Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 58 min czytania

Przerwana misja / 9

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Joann chodziła po mostku z kąta w kąt, chcąc znaleźć sobie miejsce, w którym byłoby jej choć trochę cieplej, niegdzie jednak nie czuła się wystarczająco dobrze. Często spoglądała na zorzę świtu z utęsknieniem wyczekując dnia, jednak słońce, kiedy w końcu wzeszło, z trudem przebijało się przez grube warstwy chmur nie dając ciepła. Wreszcie zniechęcona zwiększyła ogrzewanie swojego skafandra i usiadła obok dowódcy. - Mówiłeś, że w dzień będzie cieplej, a nie jest! – z wyrzutem w głosie zwróciła się do komandora. - Miałem taką nadzieję, - ciężko westchnął - Widocznie wylądowaliśmy w środku zimy. John usiadł obok nich. - Przygoda się zacznie, kiedy wyczerpią nam się baterie. – powiedział z niewesołą miną. - Myślałam, że przygoda już się zaczęła. – szczękając zębami wtrąciła Edit. Cała załoga przebywała na mostku, zakładając na nim coś w rodzaju obozowiska. Była to jedyna, poza przedziałem syntezy, ocalała część statku. Antares upadając na powierzchnię planety wybił duży krater, zapadając się głęboko w grunt. Mostek, mimo że był najwyżej położoną częścią statku, teraz znajdował się prawie na poziomie gruntu. Na szczęście szkieletowa konstrukcja kadłuba uległa zmiażdżeniu w czasie upadku, kompensując siłę uderzenia. Z pewnością tylko to uratowało załogę Antaresa przed śmiercią. Równina, stanowiąca miejsce katastrofy, pokryta była grubą powłoką śniegu, który odparował z powodu temperatury do jakiej rozgrzał się statek, przechodząc przez gęste warstwy atmosfery, ale w miarę stygnięcia nastąpiło skroplenie powstałej pary. Razem z wodą ze stopionego śniegu wytworzyła małe jeziorko na dnie krateru, które teraz zamarzło. Klimatyzacja nie działała, reaktory, nawet jeżeli jeszcze pracowały, zostały odłączone i nie było możliwości ich powtórnego przyłączenia. Aby się ogrzać jedynym wyjściem dla astronautów było wykorzystanie systemu klimatyzacji skafandrów próżniowych. Takie rozwiązanie dawało szansę przeżycia, jednakże tylko przez krótki czas. Niewiele dłużej, niż do wyczerpania się ostatniej baterii. W tym wypadku dała o sobie znać zapobiegliwość komandora, który kazał Johnowi wmontować w skafandry gniazda, umożliwiające podłączenie zasilania zewnętrznego. Dzięki temu nie musieli martwić się ładowaniem akumulatorów w skafandrach. Joann obandażowała żebra White i Parkerowi oraz wstrzyknęła Rexocan, przyspieszający regenerację tkanki kostnej, dzięki czemu tych dwoje najbardziej poszkodowanych astronautów, choć jeszcze nie w pełni sprawnych, mogło wkrótce włączyć się do czynnej pracy. Najważniejszą sprawą pozostawało zapewnienie sobie godziwego schronienia. Mostek nadawał się do tego celu znakomicie, jednakże było w nim mało miejsca i przy nie działającej klimatyzacji nie był wentylowany. Drzwi po zamknięciu hermetyzowały się odcinając dopływ powietrza. Musiano je pozostawić uchylone, co bardzo wyziębiało pomieszczenie. Jednakże, dopóki baterie ogrzewały ich skafandry, nie odczuwali tak bardzo zimna. Najpilniejszą potrzebą pozostawało wezwanie pomocy. Teddy z Johnem myśleli nad zmontowaniem jakiegoś nadajnika, nie bardzo jednak mieli z czego. - Czy ta zadymka nigdy się nie skończy? – zapytała Anit spoglądając przez szczelinę w drzwiach mostka. - Nie wystawiaj twarzy na wiatr, bo ją sobie odmrozisz. – ostrzegła Noys. Anit cofnęła się od drzwi i usiadła przy Joann. - Nie mogę mieć zamkniętej przyłbicy hełmu, bo się uduszę. – powiedziała smutno – Butle mam puste. - W takim razie siedź przy mnie. – zaproponowała Noys – Co