Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 39 min czytania

Przemytnik

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przemytnik

I ; Pobudka

Franek był pogrążony w głębokim śnie. Zbudziły go krople deszczy rytmicznie stukające o parapet. Nie chciało mu się nawet otwierać oczu. Wiedział że jest ciemno, że to środek nocy. Leniwie przewrócił się z jednego boku na drugi. Próbował ponownie zasnąć, jednak nic z tego nie wyszło, gdyż dźwięk deszczu brzmiał jak piekielne fanfary. Wbijał mu się w uszy wybijając przy tym sen. Otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Była godzina 23:02. Normalnie wychodziłby właśnie do pracy, jednak miał wolną noc ze względu na remanent w firmie. Pragnął to wykorzystać aby móc się porządnie wyspać, niestety organizm przyzwyczajony do wstawania o tej porze odmówił posłuszeństwa. Leżąc tak, ze wzorkiem wbitym w sufit wspominał swoją młodość. Pamiętał, że lubił wieczory. Ze zniecierpliwieniem czekał na ten moment przed zaśnięciem, wtedy kiedy człowiek czuję się najbardziej spełniony. Teraz jednak już nie było tej magii. Nie było jakiejkolwiek magii w jego życiu. W wieku 25 lat stracił już wszystkie złudzenia. Niczego już od życia nie oczekiwał, lubił jednak jeść jogurty i powstrzymywało go to od popełnienia samobójstwa. - Jachu! Wykrzykiwałeś No Future, a ja głupi wierzyłem! – powiedział na głos siadając na łóżku. Podparł głowę na dłoniach i rozejrzał się po pokoju. Krzywo poprzyklejane tapety oraz pseudoartystyczne rysunki kłuły go w oczy. Było to mieszkanie jego dziewczyny, Zuzi. Nie miał pieniędzy na swoje, więc łączył przyjemne z pożytecznym, gdyż kochał swoją kobietę – A Ty, drąc ryja do muzycznego chaosu dorobiłeś się willi, No Future! Phi! Zuzia była, cóż, średnio utalentowaną studentką Akademii sztuk pięknych w Toruniu, jednak jej rodzice byli prawnikami i kochali swoją córeczkę. Franek też ją kochał, nawet bardzo, jednak jej freski przyprawiały go o mdłości. Jego dziewczyna wyjechała właśnie na plener do małej wsi w wielkopolskiem i nie było jej w domu. Generalnie, nawet jak było to rzadko się widywali. On pracował na nocną zmianę, a ona cały dzień poza domem, w nocy preferowała sen. Franek wstał z łóżka. Po ciemku wszedł do kuchni. Zapalił światło i zobaczył wieżę Babel w zlewie. Ponownie pogrążył pomieszczenie w mroku. Przeszedł ociężałym krokiem do dużego pokoju. Odsłonił żaluzję wpuszczając do mieszkania trochę księżycowego blasku. W miarę narastania światła w pokoju, zauważył na stole kartkę. Podszedł i wziął ją do rąk. „Kochanie! Wyjeżdżam na plener, będę z powrotem dwudziestego. W lodówce masz gołąbki. Powinno Ci wystarczyć. Kocham, Zuza”. Franek uśmiechnął się do siebie i podszedł do odtwarzacza muzyki. Wysilając wzrok, który wciąż przyzwyczajał się do ciemności, znalazł płytę Johna Lurie. Po chwili w pokoju zabrzmiało „Incident on South Street”. Chłopak upadł na podłogę i zaczął robić pompki. Raz, dwa, trzy... Doszedł to trzynastu. Padł bez siły w tricepsach. Kiedyś robił po pięćdziesiąt. Ale cóż. Wrócił