Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 46 min czytania

Przeznaczeni

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1. 21.05.11 r. Dzisiaj było tak ciepło, że podarowałem sobie opalanie. Stwierdziłem, że spieczenie się na raka nie jest mi do szczęścia specjalnie potrzebne. Słyszałem zresztą, że majowe słońce sprzyja powstawaniu piegów, ale nie wiem, ile w tym prawdy. Nieważne. Nie zamierzam się przekonywać. Wiem, że pisałem o tym już parę dni temu, ale martwi mnie trochę to, że nie dostanę się na studia. Matury poszły nawet w porządku, ale z wynikami nigdy nic do końca nie wiadomo. W dodatku jest tylu innych chętnych, a przecież kierunki mają ograniczoną liczbę miejsc. Mimo to staram się być dobrej myśli. Nie to, że jestem, ale staram się być. Co innego mi pozostało? W końcu są wakacje, najdłuższe w całym życiu. Szkoda czasu na zmartwienia. Dziś jest chyba jakiś koncert na rynku, ale nawet nie wiem, z jakiej okazji. Poszedłbym gdyby nie to, że umówiłem się już ze znajomymi na karaoke. Z nimi będzie zabawniej. Bażant znowu zacznie tak fałszować, że wypłoszy resztę klientów. Aż dziw, że nadal może śpiewać. Albo że w ogóle nadal jest to karaoke. Widocznie właściciel stawia na dobrą zabawę. A klienci mogą przyjść w inne dni. Ale co z tego, że będzie śmiesznie, jeśli to nie załatwia całej sprawy? Mam na myśli to, że kumple przyjdą z dziewczynami. No, może nie wszyscy, ale większość. Nawet Bażant (tak, ten pożal się Boże śpiewak) niedawno kogoś sobie znalazł. Dzisiaj mam ją poznać. Jak jej było? Kasia? Asia? Coś w tym stylu. Co ona w nim widzi? Ha, żartuję. Mimo że śpiew Bażanta mógłby służyć za torturę, to jednak całkiem w porządku z niego facet. Nie zmienia to jednak faktu, że Kasia (Asia?) raczej nie będzie chciała zasypiać przy kołysance w jego wykonaniu. Ach, ten Bażant! Dekoncentruje nawet wtedy, gdy jest nieobecny ciałem. Ogólnie chodzi mi o to, że chłopaki przyjdą ze swoimi dziewczynami, a ja zjawię się w towarzystwie powietrza. Raczej przykra sprawa, ale co mogę zrobić? Nie chcę nikogo szukać na siłę, bo to nie ma sensu. To jednak nie zmienia faktu, że byłoby miło, gdybym miał się do kogo przytulić i… nieważne, bo się normalnie rozkleję. Pewne pocieszenie stanowią słowa mojej babci, które wypowiedziała na miesiąc przed śmiercią. „Miłość jest gorsza od biegunki, wnusiu” – rzekła wtedy. Pamiętam, że jadłem przy tym budyń czekoladowy, ale nagle jakoś straciłem apetyt. Czasem ponosi mnie wyobraźnia. Napisałem, że to „pewne pocieszenie”, bo całkiem pocieszające to jednak nie jest. Babcia miała dużo lat (73? 74?) i z pewnością dużo wiedziała o życiu, ale czasy się przecież zmieniają. Chwileczkę. Czasy może i się zmieniają, ale miłość, nienawiść, strach (i tak dalej) istnieją od wieków. Pewne rzeczy w świecie nie podlegają zmianom, a jedną z tych rzeczy jest właśnie miłość. Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść? Z drugiej strony – kochać to nie znaczy zawsze to samo. Można kochać tak lekko, można kochać bez granic. Sam nie wiem. Zaśpiewam to później na karaoke.

