Melodramat · 26 min czytania
Przekleństwo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czy zwróciliście kiedyś uwagę na tą specyficzną porę, jaką jest noc? Jakże niezwykła panuje wtedy cisza! Najmniejszy szelest wydaje się donośnym hałasem, każde skrzypnięcie podłogi, na które w dzień nie zwracacie uwagi, staje się porównywalne do wystrzału z armaty... Zwłaszcza jeśli przechodzicie obok kogoś, kogo za nic w świecie nie chcecie obudzić. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, aż do tamtego dnia, a raczej nocy. Strasznej nocy po męczącym dniu. Co roku o tej porze ogarnia mnie przygnębienie, graniczące z depresją. Siadam wtedy na parapecie otwartego okna i zastanawiam się, czy nie wyskoczyć. Sekret, który noszę w sobie zabija. Z każdą rocznicą tamtych tragicznych wydarzeń coraz bardziej brakuje mi chęci do życia, coraz słabiej bronię się przed dręczącymi mnie wspomnieniami. W zeszłym roku byłam zdecydowana skończyć ze sobą. Wystawiłam nogi za okno, chwyciłam się dłońmi zewnętrznego parapetu, lada chwila miałam się odepchnąć i spaść z dziesiątego piętra na trawnik przed blokiem. Mało brakowało... Uratowała mnie nagła awaria prądu w całym osiedlu. To mnie jakoś ocuciło. Teraz obawiam się, że żadna awaria ani nic innego nie ocali mojego życia. Jest środek nocy. Mało które okna są oświetlone. Niebo jest zachmurzone. Próżno szukać gwiazd, czy księżyca. Wszystko pogrąża ciemność... zupełnie jak siedemnaście lat temu...
Zaczęło się od wagarów. Był piękny, słoneczny poranek. Zaraz po obudzeniu się odsłoniłam okno i już wiedziałam, że nie pójdę do szkoły. Moja młoda istota buntowała się przeciw edukacyjnej niewoli w tak cudowne, majowe przedpołudnie. Pomyślałam, że dobrze byłoby namówić Kamila, aby razem ze mną zrobił sobie dzień wolny. Kamil był moim chłopakiem. Jeśli istnieje miłość idealna, to takie uczucie było między nami. Jestem pewna, że bylibyśmy teraz bardzo szczęśliwym małżeństwem, gdyby nie... Od myśli do czynu droga jest u mnie bardzo krótka, więc chwilę później już wykręcałam numer mojego ukochanego. Do dziś pamiętam swój beztroski głos, gdy proponowałam mu wspólne wagary. Zaśmiał się i zawołał „Właśnie miałem zaproponować ci to samo!” Zawsze rozumieliśmy się niemal bez słów. To było pokrewieństwo dusz. Umówiliśmy się w miejskim parku, koło rzeźby z kamienia. Dotarliśmy tam równocześnie. Zapytałam go, gdzie pójdziemy. Objął mnie ramieniem i odparł z subtelną nutką nonszalancji: - Najpierw zapraszam cię na kawę i ciacho. Potem zobaczy się co dalej. Przy ptysiach z bitą śmietaną i aromatycznej kawie ustaliliśmy, że nie będziemy wałęsać się po zakurzonym mieście, tylko spędzimy ten dzień na łonie natury. Pojechaliśmy pociągiem do pewnej małej miejscowości, gdzie znajdował się uroczy las. To był pomysł Kamila. Kiedyś był tu z rodzicami na grzybach. Nie znaleźli nic, oprócz jednego wysuszonego muchomora, ale mój chłopak zapamiętał sobie to miejsce. Nie dziwiłam się temu. Mnie również urzekło piękno i świeżość tego przyrodniczego zakątka. Trzymając się za ręce spacerowaliśmy między drzewami, oddychając czystym powietrzem i cieszyliśmy się, że nie jesteśmy w szkole na sprawdzianie z biologii. „To się