do kuchni sam przed sobą udając że nie widzi stosu brudnych naczyń. Otworzył lodówkę i wyciągnął z niej brytfannę. Otworzył wieko dostrzegając pięć gołąbków. „Nie będzie jej przez trzy dni” – pomyślał – „ 5 / 3 to jest siedem? Nie, to będzie dwa po dwa i jeden. Nie jest źle”. Postawił naczynie na kuchence odkręcając jednocześnie gaz. W czasie gdy kapusta skwierczała, poszedł do łazienki i puścił wodę do wanny. Wracając do kuchni pogwizdywał akompaniując kompozycją Johna Lurie. Zakręcił kurek od gazu i wyjął z brytfanny dwa gołąbki. Ułożył je na talerzu obok siebie. Dał im kawałek chleba dla towarzystwa. Usiadł i zabrał się do posiłku. Konsumując myślał o tym gdzie mógłby się udać tej nocy. Wpadł na pomysł, że pójdzie na Długą, do jakiegoś pubu. Skończył jeść zostawiając talerz na blacie kuchennym. Przeszedł do łazienki. Zakręcił wodę w wannie. Szybko wykąpał się i umył zęby. Otworzył szafkę nad kranem w poszukiwaniu dezodorantu. Znalazł swojego ostatniego Adidasa. Po chwili mocowania się z nakrętką, stwierdził, że się zacięła. Powiódł wzorkiem po pomieszczeniu. Zobaczył puszki z farbą w sprayu Zuzi. Wziął jedną końcówkę i założył na swój dezodorant. Nacisnął celując w klatkę piersiową, po czym, na jego piersi rozprysła się wielka czerwona plama. Zrezygnował z jakiejkolwiek walki. W dużym pokoju skrzypnęła szafa. Franek szukał teraz stroju. Po przewąchaniu paru koszul wybrał najmniej śmierdzącą. Na dnie szafy dostrzegł swoją gitarę. Lubił grać, jednak nie miał w ogóle czasu. Wrócił do rzeczywistości, wziął najmniej pomarszczone spodnie i swoje nowe buty. Stał przed lustrem prężąc pierś. Kiedyś lubił to robić. Teraz lubił tylko jeść jogurty. Zastanawiał się jeszcze czy ogolić swój kilkudniowy zarost, jednak czuł że lepiej nie. Ubrał na siebie sztruksową kurtkę, zamknął drzwi i udał się na przystanek autobusowy.

II ; Carlos De LaVega

- Nie ma żadnej cholernej kołyski – przeczytał na głos Franek po czym usłyszał – Następny przystanek: „Rondo Jagiellonów”. Poczuł się trochę jak Max Payne na stacji metra. Dodało mu to otuchy więc postanowił rozszerzyć się w barkach. Zamknął swoją książkę i wstał by dać kierowcy znak, że wysiada na tym przystanku. Autobus był pusty. Zupełnie pusty. Franka mało obchodziło co mogło się dziać z innym ludźmi. Nie przepadał za innymi, toteż rad był, że jedzie sam. Kierowca zatrzymał się i wypuścił Franka. Wychodząc z autobusu poczuł, że jest bardzo zimno. Kłujące krople deszczu uderzały o jego sztruksową kurtkę, a mróz wdzierał mu się do nozdrzy. Z ust leciała mu para. Wzdrygnął się od zimna, włożył ręce w kieszeń i pomknął w kierunku ulicy Długiej. Schodząc do podziemnego przejścia przeczytał napis na ścianie: „Luftwaffe przeprasza za Papieża” Franek uśmiechnął się do siebie rozpinając kurtkę gdyż pod ziemią zrobiło mu się cieplej. Koło wyjścia z tunelu stało dwóch mężczyzn ubranych w źle skrojone zielone marynarki. Ich twarze wołały o pomstę do nieba. Zwrócili wzrok ku Frankowi i zaczęli iść w jego stronę. Po chwili jeden z nich wyjął pistolet celując