Horror · 30 min czytania
Przez pajęczyny i cienie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Często zastanawiałem się, jakie zdarzenie można przyjąć za koniec dzieciństwa. Nie mogę mówić za innych, ale dla mnie tym momentem był dzień, w którym usłyszałem o domu. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że kiedyś będę musiał umrzeć.
Wybiegłem z morza i popędziłem w kierunku wydm, żeby schować się przed zdradliwymi uderzeniami chłodnego powietrza. Pomarańczowe słońce leniwie chowało się za horyzontem. O tej porze ludzi na plaży dało się zliczyć na palcach obu rąk - jedni otrzepywali ubrania z piasku, inni cierpliwie wypuszczali powietrze z materacy. Patrzyłem na nich leżąc na ręczniku i beztrosko machałem nogami. Czułem się wyjątkowo szczęśliwy i nawet teraz przywołuję wspomnienie tych wakacji, jako jedno z moich ulubionych. Czas zatarł część szczegółów, nie jestem już dokładnie pewien, które rzeczy wydarzyły się naprawdę, a które sam wymyśliłem. Nie mogę sobie przypomnieć, w jakim kostiumie była moja mama, kiedy uciekała przed tatą uzbrojonym w obślizgłą meduzę i garść cuchnących wodorostów. Nie pamiętam, co leciało w kinach ani jakie książki czytałem wieczorami. Nigdy jednak nie zapomnę dwóch rzeczy, które utrwaliły się w mojej podświadomości na zawsze, niczym wypalone kwasem. Pierwsza – jakże wydaje się teraz błaha – to biust niskiej dziewczyny w białym kostiumie, która często rozkładała swój koc i śmieszny połatany parawan tuż za nami. Każdego poranka wprost zrywałem się z łóżka, by nie przegapić chwili, gdy wyjdzie z wody, a przez prześwitujący stanik zarysują się różowe brodawki. Bacznie obserwowałem ją leżąc na brzuchu, żeby nikt nie dostrzegł małej burzy hormonów w moich obcisłych kąpielówkach. Druga rzecz wydarzyła się zupełnie niespodziewanie.
Ciotka – siostra mojej mamy – zawsze traktowała mnie inaczej niż reszta dorosłych. Zwracała się do mnie, jak do równego sobie, nie używała idiotycznych zdrobnień, czy żałosnych żartów, którymi ludzie tak często próbują zjednać sobie dzieci. Uwielbiała też mówić i, co stanowi rzadkie połączenie, najczęściej robiła to z sensem. Ale tamtego dnia prawie się nie odzywała, zdawkowo zbywała wszystkie próby rozpoczęcia rozmowy. Dotąd pamiętam, w jakie osłupienie wprawiło mnie to , co w końcu powiedziała. - Dziwne… To ostatni raz, kiedy oglądam morze. Nigdy więcej tu nie przyjadę. Spoglądała gdzieś przed siebie i nie byłem pewien, czy w ogóle mówiła do mnie. Nigdy nie pytałem, ile ma lat, ale kiedy tak siedziała w brzydko pofałdowanym, jednoczęściowym kostiumie i niemodnym kapeluszu, spod którego wystawały strąki siwych włosów, pomyślałem, że musi być już naprawdę stara. - O... O co ci chodzi, ciociu? – Udało mi się z siebie wydusić. Uśmiechnęła się i przetarła oczy, jakby drobinki piasku wpadły w ich kąciki. - To długa historia. Właściwie, to nigdy nie spodziewałam się, że mnie też się przytrafi. Może zabrzmieć trochę niedorzecznie, ale uwierz, mówię prawdę. Pamiętasz, że dwa dni temu źle się czułam i zostałam w pokoju, prawda? Widzisz… Wtedy coś się wydarzyło. Bolała mnie głowa i położyłam się na łóżku, żeby odpocząć. Mogłabym przysiąc, że przymknęłam oczy jedynie na chwilę, a mimo to, kiedy je otworzyłam, cienie w pokoju znajdowały się dużo bliżej łóżka niż wcześniej. Spojrzałam na zegarek, ale nie minęło nawet pięć minut. I wtedy dostrzegłam, że się wydłużają. Tak… Tak jakby po mnie sięgały i chciały wciągnąć do swojej martwej czerni.- Przerwała na chwilę i pospiesznie rozejrzała się dookoła, jakby chcąc sprawdzić, czy aby nie robią tego właśnie w tej chwili. Nie mogłem oderwać od niej oczu i na śmierć zapomniałem o dziewczynie w białym kostiumie. Wyczuwałem, że to dopiero początek tej dziwnej opowieści i wkrótce mogę dowiedzieć się czegoś, co do tej pory było zarezerwowane dla świata dorosłych. Czegoś, co niekoniecznie musi mi się spodobać. - A co z nocą? Przecież, wtedy nie można ich zobaczyć? - Ośmieliłem się zapytać, choć bałem się, że przypomni sobie, że mówi do dziecka i przerwie historię. Ona jednak znowu tylko się uśmiechnęła i zrobiła ruch, jakby chciała pogłaskać mnie po głowie. Ręka zawisła jej w powietrzu i nie zrobiła tego. - Za to cię lubię – jesteś sprytny, nie słuchasz bezmyślnie. Masz rację, ciężko dojrzeć cienie, gdy wszystko tonie w ciemnościach… Na pewno nie raz widziałeś już pajęczyny, co? - Chciałem przytaknąć, ale zanim zdążyłem, choćby ruszyć głową, słowa znów popłynęły – Następnego dnia obudziłam się parę minut po północy. Bardzo chciało mi się pić, ale leżałam chwilę bez ruchu, żeby nie obudzić twojego wujka. Powoli odgarniałam pościel, kiedy dobiegły mnie dziwne, chropowate dźwięki dobiegające zza szafy stojącej naprzeciwko łóżka. Ciężko je opisać, ale brzmiały trochę tak, jakby ktoś wbijał w ścianę drobne paznokcie i niespiesznie wychodził zza drzwi. Nie chciałam budzić twojego wujka, więc tylko patrzyłam, jak z głębokiej czerni wyłania się nieregularny, biały kształt i miękko opada na pościel. Zanim pomyślisz, że to podmuch wiatru uniósł pajęczynę... Wszystkie okna były szczelnie pozamykane – Bóg jeden wie, w jaki sposób przyleciała do mnie. Uniosła się równie miękko jak wcześniej i przylgnęła mi do powieki. Spróbowałam krzyknąć, ale kiedy wciągnęłam powietrze, jej fragmenty wleciały mi do gardła. Nie wiem, czy zemdlałam, czy po prostu zasnęłam... Teraz najmniejszy szelest sprawia, że wtulam się głęboko w poduszkę i staram się myśleć o czymś innym, niż o pajęczynie snującej nici w głąb moich oczodołów.
Zorientowałem się, że nerwowo rozkopuję piasek wokół siebie. Miałem go pełno pod paznokciami, ale mimo to zacząłem je lekko przygryzać. Ziarenka zgrzytały mi między zębami, ale nie wystarczająco głośno, by zagłuszyć głuche, coraz szybsze bicie mojego przestraszonego serca. - Pewnie nikt ci tego nie mówił, ale od lat należy do nas dom. Położony na brzegu lasu, wystarczająco daleko od drogi, żeby mieć tam spokój, ale nie na tyle, żeby go nie zauważyć. Jest jednopiętrowy, z dużą kuchnią i tarasem, który wychodzi na położone nieopodal jezioro. Niestety, nie nadaje się do pływania. Nie żyją w nim żadne ryby, a woda nawet w najgorętsze dni lata jest lodowato zimna. Jeśli chodzi o sam budynek, to nic nie zmienialiśmy. Meble przejęliśmy po poprzednich właścicielach, których nigdy nie poznaliśmy. Wszystkie zrobione są w ciemnym drewnie, przypuszczam, że wyciętym z lasu, który rośnie wokół domu. Niektóre, naprawdę przerażające, mają wyrzeźbione ludzkie twarze, wykrzywione w najdzikszych, najdziwaczniejszych grymasach. Ojciec chciał je od razu wyrzucić, ale wydawały się należeć do tego miejsca i coś powstrzymało nas od porąbania je na szczapy i spalenia w ognisku. Wspominałam już o lesie… Drzewa rosną tam bardzo gęsto i wysoko. Słońce zagląda przez okna, dopiero kiedy stoi wysoko na niebie tak, jakby nie mogło się przebić przez głęboką zieleń koron. Mój dziadek powiedział kiedyś, że czuje się tam prawie jak w kościele. I choć brzmi, to nieco dziwacznie - chyba miał rację. W wakacje zdarzało mi się tam jeździć na długie tygodnie, ale nigdy nie usłyszałam nawet jednego ptaka, czy zwierzęcia przemykającego gdzieś między krzakami. To nie oznacza oczywiście, że w ogóle ich tam nie ma. Byłam niewiele starsza od ciebie w dniu, kiedy spotkałam pierwsze z nich. Siedziałam na werandzie popijając mrożoną herbatę i ostatnią rzeczą, której się spodziewałam, był odgłos potężnych łap stąpających po naszym świeżo skoszonym trawniku. Potężny kształt wyłaniał się zza rogu. Miał poszarpane, niemal całkiem siwe futro, ogromne – choć połamane - pazury i cielsko, które