Fantastyka · 32 min czytania
Przerwana misja / 8
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kapitan Spychała tarł w zamyśleniu czoło, wpatrując się w trójwymiarowe wskazania radaru. Przeszukano już prawie połowę kwadrantu epsilon, lecz jak dotąd nie natrafiono nawet na najmniejszy ślad po Antaresie i jego załodze. Choć zakładał możliwość przedłużenia poszukiwań, martwił się tym. Był ambitny i cieszyłby go każdy sukces będący jego udziałem, jednak tym razem szczerze pragnął pomóc amerykańskim rozbitkom. Ci, co znali kapitana Spychałę, nie dziwili się takiemu zaangażowaniu tego człowieka w akcję ratunkową. Wiedziano, że służąc jako młody chłopak na frachtowcu doświadczył przygody bycia rozbitkiem, kiedy jego statek uległ katastrofie. Na dodatek zginęła cała załoga, a on sam jeden dryfował we wraku przez ponad pół ziemskiego roku. Niechybnie by tego nie przeżył, gdyby nie natknęli się na niego przemytnicy szmuglujący halucynogenne korzenie kamati, krzewu rosnącego na planecie Trison w Układzie Voltan. Uratowali mu wprawdzie życie, ale sprzedali, jako niewolnika do kopalń selenitu na Terros, w których przepracował trzy lata, zanim nie został przywódcą buntu, który dał mu wolność i sławę. To jednak była stara historia. Od tamtych czasów minęło już wiele lat, a kapitan Spychała rzadko wracał do nich myślą i niechętnie opowiadał. Stojąc teraz przed holograficzną projekcją radaru przypomniał sobie właśnie tamte wydarzenia. Dawne przeżycia stanęły mu przed oczami, jak żywe. Zniecierpliwiony kopnął czubkiem buta postument panelu sterowania i podszedł do replikatora. Zmaterializował sobie wielką szklanicę szkockiej. To był jego ulubiony sposób odpędzania przykrych wspomnień. Z drinkiem w ręku usiadł w swoim fotelu i wyciągnął przed siebie nogi. Czuł się zmęczony. Siedział wygodnie oparty, popijając trunek małymi łyczkami. Dręczący go od rana niepokój powoli ustępował. Położył rękę na podłokietniku i podparł skroń wyprostowanymi palcami dłoni. Przymknął oczy, patrzącym z boku mogło się wydawać, że drzemie. Nie spał jednak. Oczekiwał w napięciu na sygnał od pilota o wykryciu rozbitków. Niestety, póki co, czekał na próżno. Spychała przeczuwał już, że poszukiwanej załogi nie ma w tym kwadrancie, postanowił jednak, mimo wszystko, zakończyć jego sprawdzanie. Nie dlatego, żeby obawiał się, w razie niepowodzenia akcji ratunkowej, oskarżeń o niedbalstwo, lecz wiedział, że w życiu różnie bywa i wszystko może się zdarzyć; rozbitkowie mogą się znajdować w najmniej spodziewanym miejscu. Ocknął się z zamyślenia, podniósł ręce nad głowę i przeciągnął, aż zatrzeszczały w stawach. Był wysportowanym mężczyzną lubiącym bardzo ruch; uprawiał w wolnych chwilach lekkoatletykę, bezczynne siedzenie na statku nużyło go niemiłosiernie. Taką miał jednak pracę. Lubił ją w każdym razie i nie zamieniłby na żadną inną, za żadne skarby. Od dziecka marzył, aby latać statkami kosmicznymi, a ze spełnionych dziecięcych marzeń nie rezygnuje się przecież łatwo. Wstał z fotela i zrobił kilka głębokich skłonów dla rozluźnienia mięśni. Był rozciągnięty i położenie na podłodze otwartych dłoni przy złączonych nogach wyprostowanych w kolanach nie sprawiło kapitanowi