nazywa wolność!” – pomyślałam, a chwilę później Kamil wykrzyknął to samo, spontanicznie podnosząc mnie do góry. Wtedy nie mieliśmy pojęcia, ile będzie nas ta „wolność” kosztować...W beztroskich nastrojach weszliśmy na wąską ścieżkę wiodącą w głąb lasu. Dlaczego nie? Las był rzadki, poza tym w każdej chwili mogliśmy zawrócić. Przynajmniej tak nam się wydawało... Wędrowaliśmy dróżką dobre pół godziny, a może godzinę. W końcu intensywne promienie słońca dały mi się we znaki. - Jak gorąco – westchnęłam. - Tak – przyznał ocierając pot z czoła. – Jest okropnie duszno. Ale spójrz, drzew jest coraz więcej. Jeszcze dwieście metrów i wejdziemy w gęsty las. Tam będzie cień. Spojrzałam we wskazanym kierunku. W pewnym momencie ścieżka nikła w ścianie gęstego boru. - Gdy się tam znajdziemy – kontynuował Kamil – zrobimy przerwę. Zjemy śniadania szkolne i napijemy się wody. - A masz? – wyraziłam zaskoczenie. - Tak – uśmiechnął się chytrze. – Wziąłem ze sobą dwa litry mineralnej. - I dopiero teraz mi o tym mówisz?! Uduszę cię! Uduszę! – zrobiłam groźną minę, ale oczy mi się śmiały. - Spróbuj tylko... – przyciągnął mnie do siebie. Pocałunek dodał nam sił. Dziesięć minut później przekroczyliśmy granicę między rzadkim zagajnikiem a gęstym, iglastym lasem. Po drugiej stronie panował przyjemny chłód. - Ścieżka się urywa – zauważyłam. - Nie szkodzi. Pójdziemy jeszcze kawałek, aby poszukać odpowiedniego miejsca na piknik. Zjemy, wypijemy i spokojnie wrócimy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Po jakimś czasie udało nam się znaleźć pośród drzew niewielką polankę. Rozłożyliśmy kurtki, usiedliśmy i wyjęliśmy prowiant. Po posiłku położyliśmy się na dobrą godzinę. Czuliśmy pod sobą pulsującą ziemię a może było to tylko bicie naszych serc? Nie odzywaliśmy się, oddając głos ptakom i innym leśnym stworzeniom. Trzymaliśmy się tylko za ręce, to nam wystarczało w zupełności, mówiło więcej niż słowa. Wyrzucam sobie teraz, że nie doceniłam tej chwili w pełni. Lecz skąd mogłam wiedzieć, że to ostatnia taka czarowna cisza w naszym wspólnym życiu? Nie zauważyliśmy nadciągających zewsząd chmur. Otoczyły one podstępnie słońce i stopniowo zbliżały się do niego, zacieśniając krąg; jak stado drapieżników otacza swą ofiarę przed atakiem. - Zimno się zrobiło – powiedziałam, podnosząc się z trawy. - Wygląda na to, że zbliża się burza – spojrzał z niepokojem na pociemniałe niebo. – Trzeba wracać. - Też tak myślę – zaczęłam iść przed siebie. - Nie w tą stronę. Ścieżka była tam, gdzie ten pniak – pokazał ręką w przeciwnym kierunku. - Jesteś pewien? - Nie – przyznał po chwili. - A może to był tamten pniak? Czterdzieści stopni w lewo od tego twojego. - Możliwe. Dobrze, chodźmy w tamtą stronę. Do trzech razy sztuka. Wzięliśmy się za ręce i poszliśmy w kierunku drugiego pniaka. W tej samej chwili zerwał się przenikliwy wiatr. Deszcz także nie kazał długo na siebie czekać. - Chyba idziemy w niewłaściwą stronę. Ścieżki ani śladu – Kamil wyglądał na zaniepokojonego. - Zabłądziliśmy? – szepnęłam w panice, gdyż nagła błyskawica pokazała nam całą dramatyczność naszego położenia. Otaczał nas gęsty, nieprzenikniony las. - Jeśli pójdziemy kilkanaście metrów w