Fantasy · 18 min czytania
Przeznaczenie wampira, cz. 6
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Coś nieciekawego kołatało mi się w głowie. Przebłyski dialogu, złote oczy, rytualny gest, łacińskie słowo, następnie ich miliony, z których niewiele rozumiałam. Wypowiadane z zawrotną szybkością, były podobne do gwaru w zatłoczonym miejscu. Z tą różnicą, że te słowa wypowiadała jedna osoba. Ona wiedziała co mówi, ja nie bardzo. Formułki po łacinie – tego byłam pewna. Głos jednak nie należał do Razjela. A więc, do kogo? Nagle w głowie usłyszałam nieznośny śmiech. Poznawałam go. Należał do tego mężczyzny zza zasłony. Czego on ode mnie chciał? Co robił w mojej głowie? W ogóle jak się tam dostał? Wynocha! Wynoś się! Nadal śmiech, coraz głośniejszy, pulsujący. Odwal się! Wynoś się z mojej głowy! „Iussio.” (tłum. z łac.: rozkaz) – usłyszałam w głębi siebie, zaraz potem rozległ się ten sam śmiech. Otworzyłam oczy, łapiąc przy okazji łapczywie powietrze. Przez chwilę byłam rozkojarzona i jakby w szoku. Po pierwsze było ciemno, po drugie zimno, a po trzecie nie widziałam Razjela. - Jestem za tobą – usłyszałam głos. Odetchnęłam z ulgą. Fakt, wampir stał za mną, trzymając delikatnie w pasie. Ubezpieczał mnie chyba przed upadkiem. Odwróciłam się twarzą do niego. Wtedy też dotarło do mnie, że jesteśmy przed klatką mojego bloku. Nie nadążałam za zmianami temperatury i otoczenia. - Znowu jest noc? – zapytałam ochrypłym głosem. Musiałam odchrząknąć niczym pijaczyna po libacji. - Znowu? Tam, gdzie byliśmy, był dzień, bo to... Jakby ci wytłumaczyć? Inna strefa czasowa. Tam w ogóle czas biegnie inaczej, bardziej mozolnie. - Rozumiem. A śnieg? Tam, było ciepło, a tutaj czuję mróz. I znowu śnieg leży. - Za dużo tłumaczenia. - I nie masz zamiaru mi o tym opowiedzieć? - Nie widzę sensu, skoro i tak już nigdy... - Nie zaczynaj! - Przecież wiesz, że nie możemy... - Powiedziałam coś! Nie zaczynaj! - Dasz mi dojść do słowa? Umilkłam zawstydzona. Mimo wszystko Razjel miał charyzmę i nie dało się jej nie zauważyć. - Dopóki nie załatwię kilku spraw nie będę mógł się z tobą spotkać. Istnieje też możliwość, że już nigdy się nie spotkamy. - Musisz prosić o pozwolenie, żeby chodzić na spotkania z kobietami? - Trafiłaś w sedno. Tylko, że to nie jest pozwolenie dla mnie, tylko akceptacja twojej osoby. I tak pewnie będę miał nieprzyjemności, że wprowadziłem cię do Sanktuarium. Mina mi zrzedła. Nie chciałam, żeby wampir miał kłopoty z mojego powodu. - Widzisz, kiedy zemdlałaś, nie wiedziałem co zrobić. W pierwszej kolejności pomyślałem, żeby zanieść cię do domu, ale na pewno byłabyś zła na taką decyzję. - Na pewno – powiedziałam z uśmiechem. - No właśnie. Także postanowiłem zaryzykować. - I teraz... I teraz mam tak czekać po prostu? - Czekać na akceptację. Crystal, gdybyś była jedynie dla mnie żywicielem, źródłem krwi, mógłbym wprowadzać cię tam tyle razy, ile bym zapragnął. Ale jesteś dla mnie kimś więcej... – umilkł na moment, po czym dodał pospiesznie: - Nie wypada mi o tym mówić. Temat zakończony – machnął ręką w geście finału. - W takim razie będę czekać – powiedziałam po dłuższej chwili. Razjel spojrzał na mnie zdziwiony. - Chcesz przez to wszystko przechodzić? To cię będzie dużo kosztować. Jeśli uzyskasz akceptację może cię spotkać trochę nieprzyjemnych doświadczeń. - Nie mów mi o tym. Chodzi tutaj o nasze spotkania, tak? - No, tak, ale... - Koniec tematu, sam powiedziałeś. Wampir uśmiechnął się szeroko. Dawno nie widziałam na jego twarzy takiej radości. - Szczerze mówiąc, obawiałem się, że dasz za wygraną. Te słowa były dla mnie niczym pochwała za odwagę. Sama nie wiem, czy dobrze postąpiłam. Pragnęłam zobaczyć Razjela jeszcze raz, chciałam z nim rozmawiać, poznać jeszcze lepiej świat wampirów, ich zwyczaje, życie, uczucia...Chciałam tak wiele, a nie potrafiłam o tym mówić. Stawałam jedynie murem przed Tajemniczym z upartą miną i zawzięciem w oczach. Najpiękniejsze było to, że kiedy żegnałam się z Razjelem, czułam też i jego upór. Nie chciał mnie zostawić, a tym bardziej zranić. Najgorsze natomiast było to, że pożegnanie polegało na wymianie spojrzeń i zawstydzeniu w każdym geście. Miałam nadzieję, że wampir odważy się mnie pocałować, ale chyba się przeliczyłam. Bo albo był gentlemanem, albo głupcem.
