Fantastyka · 42 min czytania
Przerwana misja / 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kilkudniowe poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu co powodowało coraz większą frustrację i zdenerwowanie załogi Antaresa. Ocalały silnik sprawował się, jak na razie, całkiem nieźle, ale John oceniał jego stan jako niezadowalający; nie chwalił się, lecz wszyscy wiedzieli, że działa dotąd tylko dzięki jego zabiegom. System nawigacyjny wciąż pozostawał niesprawny. Teddy przywoływał na pomoc całą swoją wiedzę i doświadczenie, ale nie mógł znaleźć przyczyn awarii. Unikał wzroku komandora i reszty załogi, bo chociaż nie robili mu wyrzutów, to miał wrażenie, że obwiniają go za niepowodzenie. Edit określiła aktualną pozycję według trajektorii lotu. Jednak obserwacje gwiazd sugerowały całkiem inne położenie kosmolotu niż to, które obliczyła. Nie wiedziała w co wierzyć, nie miała przecież odpowiedniego sprzętu, od kiedy został zniszczony astrokomputer. Obraz gwiazd, który obserwowała za pomocą holorefraktorów, niczego jej nie przypominał i zdawał się inny, niż na mapach gwiezdnych. Miała niewielkie ilości uszkodzonego sprzętu wydobytego z obserwatorium i temu przypisywała winę swoich niepowodzeń. Uznała w końcu pozycję, którą wyliczyła za poprawną. Nie powiedziała nikomu o swoich wątpliwościach, lecz była pełna obaw. Reszta załogi nieświadoma rozterek Edit, była w lepszych humorach. Najbardziej Toule. Tak bardzo był pewny odnalezienia dogodnego miejsca do lądowania, że nakazał poczynić przygotowania do założenia obozowiska. Teddy początkowo go wyśmiał, obstawał przy swoim twierdzeniu o niepowodzeniu poszukiwań. Uznał jednak potem, że z psychologicznego punktu widzenia rozsądnie będzie, jak reszta załogi otrzyma nadzieję, że ich starania zakończą się sukcesem. Jeden John, jako człowiek obdarzony wybitnie bystrym intelektem, a także trzeźwo myślący pragmatyk, już dawno uwierzył, że Teddy miał rację, kiedy mówił o małym prawdopodobieństwie trafienia na jakąś planetę. Nie dzielił się jednak z nikim swoimi spostrzeżeniami i gorliwie uczestniczył w przygotowaniach do lądowania. Tylko to, jak czasem patrzył na nawigatora, pomagało domyślić się temu ostatniemu poglądów inżyniera. Wdzięczny był mu za to, że swoje myśli zachowuje dla siebie i z nikim nie dzieli się wątpliwościami. John i Anit, która przeważnie pilotowała statek ręcznie, całe dnie spędzali przed holoekranem radaru, lecz jak dotąd nie pojawiło się na nim żadne, najsłabsze nawet echo. Kinnari powtarzał jednak, aby się nie zniechęcali, bo Kosmos jest wprawdzie rozległy, lecz w każdej chwili mogą odkryć jakąś planetę, choć dobrze wiedział, że to szukanie igły w stogu siana. W gruncie rzeczy nikt z załogi nie był naiwny i doskonale zdawano sobie sprawę, jak beznadziejną prowadzą grę. Wprawdzie wydawać by się mogło, że największą naiwnością grzeszy Toule, ale były to tylko pozory; dowódca również wiedział, jak niewielką mają szansę wykrycia planety. Sądził jednak, że swoją wiarą w sukces doda innym otuchy. I rzeczywiście, wyglądało na to, że dodawał. Nieoczekiwanie trudności z jakimi borykała się załoga doprowadziła do jej konsolidacji. Astronauci dotychczas kłótliwi i dokuczający sobie z byle powodu, stali się dla siebie lepsi, tak jakby przeciwności losu, którym muszą stawiać czoła zniosły pomiędzy nimi napięcia i pozwoliły zapomnieć o wzajemnych urazach. Być może był to skutek uświadomienia sobie, że misja z jaką wyruszył