Western · 13 min czytania
Przesyłka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dziś rano znów obudziło mnie pianie koguta - ja kiedyś tego dziobaka każę sobie przyrządzić na kolację - nastrój miałem podły a pogorszył się jeszcze bardziej gdy zobaczyłem, ze mój brat śpi nadal smacznie. Chwyciłem butelkę podłej whisky, z ostatniego transportu i nalałem sobie szklaneczkę. Od razu zrobiło się lepiej. Rob otworzył jedno oko i mruknął - nalej i mi Tom - ten skurwiel zawsze wyczuje trunek w pobliżu.
Słońce właśnie zaczynało swoją wędrówkę po niebie i zabawę w parówkę, a w forcie zaczynał się normalny dzień pracy. "I tak dobrze że trąbka mnie nie rusza" - pomyślałem. Umyliśmy się i zamówiliśmy śniadanie - jajecznicę z fasolą i wołowiną - chyba trzeba coś upolować bo mi się już rzygać chce na widok wołowiny z puszki. Potem jak co rano stanęliśmy twarzami do siebie i zanuciliśmy cicho hymn południa - w tym momencie czułem odrazę do siebie za pobyt w tym forcie wśród "jankeskich psów". Zwyczajowo już stanąłem przed lustrem i zacząłem się bawić rewolwerami. Ze szklanej tafli patrzyła na mnie zarośnięta, znajoma morda z kilkoma szramami po nożu i jedną dość dużą blizną po jankeskiej szabli. Szare oczy spokojnie patrzyły na świat, z pełną świadomością, że najgorsze co może mnie spotkać to zimna kobieta w łóżku.
Koło 10 rozległo się pukanie do drzwi. - Wejść - krzyknąłem, wkładając rewolwery do kabur. W wejściu stał goniec od kapitana. - Co jest? - spytałem szorstko, już wiedziałem że dzisiejszego dnia nie uda się słodko przeleniuchować, kątem oka zauważyłem, że brat zabiera się do czyszczenia również mojego spencera - on również wiedział, że coś nas dziś czeka. - Proszę. - powiedział goniec podając mi kopertę. "Jest źle jeśli dostajemy pismo od faceta siedzącego dwa domy dalej" - pomyślałem. - Dzięki, możecie odejść - mruknąłem. Goniec zasalutował - chyba z przyzwyczajenia - i wymaszerował głośno trzaskając butami. Otworzyłem kopertę. W środku było wezwanie do stawienia się przy bramie na godzinę 11. - Zbieramy się, o 11 zacznie się polka braciszku - mruknąłem. W odpowiedzi usłyszałem tylko trzask zamka w oczyszczonej broni. Słońce powoli zbliża się do zenitu. Nadal mam podły nastrój, tym bardziej że musze ruszyć dupę z tego zasranego fortu - taki już los "najmity-rewolwerowca". "Gdyby nie to, że znam tutejszego komendanta jeszcze z Westpoint, to pewnie dawno już bym wisiał, ale przynajmniej razem z bratem" - uśmiechnąłem się do swoich myśli. W bramie stał Jake. Odeszliśmy na bok. - Jest przesyłka - mruknął. - Ma jej nie być? - spytałem z uśmiechem. Popatrzył na mnie z lekką naganą w oczach. Oj Tom - bardzo się zmieniłeś przez te ostatnie kilka lat - odpowiedział ze smutkiem. - Domyśl się dlaczego - odparłem. - Ok., co z tą przesyłką? - wtrącił się Rob. - Wiezie ją kurier, a wy macie ją eskortować do Laramie - powiedział Jake. - Przesyłki zwykle wożą kurierzy powiedz lepiej co w niej jest. - odparłem
