Fantastyka · 55 min czytania
Przerwana misja / 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Teddy z hełmem od skafandra próżniowego pod pachą stał w śluzie powietrznej, przy wrotach prowadzących do przedziału syntezy. Toule wcisnął się za nim do ciasnego pomieszczenia; nie zdjął jednak hełmu, podnosząc tylko przyłbicę. Zerkał Parkerowi przez ramię, śledząc cyfry pojawiające się na panelu kontrolnym, które ten głośno odczytywał. - Pole magnetyczne stabilne, strumień antymaterii w normie. – relacjonował Teddy, komentując dane z panelu kontrolnego ocalałego silnika. - Obawiam się, że jeden silnik nas nie uciągnie. - wyraził swe wątpliwości Toule. Parker skinął głową. - Zwłaszcza, że wyciągnę z niego tylko jedną trzecią mocy. – przyznał – Gdyby tu był John z pewnością coś by wymyślił. Rubbermann podniósł wyżej przyłbicę hełmu. Wspomnienie inżyniera napełniło go smutkiem; teraz dopiero zrozumiał, ile mu zawdzięczają i jak będzie im go brakowało. - Wiesz, jak zobaczyłem tę ogromną dziurę, to straciłem wszelką nadzieję, że znajdziemy go żywego. – szepnął. Teddy ciężko westchnął. - Ja również, to przykre... Tej dziury nie da się załatać. – dodał głośniej - Rozumiem, że to koniec naszej misji? - Niestety masz rację, - komandor spojrzał na niego smutno - zawracamy do domu. Nawigator gorzko się uśmiechnął. Choć już od dłuższego czasu przeczuwał, że taki będzie koniec ich misji, słowa dowódcy wywołały w nim uczucie zawodu. - Smutny będzie nasz powrót, taka porażka. - Nie jesteśmy jej winni. Teddy podniósł rękę do czoła, rozcierając palcami łuki brwiowe. - Ciekawe, czy ci na Ziemi będą sądzili podobnie. Rubbermann obojętnie wzruszył ramionami. Co to go w tej chwili obchodziło? Miał teraz poważniejsze problemy na głowie, niż przejmowanie się opiniami swoich przełożonych na odległej Ziemi. - Przekonamy się. – machnął ręką - Tymczasem trzeba zadbać o nasz statek. Przede wszystkim musimy podłączyć reaktory, bo baterie wystarczą najwyżej na godzinę. Silnik wydaje się w porządku, ale bez nawigacji nie damy sobie rady. - I łączności. – dodał Teddy. - Tak, i łączności. - Toule głęboko odetchnął - Nie chcę ciebie straszyć, ale na tym jednym silniku nie dociągniemy do Układu Słonecznego. Bez pomocy nie damy sobie rady. - Jak to nie dociągniemy? – zaniepokoił się nawigator. - To proste, pomyśl. Statek jest potężny, za potężny, jak na jeden silnik. Jest więc z pewnością bardzo przeciążony, co grozi każdej chwili awarią. Ale nawet, gdyby wytrzymał całą drogę do domu, to jest za słaby, by nawet przy pełnej mocy przebić się do najbliższej anomalii hiperprzestrzennej. A podświetlną wiesz, jak długo będziemy wracali do domu? Teddy oparł się plecami o burtę śluzy. Teraz dopiero dotarło do jego świadomości, że resztę swoich dni może spędzić w Kosmosie. - Nie wystarczy nam życia. – szepnął - Dzięki, że mi to powiedziałeś. – dodał głośniej - Dziwna sprawa, ale przestałem się bać. Strach widocznie towarzyszy człowiekowi tak długo, dopóki ma nadzieję. Rubbermann klepnął go w ramię. - Nie gadaj głupstw, Teddy! Wyjdziemy z tego. Nawigator wzruszył ramionami i nie odpowiedział. Obaj mężczyźni podeszli do śluzy przedziału syntezy. Toule przetarł dłonią zakurzony wyświetlacz panelu kontrolnego; przez chwilę przyglądał się wskazaniom. - Temperatura się unormowała, promieniowanie bez zmian. – relacjonował Parkerowi. - Promieniowanie to nie problem. Skafandry nas