Antares nie zostanie już zrealizowana, co napełniało wszystkich ogromnym smutkiem nad zawiedzionymi nadziejami i poświęcanym na darmo wysiłkom; skłaniało także tych młodych ludzi do szukania w sobie oparcia i wzajemnej pomocy we wspólnej biedzie. Nikt nie myślał o wiszącej nad nimi groźbie katastrofy, przywyknięto do tej myśli i przestano zwracać na nią uwagę. Mieli wolę nie poddawać się losowi i to teraz było najważniejsze. Z pewnością najwięcej konsolidowała ich myśl, o potrzebie wspólnego zwalczania niepowodzeń i sprawiała, że czuli się załogą jednego statku, jak nigdy dotąd. Toule, który chodził powolnym krokiem po mostku, zatrzymał się przy nawigatorze. - Daleko jeszcze do tej planety, Teddy? – zapytał. Parker ciężko westchnął i spojrzał uważnie na dowódcę. Zastanawiał się, czy ten naprawdę wierzy w istnienie jakiejś planety, czy tylko tak mówi, chcąc innych podtrzymać na duchu. - Jakiej planety? – wyszczerzył zęby w uśmiechu nie potrafiąc ukryć drwiny. Komandor nie zrażony położył mu rękę na ramieniu. - No tej, do której zmierzamy. – szepnął pochylając się nad nim. Parkerowi rozbawienie nie znikało z twarzy. Z coraz większym trudem opanowywał cisnący mu się na usta śmiech. - Marzyciel. – odrzekł wesoło. Rubbermann spojrzał na niego unosząc brwi. Żarty żartami, ale nawigator zaczynał posuwać się za daleko, dowódca nie może pozwolić na to, by stać się obiektem kpin. - Co to znaczy? – zapytał oschle. - To, że tu nie ma żadnej planety. – Teddy pospieszył z wyjaśnieniami - Lecimy w próżnię. Komandor energicznie zaprzeczył ruchem głowy. - Na pewno jest, czuję ją. – zapewnił. - To proszę o więcej szczegółów. – poprosił Teddy. Toule rozsiadł się wygodnie na swoim fotelu, ręce skrzyżował na piersiach. - Jest duża, - mówił z przymkniętymi oczami - o łagodnym hawajskim klimacie, pełna tropikalnych owoców i gościnnych mieszkańców. Teddy patrząc na Joann kiwnął głową w stronę dowódcy. - Nie mówiłem, że marzyciel? – szepnął. - I mają tam takie prawo, że nawigatorów bez wyobraźni wsadzają do klatek! – skończył swoją myśl Toule. - A jak tam dolecieć, panie jasnowidzu? - Parker śmiejąc się w kułak, silił na poważny ton. - Tak, jak lecimy. – padła odpowiedź. Nawigator puścił oko do Joann. Uśmiechnęła się porozumiewawczo. Oboje wiedzieli, że Toule próbuje wprowadzić luźną atmosferę, jednak robi to tak nieudolnie, że sam staje się obiektem kpin. - A długo jeszcze? – zapytał Teddy z niewinną minką. - Tyle, ile potrzeba. – sentencjonalnie zakończył dowódca. Joann z niepokojem w oczach spojrzała na komandora. Była to jednak udawana troskliwość. Już dawno nauczyła się pozorować różne emocje, a robiła to tak dobrze, że nawet ci, co ją znali nie wiedzieli, czy udaje. Postanowiła nastraszyć komandora. - Toule, dobrze się czujesz? – w jej oczach odbiła się autentyczna troska. - Doskonale. – mężczyzna bez pośpiechu otworzył oczy, by spojrzeć na nią. - Bo zaczynasz gadać od rzeczy. - Nieprawda, to tylko tak ci się wydaje. - zaprzeczył ruchem głowy. - Jestem lekarzem i niepokoję się o twoje zdrowie psychiczne. Toule spoważniał i długo przyglądał się Joann. Żartuje, czy faktycznie przejmuje się jego zdrowiem? „Chyba nie myśli, że zwariowałem?”, zaniepokoił się. - To aż tak źle wyglądało? – zapytał głośno. - Nie najlepiej. – przyznała unosząc brwi. - Ale ja się tylko wygłupiałem. – zapewnił prędko. - Aha. Rubbermann wyprostował się na swoim fotelu, oparł dłońmi o pulpit dowodzenia. - Dobra, teraz