Byłem niesamowicie zdziwiony gdy popatrzył mi w oczy i odparł - nowy środek wybuchowy razem z jego recepturą... Nawet kurier nie wie co wiezie i jaką to ma siłę - dokończył - macie go przejąć przy postoju, w czasie zmiany koni. - Ok. Jake, wchodzimy w to - odparłem. Na odchodnym dostaliśmy jeszcze po paczce naboi do naszej broni. Wyruszyliśmy. Słońce grzało mocno. Nad nami kołował sęp, poszukujący żeru. "Te ptaki szybko się uczą, że gdzie forty tam trupy" - pomyślałem. Nigdzie nam się nie spieszyło, mieliśmy czas... Po jakimś czasie zobaczyliśmy ciało leżące na środku drogi. - Ubezpieczaj mnie - mruknąłem. Zsiadłem z konia i z rewolwerem w ręce podszedłem bliżej. To był truposz, jeszcze ciepły. Kucnąłem, żeby się bliżej przyjrzeć i w tym momencie usłyszałem świst. Odruchowo rzuciłem się na ziemię i w tym samym momencie poczułem ból w miejscu, w którym mężczyzna nie powinien mieć ran, bo chwały to one mu nie przynoszą. W pobliskich krzakach zauważyłem ruch. Potem Rob strzelił a ja nie namyślając się dłużej również wypaliłem z obu luf. Zrobiło się cicho, wręcz upiornie cicho. Nawet sępy krążyły wyżej. Powoli zacząłem się czołgać w kierunku krzaków. Na całą nogę promieniował niesamowity ból. - Rob, chodź tu - cicho krzyknąłem - musisz mi wyjąć tą cholerną strzałę. Rob podszedł i klęknął przy mnie. - Masz - powiedział, podając mi nóż. - Zagryź mocno. Posłusznie wziąłem nóż w zęby i ułożyłem się wygodnie. Potem poczułem niesamowity ból ale w chwilę później przyszła ulga. Ciepła krew wylewała się na moje spodnie. Zrobiło mi się przyjemnie, jeśli można nazwać przyjemnością świadomość drugiej dziury w tyłku. Podarłem koszulę i gdy tylko wypłynęła odpowiednia ilość krwi, zrobiłem prowizoryczny opatrunek. Poczołgałem się głębiej w krzaki. Rob znów mnie ubezpieczał. Po chwili spostrzegłem podeszwy dwóch mokasynów. Trup Indianina, ubranego w wojskową kurtkę i spodnie, był jeszcze ciepły w jego czaszce, niemal dokładnie między oczami widać było otwór po kuli. Zagwizdałem cicho trzy razy. Po chwili brat stanął przy mnie. - Ten jest twój Rob - mruknąłem. Nawet nie musieliśmy wyjmować kuli - ja nie strzelałem tak wysoko. W jednym miejscu krzaki były połamane, jakby toczyła się walka. Podszedłem bliżej. Na ziemi były ślady jeszcze jednych mokasynów. Wyjąłem rewolwer i mruknąłem: - "ubezpieczaj mnie Rob". Ostrożnie zacząłem iść po śladach. Bardziej instynktem niż wzrokiem wyczułem ruch, Odruchowo złapałem rękę z nożem godzącym w moje serce, wypuszczając rewolwer. Wyszarpnąłem swój nóż i w tym momencie poczułem, że lewa ręka mi drętwieje. Nóż poleciał na ziemię. Zaskoczony zwolniłem też uścisk drugiej ręki i w tym samym momencie poczułem jak nóż przecina skórę na mojej piersi. Huknął strzał. Krew zalała mi oczy. Po chwili stwierdziłem, że jest to krew Indianina. Jego trup leżał w pobliżu. Moja koszula szybko czerwieniała. - "Zmywamy się stąd" - krzyknąłem. Podniosłem nóż i rewolwer. Podszedłem do trupa i chwyciłem jego włosy. Jednym cięciem zdjąłem mu skórę z czoła a potem szarpnąłem. Trochę żałowałem, że już nie żył gdy to robiłem. Potem zdjąłem skalp również drugiemu Indiancowi. Rozpiąłem mu kurtkę. Na jego piersi widniały blizny w kształcie Ptaka-Groma. Wróciliśmy do koni. Popatrzyłem na trupa nadal leżącego w kałuży własnej krwi. - Jedź dalej - mruknąłem do brata - Dogonię cię. Przerzuciłem trupa przez siodło i pognałem w kierunku fortu.
Brata dogoniłem dobrze po południu. Zwolniłem pozwalając koniowi odpocząć i zacząłem robić opatrunek z…