ochronią. Najgorzej znoszą wysoką temperaturę, a w śluzie nie moglibyśmy założyć kombinezonów ochronnych. Komandor patrząc na nawigatora, kiwnął głową w stronę przedziału syntezy. - No, to co, wchodzimy? - W tym przedziale jest powietrze? – zapytał Parker. Toule potwierdził ruchem głowy. - Jest. Ciśnienie w normie. Teddy podszedł do wyświetlacza panelu kontrolnego. Przyglądał się wskazaniom kręcąc z niedowierzaniem głową. - Jak to się stało, że przedział syntezy nie został zniszczony? - To najbardziej, oprócz mostka, wytrzymała część statku. – wyjaśnił Rubbermann - Nie wiem, ale konstruktorzy zakładali chyba eksplozję akceleratorów, a może reaktorów? Dlatego opancerzyli ten przedział. O tym, że eksplodują silniki, jakoś nikt nie pomyślał. Nawigator puknął ręką w trzymany pod pachą hełm. - No pomyśleli! – wykrzyknął - Pamiętasz, jak nas trafiały asteroidy, to pierwsze zostały obcięte silniki. Komputer był zaprogramowany, aby je wyłączać, gdy parametry zaczną odbiegać od normy! John wykasował wszystkie zabezpieczenia, żeby móc uruchomić napęd. Tego eksperymentu widocznie nie wytrzymały. Toule spojrzał na niego unosząc brwi. - John nie popełniłby takiego błędu. – oświadczył z przekonaniem. Nawigator zaprzeczył ruchem głowy. Wcale nie to miał na myśli. Inżynier na pewno wiedział co robi, to oni po prostu nie rozumieli do końca jego zamierzeń. - Wiem, z pewnością zdawał sobie sprawę z zagrożenia. – stwierdził - To fachowiec, skoro podjął taką decyzję, widocznie uznał, że istnieje szansa powodzenia. - Zgadzam się i nie obwiniam go. – przytaknął komandor. - To chodź, w takim razie bierzemy się już do roboty. - Teddy złapał go za łokieć pociągając lekko w stronę wrót śluzy. Rubbermann otworzył wrota i wszedł z Parkerem do środka. Wszystkie pomieszczenia na statku poprzedzielane były od siebie śluzami powietrznymi. Było to uciążliwe przy przechodzeniu z przedziału do przedziału i komandor nieraz na to utyskiwał. Teraz jednak zrozumiał sens takiego rozwiązania. Przy rozhermetyzowaniu jednego z przedziałów, śluzy zabezpieczały sąsiadujące pomieszczenia przed utratą atmosfery. Oszczędzało się w ten sposób mnóstwo cennego powietrza. - Może weźmiemy na wszelki wypadek gaśnicę? – zapytał Teddy. - To weź, - zgodził się Toule – ostrożności nigdy nie za wiele. Parker zabrał jedną z gaśnic znajdujących się w śluzie i wszedł za dowódcą do przedziału syntezy. Odniósł wrażenie, iż panuje tu taki sam porządek, jak w czasie ich ostatniego pobytu. Zdziwił się, że eksplozja dwóch silników, która zdemolowała maszynownię, tu nie wyrządziła żadnych szkód. Rozglądał się uważnie, ale nigdzie nie dostrzegł najmniejszego śladu pożaru. Temperatura powróciła do normy. Nie czuł tego wprawdzie poprzez skafander, ale wskazania czujnika temperatury otoczenia, który miał na lewym rękawie, były jednoznaczne. Widząc w końcu bezsens noszenia gaśnicy zrzucił ją z pleców. Upadła z hukiem na metalową posadzkę. Toule, który szedł przodem, odwrócił się gwałtownie. - Co to było? – spytał przestraszony. - Zdjąłem gaśnicę, bo widzę, że pożar nam nie grozi. Dowódca zatrzymał na nim skupione spojrzenie. - Taki pewny jesteś? – zapytał. - No, rozejrzyj się. Rubbermann przebiegł szybko oczami najbliższe otoczenie. - Chyba masz rację. – zgodził się uspokojony. Poszli dalej. Toule skrupulatnie sprawdzał po drodze wskazania każdego napotkanego czujnika. Zaczynało brakować im obecności i rady Johna; ten