Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 34 min czytania

Przez Góry i Lasy Yukonu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PRZEZ GÓRY I LASY YUKONU - DZIENNIK CONSTABLA RENFILDA MACGREGORA.

„PROLOG”

Drogi mój czytelniku dziennik, który właśnie trzymasz w ręku jest niczym innym jak zbiorem notatek z przebiegu mojej długoletniej służby w RCMP. Najlepiej jednak będzie, jeżeli zacznę wszystko od początku. Nazywam się Renfild MacGregor. Mam 29 lat i od 9 lat pełnię służbę w szeregach RCMP. Zapewne czytelnik chciałby wiedzieć jak wyglądam. Otóż jestem wysoki, mam ciemne włosy i zielone oczy, a do tego dochodzi angielska twarz i wspaniały uśmiech. To też nie bez przekory uchodzę za jednego z najprzystojniejszych w Konnej. Urodziłem się w małej chacie na bardzo dalekiej północy, a dokładniej na terytoriach północno-zachodnich i oto teraz miałem powrócić na umiłowane śnieżne pustkowie. Obowiązek służbowy zawiódł mnie na Yukon i to na cały rok. A ten dziennik, ściślej mówiąc, jest zapisem mojego pobytu na Yukonie. To też zastanowisz się jeszcze nie raz, mój czytelniku, czytając ten dziennik, dlaczego akurat Yukon. A to dlatego, iż jest to miejsce, które uczy pokory pysznych, a nagradza silnych.

„POSTERUNEK YUKON”

