Fantasy · 5 min czytania
Przygoda z Junerem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Mijon, zobacz no czy jest jeszcze jakieś drzewo na opał. – matka przerwała bezsensowne milczenie, w którym, z braku innych zajęć, trwałem już dobre pół godziny. Przeszukałem doszczętnie całą naszą chatę, jednak niestety nic nie znalazłem. Ze smutkiem powiadomiłem o tym mamę. Dobrze wiedziałem co to oznacza. - To skocz do lasu i przynieś – rzekła, wręczając mi lampę oliwną. Cóż zrobić… Chcąc nie chcąc musiałem iść. Robiło się coraz ciemniej. Bałem się. Z lasu słychać było wycie wilków, pohukiwanie sów. W pobliskich krzakach bez przerwy coś szemrało. Strumyk, który przekraczałem też wydawał się nadto niespokojny. Pomyślałem sobie o Rottim – moim koledze ze szkoły, który ostatnio przestraszył się miotły myśląc, że to Czarny Kruk. Zobaczyłem w myślach jego minę i momentalnie się zaśmiałem. Jednak wesołą atmosferę przerwał kolejny odgłos wilka… Dotarłem do lasu. Wzmógł się wiatr; słońce zaszło już za horyzont. Postawiłem lampkę na ziemi, poczym zagłębiłem się w zaroślach w celu znalezienia jakichś suchych gałązek. Gdy tak stąpałem w gęstwinie, nagle zgasła lampka. Zrobiło się całkiem ciemno i co najgorsze – nastała głucha cisza. Ogarnęło mnie całkowite zimno. Wyskoczyłem z krzaków i… zobaczyłem przed sobą jakąś istotę w szacie kapłańskiej! Mój dobry wzrok sprawdził się po raz kolejny. Odrzuciłem gałązki i wyciągnąłem sztylet. Podszedłem do tej dziwnej osoby i dźgnąłem ją sztyletem. Lecz… moja ręka przeleciała przez jej ciało! Zrobiło mi się jeszcze zimniej. Czułem jak zamarza mi ręka, którą uprzednio próbowałem zranić ową istotę! Po chwili, odwróciła się w moją stronę. Jej twarz była całkowicie przysłonięta kapturem. Ręce miała założone, a nogi… nóg w ogóle nie miała! Nagle spod kaptura, który przysłaniał twarz dziwnego osobnika wyleciała mała, zielona kuleczka. Okręciła się wokół jego ciała poczym zaczęła lecieć w moim kierunku. Próbowałem uciekać, lecz nogi przymarzły mi do ziemi. Starałem obronić się rękoma, lecz ręce także przymarzły. Raptem moje usta otwarły się, wbrew mej woli! Zielona kulka zbliżała się coraz bardziej. Chciałem wezwać pomoc, ale nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa.