Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 1 godz. 57 min czytania

Przygoda na Marsie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

21.08 Kurczę! Zaraz zwariuję! Gdzie ja jestem?! Ca ja tu robię?! Na miłość boską! Może... zacznę od początku. Przede wszystkim nazywam się Julka i ... dziś miałam zamiar założyć pamiętnik. Oczywiście na początku chciałam coś napisać o sobie, ale teraz nie ma na to czasu. Stało się coś strasznego - tak przynajmniej mi się wydaje. Chociaż... nawet nie wiem gdzie jestem, skąd się tu wzięłam - w ogóle to nic już nie wiem. A jednak! Chyba się domyślam! No dobra Julka, zacznij wszystko opowiadać spokojnie i od początku. Jak każda dziewczyna w moim wieku uwielbiam chodzić na koncerty. Dziś miało nastąpić cudowne wydarzenie w moim życiu, gdyż wraz z kumpelą wybierałyśmy się na koncert Black Eyed Peas. Gdy wygrałyśmy te bilety byłyśmy bardzo podekscytowane. Bezgraniczne szczęście dopisywało nam nie tylko na myśl o koncercie naszej ukochanej kapeli, ale również dlatego, że miałyśmy wyjechać do... Huston!!! Te kilka dni, które dzieliły nas do koncertu, spędziłyśmy na zwiedzaniu miasta. Dzisiaj postanowiłyśmy osobno przygotować się na koncert, a potem porównać efekty. Kiedy po jakimś czasie spostrzegłam, że do przyjścia Olki (mojej najlepszej przyjaciółki) zostało jeszcze kilka godzin, postanowiłam się zdrzemnąć, bo po ubiegło nocnej imprezie po prostu padałam z nóg. Nasz hotel znajduje się niedaleko stacji kosmicznej, a dziś miała wylecieć rakieta na planetę Mars. Jestem lunatykiem. Wierzcie mi, to dosyć straszne i niebezpieczne - zresztą zaraz sami się o tym przekonacie. Jak dobrze pamiętam, dzisiejszej nocy była pełnia Księżyca, a ja - genialna Julia, niezauważona przez nikogo wydostałam się z hotelu. Powędrowałam sobie cichutko i spokojnie - omijając wszystkie zabezpieczenia i... weszłam do rakiety. Zaczęło się odliczanie... Jezu! Tak mi ręka drży, że nie mogę pisać! Ciekawa jestem, czy kochana Ola z łaski swojej zauważyła, że mnie nie ma. Oczywiście nie wiem, czy domyśli się gdzie jestem (co będzie bardzo trudne) i wymyśli jak mnie sprowadzić na Ziemię!!! No dobrze, ale może powinnam bardziej do rzeczy opowiadać... Gdy tak sobie spokojnie spałam, nie przewidując gdzie się znajduję, nagle usłyszałam jakiś huk, a potem coś z wrzaskiem skoczyło na mnie! Przerażona obudziłam się i nieprzytomnie rozejrzałam wokoło. Możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam nieznane mi miejsce, a na mnie... KOTA!!! Nie wiedziałam gdzie jestem, co „tu” robię, skąd się „tu” wzięłam i ... co robi na mnie ten kot! Odruchowo spojrzałam na zegarek - "Black Eyed Peas" już grali. Na początku nie mogłam sobie tego wybaczyć - myślałam, że będzie to nudny wieczór spędzony tylko w obecności tego nieznanego mi zwierzątka. Kiedy tak zastanawiałam się nad tym chyba jednak niezwykłym wieczorze i starałam się znaleźć odpowiedź na dręczące mnie pytania (a było ich całkiem sporo), nagle coś usłyszałam. Nie wiedziałam skąd wydobywa się głos, ale z tych słów jasno wnikało, że mam się gdzieś zgłosić. Tylko gdzie i jak?! I nagle mnie oświeciło. Zrozumiałam, że jestem w rakiecie i lecę na Marsa, że tego kota już widziałam w telewizji i on też leci ze mną na planetę, gdzie na pewno będą jakieś paskudnie wyglądający Marsjanie. Najpierw zaczęłam się cieszyć, bo pomyślałam, że w przyszłości wszyscy na całym świecie będą się o mnie uczyć. Może też zamiast uczyć się tego okropnego angielskiego, wszyscy zaczną się uczyć j. polskiego i wtedy my - polscy uczniowie - nie będziemy tak męczeni, jak teraz. I tak się rozmarzyłam, gdy nagle zdałam obie sprawę, że najpierw będę musiała się przywitać z jakimiś trójgłowymi, zielonymi potworami. Siedzę teraz przerażona i zrozpaczona. Nie mam pojęcia co robić. O mój Boże, jeśli naprawdę będę musiała zostać tu do końca życia??? Przecież ja zwariuję!!! A już nie mówiąc o tym, że nie mam żadnych zapasów żywnościowych. A ten biedny kotek? Co z nim się stanie? OCH! Jak mogłam o tym zapomnieć?! Chyba... jestem uratowana, bo mam przy sobie KOMÓRKĘ!!!!! Fajnie. Przed chwilą zobaczyłam, że tutaj nie ma zasięgu! Oj, coś czuję, że zaraz będę płakać... Muszę sobie znaleźć jakieś zajęcie, bo oszaleję! Wiem! Pamiętacie jak pisałam, że powinniście dowiedzieć się czegoś o mnie? W takim razie napiszę coś o sobie. Imię i nazwisko: Julia Wais - Kocham swoje imię! Polubiłam je dopiero wtedy, kiedy przeczytałam "Romeo i Julię". Od tamtej pory jestem fanką Szekspira i wielką miłośniczką teatru. Data urodzenia: 21.03.1990.r. Kolor oczu: niebieski - W pełni mi odpowiada. Kolor włosów: rudy - Nie znoszę tego koloru! Chociaż z tego co wiem, dziewczyny o tym kolorze włosów mają duszę artystyczną i... mam nadzieję, że to jest prawdą. Wzrost: 1,75 m. - Może i wzrost mam modelki, ale niestety na tym się kończą nasze podobieństwa. Ech... Numer buta: 41. - To straszne mieć stopy wielkości kajaka! Wymarzony zawód: Aktorka, ewentualnie basistka. Zakochałam się: w Filipie dnia: 28.05.2004.r. Kocham: Williama Szekspira, Meg Cabot (a zwłaszcza ich książki), taniec, kino, teatr, robić zakupy, słuchać Black Eyed Peas i grać na mojej gitarze basowej. OCH! Prawie bym zapomniała. Oczywiście bawić się telefonem i siedzieć na necie. Nie znoszę: j. angielskiego, dentysty, zabijania ludzi i zwierząt oraz disco - polo, Chłopak: nie mam, gdyż jak sądzę nikt na tym świecie nie wytrzyma ze mną dłużej niż... chwilkę! Przyjaciółka: Olka, która jest całkowicie zwariowana na punkcie zakupów i chłopaków, inteligentna i... bardzo ładna. Fakt, tego nie można pominąć. A! Jeszcze jedno! W czteroosobowej kapeli, którą założyłyśmy jakiś czas temu, zajmuje się wokalem. Nasza kapela nosi nazwę: „Leaves Of Clover” (tzn. „Liście Koniczyny”; nazwę dla naszego zespołu wymyśliła Olka. Mówi, że skoro nas jest cztery, stanowimy czterolistną koniczynkę, a to oznacza szczęście. Ona to ma głowę!) Rodzeństwo: brat o imieniu Michał, który ma 9 lat i... brak mi słów – „tego” nie da się opisać !

Może nie będę już was przynudzać moją osobą, gdyż przyszło mi do głowy kolejne, ważne, a zarazem trudne pytanie. A mianowicie, ile można lecieć na planetę Mars? Chwileczkę... chyba uczyliśmy się tego na fizyce. Momencik... tak pamiętam. Ojej! Z tego co wiem będę ZMUSZONA zostać tutaj co najmniej... 10 DNI!!!!!!!!!! Załapaliście? Bez j-e-dz-e-n-i-a!!! Hej! Ale jest w tym też jakiś plus, bo przynajmniej nie będę się już musiała martwić co zrobię przy moim pierwszym spotkaniu z Marsjanami. Heh! Oczywiście, prawdopodobnie nie do żyję tej strasznej chwili. Ani ja, ani ten mały kotek. Moment! Chyba coś słyszałam! Tak ! Poczekajcie chwilkę, zaraz wracam.

