Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Pisarstwo · 19 min czytania

Przeżyć śmierć

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Śmierć jest nieodłączną częścią życia. Nie można jej od niego oddzielić. Jest jego przeciwieństwem, czymś, dzięki czemu w pełni możemy je docenić, pojąć. Jest uzupełnieniem, nawet najdoskonalszym, bo nic tak nie oddaje sensu życia, jak śmierć. Człowiek rodzi się, i już w momencie swego przyjścia na świat wiadomo, że kiedyś będzie musiał odejść. Wcześniej czy później, to pewne nie jest. Pewne jest jednak, że tak się stanie. Od samego początku byłem naznaczony tym piętnem. Można powiedzieć, jak każdy, ale mam wrażenie, że mnie to piętno dotknęło w sposób szczególny. Moi pradziadkowie zginęli w czasie II wojny światowej. Prababcia umarła w czasie Powstania Warszawskiego. Ukrywała się w schronie w piwnicy jednej z kamienic. Kamienica runęła w czasie ostrzału artyleryjskiego. Kiedy nadeszła pomoc, spod gruzów wydobyto tylko jedną żywą istotę – jej syna a mojego czteroletniego podówczas dziadka. Pradziadek zginął wcześniej, bo na jesieni 1939 roku, w bitwie nad Bzurą. Nie był to wybitny bohaterski czyn, nie skonał pokonawszy uprzednio dwa tuziny nieprzyjaciół, jak to się często przedstawia w filmach. Nie było spektakularnej dramaturgii i heroizmu. Była tylko śmierć. Zresztą, jak było, nie wiem dokładnie, nie miał mi kto opowiedzieć. Dziadek był zbyt mały, by pamiętać, o ile prababcia w ogóle znała jakiekolwiek szczegóły, by móc mu je przekazać. A mój dziadek? To kolejna tragiczna historia w dziejach mojej rodziny. Niczym specjalnym by się nie wyróżnił, gdyby nie to, że postanowił przyłączyć się do strajkujących na ulicach Poznania w 1970 roku… To były trudne czasy dla Polski i Polaków, a dla mojej rodziny okazały się wręcz tragiczne. Kiedy dziadek zginął wśród protestujących, babcia była w dziewiątym miesiącu ciąży. Na wieść o śmierci męża doznała szoku i zaczęła rodzić. Siostra taty urodziła się i w kilka godzin po porodzie zmarła. Babci trudno było pogodzić się z podwójną stratą. Nawet świadomość tego, że wciąż ma dla kogo żyć – mój tato był wtedy malutkim dzieckiem – nie była w stanie przywrócić jej radości życia. Utonęła. Do dziś nie wiadomo, czy był to wypadek, czy samobójstwo. Tatę na wychowanie wzięła siostra babci. Mojej mamy nigdy nie poznałem. Zmarła przy moim porodzie. Pojawiły się komplikacje, lekarze próbowali ratować nas oboje, jednak udało im się tylko ze mną. Ojciec nigdy ponownie się nie ożenił. Zawsze, kiedy opowiadał o mamie, jego oczy stawały się wilgotne, ale przy mnie nigdy nie płakał. Starał się być silny i zawsze powtarzał, że mama czuwa nad nami i jest szczęśliwa w niebie. Nie wiem, czy bardziej starał się pocieszać mnie, niewiele rozumiejące małe dziecko, czy siebie. Przestał mnie pocieszać, kiedy skończyłem 15 lat. Wtedy okazało się, że ma raka. Zaczął toczyć walkę z czasem, chcąc zapewnić mi zabezpieczenie na przyszłość, bym po jego śmierci miał jakikolwiek start w dorosłe życie. Swoje leczenie ograniczał do niezbędnego minimum, żeby, jak to mawiał, „nie marnować środków, które mi będą bardziej potrzebne niż jemu”. Walka trwała 3 lata. Zmarł dokładnie 2 miesiące i