Spychale najmniejszych trudności. Pilot spojrzał na niego z rozbawioną miną. - Co kapitanie, ścierpł pan? – zapytał wesoło. Spychała wyprostował się i wykonując lekkie obroty głową podszedł do pilota. Położył mu dłoń na ramieniu. - Ścierpłem. - pochylając się nad nim szepnął mu do ucha. - Nienawidzę tych niewygodnych, ciasnych wnętrz naszych statków. - Nie rozumiem, - odparł pilot – co się panu nie podoba. Pomieszczenia na tym statku są przyjemne dla oka, jasno oświetlone. Spece od ergonomii zaprojektowali je tak, aby były funkcjonalne. No i krzywe perspektywy dobrane są w taki sposób, by ciasnota nie wywoływała klaustrofobii. To jest sztuka, przyzna pan? Spychała westchnął ciężko. - Przyznaję, ale te fotele. Bolą mnie od nich plecy! - Niech pan nie przesadza! – roześmiał się pilot – One są niezwykle wygodne! Ja, gdybym mógł, to bym w ogóle ze swojego nie wstawał. Kapitan spojrzał na niego, jak na jakieś zjawisko. Przyjrzał mu się: no, rzeczywiście, ten facet był przystosowany do siedzenia. Wyglądał tak, jakby w życiu nie zażywał zbyt wiele ruchu. Wąskie, długie palce, wątłe ramionka łączące się z zapadniętą klatką piersiową, wspartą na lekko pękatym brzuszku, z szerokich bioder wychodziły cienkie, jak u pająka nogi. Nic dziwnego, że ten facet nie lubił się ruszać; przy tak beznadziejnie wytrenowanym ciele chodzenie z pewnością sprawiało mu trudności; Spychała odwrócił się z obrzydzeniem. Idąc w stronę swojego fotela pomyślał jednak, że ten maszkaron jest świetnym pilotem i za to będzie go zawsze cenił. Usiadł na swoim miejscu i znudzony wpatrywał się w oparcie fotela pilota. - Złapał pan coś w końcu na radar, panie Trzeciak? – zapytał wreszcie. Pilot zaprzeczył ruchem głowy. - Nic, a nic. Spychała nerwowo podrapał się po karku. - Cholera! – zaklął – Trzeba było lecieć za tymi Ruskimi! - Mówiłem. – w głosie pilota zagrała nutka tryumfu. - No i co z tego, że pan mówił? Teraz już ich nie dogonimy. Pilot wzruszył ramionami. - Nie da się ukryć. – przyznał – Jednak decyzję o zmianie miejsca poszukiwań powinien podjąć Terkogenes. On dowodzi tą wyprawą. - Pamiętam o tym. – kwaśno uśmiechnął się Spychała – Jak przeszukamy nasz kwadrant, zaproponuję kontynuowanie poszukiwań tam, gdzie polecieli Rosjanie. - A czemu nie porozmawia pan z nim od razu? – zapytał pilot. Kapitan skinął głową. - Słusznie, czemu nie? – zgodził się. Uruchomił komunikator i wywołał statek Greka. - Tu kapitan Spychała, - powiedział do mikrofonu – mam pewną propozycję. - Słucham kapitanie, - odrzekł Terkogenes – co takiego pan wymyślił? Spychała udał, że nie usłyszał drwiny. - Proponuję po spenetrowaniu tego sektora skierować się za Rosjanami i przeszukać kwadrant delta. - No, nareszcie jakieś wnioski! - kpił Grek - Co wpłynęło na taką zmianę decyzji? - Panie Terkogenes, - sapnął Spychała – ja może nie myślę zbyt szybko, ale nie upieram się przy decyzjach, które wydają mi się niesłuszne. - Dobrze, już dobrze. – Grek próbował zatrzeć nieprzyjemne wrażenie – Niech pan się nie denerwuje, kapitanie. Uważam, że to słuszna decyzja. Nie mam nic przeciwko temu, aby pomóc Rosjanom w poszukiwaniach. Spychała mimowolnie się uśmiechnął „A niech cię cholera!” – pomyślał – „Teraz taki jesteś chętny do pomocy, a nie przypominam sobie, abyś wcześniej o tym mówił”. Zachował jednak swoje myśli dla siebie. - Cieszę się, że pan podziela moje zdanie. – powiedział głośno - Jak tylko przeszukam do końca ten kwadrant, lecę za Rosjanami. - A niech pan da sobie spokój, kapitanie. – prychnął Terkogenes – Niech pan od razu leci do kwadrantu delta. - Od razu? – Spychała uniósł w zdziwieniu brwi – A jeżeli się mylimy? - Biorę to na siebie. – zadeklarował Grek. - W porządku, pan tutaj dowodzi. – skwapliwie zgodził się kapitan – Jeśli pan pozwoli, to bez odbioru. – zakończył rozmowę. Oparł głowę o zagłówek fotela i przykrył dłonią czoło. Zastanawiał się, jak najszybciej dotrzeć do Rosjan. Najkrótsza droga prowadziła przez kwadrant gamma. Działali tam jednak amerykanie, miał nadzieję, że nie będą mieli pretensji, jeżeli skróci sobie tamtędy drogę. Przybyli przecież w końcu w tym samym celu – aby odnaleźć załogę Antaresa. Wywołał podległe sobie statki. - Zmieniamy rejon poszukiwań. – oświadczył, gdy zgłosili się ich dowódcy – Lecimy za Rosjanami. Drogę skrócimy sobie przez kwadrant gamma. Za dwadzieścia pięć sekund wykonam manewr skrętu, wy dziewięćdziesiąt sekund po mnie. Zrozumiano? - Tak jest! – dobiegło z głośników. Kapitan Spychała odwrócił się do swojego pilota. - Panie Trzeciak, wie pan dokąd lecieć? – zapytał. - Oczywiście. Po chwili pilot rozpoczął manewr skrętu przy pełnej prędkości. Nie było to dla niego najmniejszym problemem, choć wiedział, że Spychała tego nie lubi. W myślach śmiał się z niego, że każe mu przed każdym zakrętem zwalniać, mimo iż znajdują się w próżni przestrzeni kosmicznej. Statki dawnego typu miały problemy ze sterownością i pokonywały zakręty po niezwykle dużym promieniu, tym większym, im wyższa była prędkość. Najgorsze jednak było to, że rozpoczętego manewru nie można było przerwać, nawet gdy pojawiła się przed statkiem jakaś przeszkoda. Tego prawdopodobnie obawiał się Spychała nakazując ostrożność w trakcie zmiany kierunku lotu. Ale statek na którym latał nie miał już tej wady. - Nie zwolnił pan! – upomniał kapitan pilota. - Wiem, ale nie widziałem takiej potrzeby. - odparł Trzeciak najspokojniej w świecie. - Wydałem przecież instrukcję dotyczącą manewrowania! – zdenerwował się Spychała. - Niepotrzebnie się pan złości, - odrzekł pilot z urazą w głosie – już jesteśmy na kursie. Kapitan uspokoił się nieco, choć jeszcze cały czas był zły na pilota, że ten zlekceważył jego zalecenia. Wstał ze swojego miejsca i nerwowym krokiem zaczął przechadzać się tam i z powrotem, od pulpitu sterowniczego do stanowiska dowodzenia. Pilot, choć rozpraszało go to, że kapitan co chwilę zatrzymuje się za jego plecami, na wszelki wypadek nic nie mówił nie chcąc zaogniać sytuacji. Niespodziewanie zaskoczyło ich dziwne wezwanie. - Tu admirał Ford, dowódca amerykańskiego zespołu ratunkowego, do statku naruszającego naszą przestrzeń. – zadudniło z głośników - Proszę się zidentyfikować i zatrzymać w celu dokonana abordażu. Na niepodporządkowanie się moim poleceniom odpowiem ogniem! Pilot spojrzał zdziwiony na lekko pobladłego Spychałę. Ten jednak szybko się opanował i usiadł na swoim miejscu