Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 17 min czytania

Przemów szkłem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Przemów szkłem”

Tamten rok był inny od pozostałych lat. Drzewa przygasły, a ulice wyglądały jakoś dziwnie. Pod naporem śniegu zatraciły swą prostolinijność. Kołysały się ze mną. Wszystkie smutne. Miłość uciekła, jak koń albo pies, zagubiona, gdzieś po drodze. Zimą 1995 roku wygrałem konkurs na sobowtóra Elvisa w kategorii ryb i płazów. Organizowany przez Dom Kultury Siwego Pola zapewniał mi wyjazd do Egiptu na światowy zjazd naśladowców Króla. Przechadzając się wąskimi uliczkami dostrzegłem faceta, stojącego pośrodku placu. Bez ogródek, rozmyślał na głos. Zastanawiał się czemu nagle zmiękł? Czy to wina upału, czy też złych doświadczeń z dziewczynami? Nie chciał skończyć w kreskówce nie zwróciwszy niczyjej uwagi. Podszedłem do niego, by lepiej mu się przyjrzeć. - Hieny cmentarne, hieny – przemówił głosem, który wprawiał jego ciało w spazmy. – Psy wyjące do księżyca! A ja wciąż daleko od mych oświetlonych, turkusowych drzwi. – Hieny! Hieny! Zabierzcie je ode mnie. Już mnie to nie bawi! Lekko mnie przeraził. Ale w głębi duszy czułem się podobnie. - Zostanę twoim ochroniarzem – nerwowo zdrapywałem piasek z pomiędzy łusek – jeśli okażesz się moim oddanym przyjacielem. - Mów mi Basia – rzekł z kamienną miną. - A ty mi Henryk – odparłem. Stojąc w milczeniu zapaliliśmy po papierosie. Basia patrzył na mnie dość nieśmiało, niby zerkając, gdzieś w przestrzeń, jakby chciał ogarnąć cały krajobraz dzieląc go na mozaikę. W końcu się odezwał. - Wiesz co? Po dłuższym namyśle wolałbym, żebyś nie mówił do mnie Basia. Nie wiem, czemu, ale rozbawiło mnie to potwornie i wypuściłem z ust papierosa. - W porządku – nie chciałem, by źle zinterpretował moje poczucie humoru. – W takim razie, jak mam cię wołać? Wziął głęboki oddech wypuszczając strumień dymu przez nos. Słychać było świst włosków w środku, a następnie impet z jakim powietrze rozbiło się o wąsy. - Jegomość. Mów mi Jegomość. Prawdę mówiąc nie sądziłem wtedy, iż to imię utrzyma się tak długo. - W porząsiu. A gdzie twój bohater? – starałem się rozplątać rozmowę. - Uciekł wzdłuż tamtej alei – wskazał palcem na uliczkę za naszymi plecami. - Czemu? Rzucił niedopałkiem o ziemię przypadkowo trafiając w krawędź buta. - Kurwa mać! Nowe buty, dopiero wczoraj je ukradłem! – spojrzał na mnie zawstydzony. - Były domysły i przypuszczenia, ale wszystko rozbiło się o pieniądze. Nie wiem, – westchnął – lecz wygląda mi to na trzeci świat. - Może dlatego, że jesteś tu pierwszy raz? - Nosisz kalesony? – odbił piłeczkę. - Tak – w kalesonach czułem się bezpieczniej, choć z racji odmienności gatunkowej były mi zupełnie niepotrzebne. - Nie będę słuchać rad odnośnie projekcji mojej psyche od kogoś, kto nosi kalesony. Wskazówki dotyczące tańca przyjąłbym bez dwóch zdań, lecz nie wykłady o psyche! Co to, to nie! Zamilkł. Krztusił się tylko nieprzyjazną dla oka architekturą. Słońce prażyło nas z całych sił. Gdy dostrzegło duszącego się w upale psa trochę odpuściło i mogliśmy schronić się w nowo powstałym cieniu. Na straganie występował treser pcheł, które wyrwawszy się z niewoli obskoczyły turystów. Najżałośniejszy facet, jakiego można znaleźć w najżałośniejszym momencie swojego życia wyszedł z ubikacji i wciąż oglądał się na cienie z klozetu. Podczas, gdy świeży mocz nie zdążył jeszcze zniknąć z jego spodni. Woda lała się ze studni. Nad głową zabrzęczała nam mucha. Nie zrozumiałem ani słowa z tego, co próbowała nam powiedzieć, więc poleciała spytać mężczyznę, który udawał kogoś innego po drugiej stronie ulicy. - Wiesz, jak znaleźć pylony? – próbowałem zainteresować Jegomościa geografią eksperymentalną. - Nylony? Masz na myśli nylon, handlową nazwę włókien poliamidowych; wprowadzoną przez koncern Du Pont de Nemours z USA, który w 1938 roku rozpoczął ich produkcję na skalę przemysłową? - Nie, chodzi mi o pylony, w świątyniach starożytnego Egiptu. Para masywnych budowli kamiennych w formie wież o prostokątnych podstawach, zwężających się ku górze. Myślał przez chwilę. - Mówisz, o tych śmiesznych wieżach? - Dokładnie. - Oczywiście, że nie wiem, gdzie są, ale mogę cię do nich zabrać. Ruszyliśmy przez pustynię. Kreśląc mnóstwo nieregularnych linii na piasku, a także omijając złośliwe żmije dotarliśmy do pylonów. Tabliczka na skraju wykopalisk głosiła: „W tym mieście nie znajdziesz złodziei” Nie wiedziałem, jak to interpretować. Na szczęście spotkaliśmy tam ekspedycję profesora Munchausena. - Moje uszanowanie profesorze – ukłoniłem się. Profesor nie wyglądał ciekawie. Miał w ekipie tylko dwóch ludzi, niewidomych mormonów, więc odkopywanie ruin gołymi rękoma zaznaczyło się u niego zdartą skórą dłoni i amerykańskim potem, czyli w tym wypadku owalną plamą na jedwabnej koszuli. – Może nam profesor powiedzieć, mniej więcej, kiedy ujrzymy pylony? – spytałem grzecznie i niezbyt nachalnie, by nie oderwał swojej uwagi od muchy zaplatanej we włosy. I przypadkiem nie przeniósł frustracji na mnie. Na próżno. - Spytaj liści, po których stąpasz przemądrzała rybo – odparł gruboskórnie. - Jakich liści? – mimo najszczerszych chęci nie dostrzegałem niczego prócz piasku. Przez chwilę, gdy wyostrzyłem swoją percepcję do granic możliwości, byłem w stanie rozróżnić każde, pojedyncze ziarnko. Lecz i to nie pomogło – Żadnych tu nie ma! – stwierdziłem stanowczo. Jegomość próbował mnie uspokoić, ale męczył go irytujący, suchy kaszel przez co, o mały włos nie rzuciłem się na profesora z pięściami. - Skoro nie ma liści, to nie ma także odpowiedzi. Żegnam szanownych panów. Oddalił się do swojego namiotu. Nie miałem mu tego za złe. Profesor Munchausen był dziwakiem. Wiele w swym życiu przeszedł. Od dnia narodzin nie mógł znieść dźwięku domofonu, a przez całe dorosłe życie odrzucał ideę telefonu. Nie wierzył również w kuchenki mikrofalowe. Aż któregoś dnia jego własna żona zamknęła go w domu i uciekła z kochankiem na Białoruś. To nim wstrząsnęło. Wtedy postanowił poświęcić się nauce. Kolekcjonował lunety i nie mógł pogodzić się z tym, że reflektory zajęły ich miejsce w optyce. Przez wiele kolejnych lat walczył, o zniesienie aberracji sferycznej. Bezskutecznie. W roku 1970 odwiedził Londyn. Pewnego mglistego wieczora siedząc w pubie usłyszał rozmowę dwóch archeologów. Wspominali oni, o lornetce Kopernika, którą starożytni Grecy ukryli wraz z winogronem wśród egipskich pylonów. Wtedy to absolutnie poświęcił się jej poszukiwaniom. Razem z doktorem Gawinem przekopali pół Afryki i przylądek Canaveral, gdzie Gawin został bezczelnie zastrzelony przez ochronę. Zostawiwszy Egipt za nami kontynuowaliśmy wędrówkę w poszukiwaniu cudów inżynierii. Jegomość zastanawiał się, dlaczego nie rozumie swojego języka? - To dosyć dziwne nie sądzisz? W dodatku nie mam żadnej waluty i słyszę wszelakie dźwięki - nastawił czujne ucho. – Krowie dzwonki na rynku, czy też anioły w architekturze. Wszystkie one wirują z nieskończoną gracją. Rozumiesz coś z tego? Bardzo chciałem wesprzeć go radą, ale nie znałem się wtedy na takich rzeczach. - Trudno powiedzieć - grałem na czas. – Wiem tylko, że Camus upadł pod swoim ciężarem gatunkowym – rzekłem, zabiwszy mu prawdziwego gwoździa na kilka następnych godzin. Tymczasem okazało się, iż to autor lekko się zagapił i wprowadził zbyt wiele wątków pobocznych.