2. Wyszedłem z domu zaraz po tym, jak zaczęło się ściemniać. Miałem na sobie ulubione wytarte dżinsy i czerwony podkoszulek z białym napisem BIG STAR. Ubieram go zawsze na wieczór, gdy zachodzi słońce. Zgrywają się wtedy kolorami. Idąc przez Floriańską, patrzyłem na przechodniów. Przyglądanie się ludziom zawsze było, jest i pewnie będzie w jakimś stopniu dla mnie ciekawe. Dotyczy to zwłaszcza turystów. Nieraz uśmiechałem się pod nosem, gdy ulicą szli pijani Anglicy i wrzeszczeli „GOD, SAVE THE QUEEN”. Zawsze to jakaś rozrywka. Jedyne, co mnie czasem dobija, to zapach powietrza. Jest jakby wypadkową zapachów bud z fast-foodami, gołębi i obwarzanków. Dla nosa połączenie to nie jest specjalnie przyjemne – bynajmniej nie dla mojego. Przekrzywiłem lekko głowę w lewą stronę, żeby popatrzeć na odsłonięte smukłe nogi dziewczyn idących małą grupą. Po kolorze włosów i cery można było z dużym prawdopodobieństwem orzec, że są z Hiszpanii albo Włoch. Gdy przechodziły tuż obok, usłyszałem: - Bonito! – Jedna z dziewczyn wystawiła rękę i palcem wskazywała na znajdującą się na wystawie biżuterię. „Hiszpanki” – pomyślałem, uśmiechając się lekko. Nawet gdy już je minąłem, nadal szedłem z głową odwróconą do tyłu. Było na co popatrzeć. Gapiłem się tak długo, że w końcu wpadłem na jakiegoś starego turystę z aparatem w rękach. Przeze mnie o mało go nie upuścił. Ciekawe jak by się zachował, gdyby tak się stało. Chociaż może lepiej nie wiedzieć. - Pardon – powiedziałem odruchowo. Nie wiem dlaczego, ale zawsze mówię na ulicy „pardon” obcym osobom, gdy coś nabroję. Nie pałam szczególną miłością do francuskiego, więc tym bardziej się sobie dziwię. Przed kościołem skręciłem w lewo, ale zanim to zrobiłem, zerknąłem jeszcze na płytę rynku. Jeśli miał być jakiś koncert, to po drugiej stronie Sukiennic. Tutaj było pusto. Po paru minutach drogi wszedłem do budynku, w którym raz na jakiś czas spotykamy się w większym gronie, żeby pogadać i pośpiewać przy piwie. Księgarnia naprzeciwko wejścia jak zwykle była już zamknięta. Minąłem ją i wspiąłem się na górę do knajpy po starych drewnianych schodach. Gdy wszedłem do środka, spostrzegłem, że nie ma wielu klientów. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to przypuszczenie, że Bażant dał już występ i wszyscy, którzy mieli nieszczęście go usłyszeć, po prostu spakowali manatki i zniknęli. Parsknąłem śmiechem przez nos. Nie, nie mogło to chodzić. Karaoke jeszcze się nawet nie zaczęło. Zobaczyłem swoją ekipę w rogu sali. Pomachałem im i podszedłem od razu do baru, żeby wziąć coś do picia. Idąc w kierunku znajomych (z lanym piwem w ręce – a jakże!), patrzyłem na sufit, z którego zwisały rozłożone, kolorowe parasole. Część z nich była podniszczona. Mogło wydawać się to dziwne, ale bez wątpienia stanowiło jeden z czynników tworzących klimat tego miejsca. - Jak jest, Piotrek? – przywitał mnie kolega z byłej klasy, Dawid Kuryś. - Może być – odparłem, uśmiechając się do niego i jego dziewczyny. – Hej, Gocha. - Cześć – odrzekła, również się uśmiechając. Gdy witałem się z pozostałymi, zauważyłem w towarzystwie pewne braki. - A gdzie Bażant? – zapytałem, siadając koło Pawła Górskiego, który również przyszedł sam. - Przed chwilą dzwonił. Powiedział, że się spóźni jakieś pół godziny – wyjaśnił Dawid. - Aż tyle? – zapytałem zdziwiony. – A co on, niesie tę swoją pannę na rękach, czy co? - Sam go