ekspert znał podległy mu sprzęt, jak rzadko kto. Potrafił natychmiast odnaleźć przyczynę każdej awarii i skutecznie ją usunąć. Rubbermann i Parker nie byli w tej dziedzinie fachowcami i musieli się wszystkiego dopiero uczyć. Znali oczywiście zasady funkcjonowania napędu statku, bo program bezpieczeństwa lotów przewidywał możliwość zastępowania w obowiązkach osób nie mogących ich pełnić, przez innego członka załogi. Jednakże nikt nie przewidywał takich ekstremalnych sytuacji, jak ta na Antaresie, która nawet jako nieprawdopodobna w ogóle nie była brana pod uwagę. W związku z tym wszystkie szczegóły dotyczące tak poważnych awarii i sposoby ich usuwania musieli dopiero poznać. Nie było przecież żadnych procedur. - Ile masz powietrza Teddy? – zapytał Toule. Nawigator spojrzał na wskaźnik przytwierdzony do lewego rękawa skafandra próżniowego. - Na czterdzieści pięć minut. – odrzekł. - To musimy uwinąć się ze wszystkim w pół godziny. - Jak nie zdążymy, to nie ma pośpiechu. Wrócimy, gdy wymienimy butle. A poza tym te skafandry mają jeszcze piętnastominutową rezerwę. - Wiem o tym, ale powietrza w próżni nigdy nie za mało. Parker roześmiał się i nic już nie powiedział. - Z czego się śmiejesz, jeśli mogę wiedzieć? – zapytał dowódca. - Przepraszam ciebie Toule, ale twoje niektóre stwierdzenia są takie zabawne. Rubbermann nie wytrzymał i również parsknął śmiechem. - Musimy być w niezłym stresie, skoro dopisuje nam jeszcze poczucie humoru. – stwierdził śmiejąc się. - A wiesz, że to może być prawda? - Joann więcej by nam na ten temat powiedziała, ale to fakt, że stres bywa pomocny w ekstremalnie trudnych sytuacjach. Teddy wyciągnął przed siebie rękę i popatrzył na palce, które nie drżały. - Jeżeli oczywiście potrafisz nad nim zapanować. - My potrafimy, jesteśmy przecież wyszkolonymi astronautami. – zarechotał Toule. Nawigator spojrzał dowódcy w oczy, poprzez szybę hełmu. - Toule, czy ty przypadkiem nie zaraziłeś się ode mnie głupim gadaniem? – zapytał. Komandor złapał Parkera za przedramię i przyciągnął ku sobie. - Dowódca nigdy głupio nie gada! Zapamiętaj to sobie! – krzyknął gniewnie. Teddy odniósł wrażenie, że Toule mówi poważnie. Popatrzył na dowódcę, nie rozumiał powodu jego zdenerwowania; żartował przecież, a ten od razu się wścieka. - Oczywiście, przepraszam. – powiedział cicho. Komandor puścił mężczyznę i machnął ręką ruszając w dalszą drogę. - Nic nie szkodzi, - syknął - to moja wina, że czasami zapominacie, kto jest dowódcą. Teddy nic już nie odpowiedział, bo doszli do pierwszego reaktora. Panel kontrolny był sprawny, temperatura płaszcza torusa w normie. Na pozór wszystko działało, a z jakiegoś powodu kwazistat odłączony został od instalacji. Toule z nawigatorem długo nie mogli znaleźć przyczyny awarii. Czas ich ponaglał, bo mieli coraz mniej powietrza w skafandrach, a i baterie, zasilające systemy statku, były na wyczerpaniu. Komandor próbował wszystkiego, czego nauczył się na kursach inżynierii pokładowej. Jednak żadne jego zabiegi nie przynosiły rezultatu. Zniechęcony podszedł do drugiego reaktora. Z tym poszło mu lepiej, bo po wielu próbach zasilił nim jeden z obwodów. Nie było to za wiele, ale wystarczało na funkcjonowanie systemów podtrzymywania życia. Toule pocieszał się tym, że chociaż będą mieli czym oddychać i nie zamarzną. Niczego więcej nie udało mu się jednak osiągnąć. - Nie umiem włączyć reaktorów na powrót do systemu. – wyznał