poważnie. – głos dźwięczał mu stanowczością - Edit, jesteś pewna naszej pozycji? - Raczej tak. – odpowiedziała kobieta ukrywając lekki rumieniec. Spojrzał na nią uważnie. Nie podobał mu się jej ton, odniósł niejasne wrażenie, że Edit coś ukrywa. Miał nadzieję na jednoznaczną odpowiedź. - Raczej, czy na pewno? – zapytał patrząc jej w oczy. - Na pewno. - W porządku. – kiwnął głową, nie wydawał się jednak do końca uspokojony. Spojrzał na inżyniera. - John, silnik trzyma? - Trzyma. – Kinnari wyglądał na zmęczonego – Jednak jak długo wytrzyma, nie wiem. Robię co mogę. Toule skinął głową uśmiechając się nieznacznie. - Oczywiście, przecież widzę. – zapewnił - No cóż, chyba nadszedł czas, aby wezwać pomoc. Szczerze mówiąc nie bardzo wierzę, abyśmy natrafili w najbliższym czasie na jakąś planetę. – stwierdził wzdychając. - Mówiłem od samego początku. – zaczął Teddy. John odwrócił się gwałtownie w jego stronę. - No i co? – nie wytrzymał - Cieszysz się, że miałeś rację? - Nie cieszę się. - nawigator gwałtownie zaprzeczył - Mówię tylko, że od początku wiedziałem. - Ej, dajcie spokój. – przerwał Toule – To nie ma teraz znaczenia. Trzeba myśleć, co dalej. - Uważam, że sytuacja dojrzała już do wezwania pomocy. – zasugerowała Anit. - W takim razie robimy to. – zgodził się Toule. Wstał ze swojego miejsca i usiadł przed komunikatorem. Nastawił nadawanie na wszystkich zakresach. - Mayday, mayday! – mówił spokojnie i wyraźnie - Kosmolot Antares wzywa pomocy. Do wszystkich, którzy mnie słyszą. Jesteśmy amerykańską misją badawczą. Nasza przypuszczalna pozycja to: X-1229; Y-2626; Z-1821 kwadrantu gamma. Mamy rozerwany kadłub i zdemolowaną maszynownię. Eksplodowały dwa silniki, ocalały również grozi wybuchem. Rozwijamy jedynie prędkość podświetlną. Wszyscy są cali. Przybywajcie! - zakończył mówić i przeszedł na odbiór. Długo z napięciem wpatrywał się w głośniki. - Cisza. – zakomunikował zaniepokojony. - Jesteśmy daleko od domu. – Teddy nie tracił nadziei – To rzadko uczęszczany rejon Kosmosu. Każdej chwili ktoś nam może odpowiedzieć. - Nie pocieszaj nas. – westchnęła Anit ze smutkiem. Toule oparł się wygodnie w fotelu i założył ręce za głowę. Siedział tak wydymając policzki. - Spróbuję za jakiś czas. – powiedział spokojnie, jakby tu chodziło o nawiązanie towarzyskiej rozmowy – Wezwania będę powtarzał co pół godziny. Ktoś nas w końcu usłyszy. Anit gorzko się uśmiechnęła. To była jej zdaniem skrajna naiwność. Nie miałaby nic przeciwko ciągłemu nadawaniu wołania o pomoc. Instynktownie czuła, że czas ich goni i mają go coraz mniej. - Byleby nie było za późno. – nie ukrywała wątpliwości. Komandor z dużą pewnością siebie wzruszył ramionami. - Ja liczę, że nie będzie, właściwie czuję to w kościach. – zakomunikował. - Masz już reumatyzm, Toule? – zapytała Joann z udaną troską w głosie. - W tym wieku? Spojrzał na nią pobłażliwie. - Nie, moja droga. – odparł przesadnie słodkim głosem - To co czuję w kościach, to przeczucie ratunku. Reumatyzm w naszych czasach jest abstrakcją. Dziw, że jeszcze uczy się o tym lekarzy. - Bo wiedzy nigdy za wiele. – uśmiechnęła się Noys. Edit głośno ziewnęła. Przestraszona efektem swojego zachowania, zakryła dłonią usta i spojrzała usprawiedliwiająco na swoich towarzyszy. - Nudzi mi się. – wyznała usprawiedliwiająco – Najgorsze jest to oczekiwanie. - Najgorsza, to jest niepewność. – Joann nie opuszczało lekkie zdenerwowanie. Rubbermann wesoło się uśmiechnął. Sam sobie doskonale zdawał