Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 58 min czytania

Przygody Marianka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

PRZYGODY MARIANKA

Rozdział I Zuzia, dziadek i przygoda.

Pakowanie przed wyjazdem to gorsze niż zbudowanie zamku obronnego na chmurze. Taki dramat musiał przeżyć Marian potocznie zwany Mariankiem, a przez własnego ojca, pana doktora Bielińskiego po prostu „ziółkiem”. Jak mówił pan doktor, nazywał tak swojego syna ponieważ był magicznym ziółkiem na każde zło. Ciągle tylko pan doktor narzekał, że to ziółko nie może być użyte w medycynie. Tak tego żałował, bo sam nie umiał sobie poradzić z niektórymi chorobami. Marianek pakował się tak zawzięcie ponieważ za kilka dni miał wyjechać do Zalesia ( tak nazywała się wieś na południu Polski). We wsi pan Bieliński nosił miano doktora od chorób niepotrzebnych. Sam tłumaczył to sobie, że każda choroba jest niepotrzebna i w ten sposób się usprawiedliwiał. Wieś po której krążyły takie właśnie żarty nazywała się Pipidówka. Jak mówił nauczyciel Marianka nazwa tej wsi całkowicie zgadzała się z miejscem jej położenia i atmosferą w niej panującą. Nauczyciel był niezwykle wymagający, ale jednocześnie był wielkim wielbicielem dzieci. Pan profesor Milkowski, wychowawca Marianka za marnego miedziaka sprzedałby swoją ojczystą wieś. Właśnie trwała lekcja Matematyki, którą prowadził pan profesor, kiedy to do klasy wbiegł pan Bieliński- ojciec Marianka. - Czy mógłbym usprawiedliwić swojego syna, bardzo się spieszę- pan doktor powiedział to tak jakby prosił pana profesora na kolanach. - Tak, a za jakim pretekstem- stanowczo odpowiedział pan profesor wywyższając się jednocześnie przed obliczem pana doktora - Bo ja zapomniałem, ale Marianek dzisiaj ma wyjechać do Zalesia, do cioci- mówił z pośpiechem troskliwy ojciec. - Skoro to takie pośpieszne, proszę Marianku schowaj do ławki tabliczkę do pisania- mówił niezbyt zadowolony pan profesor- Mam nadzieję, że pana syn nadrobi wszelkie zaniechania z powodu wyjazdu. W końcu do wakacji jeszcze dwa tygodnie. - Tak obiecuję, tylko szybko Marianku po spóźnimy się na pociąg. Pan Bieliński twierdził, że kolej to zły sposób transportu. Mówił o nim, że to są żelazne klatki ciągnięte przez maszynę parową, którą wynaleziono w całkiem innym celu. Teraz jednak nie miał nic przeciwko temu, ponieważ to nie on musiał skorzystać z jej usług. Przybiegli na dworzec w ostatniej chwili z dwoma walizkami ciężkimi jak pięć dużych bukłaków wina. Nikt nie wie co w nich było, ale na pewno musiały się tam znaleźć stosy książek, które miały zamiar być przeczytane przez Marianka. Czytał ile się dało, ale nigdy nie czytał kiedy mu czas na to nie pozwalał. W jego pokoju książki były wszędzie gdzie tylko dało się je położyć. Marianek znalazł raz jedną niedokończoną książkę w małej szufladzie na bieliznę. Pan doktor miał zawsze z tym wielki problem i zawsze próbował zmienić ten nawyk u swego syna, jednak zawsze podjęta próba kończyła się porażką, czyli kolejna książka lądowała przy lusterku w łazience. Teraz jednak te sprawy odchodziły w dalszy plan i ojciec bliski łez żegnał swojego syna wyjeżdżającego do cioci Zuzanny Bogumilskiej. Była bardzo dobrą ciocią, ale tylko dla Marianka. Chłopiec darzył ją mianem „ miłej Bogu”, ale to chyba tylko dlatego, że można było to wywnioskować po jej nazwisku. Marianek sam chciał pojechać do swojej cioci, ponieważ uwielbiana przez niego ciocia miała wyjechać do Francji, była wielbicielką Francji i dopiero po dłuższych staraniach udało jej się zorganizować wyjazd do „świata marzeń i