wydało mi się najbardziej przerażającą rzeczą, jaką stworzył Bóg. Niedźwiedź przystanął, uniósł łeb do góry i zaczął węszyć. Nagle odwrócił się w moim kierunku i zobaczyłam... Bielmo na jego oczach. Był zupełnie ślepy, ale mogłabym przysiąc, że wiedział, że tam jestem i patrzę na niego. Potężna paszcza poruszyła się, jakby chciał zaryczeć. Zamiast tego, z jego piersi wydobył się tylko cichy i niepokojąco ludzki jęk. Łapy, które wydawały się solidne niczym dęby, ugięły się pod nim i runął gwałtownie, jak ścięte drzewo. Z pyska popłynęła mu krew wsiąkając powoli w ziemię. Nie wiem, czy mam rację, ale wydaje mi się, że jego śmierć przywróciła temu miejscu dziwne właściwości. Dotąd uśpione, teraz rozbudziły się na nowo.… Od tamtego dnia zawsze, gdy przyjeżdżaliśmy, znajdowaliśmy truchła zwierząt – ptaków, wilków, saren - w różnym stopniu rozkładu, rozsiane po całej posesji. Dziadek z ojcem przenosili je do lasu bez słowa, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie, którego sensu nie potrafiłam pojąć. - Ciocia zakopała stopy w ciepłym piasku i zatrzęsła się, jakby to wspomnienie było namacalnie zimne. Nie miałem już pojęcia, czy opowiada prawdziwą, czy straszną, lecz wymyśloną historię. Tak czy inaczej – nie mogłem przestać jej słuchać. - Właściwie, to nie wiem, czy dobrze robię opowiadając ci to wszystko... Masz wakacje, nie powinieneś myśleć o takich rzeczach. - Ależ nie - gorączkowo potrząsnąłem głową – Proszę ciociu, to najciekawsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem. - Naprawdę? Niech ci będzie. Lato ustąpiło jesieni, ta niepostrzeżenie zmieniła się w zimę. Zdążyłam już zapomnieć o niedźwiedziu i martwych zwierzętach. Spisywałam listę świątecznych prezentów, kiedy zadzwonił telefon. Odebrała go mama. Nie mówiła dużo, głównie słuchała. Miałam już wtedy trzynaście lat i doskonale zdawałam sobie sprawę, że stało się coś złego. Gdy skończyła, odłożyła słuchawkę i stała tak przez chwilę, rysując palcem niewidzialne wzory na tarczy telefonu. Poprzedniego wieczoru zaginął dziadek. Całą rodziną szukaliśmy go od świtu do późnej nocy. Wykonaliśmy setki telefonów do znajomych, przetrząsnęliśmy wszystkie szpitale i kostnice. Nigdzie go nie było. Do miejsca, które nazywał „kościołem”, pojechaliśmy na samym końcu, bez większych nadziei. Wyruszyliśmy następnego dnia z samego rana i dotarliśmy do celu wczesnym popołudniem. Samochód dziadka stał schowany w cieniu na samym końcu podjazdu. Drzwi od strony kierowcy były otwarte na oścież, a kluczyki wisiały w stacyjce. Przez moment wydawało mi się, że gdy na nie spojrzałam - zakołysały się, ale to było tylko złudzenie. Nasze kroki zadudniły po deskach werandy - oprócz nich nie było słychać niczego. Przeszliśmy przez ciemny przedpokój i opustoszałą o tej porze roku kuchnię, wprost do salonu. Drzwi na taras były otwarte na oścież. Wszystkie meble, prócz skórzanego fotela, stały pod ścianami, tak, że ten, kto na nim siedział, znajdował się w centralnym punkcie pokoju. Poczułam, jak tata kładzie mi rękę na ramieniu i drżącym głosem prosi, żebym poczekała w aucie. Nie wiem, czy nie posłuchałam go celowo, czy coś kazało mi podświadomie zignorować to, co powiedział. Nim zdążył mnie zatrzymać, stałam już przy zwykłym, lecz przerażającym wtedy meblu, odwróconym do nas oparciem. Znalazłam dziadka. Martwe oczy miał szeroko rozwarte, podobnie jak usta. Sine dłonie były tak mocno zaciśnięte na wychudzonych nogach, że wyglądały jak szpony. Czarny, elegancki garnitur, był ubrudzony czymś, co wyglądało jak odchody małych zwierząt. Mama zaniosła się szlochem i prawie na oślep wybiegła z domu. Wtedy stała się rzecz, która jeszcze przez wiele nocy prześladowała mnie w koszmarach. Dziadek poruszył językiem. Ojciec głośno wciągnął powietrze, a ja nie byłam w stanie