Romans · 19 min czytania
Przepowiednia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Przepowiednia…
Wróżby i inne bzdety
To było słoneczne jesienne popołudnie. Wigilia świętego Andrzeja. Ja i moje dwie przyjaciółki, Iza i Weronika, szłyśmy ulicą, śmiejąc się głośno. Szczerze powiedziawszy same nie wiedziałyśmy, z czego się śmiejemy. Po prostu było wesoło. Wybierałyśmy się do Magdy, naszej koleżanki z klasy. Miałyśmy zrobić sobie wieczór wróżb. Wiecie, takie tam głupoty w stylu „twój przyszły mąż będzie miał na imię Alojzy”. Magda znalazła w domu starą książkę z wróżbami, które „PODOBNO się sprawdzają”. Jestem sceptykiem, jeśli chodzi o wróżby, ale byłam pewna, że będzie dobra zabawa. Zadzwoniłyśmy do drzwi mieszkania Magdy. Otworzyła jej mama. -Wejdźcie, w salonie jest salon wróżb magicznych.- wskazała ręką na drzwi do jednego z pokoi. Poszłyśmy więc. W „salonie wróżb” było już sporo osób. -Jej, ona chyba całą szkołę zaprosiła!- stwierdziła Iza. -Nie, tylko pół.- sprostowała Magda- Rozgośćcie się. Wróżenie zaczynamy punktualnie o siedemnastej. Tymczasem zapraszam na seans filmu „Totalna Magia”. Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone. -Cóż za zorganizowanie!- zdziwiłam się. -To do niej niepodobne…- przyznała Weronika. Przytaknęłyśmy jej. Dołączyłyśmy do grupy oglądającej film. Widziałam go ze sto razy, więc postanowiłam poszukać sobie innej rozrywki. Zatrzymałam się przy stoliku z przekąskami i zaczerpnęłam z niej garść chipsów. -Widzę, że apetyt dopisuje!- Anka, dziewczyna z którą nie lubimy się od przedszkola, nie mogła się powstrzymać od głupiego komentarza. -Może.- odwróciłam się od niej. Spojrzałam na zegar. Wróżenie dopiero za dwadzieścia minut… Rozejrzałam się po salonie. Mój wzrok zatrzymał się na namiocie, zrobionym z koców. Siedziała w nich jakaś dziewczyna. Nie znałam jej. Postanowiłam to zmienić. -Hej!- odezwałam się. Spojrzała na mnie spod gęstej, długiej blond grzywki. -Cześć. -Jestem Dagmara, a ty? -Olka. Jestem kuzynką Magdy. Przyjechałam na tydzień. Skrzywiłam się. Olka patrzyła na mnie podejrzliwym wzrokiem. -O co ci chodzi?- zapytała w końcu. Westchnęłam. Dobra, powiem jej. -Nie przepadam za Magdą. -To zostaniemy przyjaciółkami!- widząc moje zdziwienie pospieszyła z wyjaśnieniem- Ja też jej nie lubię. Może chcesz, żebym ci powróżyła? Spojrzałam na zegarek. Oficjalne wróżenie miało się zacząć za piętnaście minut. -Tak, jasne. Chętnie. Usiadłam obok Olki. Dziewczyna wyciągnęła karty i rozłożyła je na podłodze. -Wybierz trzynaście kart.- rzuciła tajemniczym głosem. Wykonałam polecenie, tak jak i inne. -Teraz zadaj w myślach pytanie, a karty na nie odpowiedzą. Uśmiechnęłam się. Tak, już widzę, jak „karty odpowiadają na moje pytanie”. Mimo wszystko zapytałam w myślach: „Co mnie czeka w miłości?” Olka odsłoniła pierwszą kartę. -Miłość już niedługo cię znajdzie. Oho, dobra jest! -Nawet szybciej niż myślisz. -I co? Kiedy?- zainteresowałam się. -Karty nie mówią nic dokładnie. No tak. Wróżby. Mogłam się tego domyślić. -Ale stanie się to w innych od codzienności okolicznościach. Wtedy miłość zapuka do drzwi.- skończyła Olka. Ze zdumieniem zauważyłam, że już wszystkie trzynaście kart było odsłonięte. -Ale głupoty.- uśmiechnęłam się. -Wiem. Ale Magda kazała mi wróżyć. Ona wierzy w takie bzdety. -Ale odpowiedziałaś na moje pytanie. To trochę zastanawiające… -Wcale nie.- zaprzeczyła Olka- Wszyscy pytają o to samo. -No, nic. Wracam do moich przyjaciółek .Pewnie mnie szukają.- wstałam, zahaczając głową o brzeg namiotu. -Ok., to pa! Kiedy wyszłam, poczułam, że musze do toalety. Gdy przechodziłam obok drzwi wejściowych, rozległo się pukanie. -Mógłby ktoś otworzyć?- zawołała z kuchni mama Magdy. Otworzyłam więc. W progu stał przemoczony chłopak. -Ale ulewa!- stęknął. –Mogłabyś poprosić Magdę? -Tak, jasne. A kto pyta? -Jej brat. Wpuściłam więc go i poszłam do salonu po Magdę. Po drodze wciąż słyszałam słowa Olki: „Miłość zapuka do drzwi”.