Toule nawigatorowi – John musiał tu coś po swojemu naplątać. - Spokojnie, – Teddy próbował dodać mu otuchy – mamy czas. Wrócimy tutaj ze schematami instalacji i ze spokojem, krok po kroku wszystko się sprawdzi. - Żeby to było takie proste. Zasobniki z holoschematami były na tej burcie, której nie ma. Możesz je sobie szukać. Rozleciały się pewnie już po całym kwadrancie. - Ach, no rzeczywiście. – nawigator położył dłoń na hełmie - Cholera, nie pomyślałem. - głos zadrgał mu nutką zakłopotania. Toule stuknął w wyświetlacz poziomu powietrza w skafandrze, zwracając tym uwagę Parkera, że czas wracać. Zawrócili do wyjścia. Nie byli zadowoleni. Pomimo wielu wysiłków, prawie niczego nie osiągnęli; dobrze, że chociaż mogli sterować ocalałym silnikiem. Po wyjściu z przedziału syntezy i przebyciu zdehermetyzowanej maszynowni, poszli do magazynu skafandrów próżniowych. Idąc tam przechodzili nieopodal nieistniejącej już kapsuły ratunkowej. Zatrzymali się na chwilę przy śluzie ewakuacyjnej. Przez okrągły bulaj w jej drzwiach widać było, zamiast dającego otuchę wnętrza kapsuły, czarną przestrzeń Kosmosu usianą srebrnymi punktami gwiazd. Odwrócili się ze smutkiem i poszli dalej. W magazynie zdjęli skafandry i podłączyli je do automatów regeneracyjnych. Na szczęście działały bez zarzutu. Po sprawdzeniu, że wszystko jest w porządku wrócili na mostek. Byli tam z niepokojem oczekiwani. - Co się z wami działo tyle czasu? – zapytała Joann. - Próbowaliśmy uruchomić zasilanie, ale się nie udało. –Toule machnął ręką zniechęcony. Usiadł na swoim fotelu z cichym westchnięciem. Martwił się. Czuł zmęczenie, więc zamknął oczy opierając głowę o zagłówek fotela. Gdyby był przesądny pomyślałby, że to jakieś fatum zawisło nad Antaresem. Takie spiętrzenie problemów, jakie pojawiło się przed nim i jego załogą wydawało się nieprawdopodobne, lecz było faktem. Odczuwał już lekkie zniechęcenie tą ciągłą walką o przetrwanie, gdyż zaczynał powoli tracić nadzieję, że wyjdą z tej przygody cało. Za nic jednak nie okazałby dręczących go wątpliwości przed swoimi podkomendnymi. Oni musieli w nim widzieć dowódcę zdeterminowanego do uratowania statku oraz załogi i nie wahającego się przy podejmowaniu decyzji. Tylko problem polegał na tym, że Toule nie miał pojęcia, co dalej powinien robić. - Znaleźliście Johna? – cicho spytała Anit. - Nie. – głos Parkera drżał – Maszynownia wygląda jak pobojowisko. Straciliśmy jej lewą burtę. Jeżeli był tam w chwili wybuchu, to wyleciał w przestrzeń. A wszystko na to wskazuje, bo przedział syntezy jest nie uszkodzony, lecz go tam nie znaleźliśmy. Edit ukryła twarz w dłoniach. Z rozpaczą pokręciła głową. - To straszne. – wyszeptała – Nie ma już nadziei? Mężczyźni nie odpowiedzieli. Siedzieli w swoich fotelach ze spuszczonymi głowami. Obaj wyglądali na bardzo wyczerpanych i przygnębionych. Joann wyjęła z podręcznej apteczki jakieś dwie fiolki. Następnie podeszła do replikatora żywności i zmaterializowała dwie szklanki wody. Wlała do nich zawartość fiolek; woda w szklankach zmieniła się w musujący napój o barwie pomarańczowej. Joann podeszła po kolei do Rubbermanna i Parkera podając im naczynia. - Wypijcie to, - powiedziała – wzmocni was i poprawi humor. Toule spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. - Czym ty nas znowu faszerujesz? – zapytał. - To napój regeneracyjno-wzmacniający. Bardzo smaczny, zaufajcie swojemu lekarzowi. Mężczyźni