Dalej pokład statku (chyba jeszcze długo tak zostanie...ble...) Hm... może i nie umrę z braków zapasów żywnościowych ale to, że stanie się coś ze mną znacznie gorszego - wcale nie jest wykluczone. Teraz już przynajmniej wiem, że na 100% mieszkają tam jakieś stworzenia! Wyobrażacie sobie jaka scena odegra się na planecie zwanej czerwoną, za około 10 dni? Na miłość boską! Będę umierała na innej planecie... Niee, tego sobie jeszcze nie wyobrażałam! OKi! Może opowiem co się przed chwilką wydarzyło. Kiedy sobie siedziałam spokojnie i pisałam mój ukochany pamiętniczek (ojej! Ale ze mnie lizus...), nagle usłyszałam jakiś głos. Przerażona postanowiłam iść za nim i wreszcie dojść do jego źródła. No... i przy okazji zwiedzić rakietę. Tak też się stało. Gdy weszłam do pewnego pomieszczenia, moim oczom ukazała się... maszyna. Maszyna, która wyrzucała następujące słowa: - Hej! Czy ty mnie słyszysz? Jeśli tak - zgłoś się! Jeszcze kilka razy usłyszałam to zdanie, nim dotarło do mnie, że Ziemianie, do których nadal należałam, chcą się ze mną skontaktować. Nie myśląc zbyt wiele, wrzasnęłam: - W tej chwili macie mnie sprowadzić na Ziemię, bo nie chcę być zjedzona przez nieznane mi istoty! Aaa... zresztą znane, czy nie - naprawdę, jeszcze nigdy nie udawałam czyjegoś śniadania i nie chcę tego doświadczyć! RATUNKUUU!!! ZABIERZCIE MNIE STĄD!!! Po moich słowach, które wykrzyczałam prosto w "twarz" maszynie, zapadła grobowa cisza. Dopiero po chwili usłyszałam głos: - Julio, niczego się nie bój. Na Marsie prawdopodobnie nie istnieje życie i dlatego też chyba nikt nie zamierza cię zjadać na ekhm... śniadanie. CHYBA???!!! Co to znaczy?! Już miałam zamiar się zapytać, ale głos ciągnął dalej: - Musisz wiedzieć o tym, że nie uda nam się Ciebie na razie sprowadzić na Ziemię. No ale na pewno nic ci się nie stanie. Głodówka nie grozi tobie, ani kotkowi o imieniu Kropka, gdyż na pokładzie jest jedzenie. Słuchaj teraz uważnie. Gdy wyjdziesz z tego pokoju nr 1., na wprost będzie pomieszczenie nr2. i właśnie tam znajdziesz mnóstwo karm dla Kropki. Oprócz tego naprzeciwko wejścia będzie znajdować się pewna dziwna (jak dla ciebie) maszyna. Kiedy naciśniesz ten duży, okrągły, czerwony przycisk, z takiej rurki wyskoczy tabletka ze wszystkimi potrzebnymi ci witaminami. Nie obawiaj się, że zabraknie ich na 10 dni - bo właśnie tyle będzie trwał twój lot. Aha! Będziemy cały czas z tobą w kontakcie. Jeżeli będziesz chciała z nami porozmawiać, to w tym pokoju nr 1. musisz nacisnąć duży, zielony guzik. Wszystko rozumiesz? -Tak, raczej tak - wyjąkałam. - To dobrze. Aaa...Przepraszam, ale zapomniałem się przedstawić. . Jestem John Stone. - Miło mi. Ja natomiast nazywam się...eee...jejku! Czy to możliwe?! Z tego wszystkiego zapomniałam jak mam na imię. Najmocniej pana przepraszam, ale zajrzę do mojego pamiętnika i "oddzwonię" do pana. Wiem, że się OKROOOPNIEEE zbłaźniłam - nie musicie mi tego mówić. Po prostu mam strasznego pecha. Jednak to nie koniec rozmowy. Pan John przerwał mi moje wzruszające wywody słowami: - Wydaje mnie się, że to nie będzie konieczne, gdyż wiem jak się nazywasz. Jesteś Julka Wais, prawda? - Tak. Chyba tak. Aaa... mogłabym się dowiedzieć skąd pan to wie? - To długa historia. No cóż, w sumie ani ja, ani ty nie mamy teraz nic lepszego do roboty - mam wyznaczone godziny w których muszę czuwać nad naszym statkiem kosmicznym. No dobrze, już ci wszystko opowiadam. Kilka godzin temu zostało zgłoszone policji zaginięcie dziewczyny o twoim imieniu i nazwisku. Zgłosiła je twoja koleżanka, Aleksandra. W tym samym czasie obserwowaliśmy tę rakietę. Nie wiem czy wiesz, ale właśnie w niej jest założony podsłuch i słyszeliśmy twoje...yyee...chlipanie. No właśnie, teraz już chyba rozumiecie co znaczy, że jestem pechową dziewczyną, prawda? Dobrze, ale mimo mojego bezgranicznego zdumienia i wstydu, głos ciągnął dalej: - Domyśliliśmy się, że jesteś tą dziewczyną, która zniknęła. A ta twoja koleżanka - Ola, potwierdziła nasze przypuszczenia, ponieważ poznała twój głos. -Ola była u was? Mogę z nią pogadać? - w moim głosie słychać było iskrę nadziei, która niestety po chwili zgasła. - Nie, nie ma jej tutaj, ponieważ poszła na jakiś koncert. - Poszła na koncert... - zabrzmiało to taaak żałośnie, że profesor chyba to wyczuł, bo powiedział: - Nie martw się tym. Nie chciała cię opuścić. Wygoniliśmy ją, bo nam cały czas przeszkadzała mówiąc, że jest cudowną przyjaciółką, ale strasznie roztrzepaną i czuje się za ciebie odpowiedzialna. Nie mam pojęcia o co jej chodziło. A właśnie! Kazała mi przekazać tobie, że ten koncert nagra na kamerę i będziesz mogła zobaczyć jak tam było...eee...yyy... Sam, czy mogłabyś mi powiedzieć jakie było to słowo? - zwrócił się do kogoś. - "Spoko" - podpowiedział kobiecy głosik. Więc to tak. Tutaj biedaczek zgrywa, że nie ma co robić, bo jest na służbie... ble, ble, ble...A tam pewnie flirtuje z jakąś blondyną w mini spódniczce. Ok, ale chyba to nie moja sprawa, na czym polega ich praca. - O właśnie! Dziękuję ci. - Teraz zwrócił się do mnie - będziesz mogła zobaczyć sobie na VIDEO jak tam było spoko! Ekhm! Nawet nie chcę wiedzieć co straciłam... - Aha! - ciągnął dalej. - Jutro prawdopodobnie będziesz miała trochę więcej rozrywek, ale o co chodzi na razie ci nie zdradzę. No i oczywiście twoja koleżanka powiedziała, że "wpadnie jutro pogadać z Juką". Och! Dobrze, że jutro kto inny ma służbę... Mam do ciebie jeszcze ostatnie pytanie. A mianowicie z jakiego kraju pochodzisz? - Z Polski. - No... to przysporzysz sławy swojej ojczyźnie, gdy wylądujesz na Marsie. - Nie sądzę - powiedziałam z goryczą. - Jak tylko mnie ktokolwiek zobaczy pomyśli sobie, że to jakiś ciekawski potworek z Marsa, który bardzo chciał zobaczyć Ziemię. Już to widzę oczyma wyobraźni, jak potworek wskakuje do rakiety, a Julka zostaje sama na Czerwonej Planecie. Cóż, ale może do jednego przyda mnie się moja "uroda" i zostanę uratowana przed paszczą Marsjanów. A wie pan dlaczego? Gdy tylko ufoludki ujrzą mnie, pomyślą sobie, że jestem ich rodakiem i... zostawią mnie w spokoju. Jeszcze lepiej byłoby... - Przestań wreszcie opowiadać te bzdury! Z tego co słyszałem niektórzy producenci chcą nakręcić z tobą reklamówki... - Taaa, pewnie tego typu: "JEŻELI MARZYSZ, ABY MIEĆ COŚ WSPÓLNEGO Z KOSMOSEM WYSTARCZY, ŻE CHOĆ TROCHĘ PODOBNY JESTEŚ DO JULII WAIS. DZIĘKI TEMU BĘDZIESZ MIEĆ WYGLĄD MARSJANKI. OSTRZEGAMY JEDNAK PRZED NIEPRZEMYŚLANYMI OPERACJAMI PLASTYCZNYMI, PONIEWAŻ PRZEZ TĘ ZMIANĘ WYGLĄDU MOŻE ULEC ZNISZCZENIU WASZE ŻYCIE PRYWATNE, A RACZEJ - JEGO BRAK!" Wielkie dzięki, ale nie skorzystam! - Wiesz co Julka? Ty chyba zgłodniałaś. Albo nie... lepiej się prześpij i wtedy będziemy mogli porozmawiać. Dobranoc. - Eeeyyy...dobranoc.