tam chcesz zobaczyć? Wronsky spojrzała na szczelinę w drzwiach, przez którą sypały się drobinki śniegu, tańcząc na wietrze. - Cokolwiek poza tą jednostajną białością. – powiedziała smutnie. Edit opuściła niżej przyłbicę hełmu. - Miejmy nadzieję na szybką pomoc. – westchnęła siadając za stertą bagażu, gdzie mniej wiało. - Nic więcej oprócz nadziei nam nie pozostało. – odrzekła Joann uśmiechając się smutnie. - No, przestańcie już dziewczyny, – poprosił Toule – powiedzcie lepiej coś pocieszającego. - Co niby? – spytała Joann. Toule wzruszył ramionami. - Cokolwiek. Kobieta nie odpowiedziała. Sama była w kiepskim nastroju, więc nie miała ochoty nikogo pocieszać. Bała się i ten strach źle wpływał na jej samopoczucie. Tyle przeszli, tak długo walczyli o przetrwanie, a na koniec runęli na jakąś niegościnną planetę, która chce ich zamrozić. A zimno Joann znosiła bardzo źle. Nie wierzyła też, wbrew nadziejom wielu członków załogi, w możliwość prędkiego ratunku. W tym wypadku była rzeczywiście sceptyczna. Wiele czytała o katastrofach, bo jako lekarz interesowała się tym zagadnieniem, była więc dobrze zorientowana, że ratunek jest procesem niezwykle skomplikowanym. Wiele załóg przeżywało samą katastrofę, a ginęło z powodu zbyt późno przybywającej pomocy. Byli właśnie w podobnej sytuacji. - Może na tej planecie jest jakaś cywilizacja, która nas uratuje? – wyjawiła wreszcie pewną myśl, którą długo nie chciała podzielić się z resztą załogi. - Ja bym wolał, żeby uratowali nas Ziemianie. – stwierdził Teddy – Pamiętasz polską wyprawę do systemu Arkot? Anit podciągnęła nogi pod brodę i objęła je rękami. - A ja bym wolała, żeby to był ktokolwiek, byleby było mi ciepło. – wyszeptała. Toule złapał ją za ramię. - Usiądź na moim miejscu, tutaj mniej wieje. – zaproponował wstając z podłogi, na której siedział. - Dzięki Toule, jesteś kochany! - Wronsky uśmiechnęła się uroczo. - Proszę bardzo. - komandor puścił do niej oko - Przytuliłbym cię, aby ogrzać, lecz przez skafander, to i tak nic nie da. Wszyscy roześmiali się, gdy wyobrazili sobie dwoje ludzi ubranych w skafandry próżniowe, próbujących przytulić się do siebie. Rubbermann chodząc po mostku, przeglądał to, co zostało z wyposażenia elektronicznego. Próbował uruchomić niektóre urządzenia, zdejmował pokrywy paneli i oglądał podzespoły. Znalazł wiele sprawnych części, co niezmiernie go ucieszyło. - John, - zapytał – uda nam się zmajstrować jakiś nadajnik? Inżynier przyjrzał się krytycznie ocalałym urządzeniom. - Zobaczymy, - odparł po chwili namysłu – różnych podzespołów mamy od groma, tylko rzadko który sprawny. Toule machnął w powietrzu trzymaną w ręku częścią telekomunikatora. - To nie musi być nic wielkiego, - stwierdził wzruszając ramionami - byleby tylko zlokalizowano naszą pozycję. Kinnari spojrzał Rubbermannowi w oczy. Sam dobrze wiedział, jak ważna jest łączność. Zrobił już jednak wszystko, co mógł i umiał, po cuda, to nie do niego, ale zdawał sobie sprawę z rozterek i trosk komandora. - Wiem o tym, wiem. – odpowiedział zabierając się do pracy. Montując nadajnik zdjął rękawice i ręce strasznie mu marzły. Co chwilę chuchał w nie i pocierał, lecz przynosiło to niewielki skutek. W końcu, kiedy dłonie zgrabiały mu do tego stopnia, że nie mógł nimi ruszać, klnąc cicho, założył rękawice. - Teddy, twoja kolej, ja muszę ogrzać ręce. – powiedział spoglądając na niego. - Jasne, - odparł nawigator – trzeba było wcześniej powiedzieć. Mogłeś sobie odmrozić łapy. Inżynier wzruszył ramionami. - Trudno, życie jest ciężkie. – powiedział beztrosko. Parker zabrał się do pracy, lecz jemu również wkrótce z zimna zesztywniały