mody”. Na nieszczęście najbliższa i jedyna sąsiadka wyjechała i wróci dopiero trzy dni po wyjeździe cioci Marianka. W domu jest niby wujek, ale ciocia mu nie ufa, dlatego to też prosiła Marianka o pomoc. W pewnej chwili pan doktor zauważył, że brakuje mu jednej walizki, którą jego syn szykował specjalnie na ten wyjazd. Spocił się, a ciężkie krople potu spłynęły mu na czoło, a później na nos, na którym były wielki binokle. Próbował to za wszelką cenę to ukryć, bo gdyby jego syn dowiedział się, że brakuje jednej walizki od razu próbowałby pobiec do małej chatki, w której ma swój mały pokoik i zabrałby ją mimo zastrzeżeń ojca, a przecież pociąg stał już na stacji. - Dalej wsiadaj, a ja zaniosę za tobą walizki, a za chwile wyjdę z pociągu i się z tobą pożegnam- mówił to pan doktor, próbując zatuszować sprawę zapomnienia o jednej walizce- dalej, wsiadaj! - Dobrze, dobrze, już wsiadam- mówił Marianek coś podejrzewając. Mimo wszystko ojcu oryginalnego dziecka udało się zatuszować sprawę. Pożegnał się ojciec ze swym dzieckiem, a pociąg pojechał w świat jak nazywał pan doktor każdą inną wieś niż Pipidówka. Marianek nie mógł nawet uniknąć większych przygód podczas podróży pociągiem. Był to jego pierwszy raz kiedy podróżował taką maszyną, a podróżował nią w dodatku sam. Marianek siedział koło panny Jolanty, która kazała mówić na siebie Jolka. Marianek rozmawiał z nią o czym tylko się dało, ale przede wszystkim o książkach, które tak bardzo lubił czytać. Podróż trwała tylko sześć godzin, a Marianek zdążył w dwie godziny opowiedzieć pani Jolce o osiemnastu przeczytanych książkach. Następne cztery godziny były dla niego wielkim problemem. Zastanawiał się- Jak wykorzystać ten czas?- jednak bezskutecznie. W pewnej chwili poczuł pod sobą jakby lekkie gilgotanie, a później coś ukuło go. Zaczął krzyczeć jak głośno tylko się dało. Szybko zeskoczył z fotela i po kilku sekundach spojrzał na swoje „siedzisko”. Serce zamarło mu jak kamień będący na dnie. Na fotelu był ogromny pająk! Czarny, owłosiony, obrzydliwy, jednym słowem coś okropnego! Okazało się później iż był to pająk panny Jolanty, a Marianek obraził się na nią na krótką chwilę. Po pewnym czasie nie wytrzymał tej wstrętnej ciszy i zaczął gadać byle co do siebie, byle nie było cicho. Pani Jolka szybko odskoczyła myśląc, że chłopiec majaczy. Pobiegła prędko po doktora, który siedział w sąsiednim przedziale i zawołała go prosząc o pomoc. Marianek miał pecha, gdyż okazało się, że doktor, który przybiegł za prośbą panny Jolanty był przyjacielem jego taty. Chłopiec próbował zakryć twarz, by pan doktor nie skojarzył tej w końcu nieobcej mu twarzy. - Co ci się stało?- pytał troskliwie doktor - Nic! Niech pan mnie puści!- darł się Marianek jednocześnie wydzierając się z wielkich dłoni pana doktora i kilku innych ludzi z przedziału, którzy zlecieli się jak wszy do psiego ogona. - Nie bój się, no dalej! Chodź, otrzemy ci łzy.- mówił to pan doktor jednocześnie odsuwając dziecięce dłonie od twarzy Marianka - Ale pan nic nie powie mojemu tacie, prawda?- jąkał się Marianek - Rzeczywiście, Marianek, skąd tyś tu się wziął! - Nie wyśle mnie pan do taty, że już nawet w podróży nie mogłem uniknąć zdarzeń!- beczał chłopiec. - Nie, nie odeśle, ale opowiesz mi wszystko po kolei? - Tak, oczywiście, ale niech pan obieca na swoje zdrowie!- stanowczo powiedział Marianek. - Tak, obiecam- i w tym samym momencie doktor zaczął kichać- nie zważaj na to uwagi, ja naprawdę przyrzekam. Po całym zdarzeniu Marianek opowiedział wszystko doktorowi, aż dojechali do stacji kolejowej jakiegoś miasta.