Ten dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie aż do chwili, gdy zostałem wezwany do gabinetu jego ekscelencji inspektora Tima Dowsona, który ujrzawszy mnie powiedział: - Gratuluje Ci synu, dostałeś przeniesienie na Yukon. Ja natomiast stałem i patrzyłem na inspektora takimi oczami jakbym go widział po raz pierwszy w życiu. Inspektor spojrzał na mnie uważnie: - Dobrze się czujesz, Rene? Spytał zaciekawiony. - Tak sir, tylko że strasznie mnie pan zaskoczył tym Yukonem Inspektorze i teraz nie wiem co mam powiedzieć. Wybąkałem: - Nie musisz nic mówić. Po prostu zakładamy tam nowy posterunek i potrzebuję doświadczonego człowieka. Wiem co pomyślisz, że przecież wszyscy funkcjonariusze Królewskiej Konnej są doświadczeni ale mi nie o ten rodzaj doświadczenia chodzi. Ja potrzebuję tam kogoś, kto umie przeżyć w tej głuszy, kto się tam urodził i zna każde drzewo oraz każdą połać lodu na tym pustkowiu i dlatego wybrałem ciebie spośród tak wielu. Powiedział inspektor, poklepując mnie przyjacielsko po ramieniu. - Nie zawiodę pana, inspektorze, obiecuję. Odparłem. - Wiem. Rzucił krótko Dowson. - A teraz idź do domu i spakuj się. - Tak jest. Odparłem i już miałem wyjść, gdy nagle inspektor zatrzymał mnie, mówiąc: - Prześlę ci jednego konnego. - Trzymaj się MacGregor. - Do widzenia, inspektorze. I tak, pożegnawszy swojego przełożonego, opuściłem posterunek i udałem się do domu. A kiedy znalazłem się w mieszkaniu szybko zacząłem się pakować. Tak więc, oprócz plecaka z ekwipunkiem, zabrałem ze sobą swoją starą strzelbę i kilka pudełek amunicji. Trzeba bowiem wiedzieć, iż po lasach Jukonu nie należy poruszać się bez broni. Później zarzuciłem sobie plecak na plecy i opuściłem swoje mieszkanie. I tak ruszyłem na lotnisko, a tam wsiadłem do samolotu, który leciał do With Hors na Yukonie. Na miejsce przybyłem dopiero wieczorem następnego dnia. Wysiadłem z samolotu i pożegnawszy pilota ruszyłem do osady. Na posterunku czekał już na mnie mój przełożony. - Witam Konstablu. Jestem kapral Bill MacMilan i od teraz będę twoim przełożonym. Powiedział wysoki brunet o czarnych oczach i przystojnej twarzy. Przez chwilę patrzył na mnie. - A wam Konstablu jak na imię? Spytał patrząc na mnie przyjaźnie. - Renfild MacGregor, sir. Odparłem. - No dobrze Konstablu MacGregor, z twoich aktów wynika, iż przebieg twojej służby jak dotąd był nienaganny. Mam nadzieję, że pozostanie taki nadal. - Ja również, sir, mam taką nadzieję. Odparłem. - Cieszę się, że zgadzasz się ze mną. A teraz idź, odpocznij i zjedz coś. Powiedział do mnie kapral podając mu rękę na pożegnanie. - Możesz odmaszerować Konstablu, to wszystko. Po opuszczeniu posterunku udałem się do miejscowego salonu aby coś zjeść. Kiedy wszedłem do środka oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę. Ja jednak nie zwróciłem na to uwagi i ruszyłem w stroną baru. Dziewczyna stojąca za ladą spojrzała na mnie, po czym spytała zalotnie: - Co podać przystojniaczku? - Coś do jedzenia proszę. Oparłem. - Już się robi. I to mówiąc zniknęła na zaplecze baru. W chwilę potem, gdy się pojawiła przyniosła mi porcję dymiącego gulaszu i stawiając talerz przede mną spytała: - Jak długo tu zostaniesz Konstablu? - To znaczy gdzie w With Hors czy w ogóle na Yukonie. Odparłem. - Bo jeśli chodzi o With Hors to po wynajęciu psiego zaprzęgu udaję się na swój macierzysty posterunek. A co do Yukonu to zostaję tu na rok. To wyjaśnienie zaspokoiło ciekawość barmanki, bo nie pytała o nic więcej. Ja tym czasem skończyłem jeść i już miałem wychodzić, gdy nagle do baru weszła wysoka, młoda, niezwykłej urody Indianka. Wszystkie męskie oczy zwróciły się w jej stronę. Dziewczyna tym czasem usiadła przy jednym z wolnych stolików i zamówiła herbatę .Stojąca za barem dziewczyna podała jej herbatę. Indianka zapłaciła należność. Kiedy to uczyniła, barmanka odeszła. Ja jednak wciąż siedziałem przy barze, niezauważony przez nikogo. Tak więc mogłem w spokoju obserwować cały lokal. Nagle, jeden z siedzących dotąd mężczyzn przy sąsiednim stoliku wstał i podszedł do Indianki chwiejącej się na nogach i zaczął ją zaczepiać. Dziewczyna wyrywała się i krzyczała. W końcu uznałem, że najwyższy czas wkroczyć do akcji. Wstałem z krzesła i podszedłem do oprawcy. - Puść tą panią! Rzuciłem krótko. - Patrzcie go chłopcy, znalazł się obrońca. - Coś ty za jeden? - Spytał mężczyzna wciąż ze mnie szydząc. - Renfild MacGregor, Królewska Kanadyjska Policja Konna nakazuje ci ją puścić. Jesteś aresztowany. Mężczyzna pobladł jak ściana i puścił dziewczynę. - No co wy, panie władzo, to były tylko żarty. Nie zamierzałem jej zrobić nic złego. Powiedział mężczyzna. - Jeśli to był żart to w bardzo złym guście i nie zauważyłem, żeby jej się podobał. Odparłem nakładając mu kajdanki. - Idziemy. Rzuciłem krótko i opuściliśmy bar, kierując się w stronę posterunku. A zamknąwszy go w celi wróciłem do baru po dziewczynę. Gdy ona mnie zobaczyła podeszła do mnie i powiedziała po angielsku: - Dziękuję Konstablu. I wyszła. Ja też opuściłem lokal i wynająwszy sanie oraz psy, ruszyłem ku dalekiej północy. Tak minął mój pierwszy dzień na Yukonie.