sprawę, co jest w ich sytuacji dobre, a co złe, lecz co miał im powiedzieć? Pozostało mu tylko nadrabiać miną. - Nie martwicie się, będzie dobrze. – pocieszał wesołym głosem, patrząc na załogę. - Oby. – rzekła Anit przez ściśnięte gardło. Komandor odwrócił się do inżyniera. - Jak tam kwazidyna, John? – zapytał byleby tylko coś powiedzieć – Jak długo pociągnie? - Pytasz mnie ciągle o to samo. Skąd mam wiedzieć? – powiedział zmienionym ze zmęczenia głosem. - Ale jak myślisz? – naciskał Rubbermann. Inżynier nerwowo wzruszył ramionami. Skąd miał wiedzieć? Męczyło go to ciągłe wypytywanie o napęd i reaktory. Czy Toule’mu wydawało się, że lekceważy swoją pracę? - Jeszcze z tydzień z pewnością, może dłużej. – odpowiedział cierpliwie - Pracuje stabilnie, chociaż wytwarza mało mocy. Wsunęliśmy do komory konekcyjnej tylko sześć laserów, a przydałoby się wszystkie dziewięć. Niestety, nic już nie zrobimy, bo zniszczyliśmy mechanizm kalibrujący. - Słyszałam, że to Teddy go zniszczył. – wtrąciła Anit. - Wszyscy ciągnęliśmy za ten pręt. – zauważył Toule. - No właśnie, - zgodził się John – to pech i nikt nie jest winien. A właściwie to mieliśmy szczęście, bo gdybyśmy wykalibrowali tylko trzy lasery, to reaktor mógłby już nie pracować. Teddy klasnął w dłonie. - A widzicie! – ucieszył się – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Roześmiali się wszyscy serdecznie. Zaczęli sobie powoli zdawać sprawę, że ich sytuacja zaczyna być beznadziejna i pozostaje tylko śmiech, aby nie wpaść w rozpacz. Właściwie im zagrożenie było większe, tym lepsze dopisywały im humory. W tak pozytywny sposób reagowali na stres. Robili to podświadomie, ale taka postawa pomagała zachować chęć działania. Astronauci postanowili nie zmieniać rozkładu zajęć. Kładli się spać i wstawali o zwykłej porze, wyznaczali wachty i wykonywali normalne, codzienne czynności. Postępowanie takie miało z psychologicznego punktu widzenia sens. Z czasem przywykli do trudnej sytuacji, w jakiej się znajdowali do tego stopnia, że przestali ją postrzegać jako niezwykłą. Uważali najwyżej za nietypową i nic ponad to. Uczucie zagrożenia przygasło w nich tak bardzo, że Anit przebąkiwała nawet czasem z żalem, że nie mogą kontynuować misji, bo mają sprawny tylko jeden silnik. Śmiać się chciało Johnowi, gdy to słyszał. On jeden i być może Toule, zdawał sobie sprawę, w jakim stanie znajduje się statek i wiedział ile trudu kosztuje utrzymanie go w jakiej takiej sprawności. Nie rozpowiadał jednak o tym, bo nie chciał psuć nastroju. Rubbermann o tym wiedział i również milczał. Co ciekawe, większość załogi podzielała rozterki Anit. Wyrażano nawet coś na kształt wątpliwości, co do słuszności podjęcia decyzji o powrocie. Twierdzono, aczkolwiek nieśmiało, że powinnością naukowców jest rozbudowa gmachu nauki, dlatego powinni za wszelką cenę kontynuować misję. John nie mógł nadziwić się takiej postawie. Wiedział przecież, wszyscy wiedzieli, że pomyślne zakończenie misji uniemożliwia stan statku. Wielokrotnie o tym rozmawiano, a teraz zdawał się nikt o tym nie pamiętać. Nie rozumiał, jak kilka dni pozornej stabilizacji, mogły tak uśpić czujność załogi. Z dezaprobatą myślał, jak jej członkowie zachowują się nieodpowiedzialnie i jaką krótką mają pamięć. Zdawał sobie jednak sprawę, że prędzej, czy później sytuacja przywróci ich do rzeczywistości. Robił tylko wszystko, co w jego mocy, by ten powrót był jak najmniej przykry; rozmyślał właśnie nad tym, z niepokojem