później zapytasz. Nastała chwila milczenia. Obróciłem głowę, żeby spojrzeć, czy komputer jest już przygotowany. Był. Mikrofon leżał obok. Ekran na ścianie świecił na niebiesko. Brakowało tylko prowadzącej. Kątem oka zobaczyłem, że do środka weszli kolejni ludzie. - Wybierasz się gdzieś na wakacje? Odwróciłem z powrotem głowę. Popatrzyłem na Jurka Siedleckiego. Ten zimny głos mógł należeć tylko do niego. - Nie zapowiada się – odparłem, krzywiąc się lekko. - Daj spokój. Co tutaj będziesz robił? Dobre pytanie. Nie miałem zielonego pojęcia. - Zawsze się znajdzie coś do roboty. – Wzruszyłem ramionami. - Skomponuj kolejną piosenkę – podsunęła Gocha. Popatrzyłem na nią z uśmiechem. W zeszłym roku zagrałem na urodzinach Dawida dwa własne utwory. Gocha była pod niemałym wrażeniem. - Jak będę miał natchnienie, to skomponuję i ze sto – odrzekłem i mrugnąłem do niej okiem. Była to prawda. Pisanie na siłę czegokolwiek nie ma większego sensu. Teksty piosenek nie są wyjątkiem. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie. - Sto? Musiałby cię natchnąć sam Duch Święty. Roześmiałem się i pokiwałem głową. - Masz rację, przesadziłem. Może nie aż tyle, ale kilka na pewno. Bażant zjawił się szybciej, niż zapowiedział przez telefon. Swoją dziewczynę, rzecz jasna, przyprowadził ze sobą. Muszę przyznać, że prezentowała się w porządku, nawet z daleka. Miała na sobie długie spodnie, ale figura i długie rozpuszczone włosy robiły wystarczająco dobre wrażenie. Odwróciłem się i zrobiłem do pozostałych minę, na co wybuchli śmiechem. - Z czego się tak śmialiście? – zapytał Bażant, gdy razem ze swoją towarzyszką podszedł do naszego stolika. Popatrzyłem na stojącą obok niego dziewczynę. Wyglądała na trochę zakłopotaną, jakby nie wiedziała do końca, co zrobić. Ciemne blond włosy do ramion przyjemnie podkreślały owal jej twarzy. Była ładna. Bez dwóch zdań. W duchu przybiłem Bażantowi piątkę. - Doszliśmy do wniosku, że jak znowu zaczniesz śpiewać, to baterie w mikrofonie same nagle zechcą się wyczerpać. - Bardzo śmieszne – powiedział z przekąsem Bażant, gdy nasze towarzystwo przestało się śmiać. – A skoro już przy tym jesteśmy, Sary jeszcze nie ma? Bez niej nie będę miał nawet szansy. - Zaraz powinna przyjść. Bażant pokiwał głową, po czym wyprostował się i rzekł: - Chciałbym wam przedstawić moją dziewczynę, Karolinę. - Hej – powiedziała z nieśmiałym uśmiechem, bardziej cicho, niż głośno. - Cześć – odparłem i wyszczerzyłem do niej zęby. – Chodź, siadaj. – Wskazałem jej miejsce obok siebie. Karolina popatrzyła na Bażanta. Wzruszył ramionami, więc spełniła moją prośbę. - Piotrek jestem – przedstawiłem się. – Czy Tomek uprzedził cię, że będziesz dzisiaj śpiewać jako pierwsza? Wolałem nazwać Bażanta po imieniu. Wydawało mi się to bardziej odpowiednie. - Nie żartuj. – Karolinie ze strachu rozszerzyły się oczy. – Nie nadaję się do takich rzeczy. - Na pewno nadajesz się bardziej niż Tomek. – Uśmiechnąłem się. Może i nie powinienem się tak nabijać, ale po prostu musiałem to powiedzieć. - Naprawdę aż tak źle mu idzie? - Sama to niebawem ocenisz. - On nie musi umieć śpiewać. Jest wystarczająco fajny i bez tego. Umilkłem. Ta odpowiedź wywołała we mnie dziwną mieszaninę emocji; zazdrości, zakłopotania i zażenowania. - Pogadaliście sobie już? – zapytał niemiło Bażant nad naszymi głowami. Trzymał w rękach dwa drinki. Jednego podał Karolinie. - Powiedzmy – mruknąłem. – Ale pogadamy jeszcze później, jak będziesz zajęty pluciem w mikrofon. - Przecież żartuję. Rozmawiajcie, jeśli macie ochotę. - Później – odparłem, bo zobaczyłem, że zza baru wyszła Sara i po chwili usiadła przy komputerze. Zabawę czas zacząć. – Śpiewam pierwszy – rzuciłem do reszty i poszedłem zamówić sobie piosenkę. - Cześć, Sara – powiedziałem, uśmiechając się do niej. – Zaczynamy imprezę? - Hej, Piotrek. Widzę, że nie możesz się doczekać – odrzekła Sara, również się uśmiechając. - Po prostu nie chcę, żeby Bażant śpiewał pierwszy – powiedziałem wymownie. - Aaa… Rozumiem – odparła Sara z równie wymownym uśmiechem. – Co wybierasz? - Kochać Inaczej, De Mono. - Załatwione. Sara wzięła do ręki mikrofon, przystawiła go sobie do ust i powiedziała: - Serdecznie witam wszystkich przybyłych na kolejnym wieczorze karaoke. Jak zwykle zapowiada się świetna zabawa. Cześć z was już znam, ale to oczywiście nie są wszyscy. Informuję zatem, że każdy chętny do śpiewania może do mnie podchodzić, żeby wybrać sobie piosenkę. Nie ma się czego wstydzić. Bierzcie przykład z Piotrka, który dziś wystąpi jako pierwszy. Zaśpiewa on piękną piosenkę zespołu De Mono o tytule Kochać Inaczej. Powodzenia, Piotrek. - Dzięki – mruknąłem, odbierając mikrofon. Na ekranie najpierw pojawił się tytuł i wykonawca, a później tekst. Z głośników popłynął podkład midi. Kochać to nie znaczy Zawsze to samo Można kochać tak lekko Można kochać bez granic Starałem się śpiewać z jak największym uczuciem. Zawsze zamykam przy tym oczy, tak żebym mógł odizolować się od miejsca, w którym akurat jestem. Tekst znałem na pamięć, więc nawet nie musiałem patrzeć na ekran. - Dzięki, Piotrek – powiedziała Sara, gdy po paru minutach oddałem jej mikrofon. – Znowu miałam przez ciebie ciary. Mrugnąłem do niej okiem. Międzyczasie następną piosenkę zamówił Paweł, który już stał obok i czekał na swoją kolej. - Powodzenia – powiedziałem, uderzając go lekko pięścią w ramię. Nim wróciłem do stolika, rozległ się podkład do piosenki pod tytułem Na Jednej Z Dzikich Plaż zespołu Rotary. Stary świetny kawałek. - Bardzo ładnie śpiewasz – stwierdziła Karolina, gdy usiadłem obok niej. - Cieszę się, że ci się podobało – odparłem ze szczerym uśmiechem. - Takie opinie bardzo podnoszą mnie na duchu. - Nawet nie wiem czy nie ładniej od tego grajka, którego spotkaliśmy po drodze. - Grajka? – Uniosłem brwi. – Jakiego grajka? Paweł kończył właśnie drugi wers zwrotki. - A, wiesz, natknęliśmy się przypadkiem na Szewskiej na takiego chłopaka, który grał na gitarze i śpiewał piosenki moich ulubionych zespołów. Uprosiłam Tomka, żebyśmy go trochę posłuchali. Popatrzyłem na nią trochę oniemiały. Skoro słuchali go kilkanaście minut, to faktycznie musiał być dobry. Ja miałem być jeszcze lepszy? - Naprawdę? – zapytałem. – A co takiego grał? Spragniona życia wciąż Zawsze gubiła coś Pawłowi szło całkiem nieźle, jednak głównie zawdzięczał to dzięki temu, że śpiewał tę piosenkę prawie za każdym razem, gdy tu byliśmy. - Kings of Leon, Red Hotów i McFly. Super miał głos. Pokiwałem wolno głową - Wrzuciliście mu coś? - Całą dychę. – Karolina szeroko się uśmiechnęła. – Był jej wart. „O cholera” – pomyślałem, unosząc brwi. - Macie gest. Karolina machnęła ręką. - Czemu jesteś taki zdziwiony? To przecież Kraków, miasto artystów. Znowu pokiwałem głową. Jasne, że tak. W końcu Maleńczuk, zanim