Data 22.08. (drugi dzień na pokładzie statku) Wystarczy, że połknę tylko jedną, cudowną pigułkę, a czuję się jak nowonarodzona. Poważnie. Ciekawe gdzie na Ziemi można kupić coś takiego, boo... przydałoby mi się to np. na... sprawdzian z j. angielskiego. Jestem genialna! Tylko mam jeden bardzo duży problem, o którym cały czas Wam ględzę, a mianowicie najpierw muszę dotrzeć na Ziemię, aby móc pisać te okropne sprawdziany. W sumie... to już nie wiem co jest lepsze. A raczej GORSZE. Z tego co zauważyłam Kropce smakuje jej jedzenie. Nooo, ale chyba nie ciekawi Was to, co konsumujemy w tej dziwnej maszynie. Chociaż to jest nasze (jak na razie) jedyne zajęcie. Mam nadzieję, że się to niedługo zmieni, bo słyszę jakiś głos. Chyba ktoś chce się ze mną skontaktować. Oki, na chwilę spadam, ale obiecuję, że za chwilkę wrócę (nooo... chyba że coś mnie pożre).

później No cóż, to nie był "ktoś" tylko... Olka:)!!!! Widocznie chwilowo opuściła ją skleroza i przypomniała sobie o pewnej dziewczynie mającej ogromnego pecha, zamkniętej w jakimś metalowym pudle i... nie posiadającej minimalnej szansy na normalnie życie (Hej! Przecież tak naprawdę wcale nie prowadzę spokojnego życia, "z dala od ludzi" - wręcz przeciwnie, ludzie którzy dobrze mnie znają mówią, że jestem zwariowana, wręcz szalona. Hmm... ich zdanie.). Tak, tak tą dziewczyną jestem ja! Och! Chyba nie powinnam użalać się nad swoim marnym losem, ale opowiedzieć Wam moją rozmowę z Olką. Jak już zapewne domyślacie się, gdy usłyszałam ludzki głos, pobiegłam do pokoju nr 1. i od razu usłyszałam to przeraźliwe wycie: - Juuuulkaaa! Jesteś tam?! Odezwij się! To ja -twoja ukochana psiapsiółka - Ola. Chcę Ci opowiedzieć o takich fajnych gościach, których poznałam wczoraj, tzn. dzisiaj rano. Juuul... - O jakich gościach? - wypaliłam z ogromnym zainteresowaniem. Nooo... chyba nie muszę Wam tłumaczyć dlaczego interesują mnie pewne tematy, prawda? W każdym bądź razie powinnam trzymać język za zębami, bo było do przewidzenia to, że Olka zacznie prowadzić swój monolog... Ech, ja to mam życie.... - OCH! Jak się cieszę, że Cię widzę...yeey... tzn. słyszę. Tak bardzo za Tobą tęsknię! Noo, ale opowiem Ci jak się dowiedziałam , że siedzisz sobie w rakiecie. Jak wiesz, wczoraj miałyśmy się spotkać i iść razem na koncert Black Eyed Peas (było cudownie, ale o tym opowiem ci później). Kiedy stanęłam przed twoimi drzwiami zobaczyłam, że stoją one otworem, a na środku pokoju nie widać nic prócz... czarnej bielizny. Oczywiście Twojej, ale nie przejmuj się - zbyt wiele osób nie miało okazji jej ogląać, boo... yey... no dobra. Sama dobrze wiesz, że w tym hotelu były setki ludzi, którzy wybierali się na ten sam koncert co my. No i dobrze wiesz, że większość aby wydostać się z hotelu musiała przejść obok twojego pokoju. - Na miłość boską! Zaraz zwariuję! - Na pewno nie zwariujesz, bo masz świadomość, że w tej twojej rakiecie nie ma żadnego doktorka, aby mógł cię wyleczyć. Ale spokojnie- oddychaj głęboko i wsłuchaj się w dźwięki mego głosu. Po tym jak usłyszałam kilka uwag na temat twojej bielizny zorientowałam się, że nigdzie cię nie ma. Wtedy zaczęłam wypytywać ludzi, czy przypadkiem nie widzieli rudowłosej, wysokiej dziewczyny o niebieskich oczach i ogroomnych stopach (wielkie dzięki Olu). Niestety, nikt nie udzielił mi żadnej cennej wskazówki. Nie bardzo wiedząc co mam zrobić, poszłam na policję. Opowiedziałam im wszystko co wiedziałam do tej pory na twój temat ( oczywiście pomijając szczegóły tej pięknej, czarnej bielizny). W końcu, gdy tak wylewałam swoje obawy z dna mojej duszy przed obcymi mi ludźmi, nagle rozdzwonił się telefon. Okazało się, że to jakiś kapitan statku kosmicznego. Pytał się, czy nie zgłoszono dzisiaj jakiegoś zaginięcia. Dzwonił, bo na tej rakiecie, która poleciała na Marsa, słychać jakieś głosy podobne do chlipania. Od razu skojarzyliśmy te dwie historie i pojechaliśmy do siedziby tego kapitana. Gdy tylko go ujrzałam zaczęłam chyba histeryzować. Wykrzykiwałam, że biedna Julka musi być pewnie bardzo samotna w tym żelaznym pudle, żeby natychmiast ściągnęli cię na Ziemię, że w jakimś stopniu czuję się za ciebie odpowiedzialna, bo nie zawsze wiesz do końca co robisz i.. jeszcze wspomniałam im o kilku rzeczach. Niestety, nie zyskałam niczego oprócz jednej rzeczy, a mianowicie przeprowadzono ze mną wywiad. Nie mam pojęcia skąd telewizja i prasa dowiedziały się, że poleciałaś w powietrze. Jednak wiem, że domagali się informacji o tobie. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, dlatego to ja byłam tą szczęściarą, która odpowiadała na ich pytania. Treści tego wywiadu dowiesz się może kiedy indziej i od kogoś innego, bo jak dobrze wiesz nie lubię przekazywać ludziom zły...eee...tzn. różnych informacji o ich życiu. Czułam, że z tego wywiadu nie powinnam być raczej zadowolona, bo kto wie, co taka Olka paplała o mnie... Z tych rozmyślań wyrwał mnie jej śliczny głos: - Po tym wywiadzie chciałam z tobą jakoś pogadać ( widziałam jak robił to jakiśtam kapitan), ale nie pozwolili mi. To jest niesprawiedliwe, bo dopiero dzisiaj mogłam tutaj przyjść. Wiesz co? Skończyły mi się tematy i nie wiem o czym mam mówić. Może byś mnie tak naprowadziła na jakiś... - No jasne. Mów o tych gościach. - Hmm... wiesz Juleczko... tak na prawdę to żadnych gości nie było nigdzie. Przepraszam, że cię okłamałam, ale po prostu chciałam abyś się wreszcie odezwała, a wiedziałam, że to poskutkuje. I muszę przyznać, że nie pomyliłam się. Wybaczysz mi? - Noo.. nie wiem. Może i jesteś moją przyjaciółką, ale... BEZ PRZESADY, NIE MOŻESZ MNIE KŁAMAĆ!!! - Hej! Spokojnie, nie gniewaj się na mnie. Nie krzycz tak, bo zaszkodzi to twojej urodzie. Wyluzuj. Powiedziałam już to magiczne słowo - "przepraszam". Ale jeśli chcesz mogę je powtórzyć jeszcze raz - SORRY! - Olka, czy ty oszalałaś?! Chcesz mi zepsuć humor z samego rana??? Najpierw drwisz z mojego wyglądu teraz jeszcze mówisz do mnie po angielsku... - Przepraszam, że szanowną panią uraziłam, ale chciałabym wyjaśnić ci kilka kwestii. Po pierwsze: wiesz która jest godzina? Noo... oczywiście jeśli śpisz do południa, to wieczór może być dla ciebie ranem. Bez komentarza. Po drugie: nie mam pojęcia co chcesz od swojego wyglądu. Wcale nie jest taki zły. Chociaż... możesz się ze mną przejść do kosmetyczki, fryzjerki i jeszcze kilku zakładów, a wówczas będziemy mogły wyruszyć na podbój świata męskiego. - Hej! Czy... - Nie przerywaj mi! Poczekaj chwilkę. Jak dokończę, udzielę ci głosu - jak zwykle mówiła to Olka. Zaczynałam się już wkurzać, ale widocznie ją to nic nie obchodziło, bo ciągnęła dalej - Po trzecie: nie mam zielonego pojęcia co chcesz od języka angielskiego. Zrozum wreszcie, że to podstawowy język. Bez niego nie dasz sobie rady w życiu. - Nieprawda! -krzyknęłam, bo nie pozwolę aby ktokolwiek obrażał mój ukochany, ojczysty język! - Nieprawda! Ten twój okropnie trudny język nie jest ważniejszy, od mojego ukochanego polskiego. Nie masz w sobie odrobiny patriotyzmu! - Phi, ale mi to patriotyzm. Po prostu patrzę realnie na świat. Aaa... czyli to, że lepiej umiem język angielski od polskiego oznacza, że nie kocham swojego kraju? - W pewnym sensie tak, boo... każdy obywatel powinien najlepiej umieć język swojej ojczyzny. My pochodzimy z Polski, więc chyba domyślasz się jaki język jest dla nas najważniejszy? - Wiesz co? W tej twojej rakiecie już zaczynasz wariować. A! W pewnej chwili przerwałaś mi moją wypowiedź. O co ci chodziło? - Mhmmm... nie mogę sobie przypomnieć. - Nieważne. - Chciałaś mnie o czymś jeszcze poinformować? - Nie... Nie wiem o czym możemy jeszcze pogadać. - Too.. ja już może pójdę. - Widocznie Olka doszła do wniosku, że nie ma sensu kłócić się ze mną, bo... nie sądzę, żeby zmęczyła się gadaniem. Ale oczywiście tego jej nie powiedziałam. Starałam się być baaardzo potulna. - Jeśli chcesz, idź. "Odwiedzisz" mnie jeszcze? - Może.. jeśli będę miała czas... - Heh. Ola UWIELBIA jeśli się ją o coś prosi, ale.. ja nie zamierzam jej błagać na kolanach. - Noo.. to cześć. - Pa! I tak kłótnią zakończyła się nasza dłuuuga rozmowa. Ciekawe, czy jeszcze kiedykolwiek usłyszę głos mojej przyjaciółki. Poczekamy i ... zobaczymy!