palce, wskutek czego montaż nadajnika szedł niezgrabnie i zdarzało się, że nie trafiając precyzyjnie płytkami obwodów w gniazda wielostykowe, łamał kołki złącz niszcząc cenne podzespoły. Wreszcie zniechęcony przerwał pracę. - E, tak to my nigdy nie skończymy! – narzekał rozżalony. - Odpocznij trochę, ogrzej się, - zaproponowała Joann – powolutku złożycie ten nadajnik. Spojrzał na nią. Poczciwa Joann, udawała, czy naprawdę nie wiedziała, jak mało mają czasu. Jest lekarzem, więc z pewnością orientuje się, co może im wyrządzić taka niska temperatura, jak ta na tej niegościnnej planecie. Był prawie pewien, że Joann udaje naiwną, by nie straszyć innych. Postanowił wejść w jej grę. - Cieszę się, że w nas wierzysz. – odparł siląc się na swobodny ton głosu. Uśmiechnęła się. - Przez ostatnie dni sporo przeszliśmy i jakoś dawaliśmy sobie radę. – powiedziała - Dlaczego teraz ma być inaczej? - Bo sytuacja jest nieco inna. – zauważył John nie rozumiejący intencji Joann. Nikt nie skomentował słów inżyniera. Każdy wolał pomijać milczeniem przykre sprawy. Za to chętnie rozmawiano o przyjemnych rzeczach, bo taka dyskusja dodawała otuchy oraz pozwalała zapomnieć, choć na chwilę, o grozie położenia i uwierzyć, że ich sytuacja nie jest beznadziejna. Po jakimś czasie John ponownie zajął się składaniem nadajnika. Wkrótce przyłączył się do niego Teddy i komandor. Pracowali na zmianę i robili szybkie postępy. Wkrótce nadajnik był gotowy. Parker z dumą i namaszczeniem podłączył baterie. - To prymityw, - powiedział na pozór obojętnie, jednak z trudem ukrywał dumę – ale wysyła wyraźny sygnał znaczący miejsce naszego pobytu. Najważniejsze jest jednak to, że nadaje na wszystkich częstotliwościach. Anit podeszła bliżej przyglądając się z zainteresowaniem urządzeniu. - Skąd wiesz, że działa? – zapytała z niedowierzaniem. - Miej trochę wiary, moja droga. – odrzekł urażony. - Wiary, to mi akurat nie brakuje. – zapewniła. Nawigator położył dłoń na swojej piersi. - Ale we mnie! To znaczy w nas. – poprawił się. - W was też mam. – odrzekła - Tylko nie ufam urządzeniom produkowanym w tak prymitywnych warunkach. - Z pewnością działa, zapewniam cię. – powiedział Tedy. Toule, który z dumą przyglądał się nadajnikowi, podszedł do nawigatora. - Można by spróbować zmontować jakiś komunikator foniczny. – zaproponował rozochocony powodzeniem. Parker w zadumie wydął usta. - Tak, można by, tylko z czego? – zapytał. - Trzeba spróbować z tego, co jest. - komandor powiódł wokoło dłonią. - Dobrze, spróbujemy. – zgodził się Parker bez przekonania. Teddy z Johnem zaczęli przeglądać zgromadzone podzespoły. Jednak sceptyczna mina inżyniera świadczyła, że nie ma wiary w powodzenie przedsięwzięcia. - A nie moglibyście naprawić lub zmodyfikować naszego komunikatora pokładowego? – zaproponowała Edit. - Niby jak? – zapytał John. - Nie wiem, nie znam się na tym. - wzruszyła ramionami. Inżynier się uśmiechnął. Fakt, elektronik był z niej beznadziejny, nie potrafiła nawet, kiedy zachodziła potrzeba, wymienić najprostszego podzespołu. Miał tylko nadzieję, że astronomem jest lepszym, zresztą nie miał powodu, aby w to wątpić. Jednakże przeraziła go myśl, co by się z nimi stało, gdyby Edit błędnie przeprowadziła obliczenia. Nikt wówczas by ich nie odnalazł, albo znaleźliby trochę poniewczasie. Żadna z tych opcji nie przypadła Johnowi do gustu. Spojrzał na komunikator pokładowy; to był już złom i niewiele z niego zostało. Delikatna elektronika nie wytrzymała siły uderzenia Antaresa o powierzchnię planety. - No właśnie, - powiedział bardziej do siebie, niż do Edit - nie znam się tak dobrze na elektronice, by zrobić coś