w milczeniu wypili zawartość szklanek. Napój rzeczywiście był bardzo smaczny i orzeźwiający. Obaj odnieśli wrażenie, że rozjaśniło im się w głowach, a zmęczenie przeszło prawie natychmiast. - Niezłe to jest, - pochwalił Teddy – można prosić o repetę? - Lepiej tego nie nadużywać. – ostrzegła Joann. Parker mlasnął ze smakiem językiem i zajrzał na dno szklanki. - Szkoda, bo poczułem się bardzo dobrze. - Przedawkowanie przynosi odwrotny skutek. Rubbermann przeciągając się, aż zatrzeszczało mu w stawach, westchnął głęboko. - No, skoro odpoczęliśmy, to do roboty. – zdecydował rześkim głosem. - Tak jest! – Teddy odzyskał wigor i chęć do pracy – Musimy się spieszyć, zanim zgaśnie światło. Baterie są na wyczerpaniu. - Jeżeli automatyka działa, to będą kolejno odłączane mniej ważne odbiorniki energii. – Toule przeglądał właśnie instrukcję procedur awaryjnych – To nam zapewni dużo dodatkowego czasu. Taką mam przynajmniej nadzieję. Teddy, zgodzisz się ze mną? Mężczyzna jednak nie odpowiedział, zajęty naprawą komunikatora. Zdemontował wszystkie pokrywy panelu sterującego i prawie cały wszedł do środka. Co chwilę wyrzucał stamtąd uszkodzone płyty obwodów i klął głośno za każdym razem, gdy był porażany przez prądy błądzące. Po dłuższym czasie wyczołgał się spod pulpitu komunikacyjnego, spojrzał zaskoczony na stos zdemontowanych płytek. - Sporo tego. – powiedział zdziwiony - Nie wiem, czy mam zapasowe. – dodał ciszej. - Przecież powinieneś ze sobą zabrać kilka kompletów naprawczych. – przypomniał Toule. Nawigator w zamyśleniu przeglądał leżące przed nim podzespoły. - Skoro powinienem, to pewnie mam. – ton jego głosu nie zdradzał przekonania. - Coś nie jesteś tego pewny. – zaniepokoił się komandor. Teddy wzruszył ramionami. - Bo nie sprawdziłem przed startem. – powiedział obojętnie. Toule aż podskoczył. Jeżeli nie zabrali potrzebnych części, to są teraz załatwieni. Przecież niemożliwe jest ich uzupełnienie w środku Kosmosu. Był naprawdę wściekły. - No przecież wiesz, że tego wymaga procedura! – jego głos wibrował nie powstrzymywaną złością. Parker spojrzał na niego bez najmniejszego śladu zakłopotania. - Tak wiem, ale jakoś mi zeszło. – rzekł doskonale obojętnym tonem - W końcu obsługa naziemna powinna wszystkiego dopilnować. Komandor podniósł wzrok na sufit mostka, jakby chciał przywołać jasno jarzące się lampy na świadków, jakiego niedołęgę ma w załodze. - Ale ich tu nie ma, tylko ty! – wycedził w końcu - To w twoim interesie było wszystko sprawdzić! - Teraz już nerwy w niczym nie pomogą. – Teddy wzruszył ramionami - Zaraz pójdę do magazynu i zobaczę, czy wszystko jest. Wstał z podłogi, na której siedział i skierował się do wyjścia. Nie zdążył dojść jeszcze do drzwi, gdy nagle zrobiło się ciemno. - No co jest? – dobiegł z ciemności głos nawigatora – Nic nie widzę! - Znowu coś z zasilaniem! – zdenerwował się Rubbermann – Żebym wiedział, jak to naprawić! W tym momencie niespodziewanie zapaliły się światła. Wszyscy skonsternowani spojrzeli na komandora. On udając, że tego nie widzi, przyglądał się lampom wbudowanym w sufit mostka. - Tylko bez takich numerów! – powiedział grożąc im palcem. Światła kilkakrotnie zamrugały i znowu zgasły, by po chwili rozbłysnąć pełnym blaskiem. - One sobie ze mnie kpią! – wykrzyknął Toule. - Ani chybi. – Edit starała się ukryć rozbawienie. - Wiesz co, Teddy? – powiedział Rubbermann – Jak wrócisz z częściami zamiennymi, to