„CHATA - 7 STYCZNIA”

Nareszcie po trzech dniach i trzech nocach udało mi się dotrzeć do macierzystego posterunku, który był niczym innym jak zwykłą drewnianą chatą ukrytą wśród drzew. Zeskoczyłem z sań i podszedłem do drzwi. Były otwarte, więc wszedłem do środka. Po sposobie, w jakim zostawiono tą chatę widać było, iż została ona opuszczona dawno temu, a właściciel nie zamierzał wracać. To też postanowiłem się wprowadzić. Przez kilka dni jednak mieszkałem w igloo, gdyż chata wymagała remontu. Lecz gdy udało mi się już wyremontować chatę tak, iż nadawała się do zamieszkania, bez chwili wahania przeprowadziłem się do niej i muszę przyznać przed sobą, iż to, co ujrzałem po wejściu do środka mile mnie zaskoczyło. Dom składał się z trzech izb, jednej kuchennej i dwóch sypialnianych. Przy czym jedna z sypialni znajdowała się piętro wyżej. Ja jednak wybrałem tą na dole. Była to izba przestronna i jasna. Na środku tego pokoju stał stół i jedno krzesło pod oknem zaś biurko as przy nim również stało krzesło. Po lewej mojej stronie pod ścianą w koncie stał tapczan a nad nim wisiała półka na książki. Naprzeciw tapczan stał kominek, ale teraz nie palił się w nim ogień, więc zdjąłem plecak i postawiwszy go na ziemi ruszyłem po drzewo do lasu. Miałem szczęście gdyż znalazłem w lesie starą olchę zwaloną przez burze. Porąbałem, więc ją na kawałki i zaniosłem do domu a napaliwszy nią w kominku, usiadłem przed nim i patrząc wesoło na trzaskający ogień rozmyślałem nad swoim życiem. W końcu jednak poczułem senność i położyłem się spać.

„ MÓJ PARTNER - 8 STYCZNIA”