Minąwszy Gibraltar doszliśmy na drugi koniec opowieści. Nad Siwym Polem zawitała wiosna. Pogoda była już ewidentnie zbyt zaawansowana na lato. Wiatr przynosił smoliste latawce z płonących łąk. Dzieci na karuzeli łapały je, niczym magiczny pył. Mieliśmy jednak mniej poetyckie sprawy do załatwienia. Pijąc wino w jednej z bram, co jakiś czas wyglądaliśmy na policjantów. Kiedy tylko się zbliżali Jegomość wpadał w kuriozalne ataki sztucznego kaszlu, podczas gdy ja symulowałem ekstatyczne szamotanie pępka. Jednak wiosna, jednowymiarowo chłodna tego roku, nie dawała nam spokoju, zmarznięci nawet nie dokończyliśmy pierwszej butelki. Słońce zachodziło z wolna, niebo cedziło je przez chmury. Wynajęliśmy pokój u starej pani Forlando, która zwykła przeciągle wyrzucać z siebie słowa: - Zapraszaaaaam. Weeeeeeeejdźcie – mówiła. W dodatku oddychała, charcząc na pokaz nowotworowymi płucami, a my z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu, za co miała nas spotkać kara. Położywszy się do łóżka zasnąłem niemal od razu. Jegomość…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%