23.08. (trzeci dzień na pokładzie statku) Jak na razie nie słyszałam jeszcze TEGO głosu. A mimo wszystko nie cierpię na brak rozrywki. Odkryłam, że lubię koty. Może.. zawsze je lubiłam, tylko nigdy nie miałam okazji się z nimi bawić. A dzisiaj z Kropką było cudownie! Chyba lepiej niż z Olą, bo... Kropka przynajmniej mnie słuchała. Natomiast już chyba sami dobrze wiecie jak to jest z Olką, prawda? Właśnie. A dziś, jak już wspomniałam, naprawdę dobrze się bawiłam. Kropka to najlepsza kotka z jaką kiedykolwiek się przebywałam. Dziś uczyłam ją różnych sztuczek. Jutro też zamierzam to robić. Wiecie jak słodko wygląda, kiedy podaje mi łapkę? Pewnie nie, ale możecie mi uwierzyć na słowo. O! Właśnie do mnie przyszła z długopisem. To znak, że chce... APORTOWAĆ (a p o r t o w a ć - nie przewidziało Wam się. Wiem, że to jest kot, a nie pies, ale chyba może znać kilka pieskich sztuczek, prawda? Noo... nawet gdyby nie mogła, to jest już za późno. Nauczyłam ją nie tylko aportować.)! No dobrze, chyba muszę już przestać pisać tutaj i iść zająć się Kropeczką, ale najpierw zdradzę Wam pewną rzecz, którą dzisiaj sobie uświadomiłam. A mianowicie MARZĘ, żeby Kropka została ze mną na zawsze. Pokochałam już ją jak kogoś naprawdę bliskiego. Może... ( znowu zaczynam marzyć...ech...) jak już dotrę na Ziemię ( noo, mówiłam, że zaczynam marzyć? Tak, tylko nie wspomniałam, że NIESPEŁNIONYMI myślami...) zamieszkam w moim kochanym domku, jak normalny człowiek, właściciele tego kotka pozwolą mi go zatrzymać na zawsze. Taaa... (jak już wspomniałam)MARZENIE!

24.08.(czwarty dzień na pokładzie statku) Zaczyna mi już brakować mojej przyjaciółki. Może często się kłócimy( dowód na to nieprzyjemne zjawisko mieliście wczoraj), ale jak nie jesteśmy blisko siebie, zaczynamy za sobą tęsknić. To tak jakbyśmy złożyły jakieś śluby (oczywiście nie małżeńskie) a teraz miały być sobie wierne... aż do śmierci. Ale tak na serio, nie wiem co o tym myśleć. Sądzę, że wina była po obu stronach. Może i mam dobre serce, bo przypuszczam, że gdybym mogła w jakiś cudowny sposób skontaktować się z Olą, zapewne przeprosiłabym ją za moje okropne zachowanie. Ale jak już wspomniałam, Olka się nie odzywa. Gorzej - nikt nic do mnie nie mówi oprócz... Kropki. Ale ona raczej miauczy, a ja nie za wiele z tego rozumiem. Pewnie jak jeszcze jakiś czas pobędę w tym metalowym pudle, w pełni opanuję języki różnych zwierząt - nie tylko koci.

25.08. (piąty dzień na pokładzie statku) Olka nadal nie przejawia żadnych chęci pogodzenia się ze mną. Śmiem tak uważać na podstawie obserwacji jej dotychczasowego zachowania - nadal się nie odzywa.

26.08. (SZÓSTY DZIEŃ NA POKŁADZIE STATKU)

MÓJ JEDYNY DŁUGOPIS SIĘ ROZWALIŁ, DLATEGO NIE MOGĘ JUŻ WIĘCEJ NIC PISAĆ. TEN KOMUNIKAT ZOSTAŁ NAPISANY (JAK JUŻ ZAUWAŻYLIŚCIE) TUSZEM DO RZĘS.

29.08. (dziewiąty dzień na pokładzie statku Och! Nareszcie znalazłam tutaj jakiś długopis. Mogę pisać! Kamień z serca mi spadł, bo przez te kilka ostatnich dni, kiedy tutaj nie zaglądałam - bardzo się nudziłam. Oprócz zabaw z Kropką, spotkała mnie jeszcze jedna przyjemność - GADAŁAM Z RODZICAMI I MICHAŁEM!!! Kiedy usłyszałam ich głos, poczułam ogrooomną ulgę. Wyobrażacie sobie Julię Wais pozbawioną chęci do życia, siedzącą samotnie obok żelaznej maszyny i czekającą z niecierpliwością na jakikolwiek głos. W sumie miałam nadzieję, że ten głos będzie należał do Olki, ale za rodzicami też BAAARDZOOO tęskniłam. A chyba nawet bardziej. Gdy (jak już wspomniałam) zmęczona życiem na tym statku usłyszałam głos Michała (mojego młodszego i kochanego braciszka), ze szczęścia się popłakałam. Poważnie. Nigdy nie sądziłam, że będę się cieszyć akurat z jego powodu. Później odezwała się moja bardzo kochana mamusia. Mówiła, że bardzo za mną tęskni i ma nadzieję, że szybko wrócę. Kiedy to usłyszałam, kompletnie się rozkleiłam. Wtedy razem z tatą zaczęli mnie pocieszać. Mówili, że im też nie jest lekko beze mnie, ale starają się ten okres czasu jakoś przetrwać. W ogóle jest mi teraz bardzo smutno, bo: 1. Moi rodzice są bardzo daleko stąd i nawet nie mam możliwości się do nich przytulić i wypłakać na ich ramieniu (Pewnie uważacie mnie teraz za jakąś zabeczaną córeczkę mamusi. Jednak uwierzcie mi, że jest mi teraz ciężko na sercu. Wiele bym dała, aby moja mama była teraz tutaj ze mną i choć troszkę mnie pocieszyła.). 2. Olka się do mnie nie odzywa za jakąś głupotkę i z tego powodu czuję się bardzo osamotniona i jest mi okropnie przykro. 3. Ten powód, który teraz tutaj napiszę, przeraża mnie jeszcze bardziej ilekroć o nim myślę. Nie wiem czy załapaliście co tkwi mi teraz w głowie. Spójrzcie na dzisiejszą datę. Upłynęło już dziewięć dni, prawda? A Wiecie co to oznacza? Jeśli nie, mogę wam powiedzieć. JUTRO, MOI DRODZY, DOTRĘ DO PLANETY ZWANEJ MARSEM!!! A Wiecie jakie będą tego następstwa? JUTRO PRAWDOPODOBNIE ZAKOŃCZĘ SWOJE KRÓTKIE ŻYCIE. Ba! Co ja opowiadam? Napisałam jedno słowo, wbrew temu co sądzę na temat mojej niedalekiej już śmierci. A mianowicie poinformowałam Was, że PRAWDOPODOBNIE już nie długo trafię do „Akademii Aniołów” ( pisząc to mam na myśli szkołę z książek Annie Dalton), ale teraz wiem, że NAPEWNO je skończę jeszcze szybciej niż się spodziewam. Oooo...nieeee!!! Chyba zaraz zemdleję.

30.08. (dziesiąty - ostatni dzień na pokładzie statku... ech już chyba wolę siedzieć tutaj niż na Marsie)

O Matko! Zaraz zwariuję do końca (nooo... bo od mojego pierwszego dnia w rakiecie codziennie wariuję - tylko tak stopniowo...)! Tak strasznie się boję! A! Zauważyliście, że moje wakacje się kończą? Buu... a miało być tak pięknie za granicą... Noo.. muszę jednak przyznać, że takich wakacji jeszcze nigdy nie miałam. O! Słyszę jakiś głos. Chyba pan John Stone chce mi przekazać kilka ważnych wskazówek dotyczących mojego zachowania na Marsie. O nie!!! Moje życie kończy się jeszcze szybciej niż się zaczęło. Żegnajcie!