Pan doktor obiecał Mariankowi, że odprowadzi chłopca do jego cioci. Tak też się stało. Szli właśnie krętom uliczką. Zbliżało się do wieczora. Była pora na podwieczorek. Marianek przypominał doktorowi o najważniejszym posiłku dnia, jak sądził małolat. Pan doktor, Leszek nie zważał na to jednak najmniejszej uwagi. Kroczył wielkimi krokami pomiędzy małymi kamienicami, chudymi, ale wysokimi. Nagle zatrzymał się i patrzył w stronę odbywającego się na rynku co piątkowego targu. - Chodź Marianek, może znajdziemy tam coś na podwieczorek.- natychmiast powiedział do Marianka pan Leszek. - Nareszcie, chyba Pan Bóg do niego przemówił- tak właśnie pomyślał Marianek usłyszawszy słowa pana Leszka. Weszli w pełny ludzi targ mimo, że dzień miał się już ku końcu. Przechodzili koło straganów z warzywami, owocami, słodyczami, ale nie zatrzymywali się. Marianek ciągle myślał „ W końcu miał być podwieczorek, a ty co!”. Wreszcie zatrzymali się przy jednym ze straganów. Chłopiec nie widział przy jakim ponieważ długi płaszcz pana doktora i tłum wokół niego uniemożliwiał mu zobaczenie niczego oprócz własnego stroju i trochę czubka własnego nosa. Chłopiec długo próbował zaglądać, podglądać, ale nic. Wreszcie pan doktor wziął coś do ręki w szmacianym woreczku. „ Co to może być?” zastanawiał się Marianek. - Usiądziemy na jakiejś ławce zaraz po tym jak wyjdziemy z targu- powiedział pan Leszek nawet nie patrząc na Marianka. - Mogę o coś zapytać? Czy to co pan ma w dłoni to jest nasz podwieczorek?- nieśmiało zapytał Marianek. Nie usłyszał jednak odpowiedzi. W tej samej chwili potknął się. Pan doktor tego nie zauważył i dalej kroczył poprzez zaludniony targ. - Niech pan poczeka!- wołał Marianek, jednak bez skutecznie. Marianek stał pośrodku ganeczku między straganami. - No cóż, będę zdany sam na siebie. Przecież i tak miałem tutaj przyjechać sam, czyli, że tata był pewny, że tutaj trafię. To oczywiście oznacza, że dotrę do cioci i bez pomocy tego doktora od siedmiu boleści.- stanowczo mówił Marianek. Ruszył przez zaludnione targowisko od czasu do czasu potykając się o kamienie, którymi był wyłożony cały plac. Nawet trochę się cieszył, że zgubił tego doktora od siedmiu boleści- jak mówił Marianek-, bo chłopiec lubi być zdany sam na siebie. Wyszedł z placu i podążał poprzez wąskie, kręte uliczki, które wyglądały jak wąwozy pośród, cienkich, wysokich kamieniczek. Nigdy na oczy nie widział tylu sklepów, nigdy nie plątał się pośród tyloma osobami czekającymi w kolejce po mięso. Bardzo mu się to spodobało. Okazało się nawet, że w kieszeni ma kilka miedziaków. Szukał odpowiedniego sklepu i go znalazł. Wszedł do środka i od razu bardzo mile przywitał go szef sklepu- Marianek takich nazywał miedziakami. Miało to oznaczać, że ktoś jest zamożny lub bardzo zamożny. Podwójnie bardzo zamożnych Marianek nazywał papierkami, od banknotów. A więc przywitał go miły głos „ miedziaka”, bo tylko na takiego wyglądał. - W czym mogę służyć młodzieńcze? Marianek stał jak wryty i myślał – młodzieńcze? Czy ten człowiek nie jest ze średniowiecza?- tak właśnie sobie myślał. - Czy mógłbym poprosić o czekoladę- powiedział Marianek trochę bojąc się, ponieważ pieniądze miał przekazać na poważne rzeczy, na pewno nie na czekoladę. - Oczywiście, jedną tabliczkę? - A na ile tabliczek wystarczyłaby te pieniądze?