Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 8 min czytania

Prześniedź - Rozdział 6

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. W głowie wciąż brzmiał chropowaty głos staruszki: „Nie idź za tym, co lśni. To, co prawdziwe, z czasem matowieje".

Leżąc w ciemności, próbowała rozwikłać te słowa. Jeśli miała szukać drogi, która nie lśni, musiała wybrać odpowiedni moment. W pełnym słońcu świat był zbyt jasny i wyraźny. Z kolei nocą las tonął w czerni, a na niebie iskrzyły gwiazdy. Zostawał tylko ten krótki czas pomiędzy. Zmierzch. Pora, gdy wszystko traciło blask, a rzeczywistość stawała się szara i wypłowiała. To wtedy będzie musiała podjąć decyzję i ruszyć w drogę. Z tą myślą zamknęła oczy i zapadła w ciężki, pusty sen.

Poranek przyniósł chłód. Przy śniadaniu Albert pochłonął dwie pełne porcje resztek, które znalazła w spiżarni. Maja znów nie tknęła swojego talerza.

Później Amelia wyciągnęła z kufra na strychu ubrania, które Zosia odłożyła kiedyś na gorsze czasy. Z chłopcem poszło łatwo, ale trzyletnia dziewczynka pokręciła głową. Była stanowcza. Zamiast się przebrać, wciągnęła za duży, wełniany sweter wprost na swoją letnią, różową sukienkę. Drobne palce zacisnęły się na materiale, jakby mała nie zamierzała oddawać jedynej rzeczy, która wciąż łączyła ją z jej własnym światem. Chwilę później pobiegła za Albertem wprost do kurnika.

Amelia rozwiesiła pranie na sznurze przed domem. Woda z ciężkich tkanin kapała bezdźwięcznie w pożółkłą trawę. Na drewnianych schodkach ganku siedział kot. Wpatrywał się w ciemny otwór szopy w posągowym bezruchu. Rzadki widok – zwierzę, które z taką uwagą pilnuje dzieci.

Młoda kobieta usiadła na stopniu obok. Wsunęła zimne palce w jego gęstą sierść. Dzień powoli mijał. Blade, jesienne niebo zaczęło szarzeć. Zbierał się zmierzch. Zbliżał się czas.

Wstała z ganku. Podeszła do kurnika. Mrok był ciężki, nieprzenikniony. Unosząc dłoń, dała bezgłośny znak do powrotu. Ale z głębokiego cienia wyszła tylko Maja.

Amelia stała przy wejściu. Czekała, aż mrok wewnątrz choćby drgnie. Aż wyłoni się z niego znana czupryna. Nic. Tylko gęsta, nieruchoma pustka.

W jednej sekundzie zalała ją irracjonalna, zwierzęca panika – nieproporcjonalnie wielka wobec zwykłego zgubienia się dziecka w szopie. Zbyt wielka. Zbyt znajoma. Maja nie patrzyła w stronę kurnika. Jej wzrok uciekał za plecy opiekunki, jakby dziewczynka widziała tam coś znacznie ważniejszego. Słońce chowało się już za linią drzew, odbierając światu resztki barw. Amelia poruszyła ustami zadając nieme, gorączkowe pytanie, po czym potrząsnęła lekko ramieniem dziecka, rozpaczliwie domagając się odpowiedzi.

Dziewczynka powoli uniosła rączkę. Wskazała ścieżkę prowadzącą w stronę nasypu. Złoty, popołudniowy blask, który jeszcze przed chwilą kładł się na liściach, zniknął. Droga zszarzała. Zmatowiała.

Zacisnęła palce na ciepłej dłoni trzylatki.

Ruszyły w stronę torów przedzierając się z trudem przez gasnący, bury las. Powietrze stawiało fizyczny opór, nogi ciążyły jak z ołowiu, lecz napierała naprzód, napędzana czystym terrorem. Dopiero po chwili zobaczyła go przy nasypie.

Albert siedział na stalowej szynie, dokładnie w miejscu, gdzie metal wbijał się w ostre, zardzewiałe kamienie. Głowa zwisała mu bezwładnie na pierś, a dłonie spoczywały luźno na kolanach. Tuż obok, na samym środku torowiska, siedział kot. Wpatrywał się w Amelię osobliwymi ślepiami, nie mrugając ani razu. Na sekundę zobaczyła drugą sylwetkę. Małą. Stojącą dokładnie w tym miejscu. I siebie kilka kroków dalej. Nieruchomą.

„Nie biegnij" — powiedział wtedy głos. I nie pobiegła.

Rzuciła się naprzód, natychmiast puszczając dłoń Mai. Otworzyła usta, by wykrzyczeć imię chłopca i zepchnąć go z torów, ale z jej płuc wyrwało się tylko puste, bezgłośne tchnienie. Pociąg z koszmaru znów zadudnił w jej wyobraźni, niosąc ze sobą falę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Prześniedź - Rozdział 6 — czytnik · opowiadania