później (w jakimś dziwnym miejscu) Hurra!!! Żyję!!! - jeszcze? - okaże się to za chwilkę. Nie za bardzo wiem gdzie teraz jestem. Nie, nie obawiajcie się, (chyba) jeszcze nie w czyśćcu;). Jednak przeżyłam to, co już się wydarzyło. Noo... jak zwykle nie informuję Was o wydarzeniach w odpowiedniej kolejności. może później będę się cieszyć z przeżycia tej okropnej, mrożącej krew w żyłach przygody, a teraz przejdę do chyba najważniejszej części mojego pamiętnika. Kiedy napisałam słowo "żegnajcie", skierowałam się do pokoju nr 1. (sprawdź czy dobrze, bo mnie się nie chce) Tam migająca lampka, która tym razem wcieliła się w głos pana Johna, wyjaśniała mi po kolei co mam zrobić gdy wyjdę z rakiety. Wyobrażacie sobie moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam, że będę musiała nie tylko wyjść i wziąć do jakiegoś "słoika" garstkę prochu znajdującego się na Marsie, ale także porobić kilka zdjęć na tej niezwykłej planecie. Zaczęłam protestować mówiąc, że nie zamierzam nigdzie wychodzić z tego blaszanego pudła. Chciałam, żeby ten kapitan wyjaśnił mi jak później uruchomić tę rakietę i nadać jej kierunek "Ziemia". Jednak pan John powiedział, że teraz na to nie ma czasu i że i tak zapomnę wszystkie jego wskazówki. Byłam wściekła i zarazem bardzo zdenerwowana. A gdy dowiedziałam się, że już czas aby założyć kombinezon, prawie zemdlałam ze strachu. W trakcie ubierania tych niemodnych "ciuchów" nagle usłyszałam huk i znajomy mi wrzask kota. Żołądek podszedł mi do gardła, oczy zaszły łzami, głos uwięzł w gardle (przez to nie mogłam krzyknąć z przerażenia), w głowie zaczęło mi się kręcić, a w rękach nie mogłam utrzymać kota - tak mi się spociły. Po jakimś czasie (kiedy ochłonęłam po moich okropnych wyobrażeniach), podłączona do dziwnych aparatów i urządzeniem, wyszłam z rakietą. Jak już wcześniej Was poinformowałam, od Ziemian dostałam wcześniej wiadomość, że mam zrobić zdjęcia na tej planecie. Zawsze z przyjemnością robię sobie zdjęcia, ale tym razem nie chciałam, bo musiałabym wyjść na zewnątrz. "A jak coś spotkam?" - gnębiło mnie pytanie. Ale wyszłam. Byłam przerażona i zdruzgotana całym tym zajściem związanym z tą podróżą, dlatego zbyt dużo nie rozglądałam się wokoło siebie. Drżącymi palcami zrobiłam sobie i Kropce parę zdjęć w różnych miejscach i pozycjach. Chciałam je wykonać jak najszybciej i mieć to z głowy, by wrócić już na Ziemię. Potem mokrymi rękoma wzięłam troszkę piasku spod stóp i włożyłam do takiego pojemnika, który nazwałam "słoikiem". Odetchnęłam z ulgą - poczułam jak spadł mi kamień z serca. Zrobiłam już krok w stronę rakiety, kiedy ktoś za mną krzyknął. Przestraszyłam się ogromnie i skojarzyłam sobie pewną rzecz. Przypomniałam sobie pewne przysłowie, które mówi, że nie chwali się dnia przed zachodem słońca. Myślałam szybko. Doszłam do wniosku, że powinnam zrobić coś dobrego w swoim życiu. Tym razem chciałam się poświęcić ludzkości. Nie miałam pojęcia co może się stać z tym aparatem po mojej (już pewnej) śmierci, ale chciałam pozostawić jakąś pamiątkę po sobie i moim pobycie na tej dziwnej planecie. Odwróciłam się i zrobiłam zdjęcie "na oślep". Chyba trafiłam. Ale dopiero po pstryknięciu dotarło do mnie jak na prawdę wyglądał Marsjanin. Przede mną stała dziewczyna.

***** Przede mną stała dziewczyna całkiem podobna do mnie. Przez chwilę myślałam, że to moje odbicie w lustrze. Ale przecież tam żadnego lustra nie było! Byłam wstrząśnięta tą wiadomością, ale jeszcze większą poczułam ulgę. Zdobyłam się na odwagę i podeszłam ostrożnie do niej. Dziewczyna, która stała przede mną była tak samo wstrząśnięta jak ja. Chciałam coś powiedzieć - przerwać tą ciszę, ale zaschło mi w gardle. Po kilku minutach wpatrywania się w osobę z naprzeciwka, usłyszałam bardzo melodyjny głos. Niestety ani słowa nie zrozumiałam. Zaprzeczyłam tylko głową. Wówczas dziewczyna, która stała naprzeciw mnie, zmieniła "falę" w jakimś dziwnym urządzeniu. Zaczęła "nadawać" jakoś inaczej. Znowu zaprzeczyłam głową. Jeszcze kilka razy powtórzyło się coś podobnego, aż wreszcie wychrypiałam: - Nie rozumiem ciebie. Poczekałam jeszcze chwilkę, aż dziewczyna przestawiła się na "moje fale" i znowu usłyszałam jej głos, ale tym razem w znanym mi języku: - Cześć. Jestem Olimpia. - Cześć. A ja mam na imię Julka - wiem, że mogłam powiedzieć coś bardziej sensownego, ale... i tak dobrze, ze cokolwiek wychrypiałam. - Mhmmm...nie pochodzisz stąd, prawda? - Zobaczyłam zaciekawienie w oczach Olimpii. - Taaak. Jestem z Ziemi. - Naprawdę??? A... wszystkie istoty ziemskie wyglądają tak jak ty? - Jeśli masz na myśli ludzi, to tak, ale bardzo różnią się ode mnie. Wyobrażacie sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że oni tzn. Marsjanie myśleli, że jesteśmy podobni do ufoludków? Olimpia zaprosiła mnie, bym spotkała się z jej przyjaciółkami. Zaproponowała również wypad na miasto. Szczerze mówiąc, kiedy zaprzyjaźniłam z "Marsjanką", trochę mniej tęskniłam z Olką. Jednak wahałam się nad propozycją Olimpii, ale doszłam do wniosku, że w tej sytuacji nie miałam nic do stracenia. Zgodziłam się, ale przed udaniem się do jej domu chciałam skontaktować się z Ziemianami. Weszłyśmy więc do rakiety i skierowałyśmy się do pokoju nr.... (OluS...). Gdy tylko przekroczyłyśmy próg tego pomieszczenia, usłyszałyśmy przejęty głos pana Johna: - Juuulka!!! Jesteś już??? Jak było? Jeśli tak, to do chole...yyy... ZGŁOŚ SIĘ!!! - No dobrze, już dobrze. Jestem. Jakich informacji mam panu udzielić? - Oooo!!! Julka! Żyjesz...yyy... fajnie Cię słyszeć. Noo... i spotkałaś kogoś? - No jasne. Przecież sam pan mówił, że na Marsie chyba istnieje życie. - Taaak.... To kogo spotkałaś? - Jejku! pan John bardziej przejmował się tym wszystkim niż ja. He, he. - Człowieka, a konkretniej dziewczynę. - O BOŻE!!! CO MÓWIŁAŚ???!!! CZYŻBYŚ KŁAMAŁA?! - Nie proszę pana, Julka nie kłamie. Jestem teraz przy niej, ale zaraz idziemy do mnie do domu.- Olimpia mnie zagięła, bo powiedziała to z takim... ciekawym i stanowczym spokojem. Podziwiam ją... ech... - Ccoo? Julka jesteś pewna, że ONI nie są groźni? - O Matko! Pan John chyba zwariował! - Nieee - e. Nie wiem kiedy wrócę na Ziemię, bo Olimpia chce mnie oprowadzić po swojej planecie i zapoznać ze swoimi kumpelami. A poza tym jestem zmęczona po tej podróży... - No dobrze, ale odezwij się czasem. Ok? - Oczywiście. Przecież i tak będę musiała KIEDYŚ wrócić na Ziemię, prawda? - Nooo... ja myślę. - W takim razie doo... słyszenia. - Tak, tak dziewczęta idźcie już, bo coraz gorzej się czuję. Nie mam pojęcia co zrobicie, kiedy zemdleję. He, he. Tan facet z każdą chwilą coraz bardziej mnie zadziwia. W każdym bądź razie po rozmowie z „tym facetem” i „wieczorku zapoznawczym” Olimpii z Kropką, wyruszyłyśmy do jakiegoś tajemniczego tunelu. Idąc tam, moja nowa koleżanka (przyznacie, że dość nietypowa) wyjaśniła mi, że ten tunel prowadzi do takiej jakby miejscowości, gdzie mieszkają wszyscy Marsjanie. To wystarczyło, abym przyspieszyła kroku. Bowiem baaaardzoo chciałam poznać znajomych Olimpii (A tak a propos muszę znaleźć jakieś zdrobnienie dla... no właśnie... dla NIEJ!). Ciekawiło mnie to, czy są podobni do mojej Marsjanki. No i chciałam wiedzieć, czy będą dla mnie na tyle gościnni, abym nie krępowała się zatrzymać na chwilę w ich miejscowości o nazwie Jowita. W każdym bądź razie, kiedy „zwiedziłam” ten tunel (tak na marginesie, jego ściany pokrywały kolorowe graffiti. No cóż akurat w tym nie różnimy się od Marsjan. Szkoda tylko, że w czymś takim...ech...), moim oczom ukazało się... miasto. Takie... jakby podobne do Ziemskich. Nie miałam pojęcia, że coś takiego można spotkać na Marsie. Kiedy jeszcze żyłam sobie na Ziemii, ta czerwona planeta kojarzyła mi się z takim jakby pustkowiem/odludziem... Więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy ujrzałam te wszystkie sklepy z o niebo lepszym sprzętem, te wszystkie piękne suknie wiszące na wystawach butików, te... No po prostu wszystko wydawało się takie naprawdę „wow”! Nooo... może dlatego tak zareagowałam, kiedy zobaczyłam to wszystko, bo dosyć dawno widziałam cokolwiek co w jakimkolwiek stopniu przypominałoby mi moją ojczystą planetę. Tak to jest, kiedy bezbronna istota ludzka nagle znajduje się na Marsie. No... ale znowu odchodzę od tematu. Co ja takiego mówiłam (a roczej pisałam)? Aha! Co prawda byłam bardzo zaskoczona tym wszystkim, ale to już wiecie. Później wraz z Olimpią poszłyśmy do jej domu, gdzie przywitałam się z jej bardzo miłymi rodzicami. Aha! Oni chyba nie wiedzą skąd pochodzę, booo.... zachowywali się wobec mnie tak, jakbym od zawsze kolegowała się z ich córką. A uwierzcie mi, wcale tak nie jest. Chociaż Olimpia zachowuje się wobec mnie tak, jakbyśmy były najlepszymi przyjaciółkami pod słońcem. I to jest z jej strony bardzo miłe, bo m.in. pozwala mi zapomnieć jak daleko jestem od rodzinnego domu i moich bliskich. No cóż... może zajmę się tym czym powinnam, a mianowicie opiszę przebieg wydarzeń. Otóż teraz siedzę sobie sama w pokoju Olimpii i piszę w pamiętniku. Właścicielka tego cudownego pomieszczenia, wyszła na chwilę aby wziąć prysznic i załatwić coś do jedzenia. Nooo... ja na szczęście mam to już za sobą i teraz zamiast cuchnąć (po dziesięciu dniach... ble...) pachnę oliwkowym mydłem i perfumami mojej Marsjanki. Pewnie nie zastanawialiście się wcześniej nad moją codzienną toaletą ( a raczej nad jej brakiem) w rakiecie. Muszę Was poinformować ( ze szczerym smutkiem), że projektantom statku, w który spędziłam straszne chwile mojego życia, nie przyszło do głowy, że jakaś pechowa dziewczyna może znaleźć się na jego pokładzie i potrzebować skorzystać z toalety. Na ale cóż, nie mogli tego przewidzieć (a może mogli?), bo nawet sama ta dziewczyna nie miała o tym zielonego pojęcia. Ale jak zwykle piszę nie to co chcę. A chciałabym opisać pokój Olimpii. No ale nie przejmujcie się, nie zamierzam Was zanudzić na śmierć. Nie będzie to praca dłuuuga i wyczerpująca jak do szkoły, ale tylko wymienię te najważniejsze elementy, które rzuciły mi się w oczy, kiedy przekroczyłam próg tego pokoju. Wyobrażacie sobie pomieszczenie, w którym wszędzie znajdują się sztuczne motylki? Jeśli nie, to muszę Wam powiedzieć, że właśnie pokój Olimpii cały jest obsiany tymi kolorowymi zabawkami. Oprócz tego prawie wszędzie stoją świeczki leżą misie i poduszki. Jest tutaj baaardzooo przytulnie. Można się tu zrelaksować po długiej, dziesięciodniowej podróży, dać odpocząć już i tak poszarpanym nerwom po wyczerpującej wycieczce i poczuć się jak księżniczka mieszkająca w przepięknej komnacie. No ale ja znowu śnię na jawie. Może dlatego, że jestem taakaa zmęczona? Pewnie tak. Chyba nie ma sensu siedzieć tutaj i wypisywać to, co ślina na język przyniesie, ale zamiast tego położę się i prześpię choć troszkę zanim Olimpia przyjdzie. Aha! Mam dla niej nowe przezwisko. Może nie jest najlepsze, ale potraktuję je jako „tymczasowe” – dopóki nie wymyśle czegoś lepszego. „Motylek”. Podoba Wam się? Ja w każdym bądź razie już prawie śpię. Dobranoc. Aha! To jedna z moich ostatnich myśli: „Dobrze, że już tak nie śmierdzę...”;) Jeszcze raz słodkich snów.

