Psychologia · 13 min czytania
Przeznaczenie Człowieczeństwa cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ I
Seimash siedział na parapecie w opustoszałym korytarzu. Trzymał w rękach podręcznik do historii i powtarzał sobie właśnie o Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Na długiej ławce przylegającej do ściany siedział jeszcze jeden chłopak o barczystej posturze i jasnych blond włosach czytający dokładnie to samo. Poza nimi w korytarzu nie było absolutnie nikogo. Za oknem prószył śnieg. - Hej, Irmin... - Seimash odwrócił głowę i spojrzał przez ramię na drugiego chłopca. - W którym roku ścięto Dantona? Człowiek nazwany Irminem, a naprawdę nazywający się Steave Rob przerzucił kilka kartek w książce. - W 1794 - odpowiedział. - O, dzięki. Już od dwudziestu minut siedzieli tutaj i pytali się nawzajem z historii rewolucji. Seimash pomyślał, że to jest chyba najprzyjemniejsza część całego jego pobytu w szkole: siedzenie ze Steave'm na korytarzu przed lekcjami, w ciszy i spokoju. Obaj zawsze przychodzili najwcześniej i zawsze powtarzali lekcje jeszcze zanim szkołę ogarnie zwykły, codzienny gwar uczniów. Seimash doczytał w końcu do końca rozdziału i odłożył książkę. Spojrzał na zegarek: lekcja zaczynała się za dziesięć minut. Nie lubię zimy. Bardzo. Patrzył przez okno na prószący śnieg i zastanawiał się ile śnieżek przyjdzie mu dziś unikać po lekcjach. Nie lubił tej pory roku, bo trzeba się było ubierać w te wszystkie kurtki, płaszcze i szaliki wychodząc na dwór. Nie lubił jej, bo nie można było się przejść po parku, popatrzeć na czyste niebo, nie można było posłuchać świergotania ptaków... Nie lubił, bo ta pora była antytezą ciepła A on kochał ciepło. Jego rozmyślania zostały przerwane przez widok dwóch idących przez korytarz dziewczyn z jego klasy, które usiadły po drugiej stronie ławki Steave'a. Seimash westchnął i zeskoczył na ziemię. - Odłóż już to, i tak się już niczego nie nauczysz - powiedział łagodnie, podchodząc do Irmina. - W sumie racja - odparł i odłożył książkę. Seimash usiadł obok niego. Siedzieli tak w milczeniu przez kilka minut, a korytarz powoli wypełniał się ludźmi spieszącymi do sal, przepisującymi prace domowe czy po prostu rozmawiającymi o czymś zawzięcie. Z czasem i ich cała klasa zebrała się pod salą. Wstał i zaczął się przechadzać po korytarzu z dala od reszty. Lubił samotność. A właściwie lubił być samotnym w tej szkole... Jakoś nigdy nie czuł się dobrze w klasowym tłumie, w towarzystwie tych wszystkich ludzi, ich odzywek, ich spraw. Paradoksalnie, byli również ludzi, z którymi kochał przebywać i których problemami żył. Niestety takich w tej szkole nie było. Prawie. Przechadzał się tak z jednego końca korytarza do drugiego aż zabrzmiał dzwonek na lekcję. Już w oddali poznał sylwetkę ich nauczyciela od historii: barczystego mężczyznę o charakterystycznej siwej brodzie i błyskiem w oku. Seimash westchnął i powlókł się do sali. Gdy wszyscy się już rozsiedli i ucichł gwar rozmów, gdy klasa zamilkła i spojrzała jak jeden mąż na ich nauczyciela, ten wypowiedział tylko jedno zdanie: - No to wyjmiemy karteczki. O Matko jedyna, oni chyba lubią to robić. Seimash jak zwykle siedział w pierwszej ławce, sam. Na większości lekcji był na tym miejscu, bo nikomu nigdy nie chciało się wybierać miejsca najbliższego nauczycielowi, a jemu było naprawdę obojętne czy siedzi sam czy z kimś. Po sali przeszedł szum i pomrukiwania niezadowolonych szesnastolatków, gdy wszyscy sięgnęli po długopisy i zeszyty, żeby wyrwać z nich kartki. - Co taki zrezygnowany? - zapytał nagle pan Sam Roger, odchylając się w fotelu. Jego gruby głos zawsze kojarzył się z czymś władczym i królewskim. - A jakoś tak... - odpowiedział cicho Seimash sięgając po zeszyt. I co miał mu teraz powiedzieć? Że co, że wczoraj znowu musiał patrzeć na bezsensowne kłótnie jego rodziców, kłótnie, które zniszczyły mu psychikę na całe życie? Kłótnie, których mogłoby nie być, gdyby, chociaż jedno z nich postarało się zrozumieć drugie? Że znowu myślał o Mary, że znowu naszło go dziwne uczucie, że niesie na barkach cały świat? Może kiedyś mu powie. Ale nie dzisiaj. Nie teraz. Może kiedyś powie o tym komukolwiek. Pan Roger nie naciskał dalej, zamiast tego wyrecytował z pamięci pytania na kartkówkę i ucichł. Seimash nachylił się nad kartką. Przekrzywiona gwiazda.
Niecałą godzinę później szedł korytarzem szkolnym na parterze w kierunku sali od filozofii. Był wściekły. Jakoś zawsze były na kartkówkach nie te pytania, których się spodziewał. To było bardzo frustrujące. Ale nie przejmował się tym za bardzo. Nigdy nie przywiązywał wagi do nauki. Czasem dochodził do wniosku, że nie przywiązuje wagi do niczego. Prawie. - Jak ci poszło? - zapytał Rick Palmer, człowiek tak przeraźliwie chudy, że nawet Seimash nie mógł konkurować z nim pod tym względem. - A w mordę chcesz? - odpowiedział, uśmiechając się do niego przyjaźnie. Rick zaśmiał się. Zawsze się śmiał z jego żartów. Inni nie. Jak to się dzieje, że ludzie na świecie mają tak różne poczucie humoru? Znowu zaczął się przechadzać po korytarzu. Rozmyślał o następnej lekcji, gdy nagle jego wzrok przykuł widok dwojga całujących się koło jednego z okien nastolatków, z dala od reszty ludzi. Gdyby ktoś spojrzał na niego w tamtej chwili, zobaczyłby, że nagle się zatrzymał, i zaczął się wpatrywać w ową dwójkę pogrążonych w sobie istot, zmrużonymi oczyma, wzrokiem niewiarygodnie pełnym wielkiego smutku i udręki, a jednocześnie, w którym nie było ani krztyny zła czy jakiejkolwiek złośliwości. Zobaczyłby, że nagle myśli tego chłopca odbiegają gdzieś bardzo daleko i tkwią w tym miejscu przez jakiś czas. A potem zobaczyłby, że ów chłopiec odwrócił wzrok, znów zaczął się przechadzać po korytarzu i znów był tą samą osobą, którą był przed kilkoma sekundami. Ale tego nikt nie chciał zobaczyć: chłopiec ten był jak szarość na tle kolorów szkolnego życia, do której nikt nie chciał się zbliżać. Przekrzywiona gwiazda. Przekrzywiona gwiazda.
Nauczyciel od filozofii, pan Sebastian Omnis, wpatrywał się w klasę poirytowanym wzrokiem. Rzadko mu się to zdarzało. - Ludzie, litości, ja nie spałem całą noc, a mam wrażenie jakbym pracował z kretynami. Ten człowiek chyba się nigdy nie zmieni.…