obserwując załogę. Wszyscy normalnie wykonywali swoje obowiązki. Wyciszyło go to nieco. Usiadł wygodnie w swoim fotelu i jak to miał w zwyczaju, założył ręce za głowę. Przypadkiem spojrzał na chronometr. Pochylił się w stronę dowódcy. - Toule, nie czas by ponownie spróbować wezwać pomoc? – zapytał po cichu. - A rzeczywiście, - spokojnie odparł komandor – spróbujmy. Usiadł przed komunikatorem i powtórzył prośbę o ratunek. Chwilę czekał na odpowiedź, po chwili spróbował ponownie. Nikt nie odpowiedział. Wszyscy z napięciem wpatrywali się w głośniki, lecz nie wydobył się z nich najmniejszy dźwięk. - Co jest, do cholery!? – zdenerwował się Rubbermann – Nikogo nie ma w tym kwadrancie, czy co? Tu powinno roić się od wojskowych. - Może się i roi, - stwierdził Teddy – ale być może mają nakazaną ciszę radiową. Oni lubią takie zabawy. Komandor wykonał nieokreślony ruch ręką, jakby opędzał się od muchy. - Przecież nie ma wojny. – stwierdził z nieukrywaną złością - Wezwania pomocy by nie zlekceważyli, zwłaszcza cywilnego statku. - No to jak to wytłumaczysz? – zapytała Joann. Toule wzruszył ramionami. - A licho wie? – odrzekł – Będę próbował dalej za parę minut. Usiadł z powrotem na swoje miejsce. Spojrzał na przyglądającą mu się załogę. - Co tak patrzycie? – pokrył zdenerwowanie wymuszonym śmiechem - Chyba nie zaczniecie się martwić? Kosmos jest duży, jak nie dzisiaj, to na pewno jutro ktoś nas usłyszy. Kinnari z niewesołą miną spojrzał na komandora. Jakie jutro? Czy on nie zdawał sobie sprawy, że jutra może już nie być? Każdy optymizm ma swoje granice. Komandor zdaniem Johna trochę w nim przesadził. - Jeżeli nikt nam nie odpowiada, - inżynier głośno wyraził swoje wątpliwości - to znaczy, że nikogo w pobliżu nie ma. Wówczas ewentualnej pomocy dotarcie do nas może zająć trochę czasu, a my go nie mamy. - Nie panikuj. – uspokoił go Toule. Mężczyzna wzruszył ramionami. - Nie panikuję, mówię jak jest. – sapnął. - Spokojnie, John. Sądzę, że najpóźniej pomoc dotarłaby do nas w ciągu tygodnia. Inżynier machnął ręką. - Długo. – w zasadzie, to już zaczynało być mu wszystko jedno. - Ale ja mówię, że to najpóźniej. – podkreślił Rubbermann. - Wiem, słyszałem. – Kinnari pokiwał głową, że zrozumiał unikając wzroku komandora. Wszystko rozwiąże się w ciągu najbliższych kilku godzin, a komandor mówił o tygodniu! Inżynier uważał, że jest w tym trochę jego winy; przedstawił zbyt optymistyczną ocenę stanu kwazidyny. W rzeczywistości reaktor był już na wykończeniu. Postanowił jednak nie martwić tym dowódcy. Rubbermann uspokajająco poklepał go w ramię. - No dobrze już, dobrze. – uśmiechnął się - Zaraz powtórzę wezwanie. Uważam jednak, że godzina, dwie nas nie zbawi. John wyciągnął w jego stronę wskazujący palec. - Przypomnę ci to, kiedy pomoc nadejdzie godzinę za późno. Toule nic nie odpowiedział, tylko usiadł przed komunikatorem. Dwukrotnie powtórzył prośbę o ratunek z podobnym skutkiem, jak poprzednio. Odwrócił się od komunikatora. - Może ty spróbujesz? - powiedział do Johna - Jesteś tak silnie zmotywowany, że kto wie, czy nie dopisze ci szczęście. - Kto wie? - odparł inżynier zajmując miejsce przed komunikatorem – Mayday, mayday! Kosmolot Antares wzywa pomocy. – mówił lekko drżącym głosem – Do wszystkich, którzy mnie słyszą. Jesteśmy amerykańską misją badawczą. Nasza przypuszczalna pozycja, to: X-1229; Y-2626; Z-1821 kwadrantu gamma. Mamy beznadziejnie uszkodzony kosmolot. Czy ktoś nas słyszy? Odezwijcie