dowodzenia. - Admirale Ford, - odezwał się próbując panować nad drżeniem głosu – tu kapitan Spychała, dowódca ścigacza planetoid Mikołaj Kopernik. Jestem członkiem europejskiej ekspedycji ratunkowej wysłanej dla uratowania załogi kosmolotu Antares. Zmierzam przez pańską strefę do kwadrantu delta. Proszę o umożliwienie przelotu. - Zatrzymać się w celu dokonania abordażu! – beznamiętny głos pozostawał niewzruszony. - Co za cholera!? – zwrócił się kapitan do pilota – Kpi sobie, czy mówi poważnie? Trzeciak pokręcił w zamyśleniu głową. - Obawiam się, że nie żartuje. Zapadła pełna napięcia cisza. Czuć było, jak atmosfera gęstnieje w oczekiwaniu nieuchronnego ataku. W powietrzu zdawał się unosić zapach strachu pomieszanego z bezradnością. Co robić?! Spychała wywołał podległe mu statki. - Nie lećcie za nami! - rozkazał ich dowódcom – Próbuje nas zatrzymać amerykański krążownik. Wracajcie do głównego zgrupowania i oczekujcie dalszych rozkazów! - Tak jest! – zabrzmiała odpowiedź. Spychała nerwowo podrapał się po głowie. Miał niewiele czasu na podjęcie decyzji, każdej chwili mógł zostać zaatakowany przez amerykanów. Chociaż do końca nie wierzył w groźby admirała Forda, dopuszczał możliwość ich spełnienia. Jednak mimo to nie zamierzał wpuszczać na pokład nikogo obcego bez swojej zgody, a już na pewno nie zamierzał zezwolić na abordaż. Wraz ze złością zaczął narastać w nim upór, aby nie spełniać absurdalnych żądań admirała. Nie myślał w tej chwili, że przecież leci cywilnym statkiem naukowym i w starciu z krążownikiem nie ma najmniejszych szans. Podszedł do pilota; jego zacięta mina powiedziała mu, że ten myśli podobnie. Położył dłoń na ramieniu mężczyzny, pilot pokiwał głową, że zrozumiał. Spychała wrócił na swoje miejsce i połączył się z amerykańskim krążownikiem. - Admirale Ford, - powiedział spokojnym, stanowczym głosem – jesteśmy cywilną jednostką niepodległego kraju, nie będącego w stanie wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Nie naruszyliśmy także terytorium waszego państwa. Nie widzę wobec tego powodu, dla którego miałbym podporządkować się pańskim poleceniom. Nie było odpowiedzi, tylko po chwili pilot zaklął głośno. - Kapitanie, - wykrzyknął - radar wykrył torpedę fotonową zbliżającą się w naszym kierunku! Kontakt za piętnaście sekund! Niech pan zapnie pasy, wymanewruję ją! Zanim Spychała zdążył odpowiedzieć statek gwałtownie przyspieszył wciskając kapitana w oparcie fotela. Spychała przełączył wskazania radaru na wyświetlacz pomocniczy znajdujący się przy jego stanowisku dowodzenia i patrzył, jak w obrazie 3D niewielki punkcik z prędko migającymi wokół niego cyframi koordynatów, zbliża się powoli do wyglądającego niczym mała strzałka ich statku. Początkowo echo torpedy fotonowej zbliżało się szybko, z czasem coraz wolniej, aż w końcu zaczęło utrzymywać stałą odległość od pozycji polskiej jednostki. Torpeda była jednak tak blisko, że w trójwymiarowej projekcji zlewała się prawie w jeden punkt z symbolem ścigacza. Pilot wykonał gwałtowny skręt. Torpeda gubiąc cel poleciała prosto. - Brawo, panie Trzeciak! – ucieszył się kapitan. - To jeszcze nie koniec! – westchnął pilot - Torpeda nadal szuka celu. Za