w pierś chłopaka. - Stój bambusie! – krzyknął facet bez broni – oddaj nam portfel to będziesz mógł sobie dalej chodzić po niewłaściwych dla siebie terenach. - Spokojnie. – powiedział Franek któremu na twarz wstąpiła trwoga. Nie miał pojęcia co zrobić. Przeszukał swoje kieszenie, wyciągnął portfel i począł wyciągać rękę ku mężczyźnie bez broni – Trzymajcie. W tym momencie zatrząsł się sufit. Coś huknęło. Franek stracił równowagę i upadł, uderzając głową o betonową posadzkę. Guziki oderwały się od koszuli odsłaniając jego tors. Mężczyzna bez broni dostrzegł czerwoną plamę na piersi Franka. Na górze, tramwaj pojechał dalej. - Ty idioto! Nie miałeś nikogo zabijać! Co my teraz zrobimy? – mężczyzna sięgnął do kieszeni po papierosa, włożył go w usta i odpalił. Niestety pomylił kierunki. – Cholera! - Ale Waluś, ja nawet naboi nie miałem. Jak mogłem go zastrzelić z pustym magazynkiem? – powiedział przerażony Cyngiel – Przecież to niemożliwe! - Jasne, to samo powiedz policji. Na pewno Ci uwierzą. Nie chce siedzieć! Ja nawet nigdy nikogo nie pobiłem – Waluś nie mógł już powstrzymać łez – Nie wiem jak Ty Lucek, ale ja stąd spadam! Waluś zaczął gorączkowo biec schodami pod górę na ulice jagiellońską. - Zaczekaj! – krzyknął Lucek, schylając się aby zawiązać sznurowadło w bucie. Po chwili podniósł wzrok i zobaczył jak Franek się podnosi – Waluś Ratuj! Lucek pobiegł w ślad za swoim kolegą. Franek otworzył oczy i ujrzał jak jego niedoszły oprawca ucieka w popłochu. Obejrzał się za siebie, by sprawdzić, co tak strwożyło bandytów. Nic jednak nie ujrzał. Pomasował sobie głowę, po czym wstał. - Ciekawe co ich tak przestraszyło – powiedział na głos. W tym momencie uświadomił sobie, że ma rozpiętą koszule, a guziki się gdzieś potoczyły. Zauważył, że bandyci zostawili nie tylko jego portfel, ale również swój. Podniósł go i znalazł w nim około 300 zł. – będzie impreza! Uszczęśliwiony ruszył w kierunku ulicy długiej. Po piętnastu minutach stał już przed wejściem do pubu. Otwierał drzwi, gdy uświadomił sobie, że jego klatka piersiowa jest cały czas odkryta. W związku z tym, postanowił udawać pół Polaka pół Wenezuelczyka z Caracas. Uśmiechnął się do siebie gdyż był dumny z tak genialnego pomysłu. Przygładził sobie mokre od deszczu włosy i wszedł do środka zdejmując przy tym kurtkę. Gdy kroczył przez salę do baru, wszystkie oczy były zwrócone ku niemu. Duma z jego nowego wizerunku wzrastała w nim z sekundy na sekundę. Nie znał za dobrze hiszpańskiego, ale wiedział że w Bydgoszczy to nie problem. Im bliżej baru był, tym bardziej przyciągał wzrok barmana. Człowiek ten był średniego wzrostu o nieogolonej twarzy, tak jak na amerykańskich filmach. - Jakieś dobre c e r v e z o a m i g o – powiedział Franek opierając się łokciem o bar – tylko naprawdę dobre. - Mamy trzy rodzaje: jasne, ciemne i siki – odpowiedział gorzko barman. Nie lubił obcokrajowców. - Ile za jasne? - Osiem złotych za 0,3 litra. - Przecież to zdzierstwo! – mało nie wykrzyknął na cały głos Franek odwracając twarz do barmana. Stracił na moment