31.08. jeszcze łóżko w pokoju Motylka Jejku! Ale na tym Marsie się dobrze śpi! Wczoraj ostatnią notatkę do Was pisałam po południu, a teraz... teraz też jest popołudnie - tylko kolejnego dnia. Och! Olimpia przyszła do mnie z tacką na której stoi jakieś typowo marsjańskie śniadanie. Dopiero teraz, kiedy ją zobaczyłam, zdałam sobie sprawę, jaka byłam głodna. Och! Motyl mówi, że spałam około dwudziestu godzin i przez to wiele mnie ominęło. Mówi, że fani chcą się ze mną spotkać. I że czekają pod Hej! Zaraz! Chwileczkę! O czym ona mówi! JACY FANI???!!! O! Olimpia zaczyna mi coś wyjaśniać. O Matko kochana... O mój Boże!

później w marsjańskim szpitalu No cóż... nie wszyscy Marsjanie są tak mili jak Ci, których spotkałam do tej pory. O tym przekonałam się (albo może już nie długo w pełni przekonam) na własnej skórze. Wyobrażacie sobie, że Motylek powiedział/pochwalił się, że zna dziewczynę z Ziemi swojej ex – koleżance. Ta nie chciała jej uwierzyć, dlatego Olimpia zaprowadziła ją na miejsce gdzie pozostawiłyśmy rakietę w której przybyłam. Jane później zadzwoniła do marsjańskiej prasy, telewizji i radia z wiadomością, że spotkała Ziemiankę na swojej planecie. Na dowód, że mówi prawdę, pokazała im rakietę. MÓJĄ RAKIETĘ!!! Wyjaśniła gdzie się teraz znajduję i .... teraz pod oknem pokoju Motyla kłębią się tłumy: • dziennikarzy • fotoreporterów • „ciekawskich • badaczy • policji Policji, która próbowała powstrzymać ogromne rzesze Marsjanów, „rzucających” się na dom Olimpii. Kiedy Motylek mi to wszystko opowiedział, to wtedy ja „rzuciłam’ się do okna. I to był wielki błąd. Oślepiły mnie błyskające ze wszystkich stron... (jak to się nazywa?) i... przewróciłam się na łóżko. Nie miałyśmy pojęcia co trzeba zrobić, żeby jakoś „przetrwać” te straszna chwile. Motyl zaczął mnie wylewnie przepraszać za to całe zamieszanie, ale powiedziałam, że to nie jest jej wina. Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Okazało się, że to rodzice Olimpii chcieli nam coś przekazać. Tylko zastrzegli zaraz na początku, żebym się niczym nie przejmowała. Okazało się, że... ktoś uszkodził rakietę. Rakietę. MOJĄ RAKIETĘ!!! CZYM JA TERAZ WRÓCĘ DO DOMU???!!! Może ktoś by mi odpowiedział?! Jejku! Jak to usłyszałam, serce mi stanęło, a żołądek podleciał do gardła. Rodzice Olimpii zaczęli mnie uspokajać mówiąc, że sam prezydent do nich dzwonił i powiedział żebym się nie martwiła, bo oni, tzn. Marsjanie, dadzą mi swój szybszy model i będę miała czym wrócić na Ziemię. Prosił mnie, abym się zastanowiła, czy zgodzę się zostawić im na pamiątkę moją rakietę. Chciałby się też ze mną spotkać. Najlepiej już teraz, bo już od kilku godzin czeka na moją zgodę. Aleee... Jak ja wyglądam?! Przecież nie może mnie nikt zobaczyć w takim stanie! Motylek od razu zaproponował, że zrobi mi super marsjański makijaż, super marsjańskimi kosmetykami, który potrafi się trzymać nawet do kilku dni. Oprócz tego obiecała, że pożyczy mi swoich ciuchów, bo moje... hm... ale po dziesięciu dniach męki nie nadają się. Bardzo się starała z tym makijażem, fryzurą i ciuchami, więc pomyślałam, że może dręczą ją jakieś wyrzuty sumienia. Ale kiedy ją zapytałam o to, zaczęła zapewniać mnie, że nie dlatego tak o mnie dba. Wyjaśniła, że UWIELBIA robić te wszystkie zabiegi i w przyszłości chce się tym zajmować zawodowo. Dlatego nie lubi „partaczyć” pracy. Stara się już od początku robić wszystko profesjonalnie. Podczas tego prawie godzinnego dbania o mój wygląd, wiele się dowiedziałam o... Marsjanach. Może wypunktuję te wszystkie informacje: • Każdy człowiek mieszkający na Marsie nosi przy sobie urządzenie ze wszystkimi językami wszechświata. Nooo... może przesadziłam. Ale jest ich tam naprawdę dużo. Dzięki temu Marsjanie mogą porozumieć się z różnymi istotami pochodzącymi z innej planety. • Tam, gdzie wylądowała moja rakieta, ludzie nie mieszkają. Po prostu nie ma tam warunków do życie. Gdyby chcieli cały czas tam przebywać, musieliby chodzić, spać, jeść w kombinezonach. A to na pewno utrudniałoby im życie. Dlatego „ich świat” znajduje się w takiej jakby innej krainie. Nie umiem tego tak porządnie opisać, ale wiem, że aby dostać się do niego, należ przejść przez ten tajemny tunel. Pewnie się zastanawiacie, skąd Olimpia wzięła się w „strefie zakazanej”. Mnie też gnębiło to pytanie. Motyl wyjaśnił mi, że owszem można opuszczać ich tunel (Aha! Każda miejscowość stara się mieć osobne wyjście do „strefy zakazanej”. Niestety nie wszystkie mają taką możliwość, ze względu na ich położenie.), ale trzeba być dobrze wyposażonym. Ona ubrała się w przezroczysty kombinezon (dzięki temu wiedziałam jak wygląda) oraz wzięła torbę z prowiantem i kilkoma narzędziami. • Nie tylko na Marsie istnieje życie. Badacze nawiązali kontakt z istotami zamieszkującym planety: Wenus, Saturn, Jowisz oraz jeszcze kilkoma innymi, ale ich nazw nie byłam w stanie zapamiętać. W każdym bądź razie, po zabiegu wykonanym naprawdę dobrze (watro było siedzieć nieruchomo przez prawie godzinę) wyszłyśmy z toalety i skierowałyśmy się do salonu. A tam... OCH! Siedział sam prezydent........(OluS nazwa miejscowości) i pił marsjańską kawę. Gdy tylko mnie ujrzał, wstał i podając mi dłoń, powiedział: - Witamy Cię na planecie zwanej Marsem. Co oczywiście zdążyłam już zauważyć. W końcu nie podróżuje po planetach aż tak często, aby zapomnieć nazwę tej, na której znajduję się teraz. Ale oczywiście tego nie powiedziałam. Natomiast wykrztusiłam z siebie równie bezsensowne zdania: - Dzień dobry. Mnie również jest miło poznać pana. Nazywam się Julia Wais, jestem Polką i przybyłam tutaj z Ziemi. No cóż... też nie pochwaliłam się moją wypowiedzią, bo przypuszczam, że akurat prezydent to wiedział. Dobrze, że przynajmniej nie powiedziałam czegoś typu pierwszych zdań „Dzieci z Bullerbyn”: „Nazywam się Lisa. Mam 7 lat. Jestem dziewczynką, to chyba od razu widać z imienia.” . Noo... wtedy to bym się dopiero wygłupiła. Ale oczywiście nie mam nic przeciwko Astrid Lingren. Nawet pamiętam, że w dzieciństwie lubiłam czytać jej książki. Noo... w końcu pisała dla dzieci, a ja już chyba się do nich nie zaliczam, prawda? Nieważne. Po zapoznaniu się z prezydentem, dowiedziałam się, że na Marsie jest