fantastyka · 7 min czytania
Przewoźnik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przewoźnik
Powoli schodziłem na dno jaskini. Musiałem uważać na każdy ruch. Skała była śliska od wody, która wyżłobiła zejście. Obejrzałem się za siebie. Wejście do jaskini zasłaniało drzewo, którego korona niczym ogromna szklana kula rozszczepiała promienie zachodzącego słońca. Żółtopomarańczowe sztylety światła przebijały zielony gąszcz liści, nadając drzewu wygląd gorejącego krzewu. Kilka z nich dotarło do mojej twarzy, dotykając jej przelotnie. Miałem wrażenie, że słońce żegna się ze mną, całując delikatnie i czule jak kochanka. Skupiłem myśli na schodzeniu. Gdy po kilku metrach ponownie spojrzałem w kierunku wyjścia z jaskini, ujrzałem jak ostatnie promienie słońca krwawo zagrały w końcowym akordzie i zgasły. Jeszcze kilka metrów i stanąłem u brzegu ogromnego podziemnego jeziora. Woda była zupełnie czarna, do tego stopnia, że wyczuwałem bijący od niej chłód. Plaża ciągnęła się na prawo i na lewo ode mnie, daleko w mrok. Zaskoczony byłem tym, że nie było zupełnie ciemno, raczej szaro jak przed zapadnięciem nocy czy tuż przed burzą, gdy wielka, nabrzmiała od nadmiaru deszczu chmura, zawisa nad ziemią. Mogłem spokojnie poruszać się, nie ryzykując, że wpadnę na jakieś przeszkody. Ale im dalej ode mnie, tym bardziej wszystko tonęło w atramentowej ciemności. Jaskinia żyła! Czułem jak pulsuje niczym serce. Szum fal przypominał szum krwi płynącej w żyłach. Lekki wiatr przemieszczał się w głąb jaskini i za chwilę powracał. Regularnie, w równych odstępach, niczym oddech śpiącego olbrzyma. Przebiegł mnie dreszcz. W tym momencie z ciemności wyłoniła się niewyraźna postać. „Potwór!” - pomyślałem w odruchu paniki. Chciałem uciekać, lecz nogi odmówiły mi posłuszeństwa. "Co to jest? O Boże, co to jest? Dlaczego nie podejdzie bliżej?, pytania cisnęły się do głowy. Po ostatnim pytaniu emocje zaczęły opadać. To coś przede mną stało nieruchomo. Nie wykazywało nawet najmniejszej intencji, aby podejść. Do głosu doszedł rozum. Na spokojnie przypatrywałem się istocie przede mną. Powoli z mroku wyłaniały się ludzkie kształty. Przynajmniej miałem taką nadzieję. To nieco mnie uspokoiło. Ale natychmiast pojawiły się kolejne pytania: Kto to jest? Co tu robi! I dlaczego, do jasnej cholery, nic nie mówi?" - irytowałem się coraz bardziej. - Kim jesteś? - zapytałem. Odpowiedziała mi cisza. Staliśmy tak przez chwilę naprzeciw siebie: ja i on. W końcu przemogłem strach. Podszedłem bliżej. Potwór okazał się wysokim mężczyzną w podeszłym wieku. Miał na sobie dziwną, krótką szatę spiętą na ramieniu spinką w kształcie muszli. Podpierał się, niczym na lasce, na wysokim kiju. Na stopach nosił skórzane sandały. Promieniował od niego niesamowity spokój. Wokół niego unosiła się aureola powagi i nawet lekki uśmiech w kącikach ust nie mógł jej zakłócić. Nadawał zaś jego twarzy przyjazny wygląd. - Kim jesteś? - spytałem ponownie. Nie powiedział nic. Obrócił się tylko na pięcie i gestem polecił iść za sobą. Zawahałem się. Ale wokół mnie nie była tylko ciemność. Żadnego punktu zaczepienia. I tylko ten starzec, który pojawił się tak niespodziewanie. Zrobiłem krok w jego stronę, następnie kolejny. I nogi, jakby odczarowane, uniosły mnie w jego stronę.…