z niczego. To delikatne urządzenie, w czasie katastrofy rozleciało się w drobiazgi. Astronom uniosła w zdziwieniu brwi. - Nie wiedziałam. – wyszeptała. Kinnari pokiwał smutnie głową. - Niestety. – westchnął - Obawiam się, że nie zdołamy zrobić nic lepszego, niż to, co mamy. Astronauci zamilkli. Rzeczywiście, niewiele mieli. Mogło być wprawdzie gorzej, lecz i tak nie było szczególnych powodów do radości. Przeżyli katastrofę, ale co dalej? Mogli tylko czekać na pomoc. Taka bierność obezwładniała. Dopóki Antares podróżował przez pustkę kosmiczną, byli w miarę możliwości, panami swego losu, teraz niewiele już mogli dokonać. Kosmolot był wrakiem, do dyspozycji mieli w zasadzie tylko mostek, lub właściwie to, co z niego zostało. Sprawnych urządzeń praktycznie na nim nie było, zapasów także nie za wiele. I tak dobrze, że chociaż cokolwiek. To Toule się uparł, by część wyposażenia ratunkowego umieścić na mostku. Joann i Teddy sprzeciwiali się temu, bo w tym pomieszczeniu i tak panowała ciasnota, lecz dowódca miał we wszelkich sporach ostatnie słowo, co w tym wypadku okazało się dla nich błogosławieństwem. Dzięki zapobiegliwości komandora mogli teraz zamienić mostek na w miarę przytulne schronienie. Największą jednak, wprost nieocenioną pomoc w przetrwaniu, dawała astronautom ich wiedza i umiejętności; w tym upatrywali szansę przetrwania. Anit w zadumie pokręciła głową. - Dziw, że cokolwiek na Antaresie ocalało, łącznie z nami. – powiedziała z niedowierzaniem. - Też nad tym myślałam. – przyznała Edit – Gęste warstwy atmosfery musiały zmienić naszą trajektorię na bardziej łagodną. - Gdybyśmy mieli jeszcze trochę więcej szczęścia, – zauważył Teddy - mogłoby nas odbić z powrotem w Kosmos. White zaprzeczyła ruchem głowy. - Nie przy takim kącie, pod jakim spadaliśmy. – stwierdziła – Ciesz się, że w ogóle żyjemy. - Przecież się cieszę. – bez przekonania odparł nawigator. - Właśnie widzę, - wzruszyła ramionami - szalejesz z radości. Parker nie odpowiedział zajęty przeglądaniem płytek układów scalonych. Nie miał wesołej miny. To, co miał do dyspozycji stanowiło niewielki ułamek tego, czego potrzebował do skonstruowania komunikatora. Nie tracił jednak nadziei, że mimo wszystko coś wymyśli. Wiedział przecież, że kiedyś urządzenia elektroniczne były bardziej proste i mniej skomplikowane, niż obecnie. Uczył się nawet o tym. Niestety, nie przykładał do tego wówczas wagi, sądząc, że nigdy ta wiedza mu się nie przyda. Teraz, kiedy mógłby ją wykorzystać, nic nie pamiętał. Dlatego przekładał płytki z miejsca na miejsce, oglądał, lecz nic sensownego nie mógł wymyślić. - Daj spokój, Teddy. – powiedział w końcu Toule – Widzę, że nie zmajstrujemy żadnego komunikatora fonicznego. Za mało wiemy i umiemy. - Niestety. – zgodził się nawigator z niewesołą miną. Ich rozmowę przerwał podmuch lodowatego powietrza. Spojrzeli w stronę, skąd pochodził, akurat w momencie, kiedy Noys przymykała drzwi mostka. - Pogoda się pogarsza, robi się bardzo zimno. – zakomunikowała Joann, która na chwilę wyszła na zewnątrz. - To nie chodź nigdzie, siedź tutaj. – upomniał ją Toule. Spojrzała na niego z niewinną minką. - Chciałam zobaczyć, czy nie widać gdzieś pomocy. - Mogłaś zabłądzić. – stwierdził John, który wyjrzał za drzwi – Widoczność nie większa niż na dwa metry. Zrywa się jakaś cholerna burza śnieżna. - Joann, - zapytał Toule – jaką twój wskaźnik na skafandrze zanotował temperaturę? Kobieta przeszukując menu pamięci wskaźnika temperatury, wyświetliła ostatnie wskazanie. - Dwieście szesnaście Kelvinów! – zawołała zdziwiona - O jeju, nic dziwnego, że było mi zimno! - Musimy zamknąć drzwi