Dzisiejszy ranek należał chyba do najmroźniejszych. Ja jednak postanowiłem sprawdzić czy w tutejszych wodach są ryby tak, więc ubrałem się grubo i do tego wszystkiego włożyłem na siebie jeszcze parkę i tak ubrany wyszedłem na zewnątrz.. Do sań włożyłem plecak i wędkę, nakarmiłem psy i zaprzągłem je do sań. Po czym ruszyłem ku rzece Jukon. Kiedy po trzech godzinach znalazłem się nad rzeką od razu po przybyciu wykułem dziurę w lodzie. Niedaleko zaś rozpaliłem ognisko i usiadłem na klocku drewna i zarzuciłem wędkę. Nagle usłyszałem jakieś krzyki. Przez chwilę myślałem, że mi się wydawało, lecz krzyk się powtórzył. Wstałem, wziąłem plecak i ruszyłem w stronę skąd dobiegał krzyk. Zobaczyłem, że ktoś się topi. Niewiele myśląc wyjąłem z plecaka długi sznur i przywiązawszy jeden koniec do małej rosnącej niedaleko sosenki zaś drugi wziąłem ze sobą. Idąc doi topielca po lodzie a im bardziej zbliżałem się do tonącego tym krzyk był głośniejszy. - Pomocy niech mi ktoś pomoże. - Proszę się tym obwiązać. Poleciłem rzuciwszy linę topielcowi, ale widząc, ze to na niewiele się zdało, więc ruszyłem po lodzie ku tonącemu. A gdy już dotarłem i udało mi się wyciągnąć z rzeki Jukon kawał lodu, który przecież był człowiekiem, postanowiłem zabrać żywy kawałek lodu do swojej chaty i z tym postanowieniem włożyłem topielca do sań i przykryłem go derami. Ruszyłem do swej chaty. W domu rozpaliłem ogień w kominku i wniosłem nieszczęśnika do wnętrza, ale zanim jeszcze położyłem nieszczęśnika do łóżka zdjąłem z niego mokrą odzież. Jakże się zdziwiłem, gdy ściągnąłem mokrą kurtkę z pechowca. Okazało się, iż jest on dziewczyną to też odskoczyłem jak poparzony trzymając w rękach mokrą parkę. - Mój Boże i co ja mam teraz zrobić, przecież nie mogę tak bez ceremonii jej rozebrać. Pomyślałem. Istotnie dziewczyna była młoda i bardzo ładna. Miała długie, czarne, proste włosy, które splecione były w koszyczek. Co odsłaniało jej delikatną, dziecięcą twarzyczkę. Cerę miała jak Indianka. Co nadawało jej szczególnego uroku. Jednego, czego nie mogłem zobaczyć to były jej oczy gdyż dziewczyna mimo utraty przytomności wyglądała jakby spała. Kiedy się już opanowałem, zaniosłem tą nieszczęsną dziewczynę w kąt chaty i ułożyłem ją na tapczanie. Zdjąłem z niej buty i spodnie raz sweter i przykryłem dwoma kocami. Zaś ubranie rozwiesiłem nad kominkiem aby wyschło. Nagle coś wypadło z kieszeni kurtki. Podniosłem z podłogi ową rzecz. Były to dokumenty. Natychmiast otworzyłem książeczkę i przeczytałam: Konstable Enya Carter, wiek 24 lata, rysopis: włosy czarne, oczy brązowe, cera jasno brązowa, pochodzenie: Indianka ze Ynuit. A gdy skończyłem czytać zamknąłem owy dokument i włożyłem z powrotem do kieszeni kurtki. Tymczasem dziewczyna się powoli budziła ze swego letargu. Nagle obróciłem się i zobaczyłem, że dziewczyna podniosła głowę. Natychmiast też podszedłem ku tapczanowi, na którym leżała Konstable Enya. - Witam jak się masz? Spytałem, uśmiechając się do dziewczyny. - Gdzie ja jestem i kim pan jest? Spytała Enya, patrząc na mnie swoimi dużymi, orzechowymi oczami. - Jesteś w mojej chacie a ja jestem Konstable Renfild MacGregor. - Proszę nie bój się. Zapewne chciałabyś wiedzieć jak się tu znalazłaś. - O tak bardzo. Odparła dziewczyna wciąż patrząc na mnie. Ja natomiast usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem opowiadać. - Tego ranka wybrałem się na ryby i nagle usłyszałem twój krzyk, pobiegłem ku rzece i wyciągnąłem cię z lodowatej wody. Przywiozłem tutaj, po czym rozebrałem i położyłem. - Czy to znaczy, że uratowałeś mi życie? Spytała Enya. - Tak odparłem. Bez ceremonii jak gdyby wyciąganie topielców z rzeki Jukon było moim codziennym obowiązkiem. Następnie wstałem z posłania i ruszyłem do kuchni z zamiarem przygotowania posiłku. Tym czasem Enya wstała i ubrała się. Kiedy ja przygotowałem herbatę wszystko było już gotowe. Ułożyłem dzbanek i talerz z grzankami na tacy i wniosłem ją do izby. Widząc, iż mój gość wstał położyłem tace na stole. - Proszę wsiąść i coś zjeść. Zwróciłem się do dziewczyny. Młoda Konstabla usiadła na krześle i wpatrywała się we mnie. Nic nie mówiąc a także nic nie jedząc. Ja również patrzyłem na nią w milczeniu. - Jak ty właściwie masz na imię? Spytałem nagle. - Nazywam się Enya Carter i tak jak ty jestem Konstablem. Odparła wesoła dziewczyna. - Jechałam tu na północ z nakazu inspektor Dowsona. I to mówiąc wyjęła z kieszeni spodni kartkę papieru i podała mi ją. Ja szybko rozłożyłam kartkę i zacząłem czytać list. „Konstablu MacGregor Tak jak ci obiecałem przysyłam do ciebie młodą konną imieniem Enya Carter, będzie ona twoją partnerką. Wiem, że będziesz zaskoczony ale ufam iż zrozumiesz moje powody.... Podpisano inspektor Tim Dowson.” Skończywszy czytać list złożyłem go na powrót i oddałem Enyi, która natychmiast schowała list. - Posłuchaj Eniu zostaliśmy partnerami więc proszę mów mi Renfild albo Reni jak uważasz. Zwracając się do dziewczyny. - A ty jeśli chcesz możesz mi mówić Enya partnerze. Odparła dziewczyna podając mi dłoń na co w odpowiedzi uścisnął jej drobną rączkę i jeszcze raz dziewczyna spojrzała na mnie ale tym razem widziałem w tych oczach smutek. - Proszę Enyu nie patrz na mnie tak smutnym wzrokiem. Poprosiłem. Dziewczyna obróciła głowę i spytała: - Reni przepraszam, że oto pytam ale gdzie mogę spędzić dzisiejszą noc? - Chodź za mną. Powiedziałem i poprowadziłem dziewczyną na górę do niewielkiej izby. - Proszę o to twój pokój Eniu, życzę dobrej nocy. Powiedziałem. Po czym zeszedłem na dół po schodach a znalazłszy się w swojej izbie usiadłem na tapczanie i zacząłem rozmyślać: - No ładnie panie inspektorze jak ja mam się zachowywać wobec tej piękności. Inspektorze jeśli to miał być kawał to w bardzo złym guście no bo panie inspektorze szczerze powiedziawszy jestem zakłopotany. Dziewczyna jak partner Boże nic dziwniejszego nie mogło mnie spotkać ale dobrze jeśli pan sobie tego życzy. Powiedziałem zwracając się do wyimaginowanej postaci. Po czym kończąc tą dziwną rozmowę, położyłem się spać ale jakoś nie mogłem zasnął tylko leżałem w ciemnościach.