chwilę zawróci i wówczas znowu nas dopadnie. Spychała szybko spojrzał na wskazania radaru. - Cholera! – zaklął – Że też nie mamy czym mu oddać! - Nie? – zapytał pilot – To niech pan patrzy. Torpeda znowu nas przechwyciła, więc coś panu pokażę. Mówiąc to wziął kurs kolizyjny z atakującym ich krążownikiem. Spychała przez przedni, panoramiczny iluminator obserwował jego masywną, szybko zbliżającą się sylwetkę. Wkrótce czarna przestrzeń Kosmosu wokół ich statku rozświetliła się laserowymi błyskami. - Grzeją do nas, skurczybyki! – roześmiał się pilot – Niech się pan trzyma! Wykonując gwałtowne uniki, lub kręcąc statkiem wokół podłużnej osi, nieustępliwie zbliżał się do krążownika. Spychała, pomimo zapiętych pasów szarpany przeciążeniami, wczepił się dłońmi w podłokietniki fotela. - Co pan chce zrobić, panie Trzeciak!? – zapytał trochę wystraszony. Pilot cicho się roześmiał. - Kto torpedą wojuje, od torpedy ginie! – zawołał dziwnie zmienionym głosem. Spychała głośno przełknął ślinę. - Chce pan naprowadzić torpedę na krążownik!? – wychrypiał przez ściśnięte gardło. Pilot zachichotał. - Dokładniutko, panie kapitanie! - Pan chyba oszalał! – przeraził się Spychała. - Może tak, a może nie! – beztrosko odparł Trzeciak. Kapitan ze zniechęceniem pokręcił głową. - Pan chce nas zabić? – zapytał tonem wyrażającym rezygnację. - Trzeba coś zrobić! – odparł pilot – Ta torpeda sama się od nas nie odczepi! Spychała nic nie odpowiedział, bo z przerażeniem spostrzegł, że odległość od krążownika zmniejsza się w zastraszającym tempie, a jego olbrzymia sylwetka wypełnia już cały iluminator. Odniósł nieodparte wrażenie, że zaraz się z nim zderzą. Miał ochotę zamknąć oczy, lecz znajdował jakąś masochistyczną przyjemność w patrzeniu na ten przerażający go widok i przeżywania towarzyszącego mu strachu. Pilot nie zwracając uwagi na coraz celniejszy ogień dział laserowych krążownika, śmiało podlatywał do jego prawej burty. Kiedy uznał, że jest już wystarczająco blisko, poderwał w górę dziób statku i rozpoczął gwałtowne wznoszenie. Spychale głowa opadła na zagłówek fotela, przez sekundę pociemniało w oczach od przeciążenia. Wkrótce jednak odzyskał jasność widzenia i z przerażeniem stwierdził, że prawie ocierają się o nadbudówki śródokręcia amerykańskiego statku; kolizja wydawała się nieunikniona, przerażony zamknął oczy. - Wlecieliśmy w ich martwe pole ostrzału. – doszedł go głos pilota – O z krążownika wystrzelili wabie. Za późno, ta torpeda jest już dla was. – roześmiał się. Spychała spojrzał na otoczony zielonkawą poświatą holograficzny obraz wskazań radaru i widział, jak punkcik symbolizujący torpedę znika w zarysie krążownika. - Dostał! – ucieszył się Trzeciak. - Jedna torpeda go nawet nie uszkodzi. – powiedział kapitan powoli wciągając się w tę grę. - Wiem, - przyznał pilot – ale niech wiedzą, że do nas nie strzela się bezkarnie. Spychała otarł krople potu spływające mu po czole. Nie czuł już zdenerwowania, za to doświadczał przyjemnego podniecenia jakie towarzyszy wyrzutowi do krwi dużej porcji adrenaliny. - No, muszę przyznać, że napędził mi pan strachu, panie Trzeciak. Od kogo się pan tego nauczył? - Od taty. Kapitan uniósł ze zdziwienia brwi. -