przejdziemy się jeszcze raz do przedziału syntezy. Musimy naprawić zasilanie, bo inaczej nie damy rady prowadzić statku. Skafandry powinny być już zregenerowane, więc pracować będziemy mogli długo. Parker kiwnął głową na zgodę i zszedł z mostka. Ledwie zamknęły się za nim drzwi, znowu zapadła ciemność. Tym razem trwała dłużej. Kiedy Toule zaczął się tym naprawdę niepokoić, w jednej chwili jasne światło zalało mostek. Tego już było dla niego za wiele. Usiadł przed głównym komputerem i zaczął sprawdzać systemy obwodów szukając uszkodzeń. Oczywiście, tak jak się spodziewał, żadnych nie wykrył. Pozdejmowane przez Johna zabezpieczenia czyniły programy diagnostyczne bezużytecznymi. Na dodatek znów zgasło światło. Zdenerwowany uderzył z rozmachem pięścią w pulpit. - Nie bij biednego komputera. – w ciemnościach głos Joann zabrzmiał nad podziw wyraźnie – On niczemu nie winien. Rubbermann rozcierał obolałą dłoń. Zdawał sobie sprawę, że się wygłupił. Dowódcy nie przystoi takie zachowanie. - Wiem, powinienem bić raczej siebie. – powiedział cicho spoglądając w lampy ponownie świecące jasnym blaskiem. Joann z uśmiechem pokręciła głową. - Nie przesadzaj, robisz przecież co możesz. - Proponuję, - wtrąciła Anit – abyś przeszedł na hektonowy tryb oświetlenia. Toule wykrzywił twarz w grymasie obrzydzenia. Wiele słyszał o zagrożeniach związanych z tym światłem i wolałby go nie włączać. - To takie denerwujące czerwono-fioletowe światło. – zauważył wymijająco, ukrywając swoje prawdziwe obawy. - Ale chyba lepsze, niż siedzenie po ciemku. – Anit z niepokojem przyglądała się lampom, oczekując w każdej chwili ich zgaśnięcia. - I prawie nie zużywa energii. – dodała Edit. Noys, podobnie jak Rubbermann, miała uzasadnione obawy przed tym oświetleniem. Słyszała, że nie tak dawno temu na pewnym statku handlowym wystąpiła awaria generatorów. Włączono światła hektonowe i cała załoga w napadzie szału się wymordowała. Przeżył tylko kucharz, jednak na skutek przeżytego wstrząsu, nigdy nie odzyskał pełnej równowagi psychicznej. Prawdziwy koszmar. Joann nie rozumiała, jak można było dopuścić coś tak niebezpiecznego do eksploatacji. - Wszystko w tym świetle wygląda tak upiornie. – stwierdziła, bojąc się wyrazić głośno swoje poważne wątpliwości. - Ale po ciemku nie da się naprawić statku! – naciskała Anit. - Dobrze, już dobrze, robi się. – powiedział Rubermann uruchamiając procedurę oświetlenia hektonowego. Mostek zalało dziwne czerwono-fioletowe światło. W rzeczy samej astronauci wyglądali upiornie. Twarze wydawały się w tym świetle szaro-zielone, a usta i języki czarne. Jedna z fal w widmie światła wpływała na ludzką psychikę powodując agresję. Z tego powodu było niebezpieczne. Jednakże ciemności zostały rozproszone i nie przeszkadzały w prowadzeniu statku.
*** - Co to jest, Hallowyn? – zapytał Teddy, który akurat wszedł na mostek. - Widzisz przecież co. Masz potrzebne części? – Toule przejawiał już pierwsze oznaki zdenerwowania. - Mam wszystkie, co do jednej. Łączność za chwilę będzie działać. - Chwała Bogu. – odetchnęła Anit. - A nawigacja? – dopytywał się Toule patrząc na Parkera. Nawigator usiadł na podłodze przed pulpitem komunikacyjnym i zaczął przeglądać przyniesione części. Ręce drżały mu nerwowo. - W kolejności. – wysapał z ledwie tłumioną złością - Najpierw łączność, potem nawigacja. Nie mogę przecież, do cholery, robić dwóch rzeczy na raz! - Nie denerwuj mnie, bo cię