przyjazn · 10 min czytania
Przez mgłę też widać piękno
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zastałam Hanię w kuchni,snuła się bez większego entuzjazmu. W promieniach popołudniowego słońca wyglądała świetnie. Miałam ochotę podejść, objąć ją i przytulić. Dawno tu nie byłam, stęskniłam się za nią i za jej cudownym ogrodem.
- Ta rozmowa będzie dla ciebie trudna, może ją jednak przełożymy?
Pokręciła przecząco głową.
- Wszystko dobre, co pozwoli mi na chwilę odpocząć. Może przejdźmy do rzeczy - powiedziała ściszonym głosem. Zwinęła się w kłębek w fotelu i okryła się szczelnie kocem.
- Tamtego dnia moje dotychczasowe życie kończyło się bezpowrotnie - zaczęła - wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, nic nie rozumiałam, gdzieś pod moim rozciągniętym swetrem ciągle tliła się iskra nadziei. Wchodziłam do poczekalni kliniki zataczając się ze zmęczenia, przeszło pół dnia tłukłam się pociągiem, normalnie nie byłoby o tym mowy. Pulchna rejestratorka spojrzała na mnie krytycznie, jeszcze przez następne pół godziny jej oczy świdrowały zza filara w moją stronę jak laser.
Część 22 / 2
- Dlaczego o tym mówisz? Czyżby ten babsztyl cię dotknął, przecież nie jesteś małostkowa.
- Cóż, było mi przykro, byłam rozdrażniona, miałam żal do losu, do wszystkich, rozum zaczął powoli wyciekać mi uszami. Po krótkiej chwili znalazłam strategiczne miejsce i wiedziałam, że nikt nie miał szansy oglądać mojej twarzy. Chciałam zniknąć, schować się przed całym światem. Niestety wielkie lustro atakowało mnie wizerunkiem przerażonej kobiety w wytartych dżinsach, o włosach rozrzuconych w totalnym nieładzie. Koszmar, ale nie to było najważniejsze - nie mogłam odczytać nawet wielkiego napisu widniejącego na wielkim plakacie wiszącym na przeciwległej ścianie. Kolory i litery zlewały mi się w wielką, szarą plamę. Spowijała je mgła. Trwało to od niedawna, podniosłam alarm dopiero, gdy odkryłam, że górną część tęczówki mojego oka spowija niepokojąca błonka w kształcie księżyca. Od tego momentu zaczęłam się bać. Strach mnie paraliżował, bałam się wszystkiego, a najbardziej tego, co może nastąpić niedługo; przemijania, pustki rozumianej najdosłowniej, choroby i upokorzeń z nią związanych, przechodzenia urody w nieodwołalną brzydotę i fizycznego i intelektualnego unieruchomienia. Nocami śniła mi się starucha z oczami białymi jak mleko. Poranki nie były lepsze. Przerażało mnie, że nie będę mogła już wziąć do ręki pędzla, nie będę rozpoznawać koloru farb, nie zbuduję karmnika dla ptaków i nie zobaczę jak dorasta moja córka. Bałam się tego jak diabła, dużo bardziej niż śmierci. Może, dlatego, że śmierć mnie zawsze uwodziła. Myśląc o niej zawsze pocieszałam się, że śmierć to jeszcze jedna moja życiowa przygoda, która w przeciwieństwie do wielu innych nie rozczaruje mnie.
Słuchając Hani odżywały we mnie wszystkie nasze dobre i złe chwile, ale nie chciałam jej przerywać, nie umiałam nic mądrego powiedzieć.
- Szamocząc się w przemyśleniach nie zauważyłam, że nieodwołalnie nadeszła moja kolej. Weszłam zaciskając dłonie. Za wysokim oknem gabinetu lekarskiego też panowała ta sama szara mgła, zasłaniała sobą świat - mówiła dalej odwracając twarz do ściany. -Infekcja, nie da się jej zatrzymać, w jednym oku na pewno straci pani wzrok. Pogorszy się też stan prawego oka. Za kilka lat prawdopodobnie całkowicie pani oślepnie - tymi słowami okulista zakończył naszą rozmowę i wysłał mnie na dalsze badania. Diagnoza była jednoznaczna. Zamarłam. Ciemność jest bezlitosna - ta okrutna świadomość. Wróciłam do domu i rzuciłam się na łóżko. Płakałam tydzień. Chciałam tylko spać i spać. W koszmarach sennych widziałam tylko kolory, które straciłam na zawsze i twarze bliskich, które nieuchronnie stracę, sytuacje, których nigdy nie zobaczę. Nie byłam pewna czy coś mi się należy od świata. Nie mogłam się uspokoić. Budziłam się w ciemności i krzyczałam. Mijały dnie i noce. Świat dookoła wariował. Ludzie gubili się w lesie, gonili króliczka, spieszyli się narzekając na brak czasu, podejmowali rozmaite wyzwania, kończyli remont. U mnie nie działo się nic. W końcu przemogłam pokusę ucieczki w sen i bezruch - wstałam z łóżka. Czułam się bezradna jak wieloryb wyrzucony na plażę pytający całokształtem swego przerażonego istnienia - „CO DALEJ". Podeszłam do okna, był zwykły letni poranek, prawdopodobnie podobny do poprzednich. Nie będę myśleć o bólu, nie poddam się chandrze, jestem wolna i to jest coś - pomyślałam wbijając wychudzone nogi w gumowe klapki. Wyczołgałam się do ogrodu - pachniał rosą. O, Boże! Jak dawno tu nie byłam, a tak kocham ten mały kawałek ziemi wyrwanej z trudem z paszczy zachłannego zagajnika? Otulała mnie wilgotna cisza. Przyroda powoli budziła się do życia, ciepłe słońce leniwie wspinało się po podniebnej drabinie. Mrużąc zapuchnięte oczy, instynktownie podniosłam głowę ku niebu, powietrze było jak źródlana woda. To jest mi potrzebne i niezbędne!- Wykrztusiłam przez łzy. - To ja przestanę widzieć, ale świat nadal widzi mnie! Zapewne uschły