cztery dni po moich 18 urodzinach. Płakaliśmy na nich obaj – z radości, że udało mu się ich doczekać. Myślicie pewnie, że to nie może być prawda, że jak na jedną rodzinę i jednego człowieka, to zbyt dużo i że nawet wyjątkowo pechowy zbieg okoliczności nie byłby w stanie zabrać wszystkich krewnych przedwcześnie. A jednak, to wszystko prawda, i, niestety, nie koniec. Moja pierwszą miłość poznałem pół roku po śmierci ojca. Spotkaliśmy się kompletnym przypadkiem. Lubię biegać. Robię to codziennie od nie pamiętam jak dawna. Co jakiś czas zmieniałem swoje trasy, kiedy okolica zaczynała mnie nudzić. Pewnego dnia, właśnie w nowy miejscu, którego jeszcze dobrze nie znałem, mijając zakręt, wbiegłem na ścieżkę rowerową i zderzyłem się z jadącą rowerem dziewczyną. Banalne, nieprawdaż? Ale uczucie owładnęło nami od razu, od pierwszego spojrzenia. Można powiedzieć, że nas uderzyło. Zaczęliśmy się spotykać. Na początku nie było to proste – ona miała szesnaście lat, ja byłem dwa lata starszy. Musiałem zyskać zaufanie jej rodziców, więc spotykaliśmy się przeważnie u niej w domu. Z czasem zacząłem czuć się tam, jak we własnym, którego tak mi brakowało. Moja sielanka nie trwała jednak długo, ponieważ moja miłość zginęła w wypadku samochodowym. Nigdy tego nie zapomnę. To było w lutym. Zbliżały się Walentynki. 11 lutego wyszła na pocztę wysłać mi kartkę walentynkową. Nigdy nie na nią nie dotarła, ani z powrotem do domu. Na przejściu dla pieszych potrącił ją samochód, który nie zdążył wyhamować na oblodzonej nawierzchni. Jak się dowiedziałem? Zadzwoniłem do jej domu wieczorem 14 lutego, zdziwiony, że nie dostałem od niej żadnej wiadomości. Miała 17 lat… Po tym wydarzeniu doszedłem do wniosku, że ze mną i moją rodziną jest coś nie tak. Moi bliscy nie żyli, a ci, którzy stawali się bliscy mi, również odchodzili. Postanowiłem więc nie ryzykować więcej śmierci nikogo, kto dla mnie mógłby cokolwiek znaczyć. Zacząłem odsuwać się od ludzi. Coraz rzadziej wychodziłem z domu. Bałem się zawierać nowe znajomości, więc unikałem takich miejsc jak knajpki, plaże, deptaki, kina, uniwersytet. Powoli stawałem się odludkiem. Ludzie zaczęli mi przeszkadzać nawet w supermarketach, na ulicy, nawet sąsiedzi w bloku. Było coraz gorzej, aż w końcu zorientowałem się, że nawet nie mogę oglądać telewizji i słuchać radia, bo tam też są ludzkie istoty… Poczułem się wtedy jak mieszkaniec innej planety. I wtedy, którejś nocy, przyszła do mnie… Nie mogłem wtedy zasnąć. Noc była strasznie duszna. Zbierało się na burzę już od południa. Ciśnienie rosło wraz z temperaturą. Przesiedziałem cały dzień w domu, ledwie otwierając okno. Głowa pulsowała straszliwie i odbierała ochotę do jakiejkolwiek aktywności. Pod koniec dnia dostałem gorączki i nie byłem w stanie podnieść się z łóżka. Zapadłem w niespokojny sen. Obudził mnie gwałtowny podmuch wiatru połączony z grzmotem i błyskawicą. Pokój rozjaśnił się niemal dziennym blaskiem na kilka sekund. Firanka, choć okno było tylko uchylone, fruwała jak oszalała. Grzmot sprawił, że odzyskałem świadomość. Wyrwany z letargu przetarłem ręką zlane potem czoło. Głowa była gorąca i wciąż pulsowała, choć zdecydowanie mniej niż w ciągu dnia. Rozejrzałem się po