stał się sławny, również odstał swoje na ulicy. Ciekawe ile jemu rzucali. - Może sam jeszcze będę miał okazję go usłyszeć – powiedziałem. Bażant wstał nagle i skierował się w stronę Sary. To mogło oznaczać tylko jedno. Przymknąłem oczy w duchowym cierpieniu. - Jak coś to stał naprzeciwko McDonalda. - Zapamiętam. Karolina milczała chwilę, po czym zapytała: - A ty grasz na jakimś instrumencie? Paweł kończył drugą zwrotkę. Bażant nachylał się nad Sarą i pokazywał jej coś na ekranie monitora. Upiłem potężnego łyka z butelki. - Tak, też gram na gitarze. Mam parę swoich piosenek. - Naprawdę? – Karolina wyprostowała się na siedzeniu. Mimowolnie uśmiechnąłem się na ten widok. Miałem wrażenie, że w jej oczach rozbłysły dwie miniaturowe lampki. - Tak, spytaj ich, jeśli mi nie wierzysz – odrzekłem, przekrzywiając głowę w stronę pozostałych. - Wierzę ci. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego tak się dziwiłeś. Nie rozumiałem kiedy mówiła mi Dzisiaj ostatni raz Wzruszyłem ramionami. - Niektórzy muszą pracować ponad godzinę, żeby zdobyć te dziesięć złotych. - Należało mu się, mówiłam ci. - Wiem. Ale mimo to. - Widzę, że ty chyba nigdy nie grałeś na ulicy. Miała rację. Myślałem czasem o tym, ale nigdy na poważnie. - No faktycznie, nie grałem. - Powinieneś spróbować – powiedziała z zapałem Karolina. – Do tamtego chłopaka uśmiechało się mnóstwo dziewczyn. Te słowa sprawiły, że tym razem to ja wyprostowałem się na siedzeniu. Zawsze myślałem, że granie na ulicy polega tylko na dorobieniu sobie pewnej ilości pieniędzy. Najwyraźniej się pomyliłem. - Uśmiechały się? Paweł skończył śpiewać, ale na szczęście nie przekazał Bażantowi mikrofonu. Musiał zamówić sobie dwie piosenki pod rząd. - No. – Karolina pokiwała głową. - Jestem dziewczyną, więc wiem, co oznacza taki uśmiech. Mówiłem już wcześniej, że byłoby miło, gdybym miał się do kogo przytulić i tak dalej, prawda? Po tym, co usłyszałem, poczułem chęć pojawienia się z gitarą na Szewskiej jeszcze tego wieczoru. - Muszę przyznać, że mnie zmotywowałaś – powiedziałem z uznaniem. - Mówię ci, niektóre przechodziły po parę razy w tę i z powrotem – odparła Karolina. – Tamten chłopak był dodatkowo ładny, ale tobie też niczego nie brakuje. Roześmiałem się na tę szczerość. - Dzięki, to miłe. Karolina patrzyła na mnie chwilę, po czym zapytała: - To jak? Kiedy się wybierasz? - Pewnie jutro – odpowiedziałem bez zastanowienia. Musiałem sprawdzić, jak to jest. Zwyczajnie zżerała mnie ciekawość. - Ależ wy romansujecie – wtrąciła Gocha. Machnąłem na nią niecierpliwie ręką. - Daj spokój – odezwałem się do niej i dodałem, odwracając się w stronę Karoliny: - Też spróbuję na Szewskiej. Bażant między czasie wrócił do stolika. - Zaraz ja – poinformował nas. – Zaśpiewam Hero z dedykacją dla mojej dziewczyny. - Przepraszam, co zrobisz? – Roześmiałem się. - Spieprzaj – burknął Bażant. - Przecież żartuję. Zatrzymaj mnie - Wy zawsze wszyscy żartujecie. Nie daj mi odejść - Obraź się jeszcze. Zapomnę cię Nie będzie już nic - Dla mnie na pewno ładnie zaśpiewasz – powiedziała Karolina. - Dzięki, skarbie – mruknął Bażant. Zamilkłem. Wolałem już nie dolewać oliwy do ognia. Niemniej, byłem zdziwiony, bo Bażant nigdy się tak nie zachowywał. - Jutro? – podjęła na nowo Karolina. – A o której? - Jeszcze nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Wieczorem. - O czym mowa? – zapytał