wiele rakiet (już skończonych) i że w każdej chwili będę mogła wrócić na Ziemię. Oczywiście on wolałby abym jeszcze została na tej planecie. Zapewnił, że postara się aby mój pobyt tutaj był bardzo przyjemny i mile wspominany. Później już chyba nic ciekawego się nie wydarzyło oprócz tego, że jakiś reporter wdarł się do domu Olimpii i bardzo chciał przeprowadzić ze mną wywiad i zrobić mi kilka zdjęć. W pierwszej chwili zatkało mnie, ale potem... zgodziłam się. Rodzice Motyla troszkę mi odradzali ten pomysł, natomiast ona sama chciała zrobić karierę jako wizażystka, która robi makijaż przybyszom z innej planety. Słowem, chciała się pochwalić przed wszystkimi Marsjanami swoimi zdolnościami. W każdym bądź razie zrobiono mi małą sesję ( bo na dużą nie wyraziliśmy zgody, tzn. ja i moi tymczasowi opiekunowie, czyli rodzice Motyla) i przeprowadzono wywiad dla gazety „Afcia”, który wyglądał mniej więcej tak: Afcia – Jak to się stało, że przybyłaś na naszą planetę? Ja – Razem z koleżanką wygrałyśmy bilety na koncert znanej u nas grupy „Black Eyed Peas” i dlatego wyjechałyśmy z kraju. W Huston mieszkałyśmy w ekskluzywnym hotelu. Na kilka godzin przed samym koncertem, zdrzemnęłam się. Na moje nieszczęście była pełnia księżyca, a ja jestem lunatykiem. Mam takie szczęście, że weszłam do rakiety i wraz z Kropką poleciałam na Marsa. A właśnie! Gdzie jest Kropka? Ojej! Mam nadzieję, ze moim zwyczajem jej gdzieś nie zapodziałam. W końcu czuję się za nią odpowiedzialna. Może... później jej poszukam (chyba jestem okropna, prawda?) Afcia – To naprawdę niezwykła historia. Podoba Ci się na Marsie? Ja – Oczywiście. Wszyscy są dla mnie taaacy mili. Nooo może pomijając niektóre osoby. Jednak trochę dziwnie się czuję w związku z tym całym zamieszaniem wokół mnie. Jest to w pewien sposób przyjemne, ale dosyć męczące. Może dlatego, że nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajona. Ale muszę przyznać, że Wasza planeta jest dosyć podobna do Ziemi. Dzięki temu czuję się u Was pewniej. Afcia – To miłe z Twojej strony, ale chciałbym się jeszcze dowiedzieć, czy wszyscy Ziemianie wyglądają tak jak Ty? Ja – A czyżbyś sądził, że wyglądają obrzydliwie? He, he. Niee nooo może nie jest aż tak źle. Niektórzy są ładniejsi ode mnie, ale ogólnie to wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Afcia - Nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłabyś uchodzić za brzydką. Taa... chciał się podlizać. Pewnie sądził, że jeśli powie prawdę co sądzi na mój temat, to zrezygnuję z dalszej części wywiadu. Afcia – Ale nasze kolejne pytanie brzmi: przypuszczam, ze zamierzasz kiedyś opuścić naszą planetę. Kiedy to nastąpi? Ja – Chyba za kilka dni. Hm... Czyżbyście chcieli się już mnie pozbyć? Heh... Afcia – Nie... Pytałem dlatego, że niektórzy chcieliby się z Tobą spotkać. I trzeba będzie wszystko zaplanować. Ale... Chciałbym się dowiedzieć jeszcze... I wtedy prezydent i rodzice Motyla, którzy się ze sobą zakumplowali, wstali, mocno zdenerwowani, z okrzykiem na ustach: - Niczego się pan nie będzie więcej dowiadywał! Była umowa, że zada pan tylko kilka pytań Julce, a tu... proszę! Chciał pan pewnie przeprowadzić z nią wywiad na kilkanaście pytań. Niee... na to nie pozwolimy już. He, he. To znalazłam sobie opiekunów. Jeszcze są bardziej troskliwi od moich rodziców. Ojej... Nie myślałam, że życie gwiazdy jest aż taaakiee ciężkie;), a Marsjanie tacy uciążliwi. Później zrobiono mi kilka zdjęć, które były mniej więcej takie: • z prezydentem, • z rodzicami Motyla, • z Motylem, • z redakcją gazety Afcia, • sama na tle jakiegoś ważnego pomnika w ich mieście (sorki, ale nie pamiętam nazwy – takie rzeczy nie trzymają się mojej głowy), • przed tunelem w kombinezonie • i przy mojej starej rakiecie Kiedy robiliśmy zdjęcie przy rakiecie, próbowałam się skontaktować z Ziemianami, ale niestety okazało się, że takie urządzenie jest uszkodzone i nie nawiązałam z nimi rozmowy. Następnie czekała na mnie już tylko jedna rzecz. Może w życiu sławnych osób jest ona najprzyjemniejszą, ale ja już po tym wszystkim po prostu padałam z nóg. Ale cóż, nie przyjechałam/przyleciałam przecież na Marsa po to aby wypoczywać, prawda? Dlatego wzięłam się w garść i ruszyłam stawić czoła rzeszy fanów. A wtedy... O Matko! Wszyscy rzucili się na mnie. Dosłownie. Zachowywali się jak wygłodzone psy, które zobaczyły kawałek mięsa. Tak się ich przestraszyłam, że... zemdlałam. Teraz siedzę sobie na szpitalnym łóżku i opisuję to moje ciężkie życie. Bo akurat takie ono jest. I w tym musicie mi przyznać rację. Och właśnie przyszła pielęgniarka i mówi, żebym się nie przejmowała tym wszystkim. Jeśli nie będę chciała spotkać się z fanami, to nikt mnie do tego nie będzie zmuszał. O! Słyszę jak coś wykrzykują. Hej! Tzn., że oni są WSZĘDZIE! Nawet tutaj - pod oknem mojej sali w szpitalu! O Matko! Już nie mam na nic siły. Czuję się jak... Samantha Madison! Do niewtajemniczonych kieruję kilka słów wyjaśnień: Sam Madison to główna bohaterka książki Meg Cabot „Dziewczyna Ameryki”. Jej życie też zmieniło się bardzo gwałtownie i nagle. Tylko... ona uratowała życie prezydentowi Stanów Zjednoczonych, a ja... No cóż... przydałaby się teraz tutaj, żeby też uratować komuś życie. Tylko, że tym razem Julce Wais! Hej! Oni wykrzykują... moje imię i... przepraszają mnie. Tak... PRZEPRASZAJĄ. Może... podejdę do okna i ... pomacham im (zupełnie jak Samantha) i ... uśmiechnę się do nich. Niech wiedzą, że im wybaczam i nie jestem już na nich zła. Nie chcę obciążać zbyt wiele sumień... Właśnie stoję przy oknie i się uśmiecham, a oni wrzeszczą żebym zeszła i zaczęła rozdawać autografy. Nie wiem czy się na to zdecyduję. Właśnie pielęgniarka powiedziała mi, że oni, tzn. fani, specjalnie przygotowali dla mnie fotel i biurko oraz stos kartek i kilka długopisów. Ustawili się nawet w kolejce. No cóż... wiem jak to jest, kiedy BARDZO chce się dostać czyjś autograf. Może... zejdę na dół i ... przynajmniej pokażę się im. Ale nie wiem co takiego jest we mnie nadzwyczajnego, że ... za wszelką cenę chcą się za mną zobaczyć. Czyżby to, że jestem lunatykiem było dla nich aż tak cenne? Bo w końcu przez to się tutaj znalazłam. No ale dobrze na CHWILĘ spadam.