przeciwnym kierunku z pewnością wyjdziemy z tej gęstwiny – rzekł pocieszająco, ale w jego głosie pewności nie było. Pociągnął mnie za ramię. Zawróciliśmy. Wcześniejsza mżawka zamieniła się w ulewę. Rozległ się grzmot. Stało się jasne, że zmierzamy do nikąd. Gdybyśmy istotnie szli w dobrą stronę, już dawno natrafilibyśmy na ścieżkę. - Myślę, że powinniśmy pójść jednak tędy – rzekł, prowadząc mnie nie wiadomo gdzie. Chodziliśmy po lesie wśród szalejącej wkoło burzy raz w jedną, raz w drugą stronę, ociekając deszczem, coraz bardziej tracąc orientację w terenie. - Zobacz, jakaś chatka! – powiedział nagle. Otarłam krople deszczu zwisające mi z rzęs i spojrzałam przed siebie. Gdzieś daleko, za zasłoną gęstej ulewy, majaczył niewielki drewniany dom. Spojrzeliśmy na siebie z nadzieją i pobiegliśmy do schronienia. Kamil zapukał do drzwi. Ponieważ nie spotkało się to z odzewem weszliśmy, gdyż chałupka okazała się otwarta... i niezamieszkana. Była to jedna zaniedbana izba z małą ilością sprzętów. Stół wyżarty przez korniki, żelazne łóżko z dziurawym materacem, jedno kulawe krzesło i jakaś szafa. Wszystko pokryte było grubą warstwą kurzu. - Dawno nikt tu nie sprzątał – zauważył Kamil. Uspokoił się już i poprawił mu się humor. Widząc, że on jest skłonny do żartów i ja się rozchmurzyłam. – Nadia! – zawołał. – Tu jest kominek! A obok koszyk z drewnem. Mam przy sobie zapalniczkę, więc możemy rozpalić ogień. - To wspaniale – ucieszyłam się. – Przemokliśmy do suchej nitki. Kamil zajął się rozpalaniem ognia, ja tymczasem przysunęłam łóżko do kominka, abyśmy mieli na czym siedzieć. Zdjęliśmy mokre ciuchy (zostaliśmy w bieliźnie) i powiesiliśmy na oparciach łóżka. Sami usiedliśmy na środku materaca, bardzo blisko siebie i dygocząc z zimna wpatrywaliśmy się w płomienie. - Pewnie będziemy chorzy – rzekłam szczękając zębami. - Najważniejsze, że znaleźliśmy schronienie przed deszczem. Zawsze lepiej marznąć w drewnianej chacie niż moknąć w gęstym lesie. No i mamy siebie... – spojrzał na mnie z miłością. - Patrzysz na mnie w taki sposób, że niemal robi mi się ciepło – uśmiechnęłam się. - Zaraz zrobi ci się jeszcze cieplej... Miał rację. Gorące pocałunki i bliskość jego ciała wytworzyły między nami rodzaj cieplnej energii. Ta niespodziewana intymność w tym małym domku pośród lasu jest jednym z moich najmilszych wspomnień. - Z tobą mogłabym zabłądzić nawet na biegunie – wyszeptałam, odchylając głowę, tym samym zgadzając się, aby całował moją szyję. - Nie pozwoliłbym ci zamarznąć. Oddałbym za ciebie życie – wymruczał, łaskocząc mnie ustami w kark. Jak się później miało okazać, nie były to puste słowa. W odpowiedzi wydałam z siebie zadowolony pomruk, który jednak nie zagłuszył cichego pisku. Odgłosu otwieranych drzwi. Zaskoczeni odsunęliśmy się nieznacznie od siebie i z lękiem spojrzeliśmy ku wejściu. Na tle padającego deszczu stała niewysoka kobiecina w podeszłym wieku. Miała na sobie staromodną, czarną suknię, z którą kontrastowały białe, starannie ułożone w kok włosy i dobrotliwa twarz pokryta zmarszczkami. - Dzień dobry – powiedziała łagodnie, zamykając za sobą drzwi. - Dzień dobry – odpowiedzieliśmy jednym głosem. - Widzę, że się już państwo