się! Kosmolot Antares wzywa pomocy! - John, uspokój się! – powiedział Rubbermann, kładąc dłoń na ramieniu inżyniera. Jeszcze nie skończył mówić, gdy z głośników dobiegł cichy szum, jaki pojawiał się zawsze przed fonią. - Halo Antares! – usłyszeli kobiecy głos - Tu lotniskowiec Rosyjskich Sił Kosmicznych gen. Aleksander Kuzniecow. Mówi dowódca, komandor porucznik Anna Arkadiewa Rozetkina. Czy zgadzacie się na udzielenie wam pomocy? John z roześmianą twarzą rozejrzał się po mostku. - Czy się zgadzamy!? – wykrzyknął uradowany – Czekamy na was, jak na zbawienie! - Zrozumiałam. Przybywamy z pomocą! Over.
* * * Po centrum dowodzenia na rosyjskim lotniskowcu przechadzała się powolnym, miarowym krokiem z rękami założonymi do tyłu zgrabna, filigranowa dziewczyna – dowódca jednostki. Była tak zamyślona, że nie zauważyła, jak spod furażerki, którą miała założoną na głowę, wymykają się niesforne kosmyki zadbanych włosów koloru miedzi, łamiąc tym regulamin. A miała nad czym myśleć. Leciała właśnie z tajną misją, najważniejszą dla jej kariery ze wszystkich dotychczasowych. Otrzymała wyraźny rozkaz, by z nikim po drodze się nie kontaktować i unikać uczęszczanych szlaków. Kiedy jednak odebrano wezwanie pomocy nadane z Antaresa, nie wahała się ani chwili z odpowiedzią. Była zdecydowana natychmiast ruszyć na ratunek potrzebującej pomocy amerykańskiej załodze. Zastanawiała się tylko, jak pogodzić to ze swoją misją. Lotniskowiec, którym dowodziła, był jednym z trzech największych i najnowocześniejszych w Rosyjskich Siłach Kosmicznych. Napędzany energią Punktu Zerowego, mógł rozwijać nieosiągalne dotychczas prędkości. Nie miał dzięki temu właściwie żadnych ograniczeń w eksploracji Kosmosu. Dowódcą lotniskowca była Anna Arkadiewa Rozetkina, młoda dwudziesto siedmio letnia dziewczyna. Dla wielu niezrozumiały był przydział, oddający jej pod dowództwo tak nowoczesną i zaawansowaną jednostkę. Powszechnie sądzono, że kryje się za tym protekcja jej ojca, który był szefem Sztabu Rosyjskich Sił Kosmicznych, zwłaszcza, że przydział ten otrzymała zaraz po ukończeniu Rosyjskiej Akademii Wojennej. Ukończyła ją wprawdzie z wyróżnieniem, deklasując wszystkich absolwentów swojego rocznika, lecz podnoszono zarzut, że nie ma odpowiedniego doświadczenia i wieku dla dowodzenia taką nowoczesną jednostką. Była to krzywdząca opinia, gdyż Anna była świetnym organizatorem i bardzo dobrym dowódcą. Nie prawdą też było, że pomagał jej w karierze ojciec, który tak naprawdę przeciwny był temu, by córka szła w jego ślady. Anna wszystko, co osiągnęła zawdzięczała swoim talentom i tendencji panującej od niedawna w Rosyjskiej Armii, mającej na celu odmłodzenie kadry dowódczej. Lotniskowcem dowodziła dwa lata. Przez ten czas wypracowała sobie opinię solidnego i profesjonalnego dowódcy. Była bardzo lubiana i szanowana przez swoją załogę, choć na początku spotykała się z uprzedzeniami w stosunku do swojej osoby. Wielu dawało jej odczuć, że traktują ją jak małą, niesforną dziewczynkę, która przypadkowo dostała do zabawy taki duży statek. Była jednak cierpliwa i swoją postawą oraz pracą przekonała wszystkich niedowiarków, jak bardzo się mylili. Powoli wieści o jej profesjonalizmie zaczęły zataczać coraz szersze kręgi i wykraczać poza środowisko załogi lotniskowca. Potwierdzało to poniekąd słuszność koncepcji obsadzania odpowiedzialnych stanowisk młodymi dowódcami, choć nie zamknęło ust wszystkim sceptykom. Z tego też powodu przez całe dwa lata…