Auć! To bolało…
Część 22 / 2
Ten wieczór był naprawdę udany. Nie tylko ze względu na świetną atmosferę (spowodowaną głównie wyśmiewaniem durnowatych wróżb), ale też ze względu na brata Magdy, Wojtka. On był taki cudowny! Rozmawiał ze mną i razem krytykowaliśmy komiczne rytuały, jakie wykonywały „wróżki”. Zaproponował, że odprowadzi mnie do domu. Byłam zdruzgotana, gdy musiałam odmówić, bo umówiłam się z tatą, że przyjedzie po mnie, Izę i Weronikę. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Kiedy położyłam się już do łóżka, dostałam SMS’a: „Słodkich snów!”. Oh, on był taki słodki! Chyba się zakochałam! Następnego dnia w szkole byłam prawie nieprzytomna. Jedna z nauczycielek kazała mi nawet chuchnąć, żeby sprawdzić, czy aby nie jestem pijana. Takie głupot jak lekcje nie były mi nawet w głowie. Na przerwie siedziałam w bibliotece i wzdychałam do telefonu komórkowego. Od rana dostałam tylko jednego SMS’a od Wojtka… Nawet nie zauważyłam, jak dosiadł się do mnie Filip – mój sąsiad. Pomachał mi ręką przed nosem, ale jakoś tego nie zobaczyłam. Dopiero kiedy w całej swej subtelności kopnął mnie w kostkę, oprzytomniałam. -Zgłupiałeś?!- krzyknęłam, rozcierając bolącą nogę. -Tak. Jakieś pięć lat temu, ale miło, że pytasz. -Ha, ha. Bardzo śmieszne. Czego chciałeś?- byłam niebywale zirytowana jego obecnością. -Zapytać się czy nasze sobotni mecz jest dalej aktualny. Zerknęłam nerwowo na ekran komórki. Nie byłam pewna, czy bardziej chciałam się pozbyć Filipa, czy dostać wiadomość od Wojtka. W końcu do mych uszu dotarł upragniony dźwięk. Tak! Napisał! -Tak, tak! Wszystko! Idź sobie już!- warknęłam trochę bez sensu do Filipa. -Ok., to cześć!- rzucił odchodząc. Nie zwróciłam na to uwagi. Zbyt zajęta byłam odblokowywaniem klawiatury. Nie mogłam sobie przypomnieć, jaka to kombinacja klawiszy. I to wcale nie znaczy, że jestem jakaś ułomna. Po prostu byłam bardzo przejęta. W końcu mi się udało. Tylko jedno przyciśnięcie guzika dzieliło mnie od odczytania wiadomości. Wzięłam głęboki oddech i… „Piszesz dużo SMS’ów? Mamy coś specjalnie dla ciebie…”. Myślałam, że zacznę wyć. Wiadomość sieciowa. A jakby tego było mało, bibliotekarka zauważyła, że używam telefonu i mi go zabrała. -Przyjdź po niego po lekcjach.- powiedziała, chowając moją komórkę do szuflady. -Ale…!-krzyknęłam. -Ciiii!!!- uciszyła mnie. Nie chce być wredna, ale to jej „Ciii!!!” było głośniejsze od mojego „Ale…!” i na pewno zwróciło większą uwagę wśród uczniów. Ale olać to! Zabrała mi telefon! To straszne! A co jak on napisze? Rozległ się dzwonek. Świetnie. Nie dość, że moje życie się wali to przede mną historia. Nie wiedzieć czemu, byłam przekonana, że jeśli nie odzyskam natychmiast telefonu, to moje szanse na związek z Wojtkiem znikną i umrę samotnie. No, może z tym umieraniem przesadziłam. Tak, czy owak starałam się przekonać bibliotekarkę o tym, iż komórka jest mi niezbędna do życia. Nie podziałało. Cóż za rozczarowanie! Na lekcje wpadłam spóźniona. Starałam się przemknąć niezauważona między rzędami ławek, ale nauczycielka miała sokoli wzrok. -A gdzież to panienka była? -Y… w bibliotece. -Oh, doprawdy? Jakoś mi się nie wydaje! -Naprawdę, proszę pani! Bibliotekarka może to potwierdzić! Historyczka spojrzała na mnie z pod grubych szkieł okularów i zamyśliła się chwilę. -Skoro panna jest taka wygadana, to zobaczmy, co nam powie na tematy związane z historią… Dagmara! Do odpowiedzi! Tego nie przewidziałam… Już miałam dwie oceny z tego przedmiotu i teoretycznie nie powinnam być pytana do końca miesiąca. W konsekwencji swojej pewności byłam w ogóle nieprzygotowana… Postanowiłam jednak zaufać swojej pamięci i podeszłam pod tablicę. To była chyba największa porażka mojego życia. Na wszystkie pytania odpowiedziałam „nie wiem”. Błam tak zestresowana, że nawet, gdy nauczycielka zapytała, który mamy wiek, również to powtórzyłam. Klasa wybuchła śmiechem, a ja, skompromitowana i bogatsza o pałę w dzienniku. Usiadłam w ławce i starałam się sprawić, by ziemia mnie pochłonęła. Nic takiego się nie stało, za to poczułam prztyczka w ramię. Po chwili na mojej ławce wylądowała zwinięta w rulonik karteczka. Upewniwszy się, że nauczycielka jest pochłonięta tłumaczeniem jakiegoś nudnego (jak zwykle) tematu, przeczytałam ją. „Kiepski dzień mamy, co?” Rozpoznałam pismo Filipa. „A żebyś wiedział. I ty mi go dodatkowo psujesz”- odpisałam szybko i położyłam kartkę na jego ławce. To historyczka już zauważyła. -Żadnych rozmów na lekcji! Zjechałam jeszcze niżej z krzesła. Feralna karteczka znów wylądowała przede mną. „Fakt ;-)”- odczytałam. Wściekła zmięłam papierek. Niestety – zaszeleścił. -Dagmaro! Czy ty się w końcu uspokoisz? śla-Tak, proszę pani…- burknęłam. Chciałam zjechać jeszcze niżej z krzesła i udało mi się to. Z impetem wylądowałam na podłodze. Klasa miała niezły ubaw, czego nie można było powiedzieć o historyczce. -Do dyrektorki! W tej chwili!
Czy może być gorzej?
-I co ja mam z tobą zrobić?- dyrektorka drapała się po czole.- Dotąd nie sprawiałaś żadnych problemów, problemów dzisiaj… Historia i to zajście w bibliotece… -Przepraszam…- byłam bliska płaczu. Z upokorzenia. -No, nie wiem czy „przepraszam” wystarczy. Trochę narozrabiałaś… Milczałam. Czekałam na sąd ostateczny. Modliłam się, by zniknąć albo by wybuchł pożar. Niech się wydarzy obojętnie co. Ja nie chcę tu być! -Może zróbmy tak. Przeprosisz osoby, którym dzisiaj się naraziłaś i puścimy całe zajście w niepamięć. Co ty na to? Zamyśliłam się. To nie będzie takie najgorsze. -Zgoda.- uścisnęłam dłoń dyrektorki. -No, teraz zmykaj na lekcje. Nie dałam sobie tego dwa razy powtarzać. Miałam właśnie matematykę. Kolejną lekcję, z…