Fantasy · 9 min czytania
Prześniedź - Rozdział 5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Ścieżka wyglądała uderzająco zwyczajnie. Gdyby nie brak wiatru i ta gęsta cisza, można by pomyśleć, że to po prostu chłodne, jesienne przedpołudnie. Dzieci szły przodem, trzymając się za ręce. Albert stąpał lekko, podczas gdy kroki Mai miały powolny, miarowy rytm. Amelia podążała tuż za nimi, nie spuszczając ich z oczu.
Gdy dotarli do serca osady, powietrze zrobiło się lepkie. Maja nagle przystanęła. Puściła dłoń chłopca i wyciągnęła rączkę w stronę opiekunki. Miała blady, nienaturalnie spokojny uśmiech. Miała irracjonalne wrażenie, że to nie ona prowadzi dziecko, lecz trzyletnia dziewczynka prowadzi ją – prosto tam, gdzie nie chciała być.
Podeszła i zamknęła drobną dłoń w swojej.
Skierowali się do gospodarstwa Branieckich. Zbutwiała furtka w płocie była uchylona. Uderzyła w drzwi. Brak dźwięku. Spróbowała ponownie, po czym nacisnęła klamkę. Ani drgnęła. Okrążyła budynek, przyciskając czoło do brudnych szyb. Wnętrze tonęło w bezruchu i głębokich cieniach.
U Kozaków drzwi stały szeroko otwarte, odsłaniając ciemny korytarz. Amelia wyszeptała imiona sąsiadów, wypychając z płuc puste powietrze. Weszła do środka. Zajrzała pod łóżka, do szaf i do zimnego pieca, ale nie znalazła niczego poza opuszczonymi rzeczami. Tak samo było w kolejnym domostwie. I w następnym. W oknach odbijało się tylko blade, jesienne niebo.
Znieruchomiała na rozstaju dróg, gotowa zawrócić do Zielińskich. I wtedy to zobaczyła. Zza niewielkiego wzniesienia na końcu drogi wystawał dach ostatniego domu w osadzie. Z ceglanego komina unosiła się cienka smużka szarego dymu.
Zacisnęła palce na dłoniach dzieci. Poczuła nagłą, zwierzęcą potrzebę, by na końcu tej drogi znalazł się jakikolwiek inny dorosły człowiek.
Część 22 / 3
Dom za wzniesieniem omijano z daleka. W głowie Amelii zmaterializowało się wspomnienie matki. Elżbieta żegnała się pośpiesznie za każdym razem, gdy wiatr zawiał od strony tamtego komina. „Nie zbliżaj się tam" – jej pusty głos znów przemknął przez myśli. W oczach matki czaił się wtedy ten sam uciekający lęk, z którym patrzyła w stronę torów.
Na ścieżce tuż przed nimi wyrósł kot. Jego niebieskie oczy zatrzymały się na młodej kobiecie z surową powagą. Potem ruszył w stronę chaty, prowadząc ich za sobą.
Gdy dotarli pod drzwi, znieruchomiała. Jej własne serce łomotało w uszach ciężkim, samotnym rytmem. Maja mocniej zacisnęła palce na jej dłoni. Dziewczynka wpatrywała się w ciemne drewno ze spokojem, który nie pasował do dziecka. Amelia zebrała w sobie odwagę i zapukała. Szorstka wibracja rozeszła się po jej przedramieniu, ale w przestrzeni nie zadrżał najmniejszy dźwięk. Próżnia połykała każdy hałas. Uderzyła po raz drugi.
Drewno ustąpiło, otwierając się do wewnątrz. W sieni panował gęsty półmrok, przesycony zapachem dymu. Z początku można było dostrzec jedynie zarys drobnej, zgarbionej sylwetki. Gospodyni cofnęła się głębiej w cień i powolnym, oszczędnym ruchem dłoni nakazała im wejść.
Dziewczynka ruszyła śmiało, ciągnąc za sobą Alberta. Kot prześlizgnął się obok ich nóg i natychmiast zajął wytarty fotel w rogu izby, jakby bywał tu każdego dnia.
Przekroczyła próg i stanęła na środku izby. Wyposażenie było skromne: łóżko, stół i dwa krzesła. Okna zasłonięte grubymi kotarami nie przepuszczały światła, a podłogę skrywał gęsty dywan w kolorze omszałej zieleni. Jedynie ogień w kominku nadawał temu miejscu blady blask.
Część 33 / 3
Kobieta zbliżyła się do Amelii. Miała wąskie usta, małe zielone oczy i kruczoczarne włosy opadające na podniszczoną, brązową suknię. Nie przypominała bezzębnej wariatki z opowieści sąsiadów. Miała nadzwyczaj bystry, trzeźwy wzrok.
Wpatrywała się w młodą kobietę dłuższą chwilę. Poczuła na sobie ciężar tego spojrzenia, przesuwającego się po jej twarzy i zatrzymującego na oczach. Nie spuściła wzroku, uniosła podbródek, choć dłonie kurczowo zacisnęły się na materiale spódnicy. Chciała wyrzucić z siebie potok pytań o znikające domy i głuche lasy, ale gardło miała zbyt ściśnięte.
Rozejrzała się odruchowo. Kot siedział na fotelu obok, obserwując je obie z tym samym, nieludzkim spokojem.
Usta staruszki pozostawały zaciśnięte. Dopiero gdy płomień strzelił w kominku, linia jej warg drgnęła.
— W końcu przyszłaś.
Amelia drgnęła. Nie od razu uświadomiła sobie, że usłyszała ten głos naprawdę. Dźwięk był suchy i…