Inne · 15 min czytania
Przerwa w Życiorysie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przerwa w życiorysie
Byłam w szkole, ale tylko na chwilę. Myślałam, że zwariuję. Nauczyciele poszaleli, każdy uważa swój przedmiot za najważniejszy i tyle zadaje, że wystarczyłoby na rok studiów. Już nie wystarcza im obowiązkowe pytanko na lekcji. Kto normalny jest w stanie to znieść?! Wróciłam na chatę. Chciałam się pociąć, ale po co? Pomyśleliby, że jestem nienormalna. Eee, no, bo może jestem, ale lepiej zachowywać pozory. Siedzę sobie sama, ale nie całkiem. Kot siedzi ze mną. Gapi się na mnie, a Ja na niego. Ciiisza. Wypiłam pół butelki szampana, którego trzymałam w barku „na specjalną okazję”. Wcale mi się po tym lepiej nie zrobiło. Wręcz przeciwnie. Teraz czuję, że ogarnia mnie poczucie beznadziei, w której sama się pogrążam. Siedzę i zastanawiam się, co się ze mną stało. Po podstawówce wszystko się zmieniło. Tak bardzo spieszyłam się do tej dorosłości, a teraz oddałabym wszystko, żeby znowu mieć czternaście lat. Wtedy dopiero poznawałam świat. Mam wrażenie, że zawracam ze swojej drogi i powoli zaczynam się w tym wszystkim gubić. Od dawna nie potrafię zaakceptować nieprzewidywalności losu i zdobyć dystansu ani do siebie, ani do tego, co mnie otacza. Lęk przed przyszłością, strach, o teraźniejszość i obsesje z przeszłości dają o sobie znać codziennie. Inaczej wyobrażałam sobie ten „koniec niewinności” jak to w mediach nazywają. Nie tak miało być... Kiedy się tak zastanawiam, to myślę sobie, że stałam się taka, jaka nigdy nie chciałam być. Określiłabym to mianem „młoda buntowniczka”. Robiłam wszystko na przekór wszystkim i wszystkiemu. Nauczyłam się przeklinać, kłamać, kraść i sięgać po alkohol. I gdy tylko sobie nie daję z czymś rady, zastanawiam się czy sobie nie zafundować narkotyków, albo po prostu z tym nie skończyć. Ale nie skończę raczej, bo nie mam aż tyle odwagi. Do tego wszystkiego doszły jeszcze wagary i opętanie na tle seksu. Nie potrafię się na niczym skupić na lekcjach. Wystarczy, że spojrzę na ręce któregoś z chłopaków i już mi się włącza taki film na bani, że gdybym powiedziała głośno o czym myślę, to by mnie wsadzili w kaftan i do wariatkowa. Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy Ja rzeczywiście nie powinnam odwiedzić lekarza. Sama sobie już nie radzę. Jedyne na co teraz nie narzekam, to są znajomi. Tu wszystko gra. Mam przyjaciół na których mogę liczyć i którym mogę zaufać. Tylko, czy to całe zamieszanie we wszystkich innych dziedzinach to jest cena jaką płacę, za to, że nie jestem sama. Dlaczego zawsze kiedy coś jest dobrze, to coś innego musi być źle. Dlaczego nigdy nie może wszystko się dobrze układać. Dlaczego zawsze w najmniej oczekiwanym momencie musi się nagle coś spieprzyć. Przejebany dzień. Maksymalnie. Złamałam swoją noworoczną obietnicę. Miałam nie przeklinać. Zresztą mam w dupie co sobie obiecałam. Pierdole to. Dużo tego wszystkiego było. Przez to spać nie mogę. Sumienie mnie gryzie. Zżera mnie. Patrzę w sufit i aż mi się w głowie od tego wszystkiego kręci. Kim Ja w ogóle jestem? Chciałabym być kimś innym, robić coś innego. Czuć się lepsza, ważniejsza, poważniejsza. Ale nie potrafię się odnaleźć. Nie wiem kim mam być, kim chcę być. Nie wiem kim będę. Nie potrafię znaleźć dla siebie miejsca. Myślę sobie, że wszystko wokół mnie jest takie samo i wszystko kręci się w kółko. Dzieje się to, jakby poza mną. Wypadłam z tej karuzeli. Do tej pory nie chce mi się w to uwierzyć. Miałam przecież takie ogromne aspiracje. Miałam wiarę, nadzieję. Byłam wzorem cnót. Dobra uczennica, bez nałogów. Nie piłam, nie paliłam, a narkotyki kojarzyły mi się z samym piekłem. Trzymałam się od nich z daleka, tak jak i od ludzi, którzy mieli coś z nimi wspólnego. Jednak z czasem zaczęłam się zmieniać. Te zmiany mojej psychiki raczej nie wpływały na mnie budująco. Zaczęło się, kiedy zapragnęłam poznać smak miłości. Był taki... nie powiem jak miał na imię. To nieważne. Starszy, dojrzalszy. Zakochałam się w Nim na zabój. Kompletnie ocipiałam. Myślałam, że raczej prędzej umrę, niż zakocham się w kimś innym. Przecież tak wiele poświęciłam. Nie raz wymykałam się z domu, kłamiąc, że nocuję u koleżanki. Byłam dla Niego, kiedy tylko chciał. Nie trwało to długo. Zostawił mnie, krótko po tym jak zaczęliśmy uprawiać ze sobą seks. To był szok. Mój pierwszy raz i od razu takie zderzenie z rzeczywistością. A przecież miało być tak pięknie. Nie byłam na to gotowa. Zresztą kochałam. Tak mi się przynajmniej wydawało i raczej tak czułam. Dzięki niemu pierwszy raz poczułam się kobietą. Brał, co chciał. Robił to bardzo delikatnie, ale stanowczo. Dokładnie pamiętam, kiedy mój najlepszy kumpel ostrzegał mnie: „Naprawdę myślisz, że On traktuje Cię poważnie? On tylko się tobą bawi. Trzymaj się od Niego z daleka!”. Było już za późno! Kiedy oznajmił, że to koniec wybuchłam płaczem, błagając go, aby ode mnie nie odchodził. To nic nie pomogło! Po prostu mnie zostawił. Bolało strasznie. Ktoś, kto tego nie przeżył, nie zrozumie nigdy, co to za uczucie jak się traci kogoś w kim widziało się swój świat. W takich momentach trudno jest sobie wyobrazić, że kiedyś zapomni się o bólu i upokorzeniu. Niby dobrze wiedziałam, że tak się stanie, a jednak wydawało mi się, że już na zawsze pozostanę w próżni, w takim unicestwieniu. I tylko wszechogarniająca chmura czarnych myśli nade mną. Chciałam się zabić. Minął czas i zakochałam się znowu. I tym razem źle ulokowałam swoje uczucia. Z każdym kolejnym razem było tak samo. W desperacji byłam skłonna godzić się na wszystko i ulegać, byle tylko zatrzymać swojego Księcia. To nic nie dało. Moja kolejka do stacji „miłość” nigdy nie podjechała. Po prostu się skurwiłam. Na domiar złego, Książe okazywał się w najlepszym przypadku potworną żabą. Gdy czar prysnął zostawałam sama z poczuciem obrzydzenia do całego rodu męskiego. Stany depresyjne były dla mnie trudną przypadłością z którą choć walczyłam, to nie potrafiłam wygrać. Zaczęły mnie osaczać myśli, że świat jest koszmarny. W tym czasie bardzo zaniedbałam swoich znajomych. W pewnym momencie nie miałam nawet do kogo zadzwonić. Swoje żale przelewałam na kartki pamiętnika. Dookoła zrobiło się pusto. Żyłam w izolacji, aż stwierdziłam, że muszę coś zrobić, bo znienawidzę samą siebie. Po prostu już dłużej tak nie mogłam. Zadzwoniłam do kumpla. Wszystko mu powiedziałam, a na koniec rozpłakałam się jak dziecko. Umówiliśmy się na następny dzień. Powiedział, że mam się nie przejmować i iść z nim na piwo. Zawsze ceniłam w nim ten dystans do wszystkiego. Nie zastanawiałam się długo. Zgodziłam się. Potrzebowałam się komuś wyżalić. Spotkaliśmy się w lesie. Nie pamiętam ile wypiliśmy, ale to nie była moja ostatnia przygoda z alkoholem. Zaczęłam częściej towarzyszyć kumplowi w piciu. Podobał mi się ten „odmienny stan świadomości”. Wszystko nabierało dla mnie takiego innego wymiaru. Znikały gdzieś wszystkie przeklęte myśli. W ogóle nie myślałam. O niczym. W tygodniu żeśmy się najebali średnio trzy razy. Po kolei: piwem, winem i wódką. Świat bez alkoholu stał się bezbarwny. Nie byłam tego świadoma, ale szukałam pretekstu, by się napić. Gdy miałam fazę, wydawało mi się, że jestem luzaczką, dziewczyną z charakterem. Tak naprawdę życie wymknęło mi się spod kontroli. Czułam się jeszcze gorzej. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i widziałam jakiegoś kaszalota. Całkowicie straciłam poczucie swojej wartości. Ogarniało mnie zwątpienie. Miałam wszystkiego dość. Przez to zawaliłam kilka decydujących sprawdzianów i teraz właśnie moja końcówka szkoły zapowiada się fatalnie. Dyro mnie chyba rozniesie, bo dzisiaj miałam z