pokoju. Mniej więcej co 2-3 minuty rozświetlał go blask błyskawicy. Na zewnątrz szalała burza. Wiatr wiał, słychać było lejącą się z nieba rzekę wody. Coś w najciemniejszym rogu pokoju przykuło moją uwagę. Czuć było czyjąś obecność, czy może „jakąś” obecność. W mrocznym rogu majaczył jeszcze ciemniejszy kształt, cień, który trudno było uchwycić, dostrzec jego kształt. Z niepokojem zacząłem wpatrywać się weń. Cień znieruchomiał, jakby czekał. Czułem się obserwowany. Trudno było mi określić, jak długo to trwało. Burza zaczęła przenosić się dalej, zrobiło się ciszej i spokojniej. Słychać było tylko szum wody i wiatru. I wtedy, w tej dziwnej atmosferze, mroku i spokoju, cień w kącie drgnął, jakby chcąc zwrócić na siebie uwagę. Po chwili, w czasie której leżałem napięty do granic możliwości, dobiegł mnie głos. Cichy lecz wyraźny. Brzmiał w nim bezmiar spokoju. Poczułem gęsią skórkę na plecach. - Dlaczego to robisz? Nie odpowiedziałem. Strach sparaliżował mnie. Po dłuższej przerwie, postać poruszyła się ponownie, dając do zrozumienia, że czeka na odpowiedź. Kiedy nie doczekała się jej ode mnie, wciąż pochłoniętego próbą zrozumienia tej przedziwnej sytuacji, zapytała powtórnie, tym samym głosem, bez cienia zniecierpliwienia - Dlaczego to robisz? Zebrałem wszystkie swoje siły, starając się jednocześnie myśleć klarownie. „To chyba sen?” Pomyślałem. „Tak, to musi być sen, przecież mam gorączkę”. Jakby na zaprzeczenie mych słów, by rozwiać moje wątpliwości, postać drgnęła. „Nie, to nie sen” moja myśl przeraziła mnie. „Co więc się tu dzieje? To muszą być halucynacje. Jestem chory. Powinienem był wyjść na zewnątrz, na spacer albo do lekarza, albo gdziekolwiek, kiedykolwiek, a najlepiej wyjechać” – moje myśli krążyły coraz szybciej, podpowiadając coraz mniej sensowne treści. „STOP” – krzyknąłem w myślach. „To wszystko nie trzyma się ładu!” To dziwne, lecz poczułem, że jedynym sensownym rozwiązaniem będzie… zapytać! - Kim jesteś? Zacząłem z niedowierzaniem w to, co właśnie zrobiłem. Gadam do cienia na ścianie. Nawet nie wiem, czy to jawa, czy zjawa. Jednak mój własny głos, choć brzmiący dziwnie i odlegle, dodał mi trochę otuchy i przywrócił częściową jasność myśli. - Kim jesteś – powtórzyłem już z większym przekonaniem i wolno dodałem – i o co tu w ogóle chodzi? Przypomniałem sobie, że to mnie pierwszego zapytano, więc dodałem: - Robię co? - No tak, chyba musimy zacząć od początku – powiedział cień z nutką lekkiego westchnienia w głosie. Wydawał się przy tym wręcz ludzki. Jego kontur stał się nieco bardziej wyraźny, odróżniający się od mroku, w którym wciąż przebywał. Sylwetka zaczęła przybierać materialny kształt. Oczom moim ukazał się mężczyzna, ubrany w czarny sweter, przylegający do ciała i w takie same spodnie. Miał około 180 cm wzrostu i szczupłą sylwetkę. Jednakże twarzy nie mogłem dojrzeć, ponieważ wciąż spowijał ją cień. Jedynie oczy, błyszczące w ciemności, wyróżniały się z niekształtnej bryły twarzy, choć ich koloru nie sposób było dostrzec. - Czy wiesz, kim JA jestem? Spojrzał na mnie i chyba wyczytał z wyrazu twarzy kompletne zaskoczenie i pustkę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przeżyć śmierć — czytnik · opowiadania