dużo, dużo później pokój Olimpii Uff! Ale jestem padnięta. Kto to słyszał, żeby tak wykorzystywać piętnastoletnią dziewczynę. I to jeszcze z innej planety! Postaram się opisać wszystko zanim zasnę. Otóż, schodząc na dół miałam uczucie, że moja głowa za chwilę pęknie w szwach. Tak było głośno! I co najstraszniejsze, przez ten cały czas spędzony z tymi ludźmi (około kilka godzin), nie przestałam mieć tego uczucia. Gdy tylko... ONI mnie ujrzeli, w pierwszej chwili mieli ochotę się na mnie rzucić, ale zaraz powstrzymali się. Zamiast tego wskazali mi krzesełko i ...ojej!... Kolejkę bęz końca! Dosłownie! BEZ KOŃCA!!! Myślałam, że znowu zemdleję, ale na szczęście się jakoś powstrzymałam. Opadłam na to krzesło i ... wzięłam pierwszy z brzegu długopis. Najpierw „fani” próbowali trochę ze mną porozmawiać, ale... po pierwszej dwudziestce zarządziłam aby każdy napisał sobie treść autografu (czyli czy chce np. „Dla kochanej Ani, serdeczne pozdrowienia...”, czy może „Dla przystojnego Filipa, wszystkiego najlepszego....”, bo uwierzcie mi ale niektórzy właśnie mieli takie życzenia.), a ja będę tylko podpisywać się swoim nazwiskiem. I nawet to wszystko by się sprawdzało, gdyby nie to, ze cały czas słyszałam jak jacyś producenci chcieli abym reklamowała ich produkty. Noo... pewnie jak tylko by mogli, wykrzykiwaliby mi te wszystkie rzeczy prosto do ucha. Ale na szczęście otaczał mnie tłum ochroniarzy. A Wiecie czym jeżdżą Marsjanie? Mają takie zawaliste, malutkie samochodziki, które latają. Pewnie oglądaliście kiedyś bajkę... (OluS wpisz jej tytuł). Tam właśnie mieli podobne pojazdy, tylko te na Marsie są jeszcze bardziej odlotowe. A ich domy są też trochę podobne do tych z bajki, tylko też fajniejsze. W każdym bądź razie, te autografy wypisywałam BAAARDZOOO długo. Aż mnie ręka teraz boli od tego „Julia Wais”. A Wyobrażacie sobie co się działo, kiedy oznajmiłam, ze bardzo przepraszam wszystkich, ale już nie mam siły dalej się podpisywać. Wtedy nikt już nie stał w kolejce. Wszyscy zaczęli się nawzajem przekrzykiwać. Zewsząd słyszałam głosy, które wykrzykiwały: „Jeszcze ja! Tylko ja! PROSZĘ!”. A producenci się wkurzyli i też krzyczeli, tylko że coś innego, a mianowicie: „Julio!...........OluS”. A ja? Co miałam niby zrobić? I tak zmarnowałam kilka godzin! Wolałabym je przeznaczyć na przyjacielskie pogaduchy z Olimpią. W końcu to na niej mi najbardziej zależało. To ona mnie pierwsza znalazła, przygarnęła pod swój dach, pozwoliła się najeść czymś innym niż tabletką oraz udostępniła swój prysznic. I jeszcze oprócz tego wszystkiego była dla mnie naprawdę wyrozumiała i miła. Szkoda, ze nie mieszka na Ziemii, w Polsce. Mogłybyśmy wtedy zostać naprawdę fajnymi kumpelami. No cóż, naprawdę mi tego jest bardzo żal. Nie długo będę musiała ją opuścić, a mimo to nie poświęcam jej mojego wolnego czasu. Mhm... z tego wszystkiego zrobiło mi się naprawdę przykro. Szkoda, że nie mam tutaj jakiejś książki. Mogłabym (a nawet chciałabym) pogadać z Motylkiem. Ale niestety poszła teraz wziąć prysznic. Później przyjdzie ze stosem przepysznych, marsjańskich kanapek. Mam pomysł! Poczytam sobie swój pamiętnik!

po chwili O NIE!!! ZAPOMNIAŁAM O KROPCE! NIE MAM POJĘCIA GDZIE ONA MOŻE TERAZ BYĆ! A JAK COŚ SIĘ JEJ STAŁO???!!! NIGDY OBIE TEGO NIE WYBACZĘ! MUSZĘ ZAWIADOMIĆ O TYM OLIMPIĘ!

po jakimś nieokreślonym czasie, późno, w pokoju Olimpii Och! Ten dzień był okropnie męczący! Nie mam już na nic siły. Noo... może jedynie na pisanie w pamiętniku. Po moim ostatnim komunikacie, szybko wybiegłam z komnaty Motyla i... wpadłam na Olimpię. Wychodziła z łazienki. Zaczęłam krzyczeć, że stało się coś strasznego. Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam wydusić z siebie jakiegoś sensownego zdania. Jednak widząc niepokój malujący się na twarzy Olimpii, jakoś wypowiedziałam to co chciałam jej przekazać. Jednak kiedy skończyłam mówić, Motyl odetchnął z ulgą. Widząc jej niepewny, ale szczery uśmiech, zapytałam, czy ona może nie wie coś na temat zniknięcia Kropki. I Wiecie co? Motyl wziął mnie po prostu za rękę i ... zaprowadził do jakiegoś pokoju. Idąc tam wyjaśnił mi, że w jej miejscowości wiele osób ma w domu zwierzaka, i dlatego przeważnie w domu „domowe skrzaty” mają swój osobny pokój. Jej zwierzak też ma swoje pomieszczenie. Chciałam się już zapytać, co to ma niby wspólnego z moją Kropką, kiedy Olimpia otworzyła drzwi jakiegoś pokoju i... kamień mi z serca spadł! ZOBACZYŁAM KROPKĘ! Jejku! Jak ja się ucieszyłam, kiedy ją ujrzałam. Siedziała taka malutka, bezbronna i patrzyła na mnie tymi swoimi ślicznymi oczkami. Olimpia wyjaśniła mi, że jest to pokój jej zwierzaka. Dodała, że na szczęście, kiedy ja zajmowałam się swoja karierą na Marsie, ona nie zapomniała o Kropce i zajmowała się nią. Wtedy rzuciłam się w jej ramiona i ze łzami w oczach przeprosiłam za moje zachowanie. Powiedziałam jeszcze, że naprawdę nie chciałam aby to tak wszystko wypadło, że bardzo ją lubię i cieszę się, ze mam taką wspaniałą przyjaciółkę. Olimpia też zapewniła mnie o swoich pozytywnych uczuciach żywiących do mnie. Wydawałoby się, że już nic nie zaskoczy mnie tego dnia, ale chyba zapomniałam, że jestem Julią Wais i to by było chyba niemożliwe. Nagle przede mną wyrósł, nie wiadomo skąd, jakiś potwór. Dosłownie. Może nie był ogromny jak jakiś smok (w gruncie rzeczy był malutki), ale mimo wszystko strasznie się przeraziłam i wydałam z siebie nieokreślone, bardzo wysokie dźwięki (co do mnie nie jest podobne, bo mam bardzo niski głos. Może nie zaraz bas, ale czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie przeszłam mutacji.). Kropka tak się przestraszyła (chyba tego mojego pisku), że zapomniała o swoim gatunku zwierząt i zachowała się jak pies, czyli schowała się pod jakąś kanapą i założyła łapki na oczy. Olimpia też się przestraszyła, ale też chyba ze względu na mój wrzask, bo kiedy doszła do wniosku, że prośbą mnie nie uciszy ( cały czas powtarzała: „Julka! Uspokój się! Bądź przez chwilę cicho, bo pobudzisz wszystkich!” ), więc zamknęła mi paszczę swoją dłonią. I w ten sposób przytłumiła „to coś”, co od prawie minuty wydawałam z siebie. Jednak na dobre zamilkłam dopiero wtedy, kiedy zaczęło mi brakować oddechu. Wówczas Olimpia powiedziała: - Bardzo cię przepraszam Julka, jeśli zostałaś przeze mnie narażona np. na zawał serca, ale tak się składa, ze to mój zwierzak. - Ttoo...yyy... jest tten... śliczny... zwierzaczek?! – wyjąkałam. Nie mogłam uwierzyć, ze coś co ma fioletowe futerko, kształt małpy, a rogi to chyba nosorożca może być TAAKIEE słodkie, jak to określiła Olimpia. A Wiecie jak go nazwała? Miluś. Po prostu Miluś. Sądzi, że to do niego bardzo pasuje. Ha! Bez wątpienia. - Tak. „To coś” to mój ukochany Miluś. I tak się składa, że chyba go uraziłaś. Widzisz jaką zrobił smutną minkę? Co ja zrobię jak mi wpadnie w depresję? Pewnie znowu spędzę na zapewnianiu go, że ten ktoś, kto jest powodem jego rozpaczy, nie zna się na urodzie i oryginalności. Matko! Ja to mam życie! - Jejku! Przepraszam cię, Motylku. Naprawdę nie chciałam sprawić ci kłopotu. Po prostu nie sądziłam, że to jest ten cały Miluś. – Szczerze, to zrobiło mi się już trochę żal Olimpii i przykro z powodu mojego idiotycznego zachowania. W sumie to może zrobiło się smutno temu Milusiowi, ze względu na moje okropne i niewłaściwe zachowanie. W końcu to nie jego wina jak wygląda, prawda? Ale... to był mój odruch. Skąd mogłam wiedzieć, że to jest ukochany zwierzak Motyla. Chyba... wkroczyła w życie moja strategia obrony/obronna. - Motylku? – Olimpia ni wiedziała, że to jej nowe pseudo. - Och! Zapomniałam Ci powiedzieć. Motylek to twój nowy pseudonim, który wymyśliłam w twoim pokoju. No właśnie przez te wszystkie wywiady i sesje zapomniałam ci powiedzieć, że masz ZAWALISTY pokój. Czuję się tam jak w książęcej komnacie. Olimpia uśmiechnęła się do mnie z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przygoda na Marsie — czytnik · opowiadania