rozgościli. - Przepraszamy, ale przemokliśmy do nitki. Myśleliśmy, że tu nikt nie mieszka – tłumaczył Kamil zakłopotany. - Jak to nikt? Ja tu mieszkam. Bardzo dobrze państwo zrobili. Od śmierci męża jestem taka samotna – załamała ręce kobieta. – Jeszcze się nie przedstawiłam. Nazywam się Leokadia Domicela Wielopolska. A państwo jak się nazywają? - Jacy tam państwo... Jestem Kamil a to moja dziewczyna Nadia. Pani wybaczy, żeśmy roznegliżowani, ale ta ulewa... – podszedł do staruszki i pocałował ją w rękę. (Nawiasem mówiąc, zawsze ceniłam w nim tę galanteryjną uprzejmość.) – Lodowatą ma pani rączkę. Pani również musiała przemarznąć. Proszę zająć miejsce przy kominku, obok nas. - Ależ, nie, młodzieńcze – uśmiechnęła się życzliwie. – Siądź przy swojej narzeczonej. Zaraz przyniosę wam koce, a potem zaparzę herbaty. Koce były bardzo stare, brudne, miejscami dziurawe, lecz to nie miało dla nas większego znaczenia. Przyjęliśmy je z wdzięcznością. Pani Leokadia wyjęła z szafy malutką puszkę. Zajrzała do niej i westchnęła ze smutkiem: - Obawiam się, że nie będę mogła poczęstować moich gości herbatą. Skończyła się, ale jeszcze poszukam... - Nadal pada deszcz, prawda? – spytałam półgłosem Kamila. - Tak. - Cały czas padało? - Tak – spojrzał na mnie, zastanawiając się, o co mi chodzi. - To bardzo dziwne, bo ta pani ani trochę nie zmokła, a przecież przyszła z lasu – szepnęłam, zdjęta nagłą zgrozą. – A jeśli ona... - Zaraz to sprawdzimy – domyślił się, co chcę powiedzieć, lecz zbagatelizował moje obawy. Spojrzał z uśmiechem na przeszukującą szafę staruszkę i zapytał głośno – Przepraszam, czy pani jest duchem? Odwróciła się do nas i zamrugała oczami. Podeszła do krzesła i usiadła. Stała się półprzezroczysta - A więc zauważyliście? Tak często o tym zapominam. Teraz również. Myślałam, że tak jak sto lat temu żyję, mieszkam w mojej małej chatce pośród lasu i właśnie udzielam gościny zabłąkanej parze. Udzielam jej, lecz... to prawda: jestem duchem. Kamil zbladł i objął mnie mocniej, ścisnęłam kurczowo jego rękę. - Nie bójcie się. Tak mi przykro, że wszyscy się mnie boją... Jestem tak samotna! Tak bardzo samotna... – kobiecina ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. - Proszę nie płakać. Jest pani bardzo dobrym duchem. Miła z pani kobieta, pełna ciepła i życzliwości – powiedział Kamil z przekonaniem. - Dziękujemy, że nie wyrzuciła nas pani ze swojego domu i jeszcze dała nam koce – dodałam, starając się naśladować ton mojego chłopaka. - Naprawdę tak myślicie? Kochane dzieci... – rozczuliła się kobieta, ocierając oczy. - Wie pani jak się wydostać z lasu? - Naturalnie, ale posiedźcie ze mną jeszcze dwie godzinki. Proszę – spojrzała na nas tak błagalnie, że nie mieliśmy serca odmawiać tej sympatycznej, zabłąkanej duszy. – Przypominacie mnie i mojego męża, gdy byliśmy młodzi. Widzę jak bardzo się kochacie. Tworzycie idealną parę, zupełnie jak ja i Bogumił. – westchnęła i rozpoczęła opowieść – Byłam córką zamożnego kupca. Nasz dom swoim ogromem mógł pochłonąć pięćdziesiąt takich chałup, a może jeszcze więcej. Bogactwo, liczna służba... Dorastałam w luksusach! Ojciec pragnął zapewnić mi jeszcze lepszą przyszłość. Postanowił wydać mnie…