mostka. – zdecydował komandor. Edit spojrzała na dowódcę. - Udusimy się! – stwierdziła zaniepokojona. - Powietrza powinno wystarczyć na jakieś dziesięć, dwanaście godzin. – powiedział z przekonaniem - Mam nadzieję, że burza skończy się do tej pory. Zawsze możemy przecież otworzyć drzwi, żeby przewietrzyć. Najważniejsze, aby podnieść temperaturę w tym pomieszczeniu. Przy otwartych drzwiach zamarzniemy. – dodał. - Masz rację Toule. – poparł go John – Proponuję jednak wystawić nadajnik na zewnątrz. Obawiam się, że konstrukcja mostka może go ekranować. Teddy rozejrzał się uważnie dookoła. - Rzeczywiście, jest to możliwe. – przyznał z przekonaniem. - Dobrze, macie rację. – zgodził się komandor – Pozwólcie jednak, że osobiście go ustawię i zamocuję. Ten nadajnik, to nasza jedyna nadzieja. Niech ja będę odpowiedzialny, gdyby porwał go wiatr lub został uszkodzony w jakiś inny sposób. - Nie przesadzaj, - powiedział John – wszyscy jedziemy na jednym wózku. - Ale mimo wszystko pozwól, że ja to zrobię. - nalegał. - W porządku, proszę bardzo. – ustąpił inżynier. - I jeszcze jedno. – powiedział Rubbermann wyjmując z jakiegoś pudła starannie złożoną flagę Stanów Zjednoczonych – Zawieszę ją na kratownicy kadłuba, żeby wszyscy wiedzieli, kto był pierwszy na tej planecie. Wyszedł na zewnątrz i dosyć długo tam przebywał, wzbudzając już lekki niepokój w sercach oczekującej go załogi. Wreszcie wrócił na mostek zamykając za sobą drzwi. - Ale zmarzłem, - powiedział drżąc z zimna – mam nadzieję, że przy zamkniętych drzwiach wkrótce tu się ociepli. - Zamknięcie drzwi niewiele pomoże – stwierdziła Anit – Do ilu tu się może podnieść temperatura? Do dwustu czterdziestu, dwustu pięćdziesięciu Kelvinów? To za mało, by przeżyć. - Racja, - przyznał Toule – trzeba zmajstrować jakieś ogrzewanie. John wzruszył ramionami. „Zmajstrować jakieś ogrzewanie”, przedrzeźniał w myślach dowódcę. Tylko jak, z czego? No nie, w zasadzie wszystko można zrobić. Wystarczy tylko trochę pomyśleć, pokombinować i zaraz coś wymyśli. Rozejrzał się po mostku, jego wzrok spoczął na wypalonej instalacji elektrycznej. Sięgnął ręką i urwał dwa przewody. Tak jak sądził: srebro i złoto. Było tego sporo. - To nie problem, - machnął trzymaną w ręku wiązką drutów - przewodów mamy pod dostatkiem. Można zdjąć z nich izolację i zrobić grzałki oporowe. Tylko to wyczerpie nam resztę baterii. - Nie mamy wyjścia, - odrzekł komandor – co nam po sprawnych bateriach, kiedy tu zamarzniemy. Za dziesięć godzin powinna być już tutaj pomoc. - Obyś się nie mylił. – powiedział John zabierając się do pracy. Rozmontował instalację elektryczną i wyjął przewody. Urwał kilka i zaczął zdzierać z nich izolację. Cieszył się teraz, że nie wszędzie zainstalowano nadprzewodniki, te nie nadawały się do tego, co chciał zrobić. Z ironią pomyślał, jak jeszcze niedawno wyśmiewał fakt, że są miejsca na statku, gdzie istnieje instalacja elektryczna złożona z drutów złotych i srebrnych. Dla niego był to niezrozumiały archaizm; uważał takie rozwiązanie za niepotrzebną zamianę części energii na ciepło. Teraz błogosławił w myślach ludzi, którzy z jakiś powodów nie wszędzie zainstalowali nadprzewodniki. Po zdjęciu izolacji, John nawinął druty na szklanopodobne rury z kronopolenu, w których instalacja elektryczna była oryginalnie umieszczona i do ich końców podłączył baterie. Druty rozżarzyły się do czerwoności, dając stosunkowo dużo ciepła. - Jak to długo będzie działać? – zapytał Teddy. - Dopóki druty się nie przepalą. – odpowiedział John - Co jakiś czas trzeba będzie nawijać nowe. - A baterie, na jak długo wystarczą? – zapytała Edit. Skąd miał wiedzieć?! Mógłby