- zapytał się Marianek wykładając pieniądze na ladę. -Chm…No cóż, nawet nie wystarczyłoby na pół tabliczki, ale dla ciebie zrobię wyjątek. Widać, że jesteś miłym chłopcem i mogę dać ci ją za darmo po warunkiem, że tabliczki czekolady nie zjesz od razu tylko po jednej kostce będziesz jadł codziennie. Rozumiesz o co mi chodzi?- mówił chłopcu sprzedawca - Tak, mam być oszczędny!- szybko odpowiedział niepełnoletni klient. Wyszedł ze sklepu i zaczął zajadać czekoladę. Po kilku minutach czekolady nie było. Później Mariankowi zrobiło się trochę głupio, bo zajadał tą czekoladę na ławce, obok której leżała dziewczyna, żebrak jak sądząc po ubiorze. Otulona podziurawionym, wilgotnym kocem patrzyła na chłopca smutnymi oczyma. - Jak masz na imię?- zapytał niepewnie Marianek. - Ja?- zapytała się dziewczyna leżąca obok ławki niedowierzając, że ktoś ją oto zapytał. - Tak, ty, bo ja mam na imię Marian.- powiedział Marianek - Chcesz mi pomóc, czy tylko nie masz co robić?- zapytała nieco groźnie dziewczyna. - Chyba chcę ci pomóc. Inaczej bym cię nie pytał jak masz na imię.- całkiem spokojnie odpowiedział chłopiec. Chłopiec podszedł do dziewczyny i przyklęknął obok niej. Patrzył jej prosto w oczy, bardzo uważnie. - No to powiesz mi jak ty w końcu masz na imię?- zapytał po krótkiej chwili chłopiec. - Ja, no mów mi Zuzia, ale nie licz na to jak mam naprawdę na imię- odpowiedziała mu dziewczyna. - A ile ty masz lat? Ja dziesięć, ale i tak mówią mi wszyscy, że zachowuję się jak prawie dorosły.- powiedział Marianek. - Ja, no cóż, jesteś do mnie małym bąkiem, tylko tyle mogę ci powiedzieć- odpowiedziała Zuzia. - Zawsze jesteś taka tajemnicza, czy robisz mnie w durnia?- zapytał złośliwie Marian. - Ja, ciebie… i jeszcze w durnia? Nie chcę się tylko do końca zdradzić- mówiła co raz bardziej złośliwie Zuzia. W tej chwili Marianek zauważył jednak, że w palcach trzyma jeszcze mały kawałek czekolady, który zaczął się roztapiać. Dziewczyna już od dawna wpatrywała się w łakoć. Chłopiec to zauważył. Nie wiedział co uczynić. - Chcesz?- zapytał się bardzo cicho i bardzo nieśmiało. - A może proszę?- odpowiedziała sucho dziewczyna- najlepiej byłoby po prostu ofiarować mi ją. Chłopcu było wyraźnie głupio. Popatrzył na Zuzię i wyciągnął w jej stronę dłoń z topniejącą czekoladą. - Proszę.- powiedział równie cicho jak przedtem- weź, żebyś później nic o mnie złego nie mówiła, ani nie myślała. Dziewczyna wzięła kawałek czekolady i od razu wzięła go do ust. Najwyraźniej jej smakowało. - Smaczne!- powiedziała żywo- Nigdy takiego czegoś nie jadłam! - Popieram twoje zdanie, a co do jedzenia to też rzadko mam okazję skosztować czekolady- powiedział Marianek o wiele więcej ośmielony niż przedtem.- chciałbym mieć tego cały worek! - Oj, jesteś głupiutki Marianie. Przecież gdybyś miał cały worek ta czekolada już by tak nie smakowała- powiedziała Zuzia śmiejąc się z chłopca.- mi smakowała bardziej niż tobie. - A to niby dlaczego?- rzekł z oburzeniem Marianek. - Wiesz, ja nie mogłam jeść czekolady- mówiła z powagą dziewczyna- Ale zakazany owoc najbardziej kusi, a kiedy go się zerwie, najlepiej smakuje!