zaraz do porządku przywołam! - komandor zgrzytnął ze złości zębami - Nie umiesz odpowiedzieć spokojnie!? - Nie kłóćcie się. - poprosiła Joann - To światło tak działa na waszą psychikę. Zresztą nie tylko waszą, ja także mam ochotę komuś łeb ukręcić. Jak to się stało, że dopuścili je do eksploatacji? - Nie wiem? – opowiedział już spokojniej Toule – Używa się je tylko w sytuacjach skrajnie awaryjnych. Sam jestem zresztą, tak naprawdę, po raz pierwszy poddany jego działaniu. Zajrzę do procedury. Może są jakieś szczególne warunki jego użytkowania? Wcisnął klawisz wyświetlając na swoim stanowisku dowodzenia całą procedurę awaryjną. Szybko przebiegał oczami po migającym w holograficznym obłoku tekście. - No jasne! – wykrzyknął po chwili – Zapomnieliśmy o ważnym szczególe! Instrukcja mówi o tym, żeby świateł hektonowych używać tylko razem z goglami z filtrem selenowym. Teddy, czy my w ogóle mamy takie, bo nie pamiętam? - Też nie pamiętam. - odburknął nawigator nie przerywając pracy - Ja jestem dowódcą? - Dobra, idę sprawdzić. – powiedział cicho Toule próbując panować nad nerwami. Wstał i wyszedł szybkim krokiem. Na mostku zapanowała pełna napięcia cisza. Parker klnąc coraz głośniej pracował przy komunikatorze. Joann przyglądała mu się w milczeniu. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Teddy tak często kłóci się z komandorem. - Dlaczego dokuczasz Toule’mu? – zapytała go o to. - Bo mnie denerwuje. – odburknął - Widzi, że jestem zajęty, to mi dupę zawraca. - Zapytał ciebie tylko. - A co ja jestem, kwatermistrzem!? – warknął Parker - Jak nie wie co ma na statku, to po co jest dowódcą!? - Bo jest mądrzejszy od ciebie! – wykrzyknęła Joann nie panując nad sobą. Była tak zła, że miała ochotę podejść do nawigatora i kopnąć go z całej siły. Z trudem się opanowała. - Mądrzejszy? - Parkerowi puściły napięte nerwy. - To niech sam naprawia komunikator! Wyczołgał się spod panelu łączności, rzucił trzymaną w ręku płytkę, po czym usiadł w swoim fotelu kładąc nogi na pulpicie nawigacyjnym. - Teddy, nie zachowuj się jak dziecko! – skarciła nawigatora Edit. - Odpieprz się! – warknął. - Nie mów tak do mnie. – White nie dawała wyprowadzić się z równowagi - Co ja ci zrobiłam? - Męczysz mnie swoim gadaniem. - No, to już nie będę się odzywała, ale wróć do pracy. – prosiła - Wiesz przecież dobrze, jak łączność jest nam potrzebna. – powiedziała starając się, by głos jej zabrzmiał łagodnie. - Dobra, - odburknął - za chwilę, sam wiem co robić. Edit, podobnie jak pozostałe kobiety, milczała nie chcąc drażnić wyraźnie wyprowadzonego z równowagi nawigatora. On natomiast założył ręce za głowę, zamknął oczy i siedział tak, zdając się drzemać. Joann spojrzała na rozbebeszony komunikator, potem na Parkera i z niesmakiem pokręciła głową. Zdawała sobie sprawę, że to skrajna nieodpowiedzialność, tak jawne zaniedbywanie obowiązków. Obawiała się powrotu Rubbermanna i jego reakcji na widok nawigatora. Miała tylko nadzieję, że nie dojdzie znowu do kłótni. - Joann, - Edit zawołała szeptem koleżankę – Może dałabyś Teddy’emu coś na uspokojenie? Kobieta przecząco pokręciła głową, spoglądając ukradkiem na nawigatora. - Przykro mi, - odrzekła – na jego dolegliwość nie ma lekarstwa, to światło tak na niego wpływa. Pomóc mu mogą jedynie gogle, tak zresztą jak nam wszystkim. Nie czujesz lekkiego rozstroju nerwowego? - Nawet duży. – przyznała. Dłużej nie rozmawiały, bo wszedł