Idąc na górę po schodach, trwałam w stanie podobnym do letargu. Dziwne było uczucie, które mnie nawiedziło. Poczułam, że bardziej bliski jest mi tamten świat niż ten. Czyżby to właśnie skrywała moja aura?
Weszłam do mieszkania na paluszkach. Wszyscy spali jak gdyby nic. Spojrzałam na zegar ścienny, co pomogło mi wrócić do rzeczywistości. Było dopiero po trzeciej. Szybko się umyłam, oglądając przy okazji wyleczoną rękę. Po ranie nie było ani śladu. Jedyne, co wskazywało na wcześniejsze zranienie to pulsujący ból i mrowienie wzdłuż ramienia. Poszłam do swojego pokoju, pościeliłam łóżko i położyłam się, nie zdejmując ubrania. Miałam zamiar poukładać sobie w głowie wydarzenia minionej nocy, a w drugiej kolejności wszystko to, co było związane z Razjelem. Przykładając jednak głowę do poduszki, poczułam jak bardzo jestem zmęczona. Wydajność organizmu spadła do minimum. Przymknęłam oczy i praktycznie nie pamiętam, kiedy zaczęłam śnić. Chaotyczne obrazy nawiedzały mój umysł, przewijając się w nim niczym slajdy na wyświetlaczu. Najlepiej zapamiętałam sen, w którym samotnie spacerowałam po ogrodzie. Ów ogród otoczony był wysokim żywopłotem. Przez jakiś czas szukałam wyjścia, błądziłam wśród drzew i krzewów. - Tutaj – usłyszałam w pewnym momencie. Odwróciłam się w stronę głosu, jednak nikogo nie zobaczyłam. W jednej sekundzie znalazłam się na placu w Sanktuarium, po środku którego zamiast kamiennego posągu znajdowała się piaskownica. W niej siedział mały chłopczyk, blondynek o jasnoniebieskich oczach. Zbliżyłam się do niego z zamiarem pytania jak wyjść z „ogrodu”. Ale przecież już się w nim nie znajdowałam. Podeszłam ostrożnie, żeby nie przestraszyć dziecka. Chłopczyk spojrzał na mnie z radością i powiedział sepleniąc: - Ziobać, jaką fajną babkę ulepiłem. Podoba ci się? - Ładna, ale powiedz mi jak mogę się stąd wydostać? - Śkąd? Śtąd? Nie wiem – wzruszył malutkimi ramionkami. Weszłam do piaskownicy i kucnęłam obok chłopca. - Widzisz, mały, ostatnio jak tu byłam to Razjel nie pokazał mi wyjścia. Teraz nie wiem jak stąd wyjść. - Pobaw się ze mną – zaszczebiotało dziecko. Nie miałam zamiaru bawić się z chłopcem, czułam, że natychmiast muszę stamtąd wyjść. - Pobawię się, ale powiedz gdzie jest wyjście. - Ziobać, piasiek – trajkotało dalej dziecko, przesypując piasek między swoimi dłońmi. – Piasiek tu, piasiek tam. On mówi... – i w tym momencie chłopczyk mówił już męskim grubym głosem – że jesteś jak harenula (tłum. z łac.: ziarnko piasku). Taka bezbronna. Wstałam szybko, nie chciałam rozmawiać z tym dzieckiem. Już miałam odejść, ale zauważyłam, że chłopczyk patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Na raz jego oczy zrobiły się złowrogo żółte, podobne do tych widzianych za bordową zasłoną. Dziecko zaniosło się straszliwym śmiechem, grubym triumfalnym śmiechem, którego echo odbijało się od ścian Sanktuarium. - HARENULA! – krzyczało. Chciałam cofnąć się kilka kroków, ale nie mogłam. Stałam jak słup soli, patrząc na chłopca, który dalej przesypywał piasek między dłońmi. W pewnym momencie spojrzał zdziwiony na swoje dłonie, potem na mnie i powiedział dziecięcym falsecikiem: - Ziobać, to nie piasiek, to klew. – I podstawił mi blisko pod nos swoje małe dziecięce łapki ubabrane krwią. Przebudziłam się przerażona. Oddychając ciężko, podniosłam się z łóżka. Jeszcze przez moment przed oczami widziałam zakrwawione dziecięce rączki. Dopiero po chwili zdołałam się nieco uspokoić, tłumacząc sobie usilnie, że to tylko sen. Pot lał się ze mnie ciurkiem. Zauważyłam, że leżę kompletnie ubrana, więc postanowiłam zdjąć z siebie wszystko, po prostu wszystko, tak jakbym zdejmowała z umysłu sen. Reszta nocy minęła spokojnie. Pomyślałam sobie, że to cisza przed burzą. Następnego dnia musiałam skupić się na rzeczach przyziemnych. Nie przypuszczałam jednak, że będzie mi to szło aż tak opornie. Byłam wdzięczna mamie, że nie zadawała zbytnio trudnych pytań, mogłam więc odetchnąć z ulgą. Poza tym, chodziłam niczym cień. Z jednej strony miałam świadomość, że dzisiejszego dnia nie spotkam się z Razjelem. Z drugiej czułam irytację ze względu na brak wiedzy, kiedy ewentualne spotkanie się odbędzie. A jeśli w ogóle się nie doczekam? Dopiero z biegiem godzin w głowie zaczęły pojawiać się luki i znaki zapytania. Niby sporo wiedziałam na temat wampira i jego rodu, ale tak naprawdę była to niewielka część całości. Byłam przygotowana na to, że nie będzie mi dane poznać reszty tajemnic, ale mimo…