„POŚCIG”

Przez kilka długich tygodni poznawałem swoją partnerkę a im bliżej ją poznawałem tym bardziej zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Okazało się bowiem, że dziewczyna okazała się wspaniałym kompanem i druhem. Muszę przyznać sam przed sobą iż jestem szczęśliwy, że Enya jest ze mną: - Reni przyszedł list od inspektor Dowsona. Powiedziała Enya kładąc kopertę na stole. Ja podniosłem się z krzesła i podszedłem do stołu, wziąłem kopertę do rąk. Otworzyłem list po czym zacząłem czytać na głos: „Konstablu MacGregor i Konstablu Carter, jest sprawa do rozwiązania. Otóż waszą stronę nawiedził okrutny łotr jakiego nosiła ziemia. Łotr ten nazywa się Bill Carter i popełnił morderstwo. Toteż należy go schwytać żywego lub martwego.... Podpisano Inspektor Tim Dowson.” Kiedy skończyłem Enya powiedziała: - A więc ruszamy w pościg czy tak? - Tak. Odparłem. Tego wieczoru Enya była bardzo milcząca to też każde z nas ruszyło w milczeniu do siebie. „TAJEMNICA ENYI - 2 LUTY”

Następnego dnia rano Enya nie zeszła na śniadanie. W pierwszej chwili pomyślałem, że zaspała więc poszedłem na górę aby ją obudzić. Lecz kiedy po trzy krotnym pukaniu w drzwi jej pokój nikt nie otwierał postanowiłem wejść. To też nacisnąłem klamkę i o dziwo drzwi otworzyły się. Jakież było moje zdziwienie gdy ujrzałem, że koce na tapczanie były złożone tak jakby nikt pod nimi nie spał. Na stole zaś leżała kartka. Podszedłem do stołu i wziąłem kartkę do ręki. Po czym zacząłem czytać: „Drogi Renfildzie, Wiem, że kiedy przeczytasz ten list przeżyjesz szok ale proszę cię nie osądzaj mnie zbyt pochopnie otóż człowiek, którego prawo nazwało łotrem jest moim ojcem. Też proszę cię wybacz mi, że sama ruszyłam w pościg ale zrozum, że ciężko mi jako córce patrzyć na to jak mojemu ojcu będą nakładać kajdanki. P.S. Pożyczyłam sobie twoją broń, zwrócę ci ją po powrocie. Podpisano Konstable Enya Carter.” Gdy skończyłem czytać, schowałem list do kieszeni i usiadłem na krześle. Przez chwile siedziałem w milczeniu patrząc na tapczan na którym śpi Enya. Następnie wstałem i szybko opuściłem sypialnie Enyi i zeszedłem na dół. Bardzo szybko włożyłem na siebie parkę a następnie spakowałem do plecaka trochę żywności i zarzuciwszy plecak na plecy wyszedłem z domu. Tym razem jednak zamiast sań miałem na nogach rakiety śnieżne. Wiedziałem dobrze, że teraz jestem zdany na siebie w duszy miałem nadal dziwne przeczucie iż wkrótce znajdę Enyę. Tym czasem gdy ja brnąłem przez śniegi Yukonu, Enyi udało się odnaleźć ojca, który jednak odmroził sobie płuca. Tak więc kiedy Enia dotarła do kryjówki ojca i weszła do środka zobaczyła Billa Cartera leżącego na posłaniu, który dyszał ciężko niczym ranne zwierze. Enya podbiegła do posłania i przyklęknąwszy obok ujęła ojca za rękę. - Jak się masz tato czy nic ci nie brakuje? Spytała dziewczyna łagodnie. - Nie Enyu nic mi nie potrzeba. Enia wstała i wzięła się do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przez Góry i Lasy Yukonu — czytnik · opowiadania