Edukacja · 7 min czytania
Przemyślenia.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Raz, dwa, raz, halo? Słychać mnie tam z tyłu? Dobrze. Zatem: jesteśmy w czasach, kiedy żniwa dokonywane są kosami, a krajem rządzą zdesperowani rolnicy. Jesteśmy w dwudziestym pierwszym wieku w Polsce. Dwójka z tyłu, proszę nie dłubać w nosie! Niedługo nawet takie czynności będą robione nam automatycznie... No cóż, po prostu wsłuchajmy się, jaką historię Kasia dziś chce przekazać. Urodziny. Znowu. Na mały taras wyniesie się stół, talerze, tort, którego nikt nie będzie chciał zjeść, bo przeterminowany tańszy (to już tradycja), a potem i tak główną rolę zajmie królewska woda. Oczywiście, najważniejsi są goście, szczególnie moi, którzy ile mogą, tyle nie pracują: rolnik, Prawie Rolnik, rolnik, wdowa po rolniku, żona rolnika i jeszcze grabarz. Doborowe towarzystwo – nie ma co, znowu będzie wesoło. Zacznijmy od tego, w co się ubrać. Najlepiej byłoby coś niesamowicie eleganckiego, typu czarny garnitur a’la James Bond plus tradycyjny dodatek, czyli biało czerwony krawat. Ja jednak preferuję prostotę, toteż wybrałem siatkowany, nieco przepocony podkoszulek, a następnie użyłem miejskiego żelu (zakupionego dwa lata temu podczas klasowej wycieczki do Rabki), aby unaocznić moją dojrzałość – w końcu, kończę piętnaście lat. Po tym, jak wszedłem do kuchni ujrzałem gdzieniegdzie resztki papieru ściernego, którym owijano prezenty, oraz mamę próbującą upchnąć coś plastikowego do opakowania po zapałkach, odświętnie ozdobionego naklejkami z Królem Lwem. Na mój widok, natychmiast zaprzestała tej czynności i z tłustym uśmiechem podała mi równie tłuste i kaloryczne śniadanie. W czasie posiłku do kuchni wbiegł z wyszczerzonymi zębami Prawie Rolnik, który trzymał w rękach moherowy beret mamy obszyty starymi, w dodatku moimi, kawałkami bielizny. Krzyczał, że potrzebuje pudełka na ten prezent, a widząc mnie natychmiast wybiegł z kuchni, z nieuwagi wrzucając podarek do zlewu. Udałem, że niczego nie widziałem i począłem z uwagą przeżuwać moje śniadanie. Zawsze było tak, że życzenia składano mi przy wszystkich, a prezenty każdy dawał osobno, przy tym mówiąc jak najgłośniej, żeby usłyszeli sąsiedzi. Dziś miało nie być inaczej. Kiedy już minął ranek (Prawie Rolnik stracił zupełnie humor), rozpoczęły się przygotowania do tego niezwykłego dnia. Mama zaproponowała mi zabawę z Pinkusiem, gdyż stwierdziła, że się nudzę (to nieprawda, akurat wtedy byłem ogromnie pochłonięty czytaniem dziennika Prawie Rolnika – pisał, że gdy dorośnie, pójdzie na studia i zostanie beczkorobem). Wyszedłem na dwór i wraz z Pinkusiem poszedłem na długi spacer. Idąc główną ulicą Ameryki nikogo nie spotkałem. Trudno kogokolwiek zobaczyć o tej porze roku, od czasu do czasu przejedzie jakiś turysta i zrobi zdjęcie tabliczce z nazwą wsi. Gorąco. Stwierdziłem, że czas już wracać, Pinkuś nie lubi długich spacerów, po kilku minutach zaczyna się buntować i siada na środku jezdni. Było już dobrze po południu, kiedy wróciłem do domu. Już od furtki dało się słyszeć rozbawione głosy. Zapewne to właśnie moi goście, którzy jakimś cudem przemknęli do domu przede mną. Basem śmiał się wujek (rolnik), przyszedł aż z Zimnej Wódki, by razem z innymi smakować napoju adekwatnego do nazwy jego mieściny. Babcia i dziadek (żona rolnika i rolnik) przychodzą, bo zawsze mogą zostać u nas na noc, a wtedy oboje mają okazję komuś ponarzekać i się wygadać. Mama niecierpliwiła się, gdyż wciąż nie widać było grabarza, który był przyjacielem taty, a Prawie Rolnik wybiegł na spotkanie Pinkusiowi.…