Bażant. - Piotrek chce iść pograć na ulicę jak ten chłopak, którego spotkaliśmy – wyjaśniła Karolina. Bażant pociągnął łyka ze swojego drinka, po czym pokiwał głową. - Niezły pomysł – stwierdził. – Zawsze to jakiś grosz. Nic nie odpowiedziałem. Nie musiał od razu wiedzieć, że nie chodzi o pieniądze. - Brawa dla Pawła! – Rozległ się nagle głos Sary. – Następny śpiewa Tomek znany również jako Bażant. Zaśpiewa on dla swojej dziewczyny piosenkę Enrique Iglesiasa pod tytułem Hero. Chodź, Tomek. Bażant delikatnie pocałował Karolinę i poszedł po mikrofon. Popatrzyłem na resztę z wymownym uśmiechem. - Nie śmiej się z niego – zawołała Gocha. - Przecież się nie śmieję – odparłem i dodałem: - Teraz. - Okropny jesteś. - To fakt – przyznał Paweł, sadowiąc się obok Gochy. Już miałem coś odpowiedzieć, ale wtem Bażant zaczął śpiewać i – o dziwo – nawet nie zafałszował. Podszedł do naszego stolika, kucnął i zaczął śpiewać Karolinie, patrząc jej prosto w oczy. Nie śpiewał pięknie, ale zdecydowanie lepiej niż ostatnio. Doszedłem do wniosku, że ostatnimi czasy musiał trochę pracować nad głosem. Znowu się uśmiechnąłem, ale tym razem był to uśmiech uznania. Dopóki Bażant nie skończył śpiewać, nie odezwałem się ani słowem. Sączyłem tylko powoli piwo, patrząc jak bajeruje własną dziewczynę. Trzeba przyznać, że wyglądała na zachwyconą. Gdy piosenka w końcu się skończyła, wszyscy podnieśli krzyk uznania i zaczęli bić brawo, włącznie ze mną. Karolina złapała Bażanta za głowę i dała mu soczystego całusa. - A nie mówiłam? – zawołała triumfalnie. Nie wdawałem się w dyskusję. Bażant odniósł mikrofon, a gdy wrócił, miał rumieńce na policzkach. - Ćwiczyłeś w domu, co? – spytałem go. - Ćwiczyłem – przyznał. - Puszczałeś sobie podkład z komputera? - Nie. – Pokręcił głową. - Nie? – spytałem zdziwiony. – To gdzie ty śpiewałeś? Bażant milczał chwilę chyba po to, żeby stworzyć napięcie. Albo żeby zagrać mi na nerwach. - Pod prysznicem. Przez sekundę patrzyłem na niego jak na durnia, a potem parsknąłem śmiechem. Za to właśnie darzyłem go sympatią.

3. Kiedy wyciągałem z futerału mojego poczciwego Tensona, miałem wrażenie, że wszyscy gapią mi się na ręce. Podniosłem wzrok. Nikt się nie gapił. Parę osób zaledwie rzuciło okiem. Mimo to i tak byłem zmieszany. Jak już przed kimś występowałem, to przed osobami, które się tego spodziewały. Było mi jakoś głupio nagle zacząć śpiewać na pół ulicy ni w pięć, ni w dziesięć. Gdy w końcu stanąłem wyprostowany z gitarą, zacząłem się trochę denerwować. Trochę. Zwykłe ssanie w żołądku. Nic wielkiego. Poprawiłem trochę parciany pas, nasuwając go sobie bardziej na kark. - Będzie pan grał? Drgnąłem zaskoczony. Spojrzałem w lewo. Obok mnie stała mała dziewczynka. Nie miała więcej niż dziesięć lat. - Ja… Tak – odparłem nieco nieprzytomnie i rozglądnąłem się w poszukiwaniu jej opiekuna. Nikogo nie zauważyłem. Wszyscy przechodnie gnali przed siebie, nie zwracając na nas uwagi. - Długo pan gra? - Już kilka lat – rzekłem, odwracając się w jej stronę. Była pulchniutka jak pączek. - Naprawdę? – pisnęła mała. – I nie umarł pan z głodu? Już miałem się roześmiać, ale do dziewczynki podbiegł nagle jej starszy sobowtór. - Gdzie ty się podziałaś? – zapytała z wyrzutem nastolatka. - Po prostu chciałam posłuchać, jak pan gra – odparła rezolutnie mała. Dziewczyna spojrzała na mnie z zawstydzeniem - Przepraszam – powiedziała. – Proszę