Chłopiec z dziewczyną siedzieli na ławce jeszcze czterdzieści pięć minut. W końcu chłopiec powiedział do Zuzi. - Wiesz, ja już muszę sobie iść. Bo ja przyjechałem do wuja- rzekł nieśmiało.- już naprawdę muszę iść. U dziewczyny na twarzy zniknął uśmiech. - Zawsze jak poznaję kogoś nowego, to zawsze ten ktoś po pewnym czasie zobaczy, że jestem wredna i, że nie chce więcej ze mną być.- żaliła się nad sobą Zuzia- No cóż, idź gdzie musisz! Mariankowi nie po raz pierwszy podczas jego rozmowy z nową koleżanką zrobiło mu się głupio. - Ale ja naprawdę muszę. Ja i tak już jestem spóźniony. Naprawdę, muszę iść. Rozmawiało się z tobą bardzo miło Może jeszcze się spotkamy?- mówił dosyć niepewnie. - Wiem, każdy tak mówi, a później co?- nadal użalała się na sobą dziewczyna. Marianek nie wiedział co zrobić. Czy sobie po prostu pójść, czy jakoś zażegnać tą sprawę. Druga możliwość wydawałaby się bardziej korzystna dla ich obu, mniej bólu w sercu. Była ona o wiele za trudna dla chłopca. Zakłopotany w całej sprawie kręcił się w kółko. Niektórzy mogliby pomyśleć, że oszalał. Tak jednak nie było. Mimo, że to trudne do pomyślenia, ale Marianek bardzo zmartwił się dziewczynką i jej smutnym losem. W końcu odważył się powiedzieć coś, co nie do końca przemyślał. - Może poszłabyś ze mną?- zapytał się szybko, lecz zarówno bardzo nie śmiało. - A dokąd idziesz- zapytała równie szybko Zuzia. Chłopiec opowiedział wszystko, całą historię jak się tu znalazł i podał adres do którego tak uparcie dąży. - Ulica Adama Mickiewicza 3, Zalesie?- zapytała się dziewczyna wtrącając do opowiadania i wyjaśniana młodszego od siebie kolegi. - No, tak- odpowiedział Marianek dziwnie patrząc na Zuzię. - Przecież tam można dojechać pociągiem! Miejscowość ta znajduje się 12 mil stąd! - Ile?! Myślałem, że to trochę bliżej!- wtrącił się chłopiec. - No właśnie. Blisko to nie jest. Moja propozycja. Około mili stąd jest stacja kolejowa. Pociąg jedzie prosto do Warszawy, ale po drodze jest kilka przystanków. Pociąg staje w Żywotówce. To pół mili od twojego wujka.- mówiła pospiesznie dziewczyna. - Tak? A może masz na niego pieniądze?- zapytał się dziwnie Marianek. - Tak, mam. Tylko lepiej się pospieszmy, bo zegar na katedrze wybił dwudziestą pierwszą , a pociąg odjeżdża ze stacji za trzydzieści minut! - W takim razie biegnijmy!- krzyknął chłopiec- Prowadź! - Zaczekaj!- krzyknęła dziewczyna- Pieniędzy mam za mało. - Nie martw się! Przypomniało mi się, że za czekoladę nic nie zapłaciłem! Jeśli razem się złożymy to na pewno wystarczy!- mówił szybko chłopiec. Marianek wyciągnął z kieszeni swoje pieniądze, dziewczyna swoje. Okazało się, że teraz mogliby pojechać nawet w trzy osoby do Żywotówki. - Biegniemy, dalej!- krzyknęła dziewczyna, już biegnąc. Biegli na peron. Chłopiec był wyraźnie zmęczony nadążaniem za dziewczyną, pot spływał mu na czoło, później na nos, aż skapywał na chodnik. Nie dał jednak po sobie tego poznać. W pewnej chwili przewrócił się i mocno krzyknął. - Zaczekaj! Chyba coś stało mi się w nogę! Zuzia zawróciła i podbiegła do chłopaczyny leżącego na chodniku. - Co ci się stało? Dalej, wstawaj bo spóźnimy się na pociąg!- krzyczała dziewczyna ciągnąc Mariana za rękę. - Nie mogę! Chyba złamałem nogę!- krzyