prawo razić piorunami. Najpierw się wyniósł pobladły Alojzy, a po nim się rozjechała do pracy w terenie pozostała reszta i na posterunku zapanowała spokojna cisza. No, to może tyle o Alojzym, a co można powiedzieć o drugim fałszywym przyjacielu, młodszym od Alojzego przysadzistym kucu? Nie warto o nim wiele mówić, bo wiadomo, że fałszywi przyjaciele, to najgorsza odmiana wroga, najlepiej się więc od takich podstępnych koni trojańskich trzymać z daleka. Należy przebaczyć, bo poprzez przebaczenie człowiek się uwalnia od ciężaru zemsty i tak szybko rusza do przodu, że prześladowcy zostają daleko w tyle. Zemstę należy pozostawić Panu Bogu, bo szukanie zemsty jest wyrazem niewiary w Bożą Sprawiedliwość. Jeżeli chodzi o trzeciego fałszywca, to pracował w komitecie kolaborującej z ruskimi partii i miał kompletnego fiksa na punkcie słowa, towarzysz. Pewnego razu poprosił jadącego do Tarnowa towarzysza, żeby mu zawiózł do dyrekcji dokumenty, a towarzysz, jak to towarzysz, obiecał, że zawiezie, ale nie zawiózł i na posterunek zaczęli wydzwaniać do Kuby z dyrekcji dlaczego nie dostarczył dokumentów. Cóż było robić, wsiadł w autobus i pojechał szukać towarzysza po Tarnowie. Znalazł go w jakiejś klitce na szarym końcu długiego korytarza i z hamowanym gniewem poprosił o zwrot dokumentów. – Witajcie towarzyszu! – wykrzyknął na jego widok towarzysz. – Haj Hitler, dawaj dokumenty! – wycedził i wtedy towarzyszowi całkiem odbiła szajba, i złapawszy za telefon, zaczął się popisywać do słuchawki, srając z grubej rury cienkim gównem. – Witajcie, towarzyszu – pluł przez telefon do jakiegoś innego towarzysza po drugiej stronie. – Witajcie i notujcie, będę wam dyktował telefonogram. Podczas dyktowania zadzwonił drugi telefon i towarzysz przyłożył do drugiego ucha drugą słuchawkę i zaczął się wydzierać do kolejnego towarzysza. – O, dobrze, że i wy dzwonicie, towarzyszu, bo ten telefonogram, który w tej chwili nadaję innemu towarzyszowi jest również i dla was, towarzyszu, więc będę dyktował na dwa telefony. To, co towarzysz dyktował, to były jakieś pierdoły o zwołaniu zebrania, na którym miano ustalić kolejnego zebrania, żeby na nim omówić to wcześniejsze, czyli takie, srali muszki, będzie wiosna. W depeszy jak fredrowskie, mocium panie, ciągle się powtarzało słowo, towarzysz, więc wyszedł na korytarz i wszedł z powrotem dopiero wtedy, jak usłyszał, że towarzysz skończył dyktowanie. – Dokumenty! – wycedził po raz kolejny. – A, bo widzisz – tłumaczył towarzysz. – Miałem je zanieść później, bo teraz jestem bardzo zajęty. - Patrząc na ciebie, podejrzewam, że w ogóle ich nie miałeś zamiaru doręczyć, żeby mi zaszkodzić - odpalił. - Jesteś niesłowny i żałuję, że cię poprosiłem o przysługę. Po zabraniu od pajaca dokumentów dostarczył je do dyrekcji, a potem wrócił autobusem do siebie i poszedł na obiad do restauracji, gdzie po piętnastej spotkał pracowników, którzy go zaprosili do stolika. – Obchodzimy imieniny – wyjaśnili, więc najpierw złożył solenizantowi życzenia, a później zalała go wódka. Na drugi dzień solenizant wyraźnie go w pracy unikał, więc w końcu podszedł do niego na osobności i zapytał o co chodzi. – Najpierw mnie pan zwyzywał, a później wywrócił butelkę z wódką i wyszedł z restauracji, trzasnąwszy na odchodne drzwiami. – Nie pamiętam – wyjaśnił zestresowany. – Wygląda na to, że w ogóle nie powinienem pić alkoholu. Przeprosił solenizanta i... poszedł pod parasole na piwo. Godzinę później znaleźli go pod parasolami behapowcy z dyrekcji, do których go podkablował przez telefon siwy Alojzy. Nie wdawał się z nimi w żadne dyskusje, chociaż znali go do tej pory tylko z dobrej strony. Przypuszczalnie by się z nim chętnie napili, ale nie zaryzykował, nie będąc pewny swojego zachowania po wódce. Jeszcze sobie tego w pełni nie uświadamiał, ale już przeczuwał, odpędzając uwierającą prawdę od siebie, że alkohol budzi w nim najgorsze instynkty, przemieniając go z przyzwoitego doktora Jekylla w odrażającego pana Hyde.
Sylwester
Przez zawiane śniegiem pola, przez zamarłe w zimowym letargu równiny, Stary Rok dowlókł się nad graniczną rzekę światów i runął na kolana, żeby się napić dającej ukojenie wody zapomnienia, ale rzeka była skuta lodem. Podmuchy mroźnej wichury przeszywały jego ciało paraliżującą drętwotą. – Spać – wyszeptał zmartwiałymi wargami i zapatrzył się gasnącym wzrokiem na drugi brzeg rzeki. – Boooże mój – wyrwało mu się z piersi bezwiedne westchnienie. Dźwignął się ostatnim wysiłkiem na nogi i rzuciwszy się przez zamarzinętą rzekę po lodzie, legł z westchnieniem ulgi na drugim brzegu w przepastnej gawrze czasu. Drugi brzeg, drugi brzeg, drugi brzeg... – Dwanaście – wyszeptał, słysząc wydzwaniane godziny. W powietrze wystrzeliły sztuczne ognie i niebo rozjaśniły cekiny światła. – Umarł król, niech żyje król! – wołali rozbawieni ludzie i rzucali po balowych salach kolorowe serpentyny. Gdzieś tam na dworze zakwiliło w śnieżnej pościeli nowonarodzone dziecię i matka Ziemia przytuliła do piersi malutkiego synka. Miał zaledwie kilka minut i wyciągając rączki, bawił się spadającymi z nieba śniegowymi gwiazdkami, a śnieg na niego padał i padał, i padał... Nie było go przy narodzinach Nowego Roku, bo o północy jeszcze pracował. Z rana powysyłał w teren brygady, żeby wszyscy mieli w domach światło i wracający po skończonej pracy ludzie, po kolei meldowali usunięcie usterek i po piętnastej posterunek opustoszał. Wychodzili z kierowcą na końcu i właśnie wtedy nadeszła przez radiostację wiadomość, że połowa głównej ulicy miasta bez prądu. Żelazka, suszarki, choinki, lokówki, przeciążone linie nie wytrzymywały. Pojechali z kierowcą i po godzinie zlokalizowali uszkodzenie na linii, wychodząc po kolei na stojące wzdłuż ulicy słupy. Przepalony mostek na izolatorze znaleźli już po ciemku przy latarkach. Miło było popatrzeć, jak cała ulica rozjarzyła się na powrót światłem i uradowane ekspedientki pogasiły w sklepach spożywczych świeczki. Dochodziła siódma wieczór, kiedy po powrocie na posterunek zgłosił przez radiostację dyspozytorowi w Tarnowie usunięcie awarii. – Szczęśliwego Nowego Roku – zakończył, dodając, że może jeszcze zdąży z żoną na sylwestrową zabawę. – Nie za bardzo – usłyszał przez radiostację. – Wybiło fazę na wysokim napięciu i połowa osiedla świeci na czerwono. Pojechali z kierowcą do pawilonu, wyszli na scenę do orkiestry i ściągnęli z zabawy przez mikrofon jeszcze jednego pracownika, i po usunięciu awarii odwieźli go z powrotem. Dochodziła dwudziesta druga i na upartego mógłby jeszcze zdążyć z żoną przed północą na zabawę, ale wódka miała inne plany. Kupili z kierowcą dwie półlitrówki, pociągnęli z gwinta zaraz w samochodzie po kupnie i od tej chwili pijana kochanica już go miała w swojej mocy. Wiedziała, że go nie wypuści, dopóki go całkiem nie wyssie do szczętu jak nienażarta ośmiornica. Siedzieli z kierowcą na posterunku i popijali, słuchając nadlatujących przez radiostację anonimowych głosów. Przez chwilę słychać było piosenkę o pustych kopertach i o błąkającej się po świecie, nigdy do końca nie umierającej miłości. Wrócił do domu o piątej nad ranem i położył się do spania, zgarnąwszy z łóżka rozłożoną na nim oskarżycielsko balową suknię żony.
Zaziębiony i kaszlący
Obrośnięte szadzią linie zrywały się pod ciężarem lodu i na ziemi leżały przewody elektryczne, grożąc utajoną w nich śmiercią. Zdarzały się niedziele, że zarzucali słupołazy na plecy, bo nie można było dojechać samochodem i brnęli po śniegu, żeby usunąć zagrażające życiu awarie. Pewnego razu zobaczyli na podwórku psa z przewodem w zębach. Zginął w obronie gospodarstwa przy próbie ugryzienia śmierci. Za szybą zaszronionego okienka majaczyły w chałupie jasnowłose główki dzieciaków, stojący w drzwiach chłopczyk wołał z płaczem nieżywego Burka. Po usunięciu awarii pracownik wykrył nielegalny pobór energii, bo w chacie zaświeciło się światło, chociaż przy liczniku były wykręcone korki. Pobiegł do licznika, ale chłop był szybszy i zaryglował się w chałupie, a jego żona popukała się w czoło, że niby mąż ma źle w głowie. – Spiszemy protokół – zaczął się pieklić pracownik. – Nie będziemy spisywać. – Dlaczego pan za nim obstaje? – Nie za nim, tylko za dziećmi – zakończył dyskusję i wrócili na posterunek. W lutym mrozy uszkodziły w szczerych polach transformator, stał nad ziemią na estakadzie stacji z przepalonymi wszystkim trzema bezpiecznikami na wysokim napięciu. – Dziwne, że przepaliło wszystkie bezpieczniki – zauważył kolega. – No, dziwne – potwierdził. – Ale nie widać, żeby coś było uszkodzone. Naprawili bezpieczniki, a później zamknął z ziemi za pomocą dźwigni znajdujący się na szczycie słupa odłącznik. Szarpnął dźwignią, otwierając z powrotem odłącznik, kiedy zobaczył podskakujący na podeście transformator. Odbiegł kilkanaście metrów i patrzył, jak na otwartym odłączniku płoną ogniste łuki zwarcia. Wypychane do góry przez gorące powietrze, stawały się coraz cieńsze, aż w końcu pękły i zgasły. – Proszę przywieźć do wymiany nowy transformator – zgłosił przez radiostację. – Stary na pewno uszkodzony? – Na pewno. Owej zimy kilkakrotnie leżał chory, to była dla niego ciężka zima, podczas której ciągle chodził zakatarzony, zaziębiony i kaszlący. Roboty było co niemiara, zgarniał śnieg z dachów kamienic, żeby spadające lawiny nie zrywały zamontowanych przewodów, zamontowanych wzdłuż ulic na konzolach wmurowanych w ścany budunków. Z początku przy windowaniu go do góry zapinał ochronne barierki kosza, ale po jakimś czasie oswoił się z niebezpieczeństwem i przestał je zapinać, żeby pracować szybciej, wydajniej. Do góry i na dół, do góry i na dół, kamienica po kamienicy, ulica za ulicą. – Nie bałeś się o życie? – szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny jak szmer płynącego przez zieloną dolinę strumienia. – No, bałem się, Poetycka Bajko, ale wiesz, jak to jest, młodość, brawura, na szczęście nic mi się nie stało. – Podziękowałeś chociaż swoim Aniołom Stróżom? – Podziękowałem – Opowiadaj dalej o swoim życiu. – Dobrze. Na przedwiośniu w pobliskiej wiosce rozpoczęto kompleksowy remont sieci i brygadzista codziennie rano przyjeżdżał na posterunek po pozwolenie rozpoczęcia pracy. – Siadaj – zaprosił go pewnego razu, wyciągając z biurka półlitrówkę żytniej. Miał zawsze kilka w biurku, bo mu je przynoszono w podzięce za różne drobne przysługi. – Jeszcze nie jadłem śniadania – powiedział kolega z wahaniem. – Ja też jeszcze nie jadłem – roześmiał się beztrosko i otworzył butelkę. Kończyli drugą flaszkę, kiedy się przyplątał będący na chorobowym Alojzy i niedługo potem na posterunek zwaliła się kontrola z dyrekcji. – Klucze! – zażądał dyrektor, chwytając go za ramię i prowadząc jak sztubaka do wyjścia. Wyszarpnął ramię i tak strzelił pękiem kluczy o ziemię, że się rozsypały po podłodze. Wychodząc z biura, słyszał jak dyrektor mówi do schowanego za drzwiami Alojzego. – Będzie pan, panie Alojzy pełnił obowiązki kierownika. - E, tego, zaczął stękać Alojzy, ale to go już niewiele obchodziło, trzasnął drzwiami i poszedł pić do miasta.
Powrót do Edenu
Maj był wyjątkowo upalny i w jadącym ku ukraińskiej granicy autokarze pootwierano okna, przy których siedzieli pijani wycieczkowicze. Tajemnicą poliszynela było, że zorganizowana przez dyrekcję wycieczka miała charakter wybitnie handlowy. Na pewno gdzieś tam znajdowały się warte zwiedzenia muzea, zamki, zabytki, ale wycieczkowiczów bardziej interesował handel i dlatego można ich było spotkać głównie na ukraińskich targowiskach i w sklepach ze złotem. W owych czasach za cztery polskie chusteczki na głowę, można było kupić w ukraińskim sklepie złoty pierścionek, przebicie było pięciokrotne. Kupił sobie wtedy we Lwowie złotą obrączkę w miejsce tej skradzionej przez szakala. Oczywiście kupił w sklepie, dzięki czemu uniknął losu siedzących w autobusie zapłakanych dziewcząt, które pokupowały od ulicznych oszustek fałszywe złote pierścionki. Na sprzedanym towarze zarobił kilka tysięcy rubli, które zabrał na Węgry, gdzie je wymienił na forinty, za które kupił dolary. Zarobił tyle, co w Polsce za pół roku na państwowej posadzie. Tonący w dobrobycie Budapeszt wydał mu baśniowym miastem z tysiąca i jednej nocy. Spowita zielenią Góra Gellerta jawiła mu się przed oczami jak wiszące ogrody Semiramidy, spadający po zboczu wodospad migotał jak żywe srebro. Nad wodospadem wznosił się posąg biskupa Gellerta zamęczonego w tym miejscu przez pogan w początkach chrystianizacji Węgier. Zrzucono go z góry do Dunaju w nabijanej gwoździami beczce i od jego imienia góra otrzymała nazwę. Spoglądał na jawiące się cuda, a potem zjechał ruchomymi schodami do stacji metra i przejechawszy tunelem pod dnem Dunaju, wysiadł na końcowym przystanku i najpierw zwiedził ogród zoologiczny, a potem jeden z największych lunaparków w Europie. Wieczorem poczuł się zdradzony i sięgnął po wódkę, zachowując się jak dziecko, które postanowiło na złość mamie odmrozić sobie uszy. Stał nad brzegiem Dunaju i nagle niebo rozjaśniło tysiące fajerwerków, a z przegradzającego wielką rzekę wiszącego na łańcuchach mostu spadła do wody kaskada greckiego ognia. Armatki rakietowe wystrzeliwały w niebo salwy sztucznych ogni i nad miastem jaśniał niegasnący parasol kolorowego światła. A on tak sobie stał zmarkotniały pod tym parasolem jak zabłąkana w deszczu radości kropla nachmurzonego smutku. W powrotnej drodze w autobusie znowu się zaczęło pijaństwo, podczas którego podszedł do niego pracownik dyrekcji i tłumaczył dlaczego przyjechali na kontrolę posterunku. – Musieliśmy przyjechać, bo cię podkablował siwy Alojzy. Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze, ale musisz przeprosić dyrektora za strzelone o ziemię klucze. Przypomniał sobie, jak go dyrektor prowadził za ramię i postanowił, że nie przeprosi. – Nie przeproszę – pokręcił przecząco głową. – To się zwolnij. – Wy mnie zwolnijcie. – Będziesz się odwoływał? – Nie będę. Po kilkunastu dniach zaproponowano mu pracę w dyrekcji, ale odmówił. Poniewierany przez pijaną chorobę, plątał się po życiowych drogach jak pijany saper po zaminowanych ścieżkach. Gdyby nie czuwały nad nim dobre Anioły, to już by dawno było po nim. Pan Bóg nas wszystkich kocha, a najbardziej się lituje nad takimi niepoprawnymi draniami, jak siwy Alojzy i jego zadufany w sobie sąsiad. Daje im długie, pełne cierpienia życie, żeby mieli więcej czasu, większą szansę na poprawę. Wziął urlop na miesięcznym wypowiedzeniu i leżąc w ogrodzie, podglądał przez zmrużone rzęsy kolorowo rozszczepione promienie słońca. Spokój, cisza, kojący świergot ptaków... Całe to podarowane ludziom przez Boga piękno sprawiło, że przestało go ciągnąć do wódki, bo odgrodził się od nadmiaru stresogennych emocji, z którymi nie potrafił sobie radzić na trzeźwo. Wróciwszy do pracy po urlopie, nie odmówił sobie drobnej satysfakcji i pogratulował siwemu Alojzemu awansu, chociaż wiedział, że kto inny zostanie kierownikiem, bo Alojzego znali w dyrekcji, jako zżeranego chorobliwą ambicją szpicla. Godzinę później przyjechał na posterunek nowy kierownik, którego najpierw przedstawił Alojzemu. – Panie Alojzy – powiedział ostrym tonem. – Oto pana nowy kierownik! A potem wziął nowego do swojego pokoju i ostrzegł na osobności przed Alojzym, kończąc słowami powiedzianejprosto w oczy nagiej prawdy. – Odchodzę nie przez Alojzego, ale przez swoją pijaną chorobę, którą ludzie podstępnie przeciwko mnie wykorzystali, ale ty, jeżeli ci na tej robocie zależy, to musisz Alojzego wykończyć, bo inaczej on cię wykończy. Nowy podziękował za ostrzeżenie i niedługo potem Alojzego zabrała karetka na zawał serca, zakrztusił się własną nienawiścią, bo co kto wysyła do świata, to od świata do niego powraca. Od dwóch tygodni był bez pracy, rześkim porankiem szedł pijany zielonym wąwozem drogi, ale nie pamiętał skąd idzie, bo dopiero przed chwilą wróciła mu pamięć. Nadmiernie pobudzony psychomotorycznie przez alkoholową truciznę, szedł zapatrzony w nieziemsko piękne słońce, które czekało na niego, na końcu drogi jak stojąca na progu domu ślicznie zapłoniona dziewczyna. – Kiedyś chodziłem tędy z Julią – przypominał sobie dawne szczęśliwe chwile i trudno mu było uwierzyć, że żył w tamtym urokliwym świecie. Szpalery wysmukłych topoli chwiały się lekko na poboczach drogi jak wielkanocne palmy, ale dla niego ta miniona noc nie była wielką nocą zmartwychwstania. Szczerze mówiąc, nie wiedział, czy w ogóle kiedyś zmartwychwstanie. Ukrzyżowany przez alkohol za ręce, nogi miał jeszcze wolne i wlókł się razem ze swoim krzyżem do Edenu, w stronę wiecznie zielonych pastwisk na drugim brzegu rzeki w zielonej dolinie, zalanej wiecznie ściwcącym słońcem. Wracał do raju utraconego przez lenistwo pierwszych rodziców, którym się chciało zastanowić, co się stanie, jak wbrew ostrzeżeniom Boga zjedzą to zatrute, zachwalane przez węża jabłko. Zwabieni na manowce przez diabelskiego węża, ciągle jesteśmy w drodze powrotnej do domu. Jak sztafeta pałeczkę, kolejne pokolenia ludzkości przekazują sobie ogryzek zakazanego jabłka, żeby go kiedyś wrzucić w raju do stojącego na mecie śmietnika.
Część 44 / 6
– Rozjaśnisz myśli i światłem bogaty, rozproszysz mroki i określisz księstwo. Skupisz swe myśli, staniesz w progu chaty, nad nałogami odniesiesz zwycięstwo. Przestaną wołać do cię gwiazd miliardy, z dna podźwignięty, w błysk się zmienisz hardy, co się laserem stanie wolnej woli i rozproszone skupić ci pozwoli. – Pójdę, gdzie życia wieczne źródło bije, pójdę za świata najdalsze mgławice, pójdę jak trzeba za ziemie niczyje, gdzie rajskich kaskad pienią się krynice. Zaczerpnę w dłonie, z dłoni się napiję i Żywej Wody poznam tajemnice. Jeżeli poznam, u końca podróży, chciałbym też poznać swych Aniołów Stróży.
Rozdział trzeci
Leżał w pokoju pijany i płakał, bo nazajutrz miał jechać do pracy za granicę, jako malarz pokojowy i to była ta ostatnia kropla goryczy, która przepełniła kielich i z jego oczu popłynęły łzy. – Co się ze mną dzieje? – narzekał. – Ciągle tylko ta wóda i wóda, pożera mnie jak modliszka kochanka, nie potrafię się od tej zarazy uwolnić! Następnego dnia wsiadł w pociąg i pojechał do czeskiej Pragi. W owych czasach zarobki na eksporcie były kilkakrotnie większe, niż w kraju i wielu chciało wyjechać do pracy za granicę, ale udawało się tylko nielicznym i to po wielu latach oczekiwań. Jak więc to się stało, że jemu się udało dostać tę pracę w ciągu tygodnia? Ano tak się jakoś wszystko układało pomyślnie, jedno za drugim. Gdzieś tam usłyszał, że we Wrocławiu dzwonią i pojechał trzysta kilometrów pociągiem, żeby się dowiedzieć, o co właściwie z tym eksportem chodzi. – Nie potrzebujemy elektryków – powiedziała do niego we wrocławskim biurze bardzo ładna młoda dziewczyna. – Potrzebujemy malarzy – dodała, widząc jego zmartwioną minę. – Jestem również malarzem – podchwycił z rozbrajającym uśmiechem. – A jakim? – A jakich potrzebujecie? Spoglądał w jej przejrzyste oczy, starając się jej telepatycznie przekazać swoje myśli. – Oboje wiemy, Dobry Duszku, że kłamię, ale ja chcę wyjechać na eksport, a ty jesteś bardzo ładną dziewczyną. – Niech pan przywiezie zaświadczenie – powiedziała i na tym zakończyli rozmowę. Wrócił do domu i dwa dni później zawiózł lewe zaświadczenie, że przez ostatnie dwa lata pracował jako malarz. Dostał angaż, tysiąc czeskich koron zaliczki i właśnie przed chwilą wysiadł z pociągu w złotej czeskiej Pradze i spoglądał zachwycony na piękne miasto. Wsiadł do luksusowego lśniącego chromem i niklem metra, które Rosjanie wybudowali Czechom, jako rekompensatę za zdławienie w sześćdziesiątym ósmym Praskiej Wiosny i wysiadł na końcowej stacji, na Kaćerovie. Przesiadł się na autobus podmiejskiej linii sto trzynaście i pojechał kilkanaście przystanków na peryferie czeskiej stolicy, gdzie polskie firmy budowały nową dzielnicę wieżowców.
Czerwona kreska
Przydzielono go do brygady malarzy i z niedowierzaniem patrzył, jak malują cztery razy szybciej od niego. – Chłopaki – powiedział w końcu. – Ja jestem elektrykiem, ale bardzo chciałem jechać na eksport. Brygadzista przez chwilę pomilczał, a później skinął życzliwie głową. – Zmieścisz się, bo robota na dniówkę – zadecydował. – Dostałeś zaliczkę? – Dostałem. – To leć do sklepu po piwo. Przytaszczył torbę czeskiego staropramena i brygadzista po wypiciu drugiej półlitrowej butelki potwierdził swoją wcześniejszą decyzję. – Wygląda na to, że jesteś w porządku, tylko jak zobaczysz kierownika, to z nim nie rozmawiaj o kobietach. – Dlaczego? – Bo jest zazdrosny o swoją żonę, dwa tygodnie temu tak go podpuścili, że pojechał do Wrocławia, szukać w domu kochanka o czwartej nad ranem wyważył w mieszkaniu drzwi. – Ja tam się o swoją nie martwię – odezwał się któryś z drabiny. – To nie mydło, to się nie zmydli. – Udaje mądralę, bo żona w ósmym miesiącu – wyjaśnił brygadzista. I tak sobie pracowali, rozmawiali i popijali, a po dziesięciu godzinach zawieziono ich autobusami na drugi koniec miasta, gdzie byli zakwaterowani w barakach pozostałych po budowie lotniska. Nowo wybudowane praskie lotnisko stanowiło ostatni krzyk mody, Francja, elegancja, czyli klimatyzacja, automatyzacja, drink bary, restauracje, kawiarnie, tarasy widokowe i jeszcze jakieś tam inne buzery, ale kto by je tam wszystkie spamiętał. Za pięć koron można było oglądać z tarasu podrywające się do lotu ogromne stalowe ptaki. Przez chwilę słychać było w powietrzu narastający gwizd odrzutowych turbin, a później srebrzyste ptaki unosiły się nad ziemią i znikały w przestworzach. Przez pierwsze dwa tygodnie nie trzeźwiał. Kiedy o zmierzchu hala lotniczego dworca rozjarzała się tysiącami świateł, kotwiczył na wysokim stołku przy drink barze, zaczynając nocne życie w narkotycznym alkoholowym transie. Zaglądająca przez szklane ściany Poetycka Bajka spoglądała na niego smutno swoimi aksamitie gwiaździstymi oczami. – Co się z tobą dzieje?! – pytała zaniepokojona. – Ani nie chcesz żyć, ani nie chcesz umierać... Właściwie, to sam nie wiesz, czego proagniesz. Nie można w ten sposób dojrzeć dowieczności, zawieszony pomiędzy dwoma światami. – Kto to do mnie mówi? – Już mnie nawet nie poznajesz. – No, po pijanemu nie poznaję. – Wzbijasz się i spadasz ikarowym lotem, żeby się jak feniks odradzać z powrotem, dlaczego z ciebie taka niesamowita mieszanka? – Ale kto to mnie mówi?! – No, to przecież ja, Poetycka Bajka, którą odnajdujesz w szarym życiu. Nie chciał słuchać tych wyrzutów i odwracał głowę w stronę drink baru. Och, ileż tam było kolorowych mamideł, rubinowych likierów, szmaragdowych aperitifów i szafirowych koniaków. Zwodniczy blask alkoholowych mamideł zwielokrotniały ich lustrzane odbicia. W sobotę wybrali się całą brygadą na pijaństwo, włóczyli się do późnej nocy po mieście. Nad Wełtawę, skąd odjeżdżały autobusy na lotnisko, dotarli już po północy i musieli czekać kilka godzin na pierwszy autobus. Pomimo końcówki sierpnia, noc była ciepła i pogodna, od rozjaśnionej latarniami Wełtawy ciągnęły orzeźwiające fluidy. Trochę podrzemali na skwerze, trochę pospacerowali po ozdobionym kamiennymi figurami moście Karola i tak pod opieką strzegących mostu świętych dotrwali do rana, i wrócili do hotelu. Koledzy położyli się do spania, ale jego wódka zaciągnęła na lotnisko i zaczął jak ćma krążyć wokoło rotundy baru, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi. Co jakiś czas lądował na wysokim stołku przy bufecie i tankował kolejnego drinka, po którym jego umysł rozjaśniał się znowu halucynogennym światłem. Dozował narkotyczne paliwo z umiarem jak brawurowy pilot, który umiejętnie utrzymuje silnik na wysokich obrotach, nie przekraczając na wskaźnikach czerwonej kreski.
Dwie sarenki
O niedzielnym poranku wyszedł na taras, żeby popatrzyć, jak wschodzące słońce chlusta po pasach startowych strumieniami ognia. Usiadł na ławce i odpoczywał przez kilka godzin w półprzytomnym letargu. W południe dołączył do niego wyspany brygadzista i razem oglądali z tarasu startujące i lądujące samoloty, obserwowali wysiadających z samolotów podróżnych. Najpierw zobaczyli schodzące po samolotowych schodkach dwa ogromne plecaki, a później dostrzegli pod nimi dwie przygięte do ziemi dziewczyny. – Przecież one się zamęczą – mruknął rozczulony do brygadzisty. – Chodź, Sebastian, pomożemy im dźwigać. Zeszli z tarasu i ustawili się w hali dworca w pobliżu odprawy paszportowej. Słuchając, jak dziewczyny szczebiotają po polsku z celnikami, dowiedzieli się, że spędzają wakacje, podróżując po Europie i przed chwilą przyleciały z Budapesztu. – Ale ładna – powiedział brygadzista, kiedy jedna z dziewczyn owionęła go przelotnie spojrzeniem. – Obie ładne – uściślił, biorąc plecak od szczebiotki o ciepłym aksamitnym spojrzeniu. – Daj sarenko, to ci poniosę. Kolega zarzucił na ramię drugi plecak i rozpoczęli we czwórkę zwiedzanie miasta, a później zaprosili dziewczyny do restauracji na obiad. Siedzieli przy stoliku w restauracyjnym ogródku i spoglądał ze smutkiem na zajadające ze smakiem towarzystwo. Zamówił wprawdzie dla siebie rosół z kawałkiem kury, ale po wmuszeniu w siebie dwóch łyżek, odsunął talerz z niechęcią. Nie spał i nie jadł od trzydziestu kilku godzin. Zatruty alkoholem, nie potrafił niczego przełknąć, bo w jego mózgu szalała rozbudzona alkoholem burza endorfin i rozkojarzona psychika wysyłała sprzeczne chaotyczne informacje we wszelkich możliwych kierunkach. – Niedawno jadłem śniadanie – zmyślił, kiedy zapytali, dlaczego nie je i dalej błyszczał samobójczym światłem spadającej gwiazdy. Kiedy dziewczyny zaczęły wspominać o noclegu, zaproponował darmowe pole namiotowe w pobliżu budowy. – Obok naszej budowy znajduje się dziki kamping, na którym mieszkają rodziny odwiedzające pracowników – wyjaśnił. – Jak chcecie, to możemy tam z wami pojechać i pokażemy wam to miejsce. Zajechali na pachnące polnymi kwiatami wichrowe wzgórza i pomogli dziewczynom przy rozkładaniu namiotu, a później nagle zemdlał. Ocknął się przeszyty promieniami palącego słońca, dźwigany przez kolegę pod pachy. – No, co z tobą? – pytał zaskoczony kolega. – Zostaw – powiedział zgaszonym głosem. Siedział wystraszony na trawie, bo jego eksploatowane bez umiaru serce nie potrafiło go już dłużej utrzymać na nogach, nad rozkwitłymi preriami wichrowych wzgórz śmigały kolorowe motyle. Zrozumiał, że jeżeli chce przeżyć, to musi się ratować i przypomniał sobie, że ma w hotelowym pokoju krople na serce i litrowy karton śmietany, który kupił przewidująco przed sobotnim pijaństwem. – Poczekajcie tu na mnie – poprosił. Pojechał taksówką do hotelu na drugi koniec miasta i po zażyciu trzydziestu kropli, wypił śmietanę i wrócił tą samą taksówką na rozkwitłe łąki. – Równowartość pięćdziesięciu piw – pomyślał, płacąc taksówkarzowi sto koron. Kolega z dziewczynami siedzieli przed namiotem na trawie i kiedy do nich wrócił, niby wszystko było jak dawniej, ale jednak nie było, bo poprzedni beztroski nastrój gdzieś prysnął. Porozmawiali jeszcze przez chwilę z dziewczynami, a później się umówili na jutro i poszli. W poniedziałek pojechał na umówione spotkanie, ale sarenek nie było, spotkał tylko nadchodzącego z drugiej strony brygadzistę i poszli na piwo. Po pierwszym kuflu jego umęczone serce szarpnęło się jak smagnięte batem, a później zrezygnowane podjęło dalszą katorżniczą pracę. Pili do zamknięcia lokalu, a potem pojechali do hotelu, gdzie brygadzista się położył do spania, a on poszedł dalej pić na lotnisko. We wtorek zgłosił się na budowie do polskiego lekarza i wyjaśnił, że po trzydniowym pijaństwie robi mu się słabo, a lekarz złapał wtedy za telefon i zaczął na niego kablować do dyrekcji, że usiłuje wymusić zwolnienie. Machnął zrezygnowany ręką, wyszedł z gabinetu i kupiwszy kilka piw, pojechał do hotelu, gdzie popijał do południa, coraz bardziej zatracając poczucie czasu i przestrzeni. Rozdarł się na sprzątaczkę, kiedy go nazwała moczymordą, a później poszedł do swojego pokoju i zasnął. Około szóstej wieczorem obudził go rumor wracającej z pracy brygady. Koledzy blokowali wejście do pokoju, nie chcąc wpuścić czterech milicjantów z oddziałów specjalnych. – Chyba przyjechali po mnie – pomyślał ze zdziwieniem, wtulając głowę w poduszkę. Leżał cichutko, starając się sprawiać wrażenie potulnego baranka, a koledzy tłumaczyli milicjantom, że on już jest spokojny i żeby go zostawić w spokoju. Robiło się coraz większe zbiegowisko i milicjanci w końcu zrezygnowali z interwencji i odjechali. – Kuba, przyjechały po ciebie oddziały specjalne – powtórzył kilkakrotnie zszokowany brygadzista. – Dzięki Bogu, że się na was natknęli – wyszeptał. – Jakbyście mi nie pomogli, to już by było po mnie. – E, może by tak źle nie było. – Byłoby! Czesi pamiętają, że Polacy pomogli Rosjanom zdławić Praską Wiosnę. Zasnął na powrót, a na drugi dzień wezwano go do dyrekcji, gdzie stanął zawstydzony przed czteroosobowym kolegium dyrektorskim. – Najpierw pan chciał wymusić od lekarza zwolnienie, a później się awanturował w hotelu – powiedział jeden z dyrektorów. – Sprzątaczka zatelefonowała po pomoc i kazaliśmy jej wezwać milicję. – Jestem uczulony na alkohol, dostaję po nim białej gorączki, amoku. Nawet niewielkie ilości alkoholu mogą u mnie wywołać przejaskrawioną reakcję, patologiczne upojenie. Z moim rodzeństwem i kuzynami jest podobni i podobnie było z moim ojcem i przypuszczalnie również z moim dziadkiem. – To po co pan pije? Wyczuł, że czekają, żeby coś powiedział, może by mu nawet darowali, ale taki był rozbity i pełen poczucia winy, że nawet się nie próbował usprawiedliwiać. Zacisnął usta, czekając, żeby się to jak najszybciej skończyło. Ucieszył się, kiedy usłyszał, że jego zarobek za dwa tygodnie pokryje pobraną zaliczkę i jeszcze tego samego dnia wieczorem wsiadł do pociągu i wrócił do kraju. Nikomu się w domu z niczego nie tłumaczył, nikt go zresztą o nic nie pytał.
Przemytnik
Trwały lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku, epoka Gierka, który umożliwił Polakom masowe podróże do krajów demokracji ludowej. Centralnie sterowana gospodarka w okupowanej przez Rosjan części Europy, zamiast na ekonomii, oparta była na dyktaturze czerwonej burżuazji, niewiele mającej wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. W owych czasach krążyła po Polsce anegdotka, że kiedy Amerykanie jak zalecieli na księżyc,to planowali budowę bazy, a przysłuchujący się księżycowy ludzik powiedział, że bazy nie będzie, bo kilka dni temu był tutaj Rusek i powiedział, że cały księżyc zostanie obsadzony kukurydzą. Takie nakazowe utopijne podejście doprowadziło w krajach bloku wschodniego do braku towarów i po otwarciu przez Gierka granic, na kraje demoludów runęły tysiące polskich obieżyświatów, którzy prowadząc półlegalny handel, wzbogacali Polskę przywożonymi do kraju dewizami i złotem. Jeżeli chodzi o Kubę, to wystarczył mu dwutygodniowy pobyt w Pradze, żeby dostrzec ową szarą strefę i znaleźć sobie w niej miejsce. Po kilkudniowych kalkulacjach załadował towarem turystyczną torbę i pojechał z powrotem do Pragi,ale tym razem nie do pracy, ale na handel. Pierwszych odbiorców towaru znalazł pośród dawnych znajomych, sprzedając im papierosy i wódkę, pomogli mu również kupić pierwszą setkę dolarów. – Przecież na sto dolarów, to ja muszę w Polsce pracować przez trzy miesiące – pomyślał i w taki to sposób został międzynarodowym przemytnikiem. Żeby mieć parawan dla swojej przemytniczej działalności, otworzył sobie od oka prywatny zakład elektroinstalacyjny i w krótkim czasie doprowadził swoje przemytnicze rajdy do perfekcji. W niedzielę wieczorem wsiadał w Brzesku w pospieszny autobus i jechał do odległych o sto trzydzieści kilometrów Katowic, gdzie się przesiadał do ekspresowego pociągu i w poniedziałek rano wysiadał w czeskiej Pradze. Przez cały dzień wędrował po mieście i sprzedawał towar, a wieczorem kupował u cinkciarza dolary, wsiadał w pociąg i we wtorek rano był już z powrotem w domu. Cała rajd w obie strony zajmował mu raptem czterdzieści osiem godzin, jeden dzień i przylegające do niego dwie noce. Uczył się szybko i już za drugim razem poszerzył sprzedawany asortyment o szyte z kolorowego materiału damskie torby na zakupy, ale najlepsze przebicie było na polskich kosmetykach. Za dwa kremy żeńszeniowe kupował dwa dolary, za które mógł po powrocie do kraju kupić dziesięć kremów. Podczas trzeciego rajdu zatracił umiar i zabrał sto kremów, które schował pod podnoszonymi siedzeniami w sąsiednim pustym przedziale. No cóż, nie na darmo się mówi, że chytry dwa razy traci. Podczas kontroli celnicy zajrzeli pod siedzenia i po chwili smętnie obserwował, jak paradują po peronie z jego kontrabandą. Cóż było robić, pojechał dalej z posiadaną resztką towaru, ale nie była to znowu taka resztka, skoro jeszcze na tym kursie zarobił. Przed klęską uratował go radiomagnetofon, który sprzedał kelnerowi za dolary w hotelowej restauracji. Nie mając za wiele towaru, uwinął się szybko ze sprzedażą i wyruszył na wędrówkę po otulonym babim latem mieście. Tablica świetlna na Vaclavskim Namesti pokazywała dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Nie wiadomo, jak to się stało, że wędrując bez celu przed siebie, jakby się nagle cofnął w czasie o kilka wieków, zaszedłszy do zachwycającej średniowiecznym klimatem dzielnicy miasta. Okazałe stylowe kamienice spoglądały na niego szafirowymi witrażami okien, a pozytywki w witrynach antykwarycznych sklepów wygrywały dźwięczne melodie. Unosił oczarowany głowę, spoglądając w zachwycie na wieńczące frontony kamienic zegary, po krużgankach których przesuwały się z dosyojną powolnością korowody praskich mieszczan w stylowych wytwornych strojach. Chodził, zwiedzał, oglądał, a na odchodne zabrał ze sobą na pamiątkę śliczne wspomnienia. I dobrze, że zabrał, bo więcej już w to urokliwe miejsce później nie trafił. Nie trafił już również więcej do zaczarowanego ogrodu, który napotkał owego dnia wieczorem na swojej drodze. Ten urzekający dzień babiego lata pełen był nieprzypadkowych zbiegów okoliczności, ktoś nad tym wszystkim czuwał, żeby mógł zgromadzić śliczne wspomnienia. Idąc o zmierzchu ulicą, nagle natrafił w zwartej linii kamienic na kutą w żelazie bramę, która zjawiła się przed jego oczami jak fatamorgana, jak efemeryczny omam ulotny. Stanął zaskoczony na progu parku, chłonąc emanującą ku niemu zakochaną szczęśliwość, a później wniknął w ową namiętność i ruszył ku ukrytej w ciemnościach przygodzie. Rozszumiały się nad nim sędziwe drzewa, a z ukrytych pośród zarośli ławek dobiegły do niego rozpłomienione szepty. Atmosfera w tym poświęconym Amorowi gaju była tak przesiąknięta rozkoszą, że napełniony był po brzegi tą przyprawiającą o zawrót głowy szczęśliwością i pomyślał, że jakże w niebie musi być cudnie, skoro nawet już na ziemi, na tym łez padole, potrafi być tak pięknie. – Gdzie jesteś, moja królewno ze szklanej góry – wołał bezgłośnie z głębi roztęsknionego serca. – Gdzie jesteś, że cię nie ma i dlaczego cię nie ma, skoro tak bardzo za tobą tęsknię i chciałbym cię trzymać za rękę? – Płynie czas, rośnie las, nigdy jej nie było – po zielonym gaju echo zanuciło. – Nigdy nie trzeba mówić nigdy, przeminą przebaczone krzywdy - wyszeptał. - Przeszłość z przyszłością się zbrata na progu nowego świata. Chodził roztęskniony samotnie po parku, a potem opuścił z żalem to rozkochane miejsce. Pojechał metrem na dworzec, kupił w bufecie kanapkę z kotletem i pepsi, i posilał się w wagonie, siedząc przy oknie i czekając na odjazd podstawianego godzinę wcześniej pociągu. - Za dalą w dali znika dal i coraz więcej za mną dali, tylko mi smutno, tylko żal, żeśmy się nigdy nie poznali - rozmyślał zasmucony i roztęskniony. - Nie poznali, nie poznali, nie poznali... Przedrzeźniało go w myślach przekorne echo. Po tygodniu znowu pojechał do Pragi, zabierając dziesięć kartonów amerykańskich papierosów, Marlboro, na które miał zamówienie od kelnera z hotelowej restauracji. Torbę z przemytem wywiesił przed graniczną stacją za okno po ciemnej stronie wagonu, a po odprawie celnej wciągnął z powrotem do środka. Po sprzedaniu części towaru, pojechał wieczorem do mieszkających na lotnisku kolegów i zawiózł im zamówione dwie butelki spirytusu. Wypił je razem z nimi po rozmajeniu miodem i postanowiwszy wracać do domu, ruszył do autobusu na skróty i wpadł do wybranego przez koparkę kilkumetrowego leja. Spadając głową do przodu, chwytał za wystające z ziemi pręty i dzięki temu udało mu się w powietrzu odwrócić i uderzyć w dno wykopu nogami. Leżał, wbity po kolana do błota. Mijały długie nocne godziny. Uratowali go rano idący do pracy Czesi. Usłyszeli jego ochrypłe wołanie. Spuścili mu linę, którą się obwiązał pod pachami i wyciągnęli go na górę. Chciał im zapłacić, ale powiedzieli, że nie trzeba, zapytali czy nie wezwać karetki. Pokręcił przecząco głową i dowlókł się z powrotem do swoich w hotelu. Po drodze przystawał, paraliżowany atakami przeszywającego bólu, nie wiedział, co mu się stało. Koledzy pozwolili mu się położyć na wolnym łóżku, przez pierwsze dwa dni pościł, popijając zimną wodę z blaszanego garnuszka. Rozcięta głowa zagoiła się dosyć szybko, ale powtarzające się ataki bólu napełniały go strachem. Na trzeci dzień wypił ostrożnie trochę śmietany, a po tygodniu poczuł się na tyle dobrze, że podziękował, zapłacił za noclegi i powędrował do pociągu. Po drodze przysiadał w siąpiącym deszczu na krawężnikach ulic. Obok niego obojętnie przechodzili spieszący za swoimi sprawami ludzie. Następnego dnia dotarł szczęśliwie do domu, gdzie przeleżał jeszcze w łóżku przez dwa tygodnie, podczas których w domowej ciszy i spokoju wrócił do zdrowia i spakowawszy kontrabandę, pojechał na kolejną przemytniczą wyprawę. Po latach miał się dowiedzieć, że ma w żołądku blizny po zagojonych wrzodach.
Czeski przyjaciel
Vesely, znaczy po czesku, wesoły, i tak się właśnie nazywał ten starszy od niego o całe popolenie czeski szaławiła, którego poznał podczas siarczystych mrozów, kiedy na dworze szalała śnieżyca. Okazana mu wtedy przez Czecha pomoc, przypuszczalnie uchroniła go przed zamarznięciem, przed śmiercią. Po spędzonej w pociągu na pijaństwie nocy, wysiadł o poranku w Pradze i przez cały dzień wędrował po mieście, sprzedając towar i przepijając zarobione pieniądze w napotykanych restauracjach. Owego dnia stały przed nim otworem najlepsze lokale nadwełtawskiej stolicy, w których serwowano dla niego koniaki, likiery, jajka z szynką w majonezie i sałatce, aromatyczną kawę z bitą śmietaną, torty, dziczyznę i kandyzowane egzotyczne owoce. Wieczorem skończyły mu się pieniądze i postanowił się przespać u kolegów na lotnisku, ale obsługa metra nie wpuściła go pijanego na peron. Kilkakrotnie próbował sforsować zagradzające drogę barierki, ale za każdym razem wyskakiwał z dyspozytorki dyżurny, który go widział na monitorach, jak się podkrada do wejścia. – Vyste opily, vyste opily, vam vstup zakazany! – powtarzał w kółko i zastępował mu drogę. Po jakimś czasie zrozumiał, że nie przechytrzy uzbrojonego w kamery dyżurnego.który zagiął na niego parol i zrezygnował z podchodów. Stał na ulicy smagany przenikliwym wiatrem, a później wrócił do restauracji, w której zakończył picie i powymiatawszy kieszenie, uzbierał trochę drobniaków na herbatę. Usiadł w ciepłym kącie sali i powoli przychodził do siebie, grzejąc dłonie o ciepłą szklankę, ale po jakimś czasie kelnerka zaczęła go wypraszać z lokalu. – Uż je zavrzeno – mówiła. – Uż je zavrzeno, uż neni możne! – O ne, musite mi vyhodit silu! Powiedział po czesku, że nie wyjdzie i dodał po polsku, że na dworze dwadzieścia stopni mrozu. Nie dawali mu spokoju, więc w końcu poszedł do toalety i zamknął się w kabinie. Zakrył deską muszlę klozetową, żeby mu nie śmierdziało i ułożył się obok niej na terakotowej posadzce, podłożywszy pod głowę torbę z towarem. Nie spał od dwudziestu czterech godzin, był u kresu wytrzymałości, ale zanim zdążył na dobre zasnąć, obudziło go dobiegające z nieba wołanie. – Ahoj! Ho! Ho! Hooooooo... Uniósł zdziwiony głowę i zobaczył pod sufitem zaglądającego z góry do kabiny mężczyznę. Wrócił więc na salę i zaczął drzemać na krześle, dając do zrozumienia, że jego nic w tej chwili nie obchodzi, bo on się potrzebuje przespać. Co jakiś czas przykładał dłoń do policzka i wyśpiewywał do stojących nad nim kelnerek refren swojej ufnej kołysanki. – A, a, aaa... A, a, aaa... Nucił z rozbrajającą szczerością, a potem znowu zapadał w drzemkę, jak przez mgłę słysząc dochodzące do niego głosy narady. Po jakimś czasie zebrani widocznie podjęli jakąś decyzję, bo zaczęto go potrząsać za ramię. – To je twoje a, a... Kelnerki pokazywały na mężczyznę, który go obudził w ustępie. Popatrzył podejrzliwie na Czecha, bo się obawiał, że go próbują wymanewrować z lokalu, ale kiedy mężczyzna życzliwie skinął głową, zawierzył nieznajomemu i poszedł z nim na los szczęścia w niewiadomą przyszłość. Przykryty szarym kocem, obudził się następnego dnia koło południa na żelaznym łóżku i rozglądał się zdziwiony po nieznanym pomieszczeniu. Cieplutko było, przytulnie, w kącie swojsko mruczał telewizor, a z łazienki dochodziły przyśpiewki golącego się Czecha. O tym, że śpi w dyżurce osiedlowej kotłowni centralnego ogrzewania miał się dowiedzieć dopiero później. Chciał zakomunikować Czechowi, że się obudził, ale z zaschniętego gardła wydobyło mu się tylko skrzekliwe chrząknięcie. W drzwiach łazienki stanął z namydloną twarzą starszy mężczyzna i spoglądał na niego z ciekawością jak na przybysza z innej planety. – Ja se menuje Vesely – oznajmił, na co w odpowiedzi pokazał palcem na usta, że nie może wydobyć głosu. Na podany mu kufel piwa popatrzył z taką odrazą, że Vesely najpierw bez słowa wypił piwo, a potem wypłukał nad zlewem kufel i nalał do niego kranówy, wycisnąwszy do wody połówkę cytryny. Wypił duszkiem i po jakimś czasie odzyskał mowę, ale ciągle nie rozumiał o co chodzi, kiedy Czech przyniósł z łazienki jego torbę z kontrabandą. Spoglądał na Veselego skołowanym wzrokiem i dopiero po chwili zrozumiał, że Czech wyjaśnia, że niczego nie brakuje. Spojrzał na Veselego z sympatią, bo do tej pory nawet nie kontaktował, że to jego torba, sięgnął do środka i sprezentował Veselemu karton amerykańskich papierosów, Marlboro. W owych czasach taki karton kosztował w Czechach dwieście koron. Bagatela, równowartość stulitrowej beczki piwa. Spoglądał z lekkim zdziwieniem na ucieszonego Czecha, który złapał za telefon i zaczął coś mówić do słuchawki. Jak się zorientował Vesely dzwonił do jakiejś kobiety, chyba żony. Z miękkiej, pieszczotliwie się ślizgającej po wyrazach czeskiej mowy wyłowił powtarzający się ciągle zwrot o americkich cigaretach, więc znowu sięgnął do torby i dołożył drugi karton papierosów, a później jeszcze dla dołożył dla kobiety szampon do włosów i brokatowy lakier do paznokci. Och, jakże się ten sympatyczny czeski wagabunda potrafił szczerze i spontanicznie cieszyć. – Jsi muj prtiel, ty jesteś mój przyjaciel – powtarzał w kółko uradowany Vesely. – Jestem – potwierdził, pomyślawszy, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. I w taki to sposób poznał wesołego czeskiego przyjaciela, a później jego żonę, dwóch dorosłych synów i roześmianą czteroletnią córeczkę, Danę, która nazywała go po swojemu, Polak, i przybiegała do niego roześmiana, kiedy ich odwiedzał w późniejszym czasie.
Potyczki z dzielnicowym
W jego rodzinnym mieście aresztantów przetrzymywano na milicji w zamienionej na celę suterynie. Przez zakratowane okienko pod sufitem wdziało się na ulicy nogi przechodniów. Pod okienkiem znajdowała się zajmująca całą szerokość celi pochyła drewniana prycza, a po przeciwległej stronie obite blachą drzwi wejściowe, w które można było godzinami kopać i tłuc pięściami, a i tak nikt się nie pofatygował z odwiedzinami. Nie, naprawdę nie warto wiele wspominać o tych cholernych obitych pancerną blachą drzwiach drzwiach, zamkniętych na cztery spusty, to już o wiele ciekawsza była również obita blachą, wystająca ze ściany połowa kaflowego pieca. Blachę pokrywały wydrapane przez aresztantów sentencje, a ponieważ siedział owej zimy w celi trzykrotnie, to miał wystarczająco dużo czasu, żeby się z ową twórczością zaznajomić. Pierwszy raz go zamknęli w grudniu po awanturze z ojcem, podczas której mama wezwała milicję. – Zamknijcie go, panowie – powiedziała, pokazując na syna. – Bo obaj z mężem są pijani i inaczej w domu nie będzie spokoju. Wypuścili go następnego dnia o poranku, a po miesiącu dostał wezwanie na komisję, bo dzielnicowy zrobił wniosek o przymusowe leczenie z alkoholizmu. Razem z nim wezwano na komisję rodziców, którzy nie poparli wniosku, oświadczając że syn utrzymuje rodzinę. – To dlaczego dzielnicowy na pana nalatuje? – zapytał go siedzący w komisji oficer milicji. – Bo jest za gorliwy, on własnemu bratu zrobił kolegium za to, że jechał wieczorem na rowerze bez światła – wycelował oskarżycielsko palcem w pobladłego z nerwów dzielnicowego i po chwili był wolny. Dobrze, że mu się udało wybronić, bo jeszcze wówczas do leczenia nie dojrzał i przypuszczalnie byliby go wykończyli nieludzkim, drakońskim prawem. Kilku jego przymuszonych do leczenia kolegów wszyło sobie esperal, żeby odzyskać wolność i po wyjściu ze szpitala, zapili wszywki i umarli młodo na serce. Przed śmiercią chodzili pijani po mieście z czerwono napuchniętymi twarzami od wszytej im na leczeniu trucizny. Nie wiadomo, czy ich śmierć miała jakiś związek ze śmiercią dzielnicowego, ale jakiś czas potem umarł na nieuleczalną chorobę. Może i miała, bo jaką miarą komuś mierzysz, taką ci odmierzą, bo jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Kilka dni po komisji szedł wieczorem podpity i spotkawszy na ulicy dzielnicowego, syknął mu w twarz z pogardą. – Psssikkk! Syknął, bo nie zauważył, że za rogiem stoi milicyjna suka i po chwili już jechał do milicyjnego aresztu. Na komendzie przeprosił dzielnicowego, bo liczył, że go wypuszczą, ale kiedy mu kazano wyciągać z butów sznurówki, to zrozumiał, że mściwy dzielnicowy nie zasłużył na przeprosiny i postanowił odzyskać szacunek we własnych oczach. Poszperał w pamięci i wydobywszy potrzebne wiadomości, uderzył dotkliwie i celnie, patrząc na dzielnicowego z odrazą. – Szykanujesz alkoholików, a sam pijesz wódkę na melinie u kulawej Zośki. I wtedy dzielnicowy wyskoczył na korytarz i wrócił z wilczurem w kagańcu. Poszczuty wilczur skoczył mu do gardła z taką wściekłością, że go wywrócił na podłogę i nie mogąc przez kaganiec ugryźć, spryskał mu twarz toczoną z pyska śmierdzącą śliną. Miała dziwnie słodki zapach, jakby go nakarmili kwitnącymi pokrzywami. Odwrócił od wilczura głowę i zapytał, leżąc na podłodze z twarzą zasłoniętą łokciem. – A czymże wy go karmicie, że mu tak śmierdzi z pyska? I wtedy ponownie poszczuty wilczur, dostał białej gorączki, i usiłował go koniecznie zagryźć przez kaganuiec. Wstał z podłogi, kiedy w końcu odciągnęli wilczura i podszedłszy do dzielnicowego, syknął mu po raz drugi z odrazą. – Psssikkk! Nie próbował się bronić, kiedy dzielnicowy zaczął go dusić, wiedział, że stojący obok milicjanci czekają na pierwszy lepszy pretekst, żeby się na niego rzucić. Przypuszczalnie by go zatłukli. Poczuwszy, że mdleje, uśmiechnął się słodko do dzielnicowego i wycharczał przez dławione gardło. – Zadusisz mnie? Ocknął się na ziemi po dosyć długiej chwili. Wwstał i zapytał dzielnicowego spokojnym głosem, jakby się pytał o godzinę. – Czy to prawda, co opowiadają o tobie, żeś gruźlik? Przy powtórnym duszeniu znowu mu pociemniało w oczach. – No, to jak w końcu? – zapytał dzielnicowego po odzyskaniu oddechu. – Naprawdę zeszczałeś się po pijanemu w pory u kulawej Zośki? I wtedy do dzielnicowego zaczęło wreszcie docierać, że mającego wolną wolę człowieka można połamać, nawet zabić, ale nie można go pokonać bez jego zgody. Zrezygnował z duszenia i coś powiedział po cichu do kolegi, który podszedł i zaczął go uderzać pięścią w podbródek. Nie reagował, dając do zrozumienia, że nie chce eskalacji konfliktu. Otarł ściekającą z rozciętego podbródka krew i powiedział uroczystym głosem, jakby wieścił proroctwo. – Ej, doczekacie wy się jeszcze swojego końca, doczekacie! Wy ubeckie czerwone pachołki! Doczekacie, bo co wysyłacie do świata, to od świata do was powróci. Usiadł na krześle i siedział ze spuszczoną głową jak przygięte wichurą drzewo, które poddaje się chwilowo porywom nawałnicy i dzięki temu unika złamania, i może się później znowu wyprostować po przejściu wichury. To właśnie wtedy siedział owej zimy po raz drugi w areszcie. Następnego dnia jeden z milicjantów przeprowadził z nim rozmowę ostrzegawczą, a później go wypuszczono do domu. Dwa tygodnie później spotkał dzielnicowego wieczorową porą na ulicy, złapał go za klapy marynarki i rzuciwszy nim oparł o siatkę ogrodzenia, wycedził przez zęby. – Dlaczego ty mnie tak, draniu, prześladujesz?! – Ależ ja nic do pana nie mam – zaczął się wymawiać dzielnicowy i od tego czasu nastąpiło pomiędzy nimi ciche zawieszenie broni.
Ojcowie nie bijcie
Część 55 / 6
Trzeci raz go zamknęli na początku marca, wrócił pijany do domu i ojciec zaczął go bić po twarzy. I wówczas stanęły mu przed oczami doznane w dzieciństwie od ojca krzywdy, i runął na niego bez opamiętania. Bił i bił, chociaż ojciec już dawno leżał na podłodze. Nie mogli go od ojca odciągnąć. W końcu na szczęście usłyszał alarmujące nawoływania Anioła Stróża i pozwolił się domownikom od leżącego odepchnąć. Za pierwszym razem uciekł przed wezwaną milicją przez okno, dorwali go przy powtórnym nocnym nalocie i wyciągnęli z łóżka. Ubierał się w milczeniu, przyjmując pierwsze uderzenia pałką. – Taki chłop, a nie potrafi porządnie uderzyć – prowokował milicjanta i posypały się na niego kolejne uderzenia. Szedł bez pośpiechu przez podwórko do suki, a dwumetrowy drągal młócił po jego plecach pałką jak cepem. Wypatrywał jak zbawienia stojącego na ulicy samochodu, ale nie przyspieszył kroku ani na jotę. To była prawdziwa droga przez mękę. Po dojściu do suki, przystanął i powiedział nonszalancko, spoglądając na świecący w koronie księżyc. – Wygląda na to, że będzie niezły mrozik, napaliliście chociaż w piecu? Dopiero potem schronił się do suki, nie odzywając się przez całą drogę podczas jazdy, bo się obawiał, że zacznie rzęzić. Leżał w celi przez kilka godzin na deskach, a potem alkohol przestał znieczulać i dotarło do niego, że o mało ojca nie zabił. Kolejne godziny były jednym rozpaczliwym krzykiem jego udręczonej duszy. To było niemożliwe do opisania psychiczne konanie, które uderzało w niego raz za razem jak rozszalałe tornado. Takie cierpienie wyrywa z korzeniami drzewa i jeżeli cierpiący zdecyduje się w takiej chwili na uniesienie ku niebu głowy, to może dostrzec pełne miłości, przebaczające spojrzenie konającego w Ogrójcu za ludzkie grzechy Boga. Pogryzionymi do krwi wargami modlił się o Boże Miłosierdzie dla siebie i całego świata. W trzydziestym roku życia po raz pierwszy dotarł do niego wtedy sens modlitwy, której nauczył ludzi Syn Boży, sam Pans Jezus Chrystus... I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Pojął, że prosi Boga, żeby mu tak przebaczył grzechy, jako on przebacza tym, którzy go skrzywdzili. Najpierw przebaczył milicjantowi, który mu zmasakrował plecy pałką, a później wszystkim innym ludziom wszystkie inne doznane od nich krzywdy. Coś dobrego stało się z nim wtedy w tamtej celi i spoczęło na nim pełne łaski przebaczające spojrzenie miłosiernego Boga, i drgnęło w nim życie jak w zimnej chropawej poczwarce, dotkniętej ożywczym jasnym promieniem słońca. To drgnienie człowieczeństwa było w nim na tyle silne, że gdzieś tam w górze postanowiono dać mu kolejną szansę. Dzień wstał po nocy pochmurny i ponury, wył od godziny, uderzając pięściami w obite blachą drzwi aresztu, a kiedy pozdzierał na kostkach dłoni skórę, to zaczął kopać w drzwi nogami. Koło południa skulił się na pryczy i lizał pokrwawione ręce. Nie wypuścili go na drugi dzień jak poprzednio. Na obiad dostał miskę wodnistej zupy i kromkę razowego chleba, a wieczorem dali mu się wreszcie napić wody i napalili w piecu. Przywarł plecami do ciepłej blachy pieca i tak na siedząco dotrwał do rana, otuliwszy się rzuconym mu w nocy kocem. Siedział nieruchomo w odrętwiałym letargu, zapatrzony w zarośnięte szronem zakratowane okienko. Trzeciego dnia dostał na śniadanie kromkę chleba ze smalcem i garnuszek zbożowej kawy, a później go zaprowadzili do prokuratora. Szedł przez miasto w spadających butach bez sznurówek, przykuty kajdankami do ręki milicjanta. W gabinecie prokuratora czekał na niego ojciec, na którego poobijanej twarzy zdążyły się już porobić strupy. Dopiero teraz zauważył, jak mocno go pobił. – Dlaczego pan pobił ojca? – zapytał prokurator. – Bo mnie zaczął bić przy żonie po twarzy – wyjaśnił znużonym głosem. – Przecież ja już jestem trzydziestoletnim mężczyzną, a nie katowanym przez niego małym, słabym zastraszonym chłopcem. Ojciec na niego nie nalatywał, przytaknął że to prawda i prokurator odmówił ścigania. Przeprosił ojca i podał mu rękę, a później wrócił na komendę po dokumenty i sznurówki. Na komendzie próbowali na niego dalej krzyczeć, ale dał do zrozumienia, że już na to nie pozwala, bo odzyskał swoje prawa. Po drodze do domu spotkał dokuczającego mu w dzieciństwie kolegę, z którym nie nie rozmawiał od wielu lat i przystanął, i podał mu na zgodę rękę. Wróciwszy do domu, usiadł w pokoju i siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, a po głowie plątała mu się nie wiadomo skąd nadleciała rymowanka. – Ojcowie nie bijcie, synowie nie pijcie, ojcowie nie bijcie, synowie nie pijcie. Nie pijcie, nie bijcie, nie pijcie... Przez dwa tygodnie sypiał na brzuchu, budząc się z jękiem, kiedy podczas snu nieświadomie zmieniał pozycję. Martwił się, że coś mu odbili, ale później mu przeszło. Przeszło mu również agresywne zachowanie po wódce. Od tego czasu, kiedy przychodził do domu pijany, to kładł z uśmiechem palec na ustach, dając do zrozumienia, żeby go nie prowokowano, bo chce być spokojny. Po trzykrotnym pobycie w areszcie, wyciągnął wreszcie właściwe wnioski, więc chyba coś w tym jest, że do trzech razy sztuka. Szkoda tylko, że ciągle nie kojarzył przyczyny ze skutkiem, alkoholu z agresją. Nie kojarzył, bo będąc człowiekiem inteligentnym, miał mocno rozbudowany system iluzji i zaprzeczeń, za pomocą którego zainfekowana alkoholem część psychiki nie pozwalała mu dostrzec pijanej choroby. Alkohol działał na niego jak czerwona płachta na byka, bo jako człowiek nieznoszący monotonii, posiadał niedobór monoaminooksydazy, enzymu, który wyhamowuje nadmiernie rozhuśtane emocje. Obdarowany przez Boga orlimi skrzydłami, dźwigał również doczepione przez diabła kajdany uzależnień, bo jak powiedział w Ewangelii święty Łukasz... Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie.
Parszywe kołysanki
Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Może, ale czasami potrafią się zwalić na człowieka całą watahą, jak na przykład na niego podczas owego niefartownego rajdu do Pragi. Przez cały dzień wędrował po mieście, ale nie udało mu się sprzedać całego towaru, a do tego nie dosiadł się do niego wieczorem w kawiarni żaden cinkciarz i nie miał od kogo kupić dolarów. W kawiarni na Vaclavskim Namesti spotykali się ludzie różnych ras i narodowości, interesy załatwiano w dyskretnej atmosferze przyciemnionych w lokalu świateł. Można tutaj było kupić to i owo. Pewnego razu zaproponowano mu kupno posiadającego muzealną wartość obrazu. Zwinięte w rulon płótno posiadało sygnatury rzeczoznawców, ale kiedy zobaczył, że przedstawia ukrzyżowanego Chrystusa, to natychmiast oświadczył głosem zdecydowanym głosem, że się takimi rzeczami nie zajmuje. Dolary kupował przeważnie od murzyńskich studentów. Siadał samotnie przy stoliku i zamawiał herbatę, a kiedy się do niego dosiadał dostawca, to uzgadniali i finalizowali transakcję pod stolikiem. Tak to mniej więcej zwykle wyglądało, ale tym razem nikt się do niego nie dosiadł, więc postanowił przenocować w hotelu i pozałatwiać resztę spraw jutro. Na pytanie o pokój znający go z widzenia recepcjonista rozłożył bezradnie ręce. – Vśechny obsazeny – wyjaśnił i widząc jego zmartwioną minę, zaproponował, żeby przyszedł później, po zgaszeniu świateł, to się prześpi w holu na kanapie. Wrócił do hotelu po dwudziestej drugiej i po chwili zasnął w kącie na wygodnej aksamitnej kanapie, ukryty za rosnącą w donicy ogromną palmą. Nie pospał za wiele, bo obudziły go obelgi bluzgane na niego przez pijanego Czecha. Upajający się własną odwagą pijany moczymorda, doskakiwał co chwila do kanapy, wymachując rękami, jakby cierpiał na chorobę świętego Wita. Obserwował pijaka przez zmrużone rzęsy, a później się odwracał twarzą do ściany, starając się ponownie zasnąć przy akompaniamencie wykrzykiwanych pod jego adresem wyzwisk. Znał trochę czeskich słów, ale na szczęście nie znał tych brzydkich, boby może nie wytrzymał i dał się sprowokować. Domyślał się po nienawistnym ujadaniu, że to jakieś obelżywe zniewagi, jakby kanapę obszczekiwał rozsierdzony kundel, który boi się doskoczyć za blisko, żeby nie dostać kopa. Zmęczony całonocną jazdą pociągiem i całodzienną wędrówką po mieście, słuchał wściekłego niepokojącego jazgotu, jak się słucha brzęczącego nad uchem komara. Ochlaptusowi chyba chodziło o to, że podczas niedawnej Praskiej Wiosny polskie wojsko pomogło ruskim okupantom tłumić czeski zryw niepodległościowy. Zaczadzony alkoholem pijanica, odgrywał się teraz za to na Bogu ducha winnym Kubie, nucąc mu do ucha parszywe kołysanki, przy akompaniamencie szalejącej na dworze wichury. Do sięgających podłogi, szerokich weneckich okien reprezantycyjnego holu co chwila doskakiwał rozsierdzony wicher, ciskając o szyby ostryymi strugami śniegu z deszczem i między innymi dlatego cierpliwie znosił zaczepki. W pewnym momencie pomyślał nawet, że pijanica może być w zmowie z recepcjonistą, ale odrzucił taką możliwość, kiedy elegancki siwy recepcjonista zaczął uspakajać agresywnego zawadiakę. Nie było na menela rady, najlepszy efekt dawało, kiedy się zrywał z kanapy, markując kontratak, bo wtedy moczymorda uciekał na korytarz i przez jakiś czas panowała cisza. Kilkakrotnie pozorował profilaktycznie takie ataki i w końcu napastnik nad ranem gdzieś zniknął, i mógł spokojnie dospać do rana. Chciał później zapłacić recepcjoniście za nocleg, ale nie przyjął pieniędzy, przepraszając za pijaka. Kiwnął mu więc w podzięce głową, umył się i ogolił w hotelowej toalecie i zjadłszy w restauracji śniadanie, wyruszył z towarem w wędrówkę po mieście.
Czterech frantów
Pech go dalej nie opuszczał, bo w zakładzie fryzjerskim, do którego wszedł z kosmetykami, kobiety nakrzyczały na niego, żeby się zabrał do uczciwej pracy. Oczywiście zmilczał, żeby nie zaogniać sytuacji, żeby nie wezwały milicji, bo jako przemytnik był od razu z góry w dziewięćdziesięciu procentach na straconewj pozycji. Po południu została mu jeszcze butelka spirytusu, miniaturowy japoński radiomagnetofon i dżinsy. Wszedł do eleganckiego lokalu z pluskającą w sztucznej sadzawce na środku westybulu fontanną i zamówiwszy herbatę, usiadł samotnie przy stoliku, obserwując dyskretnie gości. Wytworny klimat lokalu dopełniały stojące na stolikach dwa telefony, czerwony i niebieski, bo tak to już jest wszystko urządzone na tym naszym ziemskim świecie, że każdy człowiek znajduje się na co dzień w połowie drogi pomiędzy niebem a piekłem. do n ieba i do piekła. Każdy stolik pisiadał swój własny numer i przez niebieski telefon kelnerzy przyjmowali zamówienia, a przez czerwony nawiązywało się rozmowy pomiędzy stolikami, przeważnie flirty pomiędzy damsko-męskim towarzystwem. Podniósł słuchawkę, kiedy zadzwonił czerwony telefon i po krótkiej rozmowie dosiadł się do niego przebiegły miglanc, wczuwał takich kanciarzy na odległość. Miglanc zadeklarował się, że kupi radiomagnetofon, ale nie ma przy sobie tyle pieniędzy i umówili się na siódmą wieczorem. Kiedy wrócił o siódmej do kawiarni, to tym razem czekało na niego z kupcem dwóch kumpli i w taki to sposób trzech czeskich frantów trafiło na czwartego polskiego. Zamówili mu piwo, ale pokręcił przecząco głową, obserwując spod oka, jak odstawiają pomiędzy sobą oszukańczą chałturę w trzy kubki. Jeden ciągle wygrywał, trafiając na ukrytą pod kubkiem monetę i dwaj pozostali płacili mu setkami koron. Co jakiś czas proponowali, żeby zagrał z nimi o radio magnetofon, ale za każdym razem kręcił przecząco głową i w końcu zaczął się szykować do wyjścia. I wtedy powiedzieli, że musi z nimi zagrać o radiomagnetofon, bo inaczej go nie kupią. Uśmiechnął się pogardliwie w odpowiedzi i podniósłszy niebieską słuchawkę, poprosił kelnera o wezwanie milicji. – Prosim hlidat policie – powiedział na tyle głośno, że ludzie przy sąsiednich stolikach zamilkli. Dwóch oszustów momentalnie gdzieś znikło, a trzeci zaproponował grzecznie, żeby poszli do toalety sfinalizować transakcję. Kiedy stawiał na umywalce torbę z towarem, to oszust próbował do niej zajrzeć, ale zasłonił ją skutecznie swoim ciałem i po wyciągnięciu z niej radiomagnetofonu, szybko zasunął z powrotem zamek. Obserwował czeskiego franta z chłodnym spokojem, jak chowa radiomagnetofon pod marynarkę, wciskając go z tyłu za pasek spodni. Odruchowo zacisnął powieki, widząc lecący w jego stronę strumień gazu. Oswojony był z podobnymi sytuacjami, bo taksówkarze próbowali go w podobny sposób kilkakrotnie okraść z pieniędzy. Tylko raz się to jednemu udało, za co miał później dwukrotnie przebite opony. Za każdym razem jednocześnie we wszystkich czterech kołach. Zacisnął więc teraz instynktownie powieki, a później wskoczył do kabiny, obserwując napastnika przez szparę w lekko uchylonych drzwiach. Kiedy zobaczył, że złodziej wychodzi z toalety, pobiegł za nim przez salę, krzycząc, żeby łapać złodzieja. – Chytit zlodeje! – nawoływał po czesku raz za razem. W pewnym momencie złodziej przystanął i znowu psiknął w jego stronę gazem, co miało ten efekt, że przy stolikach zaczęła się panika, i złodziejowi puściły nerwy, i zaczął uciekać do wyjścia. Podbiegł do złodzieja, przyblokowanego w drzwiach przez portiera, i szarpnąwszy go z tyłu za marynarkę, wciągnął go z powrotem na salę i wyciągnąwszy mu spod marynarki radiomagnetofon, schował go szybko do torby. Słyszał, jak kelnerzy doradzają złodziejowi, żeby uciekał przez kuchnię, ale przedarł się przez portiera, rozciąwszy mu nożem rękę. Przemył w fontannie załzawione oczy, a później kelnerzy zaczęli na niego naciskać, żeby sobie poszedł. Wyszedł, bo wiedział, że ewentualna pomoc milicji, byłaby zarazem klęską jego przemytniczych interesów. Schodził z piętra po schodach trzymając w torbie za szyjkę butelkę spirytusu. Rozbił ją na głowie wyskakującego zza załomu napastnika i strasząc wyszczerbionym w butelce szklanym ostrzem, runął z nieludzkim rykiem w utorowane sobie w ten sposób przejście. Wybiegł na ulicę i wskoczył do tramwaju, czując naokoło siebie przenikliwy zapach rozlanego spirytusu. Pojechał do końca linii, a później z powrotem na drugi koniec miasta i tak sobie jeździł w obie strony ze dwie godziny, dopóki nie ochłonął, dopóki nie odzyskał równowagi. Tej nocy spał u swojego wesołego czeskiego przyjaciela, który mu następnego dnia pomógł sprzedać towar i kupić zachodnioniemieckie marki. Dopiero z jego pomocą przełamał prześladującego go podczas tego rajdu pecha i szczęśliwie wrócił do domu.
Szakal
Niewiele pamiętał z owej wiosny, bo prawie ciągle chodził pijany. Przestał jeździć na przemyt, przepijając zarobione wcześniej pieniądze. Pił w knajpach swojego rodzinnego miasta i po sąsiednich miastach i właśnie w taki to sposób poznał owego szakala, przy barze w tarnowskiej knajpie przy rynku. Z początku złodziej mu się przyglądał, patrząc jak poprawia na palcu zbyt luźną obrączkę, a później, po jakimś czasie, nawiązali rozmowę i kupiwszy do spółki pół litra, poszli pić na pobliski skwerek. Wyczuwał, że przygodny kompan poluje na obrączkę, ale jak zwykle po pijanemu, prowokował niebezpieczeństwo z lekkomyślną brawurą. – Za luźna? – przygodny kumpel pokazał na obrączkę. – Za luźna, muszę jej pilnować, bo mi się zsuwa z palca. – To czemu jej nie schowasz do kieszeni? – Wolę jej pilnować, żeby nie stracić jak pierwszej. – A co się stało z pierwszą? – A taki jeden szakal mi ją ukradł razem z teczką, złodziejska hiena. Może i ty jesteś gówniarskim szakalem, skoro tak się interesujesz moją obrączką? Siedzieli na ławce i kończyli butelkę. – E, niemożliwe, żeby ci się tak zsuwała – szakal pokazał ręką na obrączkę. – Jakbym mocniej trzepnął ręką, toby mi spadła. – No, to trzepnij. – Nie podpuszczaj, znasz bajkę o jastrzębiu i szakalu? – Opowiedz. – Usiadł se jastrząb w drzewa koronie, złotą obrączkę trzymał na szponie. Szakal jak sroka blaskiem znęcony, stanął pod drzewem, bijąc pokłony i do jastrzębia mile zagadał. Piękna obrączka, ponoć ci spada? Trzepnij pazurem jastrzębiu drogi, bo za wysoko na moje progi... Podoba ci się, szakalu, moja opowieść? – Spodoba mi się jak trzepniesz? – Trzepnąć? – Trzepnij! Trzepnął i schylili się obaj jednocześnie po obrączkę, ale szakal był szybszy. Zagotowało się w nim wszystko i uderzył na szakala jak tajfun. Złapał złodzieja za gardło i wywrócił razem z ławką na trawnik. Po chwili odciągnęło go od złodzieja dwóch milicjantów. Pokazał im na palcu jaśniejsze miejsce po obrączce i wyjaśnił o co chodzi. Zabrali ich obu na komendę, gdzie przeprowadzili u szakala szczegółową rewizję, ale obrączki nie znaleźli. – Może połknął albo wyrzucił po drodze – milicjanci bezradnie rozłożyli ręce. – To go przynajmniej wylegitymujcie. Podczas spisywania protokółu, zapamiętał ulicę i numer domu szakala, i postanowił, że mu nie popuści. Przewałęsał się do wieczora po mieście, a o zmierzchu poszedł pod dom złodzieja i przeskoczywszy przez siatkę do ogrodu, wspiął się na rosnącego w pobliżu balkonu świerka, żeby zajrzeć przez oświetlone okno do znajdującego się na pierwszym piętrze pokoju. – Może schował obrączkę do szafy – pomyślał z pijacką logiką, widząc stojącego przy szafie złodzieja. – To już moja druga obrączka, nie popuszczę ci, ty draniu! Pokój wyglądał na niezamieszkały, nie było w nim łóżka, więc postanowił poczekać i dostać się do niego przez balkon, kiedy w całym domu pogasną światła. Usadowił się w koronie drzewa i kiedy ciemność spowiła willę mrokiem, skoczył ze świerka, łapiąc za balustradę balkonu. Atak nastąpił w momencie, kiedy przeskakiwał przez balustradę. Spadał, czepiając się haratających po twarzy gałęzi. Udało mu się jeszcze przedostać przez siatkę z ogrodu na ulicę, a później legł zamroczony pod płotem. Po jakimś czasie poczuł, że ktoś mu się przygląda, a później sanitariusze pomogli mu wsiąść do karetki i zawieźli go izby wytrzeźwień. Kiedy oddawał do depozytu ubranie, to wyciągnął z kieszeni sto czterdzieści dolarów w dwudziestkach i powiedział głośno, pokazując wszystkim naokoło. – Jesteście świadkami, że posiadam sto czterdzieści dolarów, siedem dwudziestek, i jutro chciałbym je wszystkie mieć z powrotem przy wyjściu. Nie wypuścili go przez te dolary na drugi dzień o poranku. – Co mi dasz, jak cię wypuszczę? – zapytał go w południe osiłek w białym kitlu. – Sprzedam ci dwadzieścia dolarów po sto złotych – zaproponował, chociaż dolary biegały wówczas na czarnym rynku po sto trzydzieści. – Dwadzieścia, to za mało. – Więcej ci nie sprzedam. – To cię nie wypuszczę. – No, to sobie posiedzę. – Nie pozwolę ci się napić wody. – No, to padnę, ale jeżeli nie padnę, to ci tego płazem nie puszczę. Po chwili osiłek przyniósł dwa tysiące złotych za dwadzieścia dolarów i oddano mu pozostałe sto dwadzieścia. Przy wyjściu spojrzał w lustro i nie poznał własnej twarzy pokrytej strupami zakrzepłej krwi. Pojechał pociągiem do domu, przemykając się od stacji chyłkiem ze spuszczoną nisko głową. Jedną noc przemęczył w domu, a następnego dnia zgłosił się do szpitala z powodu silnych bólów głowy. Przeleżał w szpitalu dwa tygodnie z podejrzeniem wstrząsu mózgu. Przez pierwszy tydzień przykładał do bolącej głowy termofor z kawałkami lodu, a później bóle minęły. Pamiętał, że podobne nieszczęścia miał przez alkohol jego ojciec, historia lubi się powtarzać zarówno w złym, jak i w dobrym. Poharatana twarz zagoiła się dosyć szybko, ale jego hardą, niepokorną, sponiewieraną przez alkohol duszę przez długi czas dręczyły bolesne traumy. Bolały, jak otwierające się od czasu do czasu rany. Miały się zabliźnić dopiero w przyszłości, kiedy się całkowicie i bezwarunkowo powierzył opiece miłosiernego wszechmocnego Boga. Prosząc Go codziennie przy porannym i wieczornym pacierzu o wyzdrowienie z choroby alkoholwej i obiecując Panu Bogu nieść posłanie trzeźwości innym alkoholikom, którzy wciąż jeszcze cierpią.
Proboszcz
Proboszcza poznał w nocnym pociągu podczas powrotu z przemytniczego rajdu. Podpity Proboszcz wszedł do przedziału i usiadłszy przy oknie, zaczął pochrapywać, zasłoniwszy sobie twarz firanką. Mówiąc ściślej, to nie był prawdziwy Proboszcz, tylko tak tego sympatycznego obieżyświata nazywali znajomi na przemytniczym szlaku. Wysoki, jowialny, z pokaźnym podbródkiem, podnosił podczas rozmowy rękę, jakby ją podawał do ucałowania, a oprócz tego nosił okrągłe druciane okulary i króleweskie nazwisko, z którego był w skrytości ducha ogromnie dumny. Pomimo młodego wieku, na głowie świeciła mu łysina okolona wianuszkiem czarnych kręconych włosów. Chociaż na pierwszy rzut oka była z niego hulajdusza i ladaco, to przy bliższym poznaniu jawił się jako przyzwoity człowiek o pogodnym, zgodnym usposobieniu. Owej nocy czescy konduktorzy chcieli go wyrzucić z przedziału, bo jechał bez biletu, więc kupił mu bilet, za co Proboszcz podziękował, zapewniając, że przy najbliższej okazji odda pieniądze i poprosił, żeby go obudzić, kiedy pociąg będzie dojeżdżał do polskiej granicy. O czwartej nad ranem wysiedli z pociągu w Katowicach, gdzie na Proboszcza czekała na peronie dziewczyna, którą przedstawił, jako przyszłą żonę, co się zresztą później sprawdziło. – A to jest moja przyszła królowa, a obecna jeszcze królewna – przedstawił na peronie dziewczynę. I w taki to sposób zawarł z kolei znajomość z dziewczyną Proboszcza, którą nowy znajomy planował w przyszłości obdarować swoim królewskim nazwiskiem. Od razu na peronie Proboszcz sprzedał konikom dolary i oddał mu pieniądze za bilet, a później pojechali we troje do mieszkania dziewczyny. Mieszkała w pobliżu katowickiego spodka i po zjedzonym wspólnie śniadaniu pojechała do szpitala na dyżur, a oni kupili dwie butelki wódki i rozpoczęli zakrapiane alkoholem zawody strzeleckie. Nowy kolega handlował czeskimi pistoletami pneumatycznymi i właśnie z tych pistoletów strzelali śrutem do przylepionej na segmencie tarczy. Z początku prawie za każdym razem trafiali w dziesiątki, ale pod koniec drugiej półlitrówki prali już śrutami po całym segmencie i utrącili porcelanowemu słoniowi uniesioną na szczęście trąbę. Wieczorem przeprosili zagniewaną i zasmuconą dziewczynę, i wycałowawszy ją po rękach obiecali, że jak się wybiorą do Rumunii, to jej przywiozą całe stado porcelanowych słoni. – Jak się rozpędzą, to tak będą galopowały po mieście, tak będą galopowały po całych Katowicach... W tym momencie obaj zaczęli galopować po pokoju, pokazując, jak będą galopowały słonie i dziewczyna się w końcu roześmiała, i poszła zrobić kolację. Po kolacji wynieśli się obaj do restauracji, gdzie jakieś lumpy próbowały im ukraść ze stolika wódkę, ale kolega powstrzymał ich zapędy wyciągniętym z kieszeni i pokazanym im ukradkiem nożem. Przespał się u nowych znajomych na dwóch zsuniętych fotelach, w ten sposób często sypiał w wojsku, a na drugi dzień kupili z kolegą towar i pojechali razem do Pragi. Wynieniajać z kolegą doświadczenia, w ten sposób go wprowadził w stolicy nad Wełtawą na przemytniczy rynek. Później, jeszcze wielokrotnie włóczyli się razem po przemytniczych szlakach, ale po pewnym czasie ich drogi się rozeszły, bo każdy stoi sam na sercu ziemi, przebity promieniem słońca, a potem nagle jest wieczór. Minęło lato i na początku września znowu trafił przez wódkę do szpitala. Zażył po pijanemu relanium, chociaż go lekarz wcześniej wielokrotnie przestrzegał, żeby tego nie robił. Silne bóle w klatce piersiowej sprawiły, że położył się przerażony na kanapie, podejrzewając, że dostał zawał. Sanitariusze z wezwanego pogotowia zanieśli go na noszach do karetki, a później leżał w szpitalu na korytarzu, bo na salach brakowało miejsca. Z początku nie podawano mu żadnych lekarstw, czekając żeby wytrzeźwiał, a później dostał dożylny zastrzyk, po którym przespał kilkanaście godzin i obudził się następnego dnia wypoczęty. Znowu przez alkohol leżał w szpitalu przez dwa tygodnie. Kedy wychodził do domu, to z drzew spadały pierwsze jesienne liście. Mijało w jego życiu kolejne naznaczone chorobą alkoholową lato, a wraz z nim mijał pierwszy rok jego przemytniczej Odysei.
– Czy wiesz, dlaczego znowu leżałeś w szpitalu? – Bo powiedziane jest szukajcie, a znajdziecie, każdy znajduje to, czego szuka.
Rozdział czwarty
Przemyślał w szpitalu pewne sprawy i po wyjściu spasował z pijaństwem i zaczął jeździć na przemyt w wagonach sypial-nych pierwszej klasy. Dwuosobowe przedziały sypialne miały piętrowe łóżko i toaletkę z lustrem i umywalką, na której leżały dla pasażerów dwa oryginalnie zapakowane komplety przyborów toaletowych. Przeważnie z nich nie korzystał, bo w skórzanym neseserze woził własny zestaw francuskich markowych kosmetyków, które rozkładał na toaletce po wejściu do przedziału. Przebierał się w niebieską jedwabną piżamę i wchodził po drabince na górne łóżko. Miejsce do spania zawsze rezerwował na górze, żeby się celnikowi nie chciało do niego po drabince wychodzić. Po zgaszeniu światła przekładał kontrabandę z neserera pod pościel, zostawiając w neseserze kilka drobiazgów i leżącą na wierzchu rosyjską gazetę, co było chwytem dosyć prymitywnym, ale w owych czasach ruskiego zamordyzmu skutecznym. Po kontroli celnicy zamykali z szacunkiem neseser i wychodzili nie wiedząc, że pod kołdrą leży połowa polskiej drogerii. Z początku nie potrafił w takich komfortowych warunkach zasnąć. Budził się wylękniony, kiedy pociągiem kolebało na zwrotnicach, ale po kilku kursach opanował lęki, podpierając się przed zaśnięciem połówką tabletki relanium. Zażywał ją po granicznej kontroli i zasypiał w kolebiącym się pociągu jak dziecko w kołysce i rano wysiadał wypoczęty w czeskiej stolicy, i rozpoczynał wędrówkę po mieście. Pod koniec zimy jeden z czeskich celników zaczął go rozpoznawać i pewnego razu, kiedy spał samotnie w przedziale, przeprowadził szczegółową rewizję. Znalazłszy ukryty pod pościelą szmugiel, usiadł wyczekująco na dolnym łóżku i patrzył na niego bez słowa, więc najpierw dał mu sto koron, po chwili dołożył drugą setkę i wtedy celnik kiwnął głową, że dobrze i porozumieli się, co do dalszej współpracy. Dostał od celnika miesięczny harmonogram i kiedy wiedział, że czeski partner ma służbę, to szmuglował drugie tyle towaru.
Złote okruchy
Wiosną sprzedał czeskiej ekspedientce futrzany kołnierz i czapę ze srebrnego lisa, a ponieważ nie miała przy sobie całej kwoty, to zwolniła się ze sklepu i poszli do niej po pieniądze. Mieszkała na szóstym piętrze wieżowca i była młodą matką samotnie wychowującą kilkuletniego chłopczyka, który leżał chory na tapczanie i kaszlał. Czekając na herbatę, wyciągnął miniaturowy magnetofon i puścił chłopcu czeską piosenkę o malowanym dzbanku i wtedy dziecko zaczęło prosić mamę, żeby mu to cacko kupiła, ale ona pokręciła przecząco głową i w oczach chłopczyka zaszkliły się łezki... Jedna łezka, druga łezka, zasmucona minka, stoi mama zamyślona, kocha swego synka. Zdjęła z palca cieniutki złoty pierścionek, ściągnęła z uszu podobnie liche złote kolczyki i zapytała, czy to wystarczy za magnetofon. – Także si mużete vymenit? Zastanawiał się co zrobić, ważąc złote okruchy na dłoni, i po chwili powiedział, że wystarczy i po wyjściu z mieszkania słyszał na schodach na zmianę przeraźliwy kaszel dziecka i rozradowany szczebiot. Wcześniej chłopczyk zwracał się do swojej jasnowłosej mamy po imieniu, Bianka, a jemu to imię kojarzyło się z radośnie świecącym słońcem. Jeszcze tego samego dnia wieczorem odwiedził hotel w odległym o sto dwadzieścia kilometrów od Pragi kurorcie, Karlowe Vary. Przywiózł recepcjoniście zamówione trzydzieści zegarków, które kupował w Polsce na warszawskim bazarze i sprzedawał w Czechach z trzykrotnym zyskiem. Modne niemieckie zegarki z ręcznie malowanymi cyferblatami roznegliżowanych kobiet chętnie kupowała czeska młodzież. Po sfinalizowaniu transakcji postanowił zażyć w kurorcie ciepłych kąpieli i wynająwszy w hotelu pokój, zapłacił z góry za dwa dni pobytu, a później wyciągnął butelkę spirytusu i rozpoczął z recepcjonistą zakrapiane alkoholem pogwarki. Popijali spirytus zmieszany z tonikiem, a kiedy wieczorem recepcjonistę zmieniła piękna recepcjonistka, to zaczęło mu się wydawać, że puka do siódmego nieba. Słodka buzia dziewczyny promieniowała tak urokliwym ciepłem, że postanowił się zakochać i tak zaczął czarować, że podała mu na powitanie swoją delikatną białą rączkę. I wtedy to już tak mu się podziało, jakby wchodził do nieba. – Ja se menuje, Bianka – zaszczebiotała. Powiedział, że już dzisiaj spotkał jedną Biankę w Pradze, a ona zapytała, która z nich ładniejsza i wtedy ją delikatnie pocałował w policzek, a gruby recepcjonista zaczął na niego spoglądać zazdrośnie. – No chłopie, trza cię jak najszybciej upić – pomyślał pod adresem zazdrośnika i sam ledwie pijąc, zaczął dolewać recepcjoniście spirytusu. Pomimo ciągłego dolewania recepcjonista trzymał się nad podziw dobrze i zaczął drzemać dopiero przy drugiej półlitrówce, ale co to było za drzemanie, skoro otwierał oczy, kiedy się przysuwał do dziewczyny. – Przecież to niemożliwe, żebyś tak kontaktował – pomyślał i zaczął uważniej obserwować kompana. – Co, nie smakuje ci polski spirytus?! – wrzasnął, kiedy zauważył, że recepcjonista nazlewał sobie pod ladą z poczęstunków półlitrowy kufel. Złapał pół butelki spirytusu i poszedł spać do swojego pokoju, wypiwszy przed snem cały ocalały spirytus. Pomimo picia na wstrzymanym oddechu i popicia wodą, z początku myślał, że się udusi. Odzyskał oddech po chwili, a później się położył do łóżka i stracił świadomość. Obudził się o zmierzchu czując w żołądku rozwścieczonego jeża i ogarnęła go panika, że umrze. Nie miał przy sobie lekarstw, więc dowlókł się do szpitala i poprosił o tabletkę relanium, ale nie znali tej polskiej nazwy. Stał, powtarzając bezradnie, relanium, relanium, i nagle sobie przypomniał łacińską nazwę i wyjaśnił, że chodzi o diazepam. Zrozumieli, ale powiedzieli, że po pijanemu nie może zażyć, więc zaczął przekonywać, że już wytrzeźwiał i wówczas dali mu plastikowy kubek, żeby do niego nasikał. Zanurzyli w moczu jakiś papierek, potrząsnęli kilka razy kubkiem i widocznie wynik wypadł pozytywnie, bo podarowali mu tabletkę relanium. Zawierała dziesięć miligramów diazepamu, więc wyjaśnił, że to dla niego za dużo, na co obojętnie wzruszyli ramionami. Podziękował i zabrawszy tabletkę, poszedł i podzielił ją na trzy części. Jeden kawałek zażył zaraz po wyjściu ze szpitala, drugi po powrocie do hotelu, a później położył się do łóżka i zasnął. Obudził się następnego dnia po południu. Blado świecące słońce spoglądało ze smutkiem na jego umęczoną pijaństwem twarz. Ubierał się powoli, co chwila przysiadając i odpoczywając na łóżku, a później zawlókł się do hotelowej restauracji i zamówił jajka na szynce. Przełykał ostrożnie, żeby nie denerwować jeża, który w jego spalonym spirytusem żołądku w dalszym ciągu przeprowadzał demolkę.
Część 66 / 6
Skarga kurantów
Wrócił wieczorem do Pragi i wędrując ulicami miasta, zastanawiał się dlaczego sprzedał ekspedientce magnetofon za połowę ceny. – Co mnie zaślepiło, że się zgodziłem na taką wymianę? - rozmyślał. W zimnym świetle ulicznych latarni świat wydawał mu się bardziej nieczuły, obojętny, aniżeli przed dwoma dniami i postanowił odzyskać magnetofon. Odszukał osiedle wysmukłych wiezowców i odnalałszy w jednym znich mieszkanie na szóstym piętrze, nacisnął zdwonek i zapukał do zamknętycyh drzwi. Po wejściu do mieszkania uśmiechnął się do Czeszki przepraszająco i położywszy na stole złote kruchy, poprosił o zwrot magnetofonu. Leżący w łóżku, chory chłopczyk uniósł głowę i usiadłszy w pościeli, powiedział z przestrachem do mamy, żeby nie oddawała. – Rekni mu, Bianca, aby to nie bral – powiedziało dziecko do mamy. Zacisnął usta, kiedy kobieta spojrzała na niego wyczekująco i wtedy zrozumiała, że nie zmieni zdania i podała mu bez słowa magnetofon. Chciała go poczęstować herbatą, ale odmówił. Wychodząc z mieszkania, słyszał za sobą żałosny płacz dziecka. Dwie godziny później obchodził trzydzieste urodziny w gruzińskiej restauracji na Vaclawskim Namesti. Był z nim jego czeski przyjaciel, dwie turystki z Leningradu i dwóch studiujących w Pradze Nigeryjczyków. Pili gruziński koniak, tańczyli przy gruzińskiej muzyce i jedli świeże gruzińskie szaszłyki, które wąsaty gruziński kucharz piekł dla nich na stojącym obok stolika rożnie. Uśmiechnięte kelnerki w kolorowych, długich gruzińskich sukniach uśmiechały się zalotnie i donosiły coraz to nowe smakołyki. Przyjemnie mu się obchodziło urodziny, przyjemnie, ale tylko do północy. Bo kiedy o północy doleciały do niego z miasta uderzenia wydzwaniającego godziny zegara, to cała jego radość nagle gdzieś znikła. Znieruchomiał, zasłuchany w dobiegające dźwięki, a kuranty skarżyły się na głos całemu światu, że z powodu kilkuset koron zabrał choremu dziecku magnetofon. – Ty się tutaj bawisz – zawodziły. – A tam przez ciebie płacze chore dziecko. Zasłuchał się w żałosną skargę i nagle zobaczył się w mieszkaniu na szóstym piętrze wieżowca, jak podaje dziecku magnetofon i patrzy na jego uradowany uśmiech. – Odpust mi chlapce – wyszeptał po czesku i chociaż ciągle jeszcze siedział w restauracji, ale jakby go już w niej nie było. – Co się porobiło? – zapytał zdziwiony Vesely. – Jakbyś się patrzył z daleka. – Czas ucieka – wyjaśnił, wstając od stolika. Zapłacił wynoszący sześćset koron rachunek i poszedł na dworzec kolejowy, gdzie w otwieranym na hasło schowku przechowywał neseser ze szmuglem. Zabrał ze schowka magnetofon i pojechał tramwajem na osiedle wieżowców, ale nie potrafił oszukać właściwego budynku, bo po nocy wszystkie koty są czarne. Uparty był, wytrwały. Wspinał się więc na szóste piętra w wielokrotnie odwiedzanych budynkach, nasłuchując, czy nie usłyszy za którymiś drzwiami dziecięcego kaszlu i kiedy w końcu usłyszał, to nacisnął dzwonek o drugiej w nocy. Buchnęła na niego z otwieranych drzwi fala gorąca i zobaczył młodego, postawnego Czecha w kąpielówkach, który pomimo tak późnej godziny spoglądał na niego życzliwie z wyczekującym uśmiechem. Wyciągnął przed siebie magnetofon i powiedział niepewnym głosem. – Bianka… Nemocne dite… To dla niego. Czech przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu, a później pokręcił przecząco głową i wówczas przeprosił, i zrezygnował z dalszych poszukiwań. Cichym, miękkim, aksamitnie skradającym się krokiem jak u czarnej pantery zszedł do piwnic wieżowca i wyszukawszy sobie w zaułku korytarza ciepłe miejsce, w którym schodziły się rury centralnego ogrzewania, usiadł skulony na jakiejś starej skrzynce i przekimał do rana przy akompaniamencie zawodzącego na dworze wichru. Rano pojechał do Veselego, wykąpał się u niego i przespał, a po południu sprzedał magnetofon i kupiwszy dolary, wrócił nocnym pociągiem do domu. Życie potoczyło się dalej i czas wyciszył, zabliźnił wiele przykrych wspomnień, ale wspomnienie płaczącego dziecka bolało go wiele razy i bardzo długo jak otwierająca się wciąż od nowa rana. Być może wycofując się z transakcji postąpił zgodnie z ludzkim prawem, ale na pewno nie z boskim, bo pamiętał z dzieciństwa pełną przestrogi rymowankę, że... Kto daje i dobiera, ten się w piekle poniewiera. Można by polemizować, czy aż w piekle, jeżeli chodzi o czyny względem dorosłych, ale jeżeli ktoś daje i odbiera dzieciom, to taki człowiek naprawdę powinien obawiać się piekła i dlatego powinien jak najszybciej zadośćuczynić za wyrządzone krzywdy.
Na wschód od zachodu
Wiosną zmienił kierunek i wyruszył przez Ukrainę na Węgry, bo od dawna dochodziły go wieści o baśniowych przygodach na wschodnim szlaku. Przez Ukrainę, Rumunię i Bułgarię zagony polskich trampów docierały nad Morze Czarne, a przez Czechosłowację, Węgry i Jugosławię nad błękitny Adriatyk. Tutaj się na razie zatrzymywały, ale w przyszłości miały przez Grecję i Turcję dotrzeć nad Bosfor i nad Morze Egejskie. Takiej ciżby, jaką zobaczył na dworcach kolejowych Lwowa i Budapesztu, to jeszcze do tej pory nie widział. W poczekalni na lwowskim dworcu kolejowym nie można się było docisnąć do kasowych okienek po bilet. Dzień i noc rozbrzmiewała naokoło polska mowa, pito polską wódkę i pachniała polska kiełbasa. Rzesze rozgorączkowanych ludzi brzęczały, wirowały jak pszczele roje przyprawiającym o zawrót głowy tańcem, hale dworcowe Lwowa i Budapesztu stanowiły w owych czasach na terenie Ukrainy i Węgier polskie enklawy. Na budapesztańskim dworcu Keleti ludzie spali nocami pokotem na posadzce, wyzbywszy się funkcjonujących w cywilizowanym świecie barier. Młoda dziewczyna spała na frotowym ręczniku obok steranej życim babci, a zabiedzony student obok profesora renomowanej uczelni. Ręce, nogi, torby i toboły stanowiły splataną ciżbę, którą co jakiś czas przeczesywały tyraliery węgierskich policjantów z psami, którzy starali się w tym wszystkim utrzymać jaki taki porządek, bo wśród podróżnych grasowały bandy polskich opryszków. Z powodu służalczej zdrady sprawujących władzę kolaborantów, z powodu przyzwalającego na wyzysk społeczeństwa, Polska była w bloku wschodnim najbardziej wyzyskiwanym przez Rosjan krajem i Polacy jeździli po lepsze życie do bogatszych sąsiadów. Pociągi dalekobieżne bez przerwy wypluwały na stacjach rzesze polskich obieżyświatów, którzy omijając bariery celne, rozkręcili w odwiedzanych krajach półlegalną turystykę zarobkową obejmującą połowę Europy. Dniem i nocą krążyły przez okrągły rok po krajach wschodniego bloku ogarnięte globtroterskim amokiem ludzkie watahy, na które związana z przemytem przygoda działała i możliwość szybkiego zysku działała jak wciągający twardy narkotyk. Już podczas pierwszej podróży nawiązał we Lwowie kontakty i znalazł źródło zakupu dewiz. Trzech rozmawiających po polsku studentów handlowało przywożonymi z Leningradu szwedzkimi koronami, kawiorem, złotem i brylantami. Podczas kolejnych podróży przywoził dla nich zachodnie rarytasy kupowane za dolary w polskich dewizowych sklepach. Studenci wynajmowali w centrum miasta kilkupokojowe mieszkanie i czasem, kiedy u nich nocował, to stawał wieczorami na balkonie i podziwiał malowniczą panoramę miasta przypominającego swoją atmosferą, swoim kolorytem ukochany swojski Kraków. Stonowany półmrok wieczoru skrywał defekty zaniedbanych nieremontowanych kamienic i widoczne w świetle latarni i księżyca fasady budowli urzekały urokliwą ślicznością jak przysypana w parku, prześwitująca przez jesienne liście rzeźba. Za pierwszym razem nie miał zbyt wiele towaru, trochę kosmetyków, peruki, dżinsowe spodnie i kalkulator. Popyt na towar był ogromny i w godzinę sprzedał wszystko oprócz kalkulatora, na który znalazł nabywcę dopiero następnego dnia, dzięki zawarciu znajomości z grupą polskich turystów. – Nie wiecie, gdzie by tu sprzedać kalkulator? – zagadał do nich na ulicy, trafnie oceniwszy wcześniej, że się nadają do zagadnięcia. Popatrzyli życzliwie, dwóch mężczyzn i dwie kobiety, a później jeden z nich przyprowadził pracownika banku, od którego zainkasował za kalkulator sto pięćdziesiąt rubli, drugi z mężczyzn kupił mu za te ruble złoty sygnet. Przystał do tych zaprawionych w przemycie znajomych i obserwując uważnie, szybko się od nich uczył odmiennych na wschodnim szlaku reguł przemytu. Mieli liczne znajomości, kupili mu bez kolejki miejscówkę i jeszcze tego samego dnia wieczorem pojechał z nimi wagonem sypialnym do Budapesztu na Węgry. Wiózł ze sobą całą torbę zabawek, tańczących niedźwiadków, wybijających werble doboszy, fikających koziołki klaunów, a oprócz tego miniaturowe grające pianina, harmonijki i flety oraz sterowane falami radiowymi samochody i statki kosmiczne. Baśniowy świat sowieckich zabawek był niesamowicie piękny, po prostu śliczny, diametralnie odmienny od monotonnej szarzyzny codziennej rzeczywistości. Zabawki stanowiły w zniewolonym przez komunistów kraju surogat, namiastkę ukrytego za żelazną kurtyną raju. W każdym z rodziców mieszka małe dziecko i na zabawkach był najlepszy zarobek. W Budapeszcie rozstał się ze znajomymi, którzy pojechali do Rumunii po porcelanę i białe haftowane kożuchy, a on postanowił wracać do kraju. Wszedł na dworcu kolejowym do biura podróży i stanąwszy w kolejce, przysłuchiwał się, jak stojący przed nim mężczyzna w skórzanym płaszczu kupuje bilet. I wtedy mężczyzna nagle się odwrócił i tak spojrzał na niego, jakby go chciał odgonić od okienka. Spojrzał więc na niego podobnie i przez chwile ich spojrzenia iskrzyły jak szpady, a później mężczyzna spasował i wyciągnąwszy legitymację dziennikarską z włożonymi do niej dziesięcioma dolarami, zaczął rozmawiać po polsku z siedzącym w okienku Węgrem. – Co pan o tym sądzi, jako polski dziennikarz? – Węgier pokazał na rozbrykane, hasające po dworcu tabuny. – Nie można tego jakoś opanować? - odpowiedział dziennikarz pytaniem na pytanie. – Polityka – skwitował Madziar z pełnym wyrozumiałoj rezygnacji westchnieniem. Oddał dziennikarzowi dolary i sprzedał mu bilet do Kijowa, a później sprzedał również jemu do Lwowa. Wjeżdżając na Ukrainę, wpisał w sowiecką deklarację kupione w Budapeszcie dolary i kupiony wcześniej we Lwowie złoty sygnet, dzięki czemu mógł udowodnić, że przewozi te rzeczy przez Ukrainę tranzytem. – Skąd wraca? – zagadnął go sowiecki celnik przy wjeździe do Polski. – A z przemytu. – Kupił dolary? – Kupił. – I co jeszcze kupił? – Złoto – pokazał na palec z sygnetem. – Wot gieroj, gawari prawdu – zawołał wesoło celnik i poszedł dalej. Oprócz złota i kupionych na Węgrzech stu pięćdziesięciu dolarów, wiózł sowieckie zabawki, które poszły na warszawskim bazarze od ręki i zarobiły na sprzedawane Czechom zegarki.
Przez cztery kraje
Tydzień później wybrał się na południe z zegarkami do czeskiej Pragi, a po kolejnym tygodniu na wschód, zabierając ze sobą dwóch kolegów. Zaplanował, że wyjadą z Polski od wschodu, przejadą przez Ukrainę, Węgry, Czechosłowację i wjadą przez Niemiecką Republikę Demokratyczną, zrobiwszy pociągami mającą dwa i pół tysiąca kilometrów. Pierwszego dnia dojechali do Przemyśla, z którego odjeżdżały pociągi do Lwowa. Odprawa celna odbywała się w baraku na przegrodzonym barierkami peronie. Po kilku godzinach stania w kolejce dotarli całą trójką do odprawy i Tadka celnicy przepuścili za pierwszym razem, a jego i Olka cofnęli z powrotem na polską stronę. Stanęli więc ponownie w kolejce i tym razem przepuścili Olka, a jego znowu zawrócili, więc zostawił część towaru w kolejowej przechowalni bagażu, a z resztą po raz trzeci stanął w kolejce, patrząc markotnie na wychylających się z pociągu kolegów. Wołali, żeby się pospieszył, bo to już dzisiaj ostatni pociąg do Lwowa. Tym razem trafił na celniczkę i nawet nie miała ochoty go sprawdzać. – Ile pan ma na sobie dżinsów? – zapytała z uśmiechem, na co usłużnie podciągnął nogawkę, żeby pokazać, że jedne, zapominając o nawiniętych na nogach japońskich chustach. Roześmiała się perliście i kazała podciągnąć drugą nogawkę, pod którą ukazały się kolejne chusty, a później zabrała go do osobistej rewizji. Szedł zestresowany za celniczką, zezłoszczony sam na siebie, że tak się głupio wkopał. – No, rewidować, to wy mnie nie będziecie – pomyślał po wejściu do pełnego celników pokoju. Rozsunął zamek torby i rzucił na stół aksamitną narzutę na łóżka, a na nią odwinięte z nóg osiem japońskich chusteczek. A potem szarpnął koszulę, aż poleciały guziki i dorzucił na stół odwinięte ze swojego wklęsłego brzucha szesnaście metrów jedwabiu. Stał, spoglądając na oniemiałych celników, a potem właściwie odczytał przychylną sobie, zapadłą ciszę i szybko upchawszy towar z powrotem do torby, wyrwał ku przegradzającym peron barierkom, żeby się jak najszybciej znaleźć po polskiej stronie. Podążający za nim celnik, zastanawiał się, co zrobić. – Jeszcze tylko kilka kroków – liczył odległość. – Jeszcze tylko trzy kroki, już tylko dwa, jeden, już! Otworzył w barierkach zbawczą furtkę i zniknął w czekającym na odprawę tłumie podróżnych. – Żebym pana już tutaj dzisiaj nie widział! – zawołał za nim celnik. – Dzisiaj już nie – zgodził się z nim w myślach i poszedł przenocować do pobliskiego hotelu. Razem z nim w hotelu nocowało około czterdzieści zawróconych przez celników osób. Na drugi dzień zabrał z przechowalni pozostawiony wcześniej towar i obładowany jak wielbłąd, ruszył z samego rana do odprawy celnej na pierwszy ogień. Zamaszystym ruchem postawił przed celnikiem na ladzie obie torby, celnik machnął ręką, żeby sobie poszedł i po chwili już wsiadał do sowieckiego pociągu. Wjeżdżając na dworzec we Lwowie, już z daleka zobaczył czekających na niego kolegów, z którymi poszedł do znajomych studentów, u których wymienili towar na pięć tysięcy szwedzkich koron i następnego dnia wsiedli do pociągu zdążającego na Węgry. Ciasno zrolowane korony owinęli folią i wcisnęli w tubki z pastą do zębów. Zrobili podobnie, jak to czasem wcześniej robił z przemycanymi dolarami, ale korony były dużo większe od dolarów i sowiecka celniczka je wymacała, rozcięła tubki nożycami i pojechali w dalszą drogę bez koron. Na pocieszenie poznali w pociągu trzy młode Polki, z którymi się rozstali następnego dnia rano w Budapeszcie po wspólnie przespanej u węgierskich znajomych nocy. Za dnia sprzedali na bazarze zabawki, kupili u cinkciarza dolary i wieczorem wsiedli w zdążający tranzytem przez Węgry do Belina bułgarski pociąg. Zajęli w sześcioosobowej kuszetce trzy wolne łóżka, na trzech pozostałych spała Polka i dwaj Jugosłowianie. Następnego dnia o poranku mieli wysiąść w Pradze, gdzie planował odwiedzić wesołego przyjaciela, ale tak im się wygodnie jechało, że odpuścili czeską Pragę i pojechali od razu do niemieckiego Drezna. Około dziesiątej wszyscy jak na komendę poskładali w przedziale łóżka i podziwiali rozciągającą się za oknami Czeską Szwajcarię. Urzekającą swoim pięknem, pełną wodospadów, górzystą krainę w dolinie Łaby przy niemieckiej granicy. Podczas podróży Polka chciała sprzedać Jugosłowianinowi sto dolarów w dwudziestkach. Przyglądając się transakcji, zauważył, że wszystkie banknoty mają tę samą końcową cyfrę. Pokazał kupującemu na kończącą numery siódemkę i wtedy oszustka błyskawicznie złapała torebkę i znikła z przedziału, a wdzięczni Jugosłowianie wyciągnęli litrową butelkę koniaku. Ze służącego za kieliszek kryształowego korka zwisały na sznureczkach lakowe pieczęcie. Nie, tej pokusie naprawdę trudno się było oprzeć, więc wyduldali w pięcioro koniak, a później w rewanżu wyciągnęli dwie półlitrówki żytniej, a potem wycałowali się wszyscy razem z dubeltówki, jak to słowiańskie bratnie dusze. Nie za bardzo pamiętał w jaki sposób wysiedli w Dreźnie. Takie zaniki pamięci, alkoholowe palimpsesty, miał już mieć do końca podróży, bo bojąc się wytrzeźwieć, żeby nie mieć kaca, co jakiś czas wlewał w siebie kolejną porcję alkoholu. Jak przez mgłę zapamiętał, że po ułożeniu bagaży w kącie drzezdeńskiego dworca, powiedział do kolegów, żeby je przypilnowali, a on pójdzie do miasta sprzedać papierosy. Piętnaście kartonów amerykańskich papierosów, Kentów, kupili w kuszetce od bułgarskiego konduktora. Pamiętał, jak po pięćdziesiąt marek sprzedał pierwsze pięć kartonów, a później popijał pod parasolami piwo, podziwiając obok na skwerze rozmigotane w słońcu fontanny. Zaczepił przy nich kilku młodych Niemców, którzy wyciągnęli pięćset marek, żeby kupić pozostałe dziesięć kartonów, ale kiedy zobaczyli, jak bardzo jest pijany, wzięli podaną reklamówkę z papierosami i znikli w przewalającym się po deptaku tłumie. Z początku gonił za nimi zamglonym wzrokiem, ale zaraz się pogubił, a później plątał się do wieczora po knajpach, popijając piwo. Powrócił do kolegów o dziesiątej wieczorem. Siedzieli osowiali na posadzce przy leżących w kącie bagażach. – Gdzie byłeś?! – zawołali jednocześnie. – Handlowałem! – wyjaśnił oburzony, że go pytają o takie oczywiste rzeczy. – To co robimy? – zapytali zrezygnowani. – Wracamy do domu. Po zasięgnięciu informacji, okazało się, że przegapili pociąg i następny będą mieli dopiero jutro o ósmej wieczór. Zamyślił się ponuro, bo się obawiał, że tak długiego picia nie przetrzyma, a trzeźwienie na dworcu może się dla niego skończyć tragedią i zaproponował, żeby wracać do domu taksówką. – Na spółkę? – zapytali. – Na spółkę! – No, to wracajmy – zgodzili się zrezygnowani. Pomimo utraty szwedzkich koron, ciągle jeszcze byli bogaci, bo mieli dwieście osiemdziesiąt dolarów za sprzedane w Budapeszcie zabawki, a oprócz tego kupione we Lwowie srebrne sztućce i skórzane kurtki. Uzgodnili z niemieckim taksówkarzem, że ich zawiezie do polskiego przejścia granicznego w Zgorzelcu za dwieście wschodnio niemieckich marek i kupiwszy w sklepie pół litra wódki, rozpoczęli podróż ku granicy. Podczas jazdy pociągał samotnie z butelki, bo koledzy nie chcieli i nawet nie zauważył, kiedy dojechali do polskiej granicy, na której zaczęły się kłopoty z taksówkarzem, który przy zapłacie dolarami zagroził wezwaniem milicji. Za komuny prawie wszyscy taksówkarze byli ormowcami, konfidentami, więc mu zapłacili drugie tyle i o drugiej w nocy zrobili polskim celnikom taki raban, jakby do odprawy przystąpiła cała wycieczka. Zaraz na początku odprawy zagadał do celnika, prowadząc przed za rękę ruską lalkę. – A wie pan, że ta lalka sama chodzi, kiedy się ją prowadzi za rękę? Zaspany celnik w pierwszej chwili w ogóle się nie mógł zorientować o co chodzi i machnąwszy ręką, kazał im się wynosić. Tym sposobem, sprawiwszy wrażenie prostodusznych matołów, przewieźli ukryte w torbach cztery komplety srebrnych sztućców. Eleganckich grawerowanych kompletów na dwanaście osób, w czerwonych safianowych kasetach, każdy składał się z czterdziestu ośmiu sztuk srebra. – Jest tu w pobliżu postój taksówek? – zapytał na odchodne celników, a oni pokazali, że kawałek dalej za rogiem ulicy. Polski taksówkarz bał się jechać na drugi koniec Polski. – Pięćset kilometrów? No, nie wiem – powtórzył kilka razy z wahaniem. Pojechali więc z nim najpierw do jego domu, gdzie żona taksówkarza pospisywała ich personalia z dowodów osobistych i dała im na drogę dwa soki pitne z czarnej porzeczki. Reszta podróży minęła mu dosyć szybko, bo po drodze pociągał z butelki i o ósmej rano wysiedli w swoim mieście na ustronnej ulicy, żeby się nie rzucać ludziom w oczy. Kilka dni później spotkali się u Olka i wówczas się okazało, że zamiast zarobić, stracił na tym przemycie dwieście dolarów. Tadek był stratny sto pięćdziesiąt, a mający najmniej towaru Olek czterdzieści. Na zakończenie spotkania Tadziu westchnął głęboko i powiedział do niego z pełnym rozżalenia przekonaniem. – Wiesz co, Kuba, może ty i jesteś po trzeźwemu najmądrzejszy, ale po pijanemu, to ty jesteś najgłupszy! Zmilczał potulnie, zgadzając się z kolegą, bo wiedział, że po wódce dostaje małpiego rozumu.
Dziwny zbieg okoliczności
Pod koniec maja zafundował zagraniczną wycieczkę ochlaptusowi, bo sobie umyślił, że we dwójkę przemycą drugie tyle towaru. Pomysł może i dobry, ale nie robi się takich rzeczy z ochlaptusem, bo dwóch ochlaptusów, to jak czterech głupoli. Po dwudniowym pobycie we Lwowie, trzeciego dnia wysiedli z pociągu wieczorem w stolicy Rumunii i od razu na peronie sprzedali część kupionych na Ukrainie zabawek. Cztery dziecięce rowerki poszły po osiemset lei od ręki i tym sposobem na samych tylko rowerkach zwróciły mu się zainwestowane w podróż pieniądze, bo za te leje można było kupić dwa białe haftowane kożuchy. Cała reszta posiadanego towaru, to był hipotetyczny zysk przyszłości. Zastanawiał się, co zrobić z fałszywą złotą obrączką z tombaku, którą kupił od polskiego konduktora w wagonie sypialnym. – To fałszywka – oferujący obrączkę konduktor pokazał na wybitą wewnątrz cechę. – O, widzi pan? Tutaj jest wybita cecha, że to pozłacany metal, ale może ją pan kupi na handel, bo widzę, że pan jesteś sprytny, obrotny. – Nie handluję fałszywym złotem – spojrzał z wahaniem na konduktora. – A zresztą, mogę dać pięć dolarów – zdecydował się nagle i w ten sposób stał się właścicielem fałszywej złotej obrączki. Stał teraz na dworcu kolejowym w Bukareszcie i zastanawiał się co z nią zrobić. Wypolerował obrączkę o ubranie i wszedłszy do dworcowej restauracji, zaoferował ją kelnerowi. Nie cenił fałszywki zbyt wysoko, żeby ryba połknęła haczyk i jak się okazało, właściwie dobrał cenę, bo kelner dał do zrozumienia, że pójdą do mieszkającego w pobliżu kupca. Szli ulicami rozświetlonego latarniami Bukaresztu, na mijanych kamienicach znać było ślady po niedawnym trzęsieniu ziemi. Zaszli do kupca, gdzie zostali poczęstowani ciastkami i herbatą, a później zainkasował za obrączkę dwa tysiące lei. Za pośrednictwo kelner chciał dwieście lei, ale dał mu tylko setkę, wyjaśniając że drugą setkę powinien mu dopłacić kupiec, na co kelner zgodnie skinął głową, że rozumie. – Nie rozumiesz – pomyślał. – Zrozumiesz dopiero później. Uśmiechnął się pełen podziwu dla siebie za dokonanie brawurowego oszustwa. Nie uśmiechałby się, gdyby wiedział, że po latach życie wystawi mu za to oszustwo rachunek z odsetkami wielokrotnie przewyższającymi wartość obrączki. Niepotrzebnie dał ochlaptusowi sto lei, bo kupił za nie flaszkę wódki i kiedy wysiadali z pociągu w węgierskim Budapeszcie, to byli już obaj dosyć mocno pijani. Stanęli przed dworcem i w ciągu godziny sprzedali wszystkie ruskie lalki, i machnął ręką na dalszy handel, bo ciągnęło go do wódki. Kupił kilka butelek tokaju i postanowił, że wracają do domu. Wsiedli do pociągu i dalej popijali na korytarzu. O trzeciej nad ranem zaprosił do towarzystwa Słowaka, a ponieważ nowy kompan pociągał z butelki jak bibuła atrament, to niedługo potem zabrakło alkoholu. Zostawił kompanów i ruszył po pociągu w poszukiwaniu wódki, dając na głodzie alkoholowym pięćdziesiąt dolarów za butelkę, ale taki był pijany, że nie chciano z nim rozmawiać i wrócił do kompanów z niczym, po przewędrowaniu tam i z powrotem całego pociągu. – Skoro myśmy postawili, to teraz ty powinieneś postawić! – powiedział do Słowaka, który rozłożył bezradnie ręce. – Este niewykvasene... Słowak uniósł do góry wieziony w pokrowcu mały dymionik, dając do zrozumienia, że dopiero wiezie zacier na bimber. Wyrwał Słowakowi szklany balon i wyciągnąwszy korek, zaczął łapczywie łykać białą papkę z fermentującej mąki. Przerażony Słowak najpierw złapał się za głowę, a później wyrwał mu dymion i uciekł, a kiedy zaczął wymiotować, to to samo zrobił ochlaptus, prubując go wcześniuej przywołać do porządku, szarpiąc za uszy. Wyrwał się ochlaptusowi i ruszywszy do przodu, wszedł upaprany wymiocinami do przedziału, ale podróżni wypchali go z powrotem i wyrzucili za nim na korytarz bagaże. Machnął na nie ręką i obijając się o ściany wagonów, powędrował przed siebie, dopóki nie doszedł do końca pociągu, a potem ogarnęła go ciemność. Ocknął się na podłodze, potrącony nogą przez wchodzącego do ustępu mężczyznę, leżał w drzwiach toalety, tarasując wejście do środka. Uniósł głowę i zobaczywszy, że ekspresowy pociąg stoi na jakiejś dużej stacji, wyskoczył na peron i poszedł do hotelu, gdzie rzucił się z jękliwym westchnieniem ulgi na łóżko w wynajętym pokoju i zasnął. Obudził się o zmierzchu, wpatrzony w jaśniejącą za oknem wieżycę jasnogórskiego klasztoru. Dopiero teraz do niego dotarło, że dziwnym zbiegiem okoliczności wyskoczył na peron w Częstochowie. Wiedział, że do znajdującego się w jasnogórskim klasztorze cudownego obrazy Czarnej Madonny zdążają od wieków po ratunek rzesze pielgrzymów, a Boża Matka nie odmawia im pomocy, chociaż na Jej policzku widnieją blizny po ranach zadanych ludzką ręką. Wiedział, że w dawnych czasach zdarzył się na Jasnej Górze za przyczyną Matki Bożej cud wskrzeszenia umarłych. Historia tego cudu jest udokumentowana relacjami świadków, opisana w jasnogórskiej księdze cudów i przedstawiona na obrazie. Mały chłopczyk, synek rzeźnika, podciął braciszkowi podczas zabawy nożem gardło i schował się przerażony do pieca chlebowego, a niewiedząca o niczym matka rozpaliła w piecu ogień. Ojciec na widok martwych dzieci zabił żonę siekierą w szale rozpaczy, a później zaniemówił i ułożywszy trzy martwe ciała na konnym wozie, pojechał z nimi po ratunek do Jasnogórskiej Matki. Mijała godzina za godziną, wieczorem zaszło słońce i znowu wzeszło o poranku, a on tak ciągle jechał i jechał w milczeniu, a przerażeni ludzie usuwali mu się z drogi. Złożono martwe ciała w jasnogórskiej kaplicy u stóp Madonny i zakonnicy rozpoczęli przy nich modlitwy. Zdesperowany ojciec, nie śmiąc wejść do środka, rzucił się przed progiem kaplicy na ziemię, a jego oniemiała rozpacz poczołgała się błagalnie po posadzce w stronę jasnogórskiego tronu Królowej Polski i umarli ożyli, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Wiedział o tym wszystkim, kiedy obudził w pociągu, potrącony nogą przez mężczyznę, wiedział, ale nie wyciągnął do Ślicznej Pani po pomoc ręki. Wprawdzie poszedł niezdecydowany z ociąganiem kawałek w stronę klasztoru, ale po chwili zawrócił, a kiedy zawracał, dobiegły do niego słowa śpiewanej przez pielgrzymów litanii... Ucieczko grzesznych, uzdrowienie chorych, módl się za nami. Po powrocie do domu znów się upił do utraty przytomności, a później podczas trzeźwienia cierpiał i umierał całymi godzinami na kacu, a kilka dni później pojechał do Paryża, bo alkoholizm jest chorobą postępującą i nieleczony kończy się szaleństwem lub śmiercią .
Podróż do Paryża
Jako człowiek nieznoszący monotonii, należał do uczulonej na uzależnienia dwudziestoprocentowej części ludzkości i już po wypiciu kufla piwa jego psychika zaczynała szaleć i nie potrafił usiedzieć na miejscu. Bywało, że po pijanemu wsiadał nocą w taksówkę i jechał do Krakowa popatrzeć na oświetlony iluminacją Wawel, i wijącą się u jego podnóża Wisłę, w której odbijały się nadbrzeżne latarnie. Po odchorowaniu pijaństwa znowu sięgał po alkohol, żeby przegonić nudę, a kiedy zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Zażerał się na głodzie alkoholowym zacierem na bimber, bo jego szukająca mocnych wrażeń psychika nie potrafiła wyhamowywać emocji, chociaż trzeba przyznać, że pomimo upośledzonych hamulców potrafił zachować swoją niezbywalną ludzką godność. Pewnego razu usiłująca go poniżyć barmanka, nie chciała mu sprzedać przy bufecie piwa, a kiedy w końcu łaskawie szurnęła w jego stronę po ladzie napełnionym kuflem, to uniósł do góry ociekający smakowicie pianą kufel, powiedział do barmanki: - Twoje zdrowie! A potem powoli, bez pośpiechu, wylał piwo do zlewu. Obserwujący go do tej z lekceważącymi uśmieszkami ludzie zamilkli zaskoczeni, a potem jak na komendę ryknęli gromkim śmiechem. – Za długo prosiłem – wyjaśnił i wyszedł z knajpy z podniesioną głową, z zadowoleniem patrząc na ośmieszoną, poczerwieniałą z gniewu barmankę. Pewnej niedzieli rzucił się w domu pijany na łóżko i zaczął przeraźliwie krzyczeć, mówiąc, że właśnie przed chwilą wrócił z Paryża. Wył przeraźliwym głosem, wiedząc, że mówi głupoty, ale taki już był sponiewierany przez wódkę, że nie potrafił się powstrzymać i było mu już wszystko jedno. – Zróbcie coś ze mną, ludzie, na litość Boską, zróbcie! – wołał o pomoc udręczonym głosem. – Zróbcie coś ze mną, uratujcie, pomóźcie, jeżeli chcecie i jeżeli potraficie, bo ja już już tak dłużej nie wytrzymam, bo ja już tak dłużej nie potrafię, nie mogę! Po godzinie wezwano karetkę i zabrano go do szpitala. Leżał samotnie na końcu korytarza, bo na salach brakowało miejsca. Od czasu do czasu podchodziła do niego pielęgniarka i pytała, skąd przyjechał. – Z Paryża – odpowiadał przez pierwsze godziny. Po jakimś czasie zaczęło mu przechodzić i przestał odpowiadać na pytania, i wówczas zostawiono go w spokoju. Na drugi dzień podczas porannej wizyty stanęło przy jego łóżku kilku lekarzy i jeden z nich powiedział głośniej, żeby do niego dotarło. – A na kolano i dwadzieścia pięć na tyłek! Udał, że nie słyszy, ale później nawet tego lekarza polubił, rozumiejąc, że czasem dla usunięcia zżerającej duszę trucizny potrzeba słów tak ostro tnących jak skalpel. Przeleżał dziesięć dni, prawie bez przerwy śpiąc po podawanych na wyciszenie lekarstwach.
Zabawa w ciuciubabkę
Te dwie młode polskie kobiety, mężatki, spotkał na Ukrainuie, na ulicy w Użgorodzie i ustrzegł je przed oszustkami, które chciały im sprzedać fałszywe pierścionki. Nie lubił krzywdzenia, oszukiwania, od dziecka tego nie cierpiał, nie tolerował i chociaż czasami sam się dawał skusić złemu, to tak naprawdę oszuści i złodzieje mieli u niego całkowicie przesrane. Wtedy w Użgorodzie, podobnie, jak wcześniej w pociągu z Jugosłowianami, wtrącił się do cygańskiej transakcji, a później pomógł kobietom kupić prawdziwe złoto. Pomógł, chociaż wcześniej słyszał, jak się z niego po cichu naigrawały do siebie w pociągu, nazywając go grubym kitajcem. Nie kumały, że przewozi na sobie cztery chińskie golfy. Przykleiły się teraz do niego w Użgorodzie i pojechały razem z nim do Budapesztu. – Tu się rozstajemy – wyjaśnił na budapeszteńskim dworcu. – Ja jadę dalej przez Czechosłowację do Niemiec, a wy wracajcie do swoich mężów, do domu, do dzieci, bo się na taki handel nie nadajecie. Nie posłuchały, bo już połknęły bajcyla przygody i miesiąc później spotkał je we Lwowie. Podbiegły do niego uradowane i powiedziały, że wynajęły pokój i zaproponowały, żeby się u nich przespał. Spojrzał na tę, która mu się bardziej podobała i po krótkim wahaniu wyraził zgodę, a później poszedł z nimi do śmierdzącego uryną zaułka na szemranej ulicy, gdzie natknęli się przy wejściu do kamienicy na mordobicie trzech żuli. – Mieszkamy u tego w skórzanej kurtce – pokazały na broniącego się przed dwoma napastnikami. Zawzięty był, uparty, ciągle powalany na ziemię, ciągle się podnosił i rzucał na atakujących go przeciwników. Znieruchomiał dopiero, kiedy mu rozbili na głowie butelkę wina. – Lepiej tam nie wchodźcie – doradził rodaczkom. – Ale tam zostały nasze bagaże! – Już nie wasze. – Ale w bagażach mamy pieniądze. – Już nie macie, dam wam na bilety i wracajcie do domu. – Nie wrócimy, pójdziesz z nami po bagaże? – Nie pójdę. – Ale poczekasz? – Poczekam. Weszły do bramy, a kiedy długo nie wychodziły, zadzwonił z pobliskiego sklepu po milicję. Podał adres i wyjaśnił, że chodzi o rozbój, a kiedy podjechał milicyjny samochód, obserwował z ukrycia, jak milicjanci wyprowadzają obu opryszków, a razem z nimi obie zapłakane kobiety. Tej ładniejszej ciekła krew z rozbitej wargi, ale nie podbiegł, nie podał jej chusteczki, bo wiedział, że dobry los mu do niej zagrodził drogę. To tyle, jeżeli chodzi o te dwie kobiety, których nie pozwolił okraść, a teraz posłuchajcie, jak to z było z gniazdem, w którym miał zamieszkać na długie lata, razem z żoną i dziećmi. Stary niezamieszkały dworek wypatrzył pod koniec lata pośród zarośniętego zdziczałą gęstwiną ogrodu i stanąwszy pewnego razu na ozdobionym kolumnadą ganku, postanowił, że go kupi i że w nim w przyszłości zamieszka. I faktycznie tak się zaczęło pomyślnie w jego życiu składać, że po roku stał się właścicielem nieruchomości, co nie całkiem można przypisać zbiegowi okoliczności, jeżeli się weźmie pod uwagę, że jego mama modliła się o ten dworek od wielu lat. Jak dzieci z zawiązanymi oczami, bawimy się w ciuciubabkę z kochającymi nas Aniołami Stróżami, które od czasu do czasu wtykają nam do ręki jakiś prezent i z czułą, tkliwą uciechą patrzą uradowani, jak krzyczymy uszczęśliwieni, żeśmy znaleźli. Zabawa w ciuciubabkę, zabawa w ciuciubabkę, zabawa w ciucubabkę...
Szlaban
Jesienią dobiegła końca jego dwuletnia przemytnicza Odyseja, która tylko tym się różniła od greckiej, że nie czekała na niego w domu wierna Penelopa, tylko skąpiąca mu obiadu Ksantypa. I dobrze, że nie czekała, bo gdyby czekała, toby z nim nie wytrzymała, bo taka była z niego niesamowita mieszanka, dopóki Boski Wiatr nie zaczął w końcu z dobrym skutkiem odwiewać plewy od ziarna. Pan Bóg dobrze wie, co robi, kiedy w swojej niezgłębionej miłosiernej mądrości łączy ze sobą dwoje podatnych na uzależnienia ludzi, z których, na przemian, raz jest jedno kosą, a raz kamieniem. Kosa trafia na kamień, a kamień na kosę i w tyglu gromadzących się przez pokolenia cierpień, ulepieni z gliny ludzie krystalizują się w oszlifowane cierpieniem diamenty, bo podobne szlifuje się podobnym, żeby światło mogło rozbłysnąć pełnią blasku. Jesteście błogosławieni, jesteście błogosławieni, jesteście błogosławieni... No, tak to jest z niezawinionym cierpieniem, zawinionym przez wszystkich z powodu pierworodnego grzechu, a co do końca przemytniczej odysei Kuby, to stało się to za sprawą polskiej celniczki podczas jego podróży do Pragi. – Nie pojedzie pan dalej – zakończyła starcie na granicy. – Zabieram dowód osobisty i proszę się po niego zgłosić w biurze paszportowym w swoim wojewódzkim mieście. Zajechał po dowód do Tarnowa i usłyszał od naczelnika, który powiedział, czytając w przysłany mu z granicy protokół. – Przemycał pan sto paczek papierosów, Marlboro. – Niedawno się ożeniłem, jesteśmy na dorobku, panie naczelniku... – I jeszcze do tego radiomagnetofon. – No, wie pan, panie naczelniku... – Co wiem?! – Nie mamy gdzie mieszkać... – A te sześćdziesiąt kremów żeńszeniowych?! – Tylko sześćdziesiąt... Tak się wczuł w swoją siermiężną rolę, że prawie mu się udało zapłakać i wyczuł, że naczelnik ma mu ochotę darować, ale w ostatniej chwili się wycofał i polecił sekretarce, żeby przyniosła jego kartotekę. Kiedy zobaczył wracającą sekretarkę potrząsającą trzymanym w ręku plikiem jego kart przekroczenia granicy, to zrozumiał, że nie ma tutaj czego dłużej szukać i chciał się stąd jak najszybciej ulotnić. Naczelnik popatrzył na karty i wykrzyknął zdumiony. – No, wie pan? Można jechać turystycznie za granicę dwa, trzy razy w roku, nawet cztery, czy pięć razy, ale nie…