poruszyć, choćby najmniejszym palcem. Spomiędzy napuchniętych, martwych ust, wyszedł pająk. Plótł sieć, której sieci ginęły w mroku gardła. Zrobiło mi się niedobrze i słabo na myśl o pajęczynie rozpostartej głęboko w jego wnętrznościach. Wychodząc z domu nie dawało mi spokoju to , co zobaczyłam w oczach dziadka. Choć szeroko otwarte - nie było w nich strachu ani spokoju. To było coś innego. Jakaś duma, odwaga granicząca z zuchwałością. Pomyślałam, że w chwili mojej śmierci chciałabym móc spoglądać przed siebie dokładnie tak samo… Ciocia podniosła się z leżaka i zaskakująco lekkim krokiem podbiegła w stronę morza. Przytuliła się do męża, a kiedy ten odwrócił się, żeby ją pocałować, pchnęła go ze śmiechem do wody. Zrozumiałem, że to koniec historii i chociaż bardzo bym prosił, to nie dowiem się już niczego więcej. Rodzice zaczęli pakować rzeczy i niecałe pół godziny później ruszyliśmy do hotelu. Na kolację wszyscy wzięliśmy sobie krewetki, tata pozwolił mi wypić cały kieliszek wina, a ciocia znowu zachowywała się jak ciocia i ciągle rzucała żartami. Niektóre z nich były całkiem śmieszne. Rano już jej nie było. Nie znaleźliśmy jej martwej w hotelowym łóżku, pod prysznicem, czy na plaży. Zostawiła wszystkie rzeczy tam, gdzie leżały i dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Nikt nic nie widział. Wujek szalał z niepokoju, rodzice wypominali sobie, że to drugie powinno było coś zrobić. A ja? Siedziałem na balkonie i w ogóle się nie odzywałem. Dobrze wiedziałem, dokąd pojechała. Dzień wcześniej powierzyła mi sekret i nie miałem zamiaru zawieść jej zaufania. Miałem tylko nadzieję, że przed śmiercią zdążyła zobaczyć to samo, co dziadek. I że umarła szczęśliwa. Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do domu i moje wakacje skończyły się w połowie lipca, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęły. Jak przez mgłę pamiętam pogrzeb i ciche rozmowy dorosłych, z których wyławiałem pojedyncze zdania i słowa. "... Nie mogła... sama...". "szybko? ". "...Tym... fotelu". „absolutna cisza” " pajęczyny". "całkiem sama... Przerażające". "las".
Część 22 / 2
"dom". "Ten dom...".
Chodziłem pomiędzy nimi ze spuszczoną głową i uśmiechem na twarzy. Czekałem. Czekałem, aż wszyscy pójdą, żeby zbliżyć się do otwartej, wyłożonej atłasem trumny, odchylić powiekę cioci i sprawdzić, czy udało jej się odejść, tak jak chciała. Zapomniałem, że wszyscy mieli mnie tylko za dzieciaka, który za bardzo nie rozumie, co się teraz dzieje i przestraszony, plącze się bez sensu po pokojach. Gdy tylko zbliżałem się do zwłok - dorośli mnie wyganiali. „Nie powinieneś oglądać takich rzeczy.” Następnego dnia w telewizji transmitowali mecz mojej ulubionej drużyny i zapomniałem o tajemnicy domu, do którego droga wiedzie przez pajęczyny i cienie.
Ponowne rozważania nad śmiertelnością dopadły mnie dopiero na drugim roku studiów. Wszystko zaczęło się od, wydawałoby się niewinnych, problemów ze wzrokiem. Złożyłem je na karb wyczerpania sesją i obiecałem sobie odstawić na dłuższy czas wszelkie używki. Podwójne widzenie, jednak nie ustępowało, a wzdłuż kręgosłupa zacząłem odczuwać dokuczliwe bóle, jakby ktoś raził mnie prądem. Diagnoza była równie prosta, co bezlitosna: sclerosis multiplex, zwane też stwardnieniem rozsianym. Wszelkie prognozy, co do przebiegu choroby były bezcelowe – u każdego pacjenta przebiega ona inaczej. Mogłem w szybkim tempie stać się inwalidą, równie dobrze objawy mogły być rzadkie i nie utrudniać mi normalnego funkcjonowania. W mojej naturze nigdy nie leżało bezczynne oczekiwanie na to , co przyniesie los. Postanowiłem walczyć i, jakkolwiek banalnie, by to nie brzmiało, żyć pełnią życia.
Ożeniłem się z niską dziewczyną o dużych piersiach i małych, różowych brodawkach. Byliśmy w sobie bardzo zakochani. Mieszkaliśmy w…