się nie gniewać. - Daj spokój – bąknąłem. - Chodź, idziemy – rzekła dziewczyna do małej i wzięła ją za rękę. Ta pomachała mi na pożegnanie. Odmachałem jej, patrząc na tyłek siostry. Musiały być siostrami. Tak czy inaczej, był wielki jak stodoła. Bywam czasem skończonym chamem. Wziąłem głęboki oddech i rozejrzałem się po raz ostatni. Ktoś wyciągał pieniądze z bankomatu naprzeciwko. Jakiś chłopak prawie poślizgnął się na skórce od banana Poza nimi był tutaj tłum przechodzących ludzi. Zacząłem grać to, co pierwsze przyszło mi do głowy. Pamiętam dobrze Ideał swój Piętnaście minut później miałem już w futerale osiem złotych. Kilkoro ludzi zatrzymało się na chwilę, po czym szło dalej przed siebie. Wydaje mi się, że jest to pewien powód do zadowolenia. Ściągnąłem okulary. Słońce w końcu przestało przeszkadzać. Zauważyłem dwie dziewczyny, które naradzając się ze sobą, co chwilę na mnie zerkały. Gdy zorientowały się, że na nie patrzę, podeszły bliżej. - Możemy zrobić sobie z tobą zdjęcie? Uśmiechnąłem się z pewnym zażenowaniem, ale było to przynajmniej pozytywne odczucie. Poczułem się jak gwiazda. - Pewnie – odparłem i pomyślałem od razu, że jak tak dalej pójdzie, to będę częstym bywalcem ulicy Szewskiej. Dziewczyny zrobiły sobie nawzajem fotki, wrzuciły parę złotych, po czym odeszły w stronę rynku. Ich tyłki nie były może wielkie jak stodoły, ale jak garaż już na pewno. Przez następną godzinę nie działo się nic nadzwyczajnego. Kilkanaście osób wrzuciło mi trochę kasy, a jakiś obcokrajowiec wcisnął mi do ręki dziesięciozłotowy banknot. - Great voice – powiedział i poklepał mnie po plecach. - Thanks – odparłem z uśmiechem, chowając dychę do kieszeni. Facet przybił mi piątkę i również odszedł w stronę rynku. Jego hawajska koszula unosiła się na leciutkim wietrze. Wyglądało na to, że dzisiejszy wypad miał okazać się wypadem wyłącznie zarobkowym, ale zaledwie kwadrans później wszystko się zmieniło.

4. Była ich trójka, ale wrażenie zrobiła na mnie tylko ta pośrodku. Wyszły z McDonalda, każda z nich trzymała w ręku szejka. Wszystkie miały ciemne włosy, ale zdawało mi się, że najbardziej lśnią one dziewczynie stojącej miedzy swoimi dwiema koleżankami. Była dość wysoka i szczupła, ale nie do granic możliwości. Mogła mieć tyle samo lat, co ja. Nie stanowiło to jednak żadnej wagi. Uśmiech, który zobaczyłem z daleka sprawił, że na moment zmiękły mi nogi, a w brzuchu poczułem ogień. Lawę. Nie wiem. Coś się ze mną na chwilę stało. Kiedy tak wpatrywałem się w Dziewczynę Pośrodku, ona nagle popatrzyła na mnie i zaraz po tym zaczęła mówić coś do koleżanek. Odwróciłem wzrok, a gdy znowu na nią zerknąłem, okazało się, że z zawstydzeniem mi się przygląda. Serce prawie mi wyskoczyło z piersi. Dlaczego artyści muszą być tacy wrażliwi? Wrażliwość ma to do siebie, że często potrafi uprzykrzać życie. Miałem akurat przerwę, więc chwyciłem C-dur i zacząłem udawać, że coś gram. Czułem, że musiałem coś zrobić, że nie mogę pozwolić na to, żeby sobie tak po prostu poszły. Inaczej do końca wakacji miałbym psychicznego kaca, bo cały czas plułbym sobie w brodę, że nic nie zrobiłem, że zachowałem się jak godny wyśmiania tchórz. Ale wtedy problem nagle sam się rozwiązał. Koleżanki (z wymownymi uśmiechami) popchnęły Środkową w moją stronę i po chwili wszystkie trzy stanęły naprzeciwko mnie.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%