swój hiszpański akcent. - Mamy prohibicję g r i n g o ... - Cóż pan pleciesz!? - Bierzesz czy nie? - Ech, no dobra... – Franek rzucił na blat dziesięć złotych i począł obserwować salę, podczas gdy barman nalewał do szklanki jego piwo. Jego wzrok przykuła dziewczyna ubrana na jasno zielono. – Co to za m u c h a c h a tam w rogu? - Ta na zielono? Alicja Gostrow. Twarda sztuka. Prawie z nikim nie rozmawia. – barman skończył nalewać piwo i wręczył je Frankowi. - Proszę - G r a c i a s – odparł już pół Polak pół Wenezuelczyk Carlos De LaVega. Wczuł się w swoją rolę. Luźnym krokiem Latynosa ruszył w kierunku kobiety. Łykał swoje c e r v e z o nie spuszczając przy tym wzroku z Alicji, która stała plecami do niego oparta o filar. – M u c h a c h a ? - Do mnie mówisz przystojniaku? – odparła Alicja odwracając się do Carlosa. Jej ruchy był w idealnej harmonii z ciałem. Wydawać by się mogło, że świadomie plecami podrywała Wenezuelczyka. – Obserwowałam Cię odkąd tu wpadłeś. Masz już jakieś plany na wieczór? Może pojedziemy do Ciebie? - Och M u c h a c h a , podobasz mi się! – powiedział Carlos gdy kobieta kładła mu ręce na karku – Wpierw jednak muszę się udać do łazienki. - Pójdę z Tobą mój Don Diego. – odparła ponętnie. Udali się do męskiej toalety. W momencie gdy drzwi się zamknęły Alicja rzuciła się na Carlosa przypierając go do ściany. Zaczęła całować go po całym ciele schodząc coraz niżej. Latynos zamknął oczy by oddać się cielesnej żądzy. Nagle coś przerwało jego niedoszłą rozkosz. Otworzył oczy i zobaczył jak Alicja osuwa się na podłogę z ziemią na głowie. Dookoła brzęczały fragmenty rozbitej doniczki. Carlos podniósł wzrok do góry i ujrzał ciężko dyszącego mężczyznę ubranego w stylu Noir. Na czoło Wenezuelczyka wstąpiły krople potu. Po chwili mężczyzna się opanował i rzekł do Carlosa: - Szybko! Nie mamy czasu do stracenia. Chodź za mną! – twarz Carlosa w tym momencie ustąpiła miejsca twarzy Franka – No chodź! Tajemniczy człowiek wybiegł z łazienki, a Franek pospieszył za nim. Mężczyzna pędził przed siebie do wyjścia nie zwracając uwagi na to, czy Franek biegnie za nim. Chwilę później Franek wyskoczył na zewnątrz i oślepiły go światła samochodu. - Wsiadaj! – krzyknął mężczyzna depcząc w gaz – No dalej! Franek wsiadł do samochodu. Ruszyli z miejsca i ku zdziwieniu chłopaka jechali w kierunku mieszkania jego dziewczyny. Złapał oddech, nabrał odwagi i zaczął: - Możesz mi wyjaśnić o co chodzi? – powiedział starając się być agresywny. – No więc? Może się przedstawisz? - Nie rozumiesz, nie zaraz, ja, ja jestem Ignacy Igliński, mówią na mnie Igła lub Ignac. Widzisz Carlos pracujemy dla tych samych ludzi. Alicja jest z konkurencji. Chciała Cię zabić a nie uwieść. – Ignac przęknął ślinę. – jedziemy do Ciebie po towar i później do szefa. Namierzyli Cię. Franka owa odpowiedź wbiła w siedzenie. To brzmiało jak jakaś bajka. Przecież imię Carlos, cała tożsamość, zmyślił sobie na poczekaniu. Próbował zebrać myśli w całość, jednak nie miał za wiele czasu. Zajechali już pod blok jego dziewczyny.

III ; Płonący wieżowiec i dziupla skorupiaka

- Dobra, teraz ostrożnie, mogą już tu być – powiedział Igła wyłączając silnik. - Ale przecież... – Franek nie zdążył nic powiedzieć, gdyż jego towarzysz wyskoczył z wozu dając znak, żeby chłopak zrobił to samo. Franek szedł za swoim nowym kolegą, gdy nagle zza krzaków wyskoczył mężczyzna w żółtej koszuli o czarnych paskach z hiszpańskim wąsem. Nim zdążył się zorientować Ignac powalił już napastnika mocnym uderzeniem w kark. - Cholera, wysłali po Ciebie Daltona. Zanieś go do klatki schodowej. Ja przeszukam teren na około – Igła dał nura w krzaki i zniknął, a Franek zaczął ciągnąc nieprzytomnego bandytę w stronę swojej klatki. Nigdy nie był dobry z WF-u. Szybko się męczył. Nie miał również za dużo siły fizycznej, toteż czynność którą aktualnie wykonywał sprawiała mu dużo trudności. Doczłapał się jednak do drzwi i otworzył je. Poczuł zapach gazu unoszącego się w powietrzu, lecz zlekceważył go. Jedną ręką przytrzymywał drzwi, podczas gdy drugą szukał włącznika światła. Po chwili wymacał go na ścianie i nacisnął. Wybuch który nastąpił w tym momencie odrzucił go, oraz zbliżającego się Ignaca, na jakieś 5 metrów. - O Kurde, ktoś podłożył bombę. Pal licho Daltona, towaru i tak już nie mamy. Bierzmy samochód i w nogi – powiedział Igła otrzepując się z kurzu. Po chwili podniósł wzrok i zauważył że Franek leży nieprzytomny z czerwoną plamą na klatce piersiowej. – Cholera. Stary nie żyjesz, ja nie mam towaru i... Franek odzyskiwał przytomność i podnosił się powoli. - O Cholera... – powiedział Ignac bardzo zdziwiony. - Spokojnie, to tylko farba – powiedział Franek próbując wstać. - Nastraszyłeś mnie, dobra, bierzmy jakiś wóz i w nogi – pospieszył Igła. Pędem rzucili się w stronę parkingu. Zobaczyli, iż jeden z samochodów ma otwarty zamek. Ich wybór był oczywisty. Igła szybko wsiadł za kierownice i odpalił na krótko. Chwilę później dołączył do niego Franek. Ruszyli z piskiem opon. W tym momencie znad Płonącego Wieżowca nadbiegł ubrany w skórzaną kurtkę mężczyzna i machając rękoma zaczął krzyczeć : - Ej Wy! To ja miałem ukraść ten samochód! Nawet kluczyki już miałem! To było moje marzenie... – mężczyzna nie wytrzymał i wybuchnął potokiem łez. Wpatrując się w znikające marzenie, doszedł do wniosku że jego przeznaczeniem jest spławianie drewna pod prąd Obu. Oszołomiony Franek poczuł, że siedzi na czymś kłującym. Przesunął się nieznacznie odkrywając swoją kieszeń. Wyciągnął spod siebie kluczyki, sprawiając wrażenie, jakby wypadły mu z niej. Podniósł kluczyki na wysokość oczu i zaczął je tępo oglądać. Próbował zebrać myśli lecz przerwał mu Igliński. - Mogłeś powiedzieć że to twój wóz – powiedział zirytowany – Kurde może zamontowali Ci bombę dlatego był otwarty? Powinniśmy zwolnić by to sprawdzić. Ignac zmniejszał już prędkość, gdy zza rogu wyjechały trzy radiowozy na sygnale. - Kurde! Policja też Cię namierzyła! – powiedział Igła i wdepnął mocnej na pedał gazu – jedziemy do Dziupli! Samochód skręcił gwałtownie w lewo. Przemknął przez kilka ciemnych uliczek gubiąc pościg, podczas gdy Franek zbierał w sobie odwagę. Nie był żadnym przemytnikiem, Wenezuelczykiem, ani tym bardziej dilerem, a już na pewno nie miał na imię Carlos. Postanowił powiedzieć Igle że to tylko pomyłka jednak ten uprzedził go. - No jesteśmy, ten garaż po prawej, tam urzęduje mój kumpel z liceum, Michu – mówił Igła z uśmiechem na twarzy, skręcając kierownicą – Wy w Wenezueli mówilibyście na niego Miguel, jak Cervantes. - Kiedy widzisz Ignac... – Franek już chciał mówić wszystko, lecz Igła wyszedł z samochodu i udał się w stronę garażu. Pozostały w samochodzie chłopak już nie miał siły aby to wszystko tłumaczyć. Nie mógł tego objąć rozumem. Czuł się jak pan K. Totalna abstrakcja. Kobieta w pubie, Ignac, morderca przy klatce schodowej, wybuch w bloku. A co najdziwniejsze, skąd Igła wiedział gdzie mieszka Franek. Wszystko to było pozbawione sensu. Uderzył się parę razy po twarzy mając nadzieje że obudzi się z tego snu w swoim łóżku. Tymczasem jednak robiło się coraz zimniej. Spojrzał na zegarek, była 2:03.Zwrócił wzrok na kałużę w której bulgotało od deszczowych kropli. Gdyby to był sen, to chociaż byłoby ciepło pomyślał sobie. Po chwili drzwi garażu zostały otwarte od środka. W blasku księżyca przedzierającego się do środka pomieszczenia, Franek ujrzał Igłę oraz innego mężczyznę opartego o framugę garażu. Ignac wrócił do samochodu i po chwili wjechali do środka. Mężczyzna wytknął głowę na zewnątrz garażu, rozejrzał się uważnie na około po czym zamknął drzwi. Od wewnątrz pomieszczenie było jeszcze większe niż mogłoby się zdawać. Na ścianach wisiały półki pełne narzędzi, na przemian z plakatami przedstawiającymi nagie kobiety. W powietrzu unosił się pomieszany zapach kawy i oleju samochodowego. Oprócz samochodu którym przyjechali tu Igła z Frankiem, były tu jeszcze dwa inne. Czerwony mercedes oraz jasnożółty chrysler. Po wstępnych oględzinach chłopaki wszyli z wozu. W stronę Franka podszedł żylasty, nieogolony mężczyzna o brązowych włosach. - Witam – rzekł ściskając dłoń Franka. – Jestem Michu, ale mówią mi Ptaku. - Miło mi. - Tam za półką – Ptaku wskazał drewnianą konstrukcje zza której wystawała czarna czapka ubrana daszkiem do tyłu na czyjejś głowie – To jest Szpaku, a w kuchni siedzi Raku. - Raku? - Tak, jest ornitologiem. – odparł machając twierdząco głową – I... - Nie teraz czas na to! – przerwał mu momentalnie Igła – Ptak, daj nam jakiś wóz w zamian za tego Ramblera. Policja nas ścigała i.... - Policja Cię goni i przyjeżdżasz do mnie!? – odparł wzburzony Michu - Nie nie, zgubiłem ich i... – bełkotał Ignac – No dalej Ptaku, daj ten wóz! - Dobra – stwierdził zrezygnowany Ptaku i zaczął drapać się po głowie. Generalnie często to robił. Może dlatego, że pomagało mu to w myśleniu, a może po prostu dlatego że miał łupież. Tego nie wiedział nikt. – Weźcie tego jasnożółtego chryslera, nie będziecie rzucać się w oczy. Franek był co najmniej zdumiony. Jak do cholery mają nie rzucać się w oczy takim jaskrawym autem? Chciał zaprotestować, jednak w tym momencie dostał od Szpaka jogurt, o którego poprosił na stronie parę chwil wcześniej. Zjadł sobie łyżeczkę czerwonej mazi i był zadowolony. - Dobra Carlos, zwijamy się. Musimy jechać do pewnego człowieka. On powie co i jak, może to dziwnie zabrzmi, ale on właśnie od tego jest. – Igła przęknął ślinę. – No dalej, nie ma czasu do stracenia. Chłopak przytaknął głową. W tym momencie zaprzestał jakiejkolwiek walki z nową rzeczywistością. Ci gangsterzy, mordercy, złodzieje. Żeby to przetrwać, musiał wcielić się z powrotem w Carlosa. Podniósł wzrok z ziemi i zwrócił się do Ptaka. Był już Wenezuelczykiem. - Miło było poznać – rzekł Michu. - Mnie również a m i g o – odparł Carlos z prawdziwie wenezuelskim akcentem. Po chwili wsiedli do samochodu i pojechali w ciemną noc.

IV ; U Szewców

- Jak tam jest? – spytał Igła wrzucając trzeci bieg. - Ale gdzie g r i n g o ? – odpowiedział pytaniem Carlos, wpatrzony w deszcz padający za oknem samochodu. - W Wenezueli. – uściślił Ignac nie tracąc wzroku z drogi. Było potwornie ślisko i prosiło się o wypadek. - Jak w raju – odrzekł Carlos wpatrując się w majaczący obok widok miasta. - Ach... – była to odpowiedź której Igła oczekiwał. Jak w raju. Zawsze chciał tam pojechać, jednak bał się powiedzieć tego swojej żonie, która sprzedawała dekle od słoików na rynku i nie lubiła zostawiać prężnego interesu…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%