to obliczyć, ale mu się nie chciało. Poza tym, po co? Nie chciało mu się nawet tracić czasu na bezsensowne, jego zdaniem rozmowy. - Nie mam pojęcia, - prychnął - nie na długo jednak. Edit ze smutną miną pokiwała głową. Wiedziała co ich czeka, gdy rozładuje się ostatnia bateria. Nikt nic nie mówił, cała załoga wsłuchiwała się w wycie wiatru docierające z zewnątrz. Pomieszczenie mostka zaczęło wypełniać przyjemne ciepło płynące z grzałek Johna. Nagle jedna z nich z cichym sykiem się przepaliła. John nie czekając podłączył baterię do nowej, jednej z kilku, które miał przygotowane zawczasu. - Nie mówiłem, że to na długo nie wystarczy? – sapnął ze smutkiem - Drut się za szybko utlenia. - Dobra i ta chwila, kiedy grzeje. – powiedziała Anit – Drutów mamy pod dostatkiem. Spojrzał na nią spod oka. - Szkoda, że nie baterii. – westchnął. Anit spojrzała na niego oczami pełnymi smutku, ogarnięta przez niewesołe myśli. Zimno było coraz bardziej dotkliwe, a energii zgromadzonej w bateriach z każdą chwilą ubywało. Zaczął ogarniać ją przygnębiający nastrój. Słyszała, że apatia może być zabójcza dla rozbitków, a oni byli przecież rozbitkami. Zaczynało to do niej coraz wyraźniej docierać. Poklepała Johna przyjaźnie po ramieniu, chcąc odegnać jego zły nastrój. - Ty chciałbyś mieć wszystko na raz. – powiedziała siląc się na wesoły ton. - Doceniam to, że próbujesz lekceważyć powagę naszej sytuacji. – popatrzył jej w oczy - Ale nie pocieszysz mnie. Z godziny na godzinę jest z nami coraz gorzej. - No, ale przecież nie będziemy z tego powodu płakać? - Wronsky nie przestawała nadrabiać miną. Uśmiechnął się nieznacznie. Gdyby płacz w czymś pomógł, płakałby jak dziecko. Ale problemy życiowe nie rozwiązywały się nigdy tak łatwo. - Raczej nie, - odpowiedział - nic by to nie zmieniło. - John, przepaliła się kolejna grzałka! – zakomunikowała Joann. Inżynier podłączył następną. - Zdejmujcie izolację z przewodów i róbcie grzałki. – zaproponował – Zajmiecie się czymś, to nie będziecie się tak nudzili. - Nie nudzimy się. - Anit gwałtownie zaprzeczyła - Z zimna po prostu nie chce nam się ruszać. - Mnie też nie, - przyznał Kinnari – ale jak nie będziemy się ruszać, to możemy zastygnąć na zawsze. Wronsky machnęła ręką. I tak ich to czeka, kiedy pomoc nie nadejdzie. Była realistką, więc dobrze zdawała sobie sprawę z zagrożenia, ale mimo wszystko wolała jednak, kiedy omijali ten temat. - Nie strasz mnie! – poprosiła - Dobra daj te druty. – dodała wyciągając rękę. - Proszę bardzo, - powiedział John, podając kobiecie przewody – zdzieraj izolację. - Kurczę, będę musiała zdjąć rękawice, - narzekała biorąc pęk przewodów – zmarzną mi dłonie. - Przysuń sobie jedną grzałkę i pracuj nad nią. – zaproponował inżynier. - Dobry pomysł. – ucieszyła się kobieta. Joann patrzyła, jak jej koleżanka ostrożnie podnosi grzałkę i stawia obok siebie. - Szkoda, że nie można zrobić tylu grzałek, ilu nas jest. – powiedziała smutno. - Nie ma tylu baterii. – stwierdził Toule. Joann wzruszyła ramionami. - Wiem przecież, tak tylko mówię. - John, przepaliła się kolejna grzałka! – zawołał Teddy. Kinnari z dezaprobatą pokręcił głową. - Kurczę, padają szybciej, niż się spodziewałem. – zaklął cicho - Nie siedziałbyś tak, tylko podłączył nową! – zwrócił się z wyrzutem w głosie do nawigatora. - Już, już, bez nerwów. - Teddy skoczył, jak oparzony - Bałem się coś dotykać, żeby nie zepsuć. - No przestań! – powiedziała z uśmiechem Joann – Po prostu ugrzałeś sobie miejsce i nie chce ci się ruszyć. - Nieprawda, - nawigator zaprzeczył ruchem głowy - przecież grzałki leżą blisko. Tylko tak jakoś nie chce mi się wstać. - To z zimna. – powiedziała Noys – Organizm oszczędza energię niezbędną do ogrzania ciała. Anit objęła rękami nogi zgięte w kolanach i oparła na nich głowę. - Pomoc, pomoc, gdzie jesteście? – szeptała. - Cierpliwości, - powiedział John podłączając do baterii kolejną grzałkę – przybędą z pewnością. Wronsky nie wyglądała na pocieszoną. Jej wątpliwości się pogłębiały. Była coraz bardziej przygnębiona uczuciem niepewności towarzyszącej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Z wielkim trudem panowała nad sobą, aby nie wpaść w panikę. Najgorsze dla niej było oczekiwanie. Wydawało się jej, że każda chwila zwłoki przybliża ich do nieuchronnego końca. - Tylko niech się pospieszą, - powiedziała drżącym głosem - żeby znaleźli nas jeszcze żywych. - Znajdą nas żywych, nie martw się. – pocieszał John – Cały Kosmos nie dał nam rady, a ty się przejmujesz taką małą planetą. - Ano, przejmuję się. – szepnęła smutnie. Kinnari podszedł do Anit, wziął ją za ramiona i poprzez wizjer w hełmie spojrzał głęboko w oczy. Biolog smutnie na niego patrzyła. Przyglądali się sobie długo, wreszcie John oparł swój hełm o jej, pochylając głowę tak, że zbliżyli się twarzami i coś długo do niej szeptał. Reszta patrzyła ciekawie, lecz nic nie było słychać. Mostek przepełniało dochodzące z zewnątrz wycie wiatru oraz lekki syk grzałek. Edit w milczeniu zdzierała z przewodów izolację, a Toule nawijał nowe grzałki. Działały krótko, ale dosyć skutecznie. Astronauci odnosili wrażenie, że na mostku znacznie się ociepliło. Zamknięte drzwi nie wpuszczające lodowatego wiatru, grzałki wymyślone przez Johna oraz ogrzewane skafandry powodowały, że zimno stawało się mniej dokuczliwe. Jednakże nie mogli mówić o tym, by było im ciepło, dlatego niechętnie ruszali się z miejsca, na którym siedzieli, by cokolwiek zrobić. Niewiele wszakże pozostało do roboty, poza produkcją grzałek. Tych ciągle było mało, bo te które podłączali do baterii przepalały się bardzo szybko. Baterie stanowiły największy kłopot. Od początku było ich nie za wiele, teraz dodatkowo zawartą w nich energię zużywali na grzałki oporowe. Nie mieli jednak innego wyjścia. Chcąc utrzymać na mostku w miarę wysoką temperaturę, musieli takim sposobem zdobywać ciepło. Nie mieli pojęcia, jakie długie są tutejsze burze śnieżne. Podejrzewali, że trwać mogą nawet kilka dni i obawiali się, czy akcja ratunkowa w taką pogodę będzie prowadzona, a jeśli nawet, to czy ratownicy będą w stanie do nich dotrzeć. Przy tak niskiej temperaturze, jaka panowała na zewnątrz, nawet najnowocześniejszy sprzęt mógł zawodzić. Poza tym porywisty wiatr, który sądząc po sile z jaką uderzał we wrak Antaresa, osiągnął już moc huraganu, także komplikował wszelkie próby niesienia pomocy. Na dodatek ogarniały ich wątpliwości, czy sygnał z nadajnika będzie odebrany. To urządzenie było bardzo małej mocy, więc sygnał choć wyraźny, nie miał imponującego zasięgu, zwłaszcza w skali kosmicznej, a fakt, że nadawany był z powierzchni planety, zmniejszało szansę jego wykrycia. Astronauci nie tracili jednak nadziei na szybką pomoc. W głębi duszy przekonani byli o tym, że szczęście, które tak długo im towarzyszyło, jest z nimi nadal. Wierzyli, że skoro wyszli cało z tylu opresji, to nieprawdopodobne jest, aby teraz nie mieliby przeżyć. Nie czekali jednak biernie na pomoc, tylko robili ze swojej strony wszystko, co było w ich mocy, by zabezpieczyć się przed skutkami chłodu i doczekać bezpiecznie przybycia ekip ratunkowych. Odsunęli od siebie, na jakiś czas przynajmniej, niebezpieczeństwo śmierci z wychłodzenia. Teraz oczekiwali na ratunek, mając nadzieję, że przybędzie zanim wyczerpie się ostatnia bateria. W przeciwnym razie, ich sytuacja byłaby tragiczna. O tym jednak starali się na razie nie myśleć. - Może byśmy coś zjedli? – zaproponował John. - Replikatory szlag trafił. – zauważył Teddy. - Wiem przecież, - spojrzał na niego z politowaniem - myślałem o zgromadzonych zapasach. Parker machnął ręką. - To tylko same tabletki regeneracyjne. - Poważnie!? – z niedowierzaniem zapytał inżynier. - Poważnie. – przytaknęła Joann. Mężczyzna podparł oburącz głowę, chowając twarz w dłoniach. - Tyle mogliśmy zabrać smakowitych rzeczy! – rozpaczał – Przecież wiedzieliśmy, że replikatory może szlag trafić! - Wiedzieliśmy, - przyznał Toule – ale tu chodziło o miejsce. Rozumiesz John? O ilość zajmowanego przez prowiant miejsca. Przecież ja nie wiedziałem, czy po katastrofie nie wybuchnie pożar i nie będziemy musieli się przenieść gdzieś dalej. Łatwiej wtedy zabrać mniejszą ilość paczek. Czy mam rację? - Nie, no oczywiście, masz całkowitą słuszność. – przyznał zdruzgotany John – Jednak wiesz, jak ja lubię dobrze zjeść, a jak nienawidzę tych wszystkich pastylek i napojów regeneracyjnych. Joann wzruszyła ramionami. - No cóż, - powiedziała siląc się na beztroski ton – nie zapominaj, że to nie biwak. Do jedzenia mamy pastylki, a do picia jedynie Mixat. - I możesz sobie jeszcze śniegu utopić, John. – złośliwie poradził Teddy. - Nie bądź taki cwany, mądralo! – oburzył się Kinnari – Sam sobie utop śniegu! Astronauci pośmiali się trochę, a potem zamilkli, nie było im do śmiechu. No, bo z czego się cieszyć? Zimno dokuczało, a pomocy jak nie było, tak nie ma. Może jej w ogóle nie doczekają? Zostaną za to zakonserwowani w lodowym grobowcu, w jaki przemieni się mostek Antaresa. Śmierć z wychłodzenia podobno bywa lekka. Zasypia się i już. Ale co potem? Czy jest coś jeszcze? Astronauci odczuwali strach przed śmiercią, byli jeszcze młodzi i nie chcieli umierać, mieli tyle planów na przyszłość... Wielu z nich w takiej chwili obiecywało sobie, że jeżeli wyjdą z tej przygody cało, już nigdy nie wsiądą na statek kosmiczny. Ale w duchu doskonale zdawali sobie sprawę, że nie wytrwają długo w swoim postanowieniu. Eksploracja Kosmosu była ich żywiołem i pasją. Jednakże obietnice czynione losowi, czy Opatrzności w podobnych sytuacjach, są typowym zachowaniem dla ludzkiej natury. Nigdy jednak takich obietnic nie traktuje się do końca poważnie. Lecz żeby przeżyć, astronauci powinni walczyć z losem na jawie, nie w wyobraźni, bo tylko to dawało im realną szansę ocalenia i przetrwania, aż do nadejścia pomocy. - To co, respektujesz na pastylki i Mixat? – zapytała Joann inżyniera. - Niech będą. – odparł smutnie. Noys wydzieliła po trzy pastylki i butelce Mixatu nie tylko Johnowi, ale i reszcie załogi. Ta forma żywności niejednokrotnie już okazywała swoje zalety. Nie zajmowała dużo miejsca, była lekka i miała bezterminową przydatność do spożycia. Zawierała syntetyczne składniki odżywcze i witaminy, ale za to w stu procentach przyswajalne. Jedna pastylka stanowiła niezbędne minimum całodziennego wyżywienia. W podróżach kosmicznych były wprost nieocenione. Załoga posiliwszy się nieco siedziała milcząc, wsłuchana w wycie wiatru dochodzące z zewnątrz. - Mam wrażenie, że jakby Antares nie był tak dobrze zakotwiczony w grunt, to ten huragan by go przewrócił. – odezwał się Toule. - Kto wie? – wzruszył ramionami John – Ciekawe, jaka jest na zewnątrz temperatura? - Ja nie pofatyguję się, żeby sprawdzić. – zakomunikował Teddy. - Wcale nie chcę, żeby ktoś sprawdzał, - powiedział Kinnari

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przerwana misja / 9 — czytnik · opowiadania