komandor. Na oczy miał założone połyskujące metalicznie okulary. - Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie są świetne! – krzyczał od progu – Od kiedy je założyłem wszystkie kolory widzę w prawidłowych barwach. A najważniejsze, że minął mi zły nastrój! Załóżcie je szybko. – dodał rozdając gogle – Teddy nawiązałeś łączność? Nawigator nie patrząc na Rubbermana, wziął od niego okulary i powoli założył na oczy. Rozejrzał się po mostku i z ulgą odetchnął. Podniósł wzrok na komandora, kręcąc głową. - Nie, byłem zmęczony. – skłamał - Zaraz to zrobię. - Spróbowałbyś potem naprawić nawigację? – zapytał Toule. Teddy kiwnął głową. Teraz, kiedy złość już mu trochę przeszła, wolał nie drażnić komandora. - Jasne, nie wiem tylko czy coś poradzę. - Pomogę ci. – zadeklarował Rubbermann. - Dziękuję, przyda się. Joann założyła gogle i rozejrzała się wokoło ciekawie. - Czy to przypadkiem, nie koniec naszej misji? – w jej głosie zadrgała nutka tajonej obawy. - Niestety tak, - potwierdził komandor – dlatego potrzebna nam nawigacja, żeby wiedzieć, którędy do domu. Noys próbowała przejrzeć się w jednym z wyłączonych wyświetlaczy analogowych panelu sterowania, by sprawdzić, czy w goglach jej do twarzy. - A nie wystarczy po prostu zawrócić? – zapytała naiwnie. - Jak zawrócić? – zdziwił się Rubbermann. Przestała się przeglądać i wzruszyła ramionami. - No normalnie, do tyłu. - Jesteśmy w wolnej przestrzeni. Skąd wiesz, gdzie tył? – Edit z politowaniem spojrzała na koleżankę. - I nie tylko to, - dodał Teddy – nie lecieliśmy przecież po linii prostej. - No właśnie. – podsumował komandor – Po to potrzebna nam nawigacja. Inaczej nie będziemy wiedzieli, gdzie mieszkamy. Parker parsknął cichym śmiechem, widząc wystraszone miny swoich przyjaciół. - Nie strasz ich tak Toule, - powiedział wesoło – jeżeli uda nam się określić naszą aktualną pozycję, to na tym co mamy, trafimy do Układu Słonecznego. - Z tym nie powinno być kłopotu. – stwierdziła Edit – Znamy czas, kierunek i prędkość przelotu od naszego ostatnio zanotowanego położenia, wiec łatwo będzie to obliczyć. - W takim razie bierz się do roboty. – zaproponował Teddy ustępując kobiecie miejsce przed głównym komputerem – Ja powalczę jeszcze z tym komunikatorem. – dodał wczołgując się na powrót pod panel łączności. White rozpoczęła zgrywanie z komputera potrzebnych danych. - Ale to nie będzie tak szybko. – poinformowała – Muszę przeanalizować wszystko dokładnie. - Nie musisz się spieszyć, - Toule chciał ją uspokoić – mamy jeszcze trochę czasu. Edit uśmiechnęła się czarująco do komandora i zajęła obliczaniem pozycji Antaresa. Rubbermann, zgodnie z obietnicą, pomógł Parkerowi sprawdzić sprzęt nawigacyjny. Sprawa nie wyglądała ciekawie. Toule był świetnym elektronikiem, a Teddy znał się na swoim fachu, jak mało kto. Jednakże pomimo swoich umiejętności nie potrafili znaleźć przyczyn niesprawności systemu nawigacyjnego. Zniechęceni usiedli w swoich fotelach, bezradnie zastanawiając się, co dalej począć; trudno im było uznać niepowodzenie. W długiej karierze Rubbermanna nie zdarzyło się jeszcze, by nie poradził sobie z jakąś awarią sprzętu, przez który przepływał prąd. A tu poniósł aż dwie porażki: nie udało mu się podłączyć do obwodów reaktorów, a teraz naprawić nawigacji. Czuł się sfrustrowany. Podobne uczucie gnębiło nawigatora; miał wrażenie, że zawiódł. Rozsądek podpowiadał mu, iż zrobił co było w jego mocy, ale…