Fantasy · 4 min czytania
Prześniedź - Rozdział 14
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Metalowe szyny ożyły.
Najpierw ledwie wyczuwalne mrowienie pod kolanami Amelii. Niskie, miarowe pulsowanie wibrujące w starym, przesiąkniętym wilgocią drewnie podkładów. Dźwięk nie rósł w powietrzu. W tym ociężałym, pozbawionym echa świecie nic nie niosło się normalnie. Dźwięk rósł bezpośrednio w jej czaszce — tępy, narastający ryk miażdżących setek ton.
Amelia spojrzała na Alberta. Leżał między szynami. Jego krawędzie niemal całkowicie zlały się już z tłuczniem. Był tylko cieniem, resztką znoszonego swetra i bladą plamą twarzy, wpatrzoną w matowe niebo.
Wibracja stała się bolesna. Obejmowała jej zesztywniałe kości, wciskała się w stawy. Ciało Amelii zareagowało samo, bez udziału świadomości. Mięśnie nóg napięły się do ucieczki. Instynkt wrzasnął, by wstać. Zrobić krok w tył. Odwrócić się od torów. Zbiec z nasypu w chłodny, cichy mrok między drzewami. Byle tego nie widzieć. Byle zniknąć.
Część 22 / 2
I wtedy pękła tama.
To nie był przebłysk. To było brutalne, fizyczne uderzenie, które wyrwało ją z szarej anomalii i rzuciło prosto w oślepiający, słoneczny dzień. Poczuła zapach rozgrzanego smaru. Suche, palące powietrze w płucach. Zobaczyła Alberta. Żywego. Skamieniałego ze strachu na środku torowiska, z dłońmi zaciśniętymi na uszach. Usłyszała ryk klaksonu pociągu, który rozrywał bębenki.
Miała czas. Stała zaledwie dwa metry od niego. Była jedna długa sekunda, w której mogła rzucić się naprzód. Złapać go za sweter. Zepchnąć ich oboje z nasypu na ostre kamienie. Uratować go.
Ale poczuła paraliżujący, zwierzęcy strach. Zamiast skoczyć w stronę dziecka, obróciła się na pięcie. Zrobiła krok w stronę lasu. Potem drugi. Zacisnęła mocno oczy i skuliła się, odwracając plecy do torów. Nigdy nie zobaczyła uderzenia. Tylko je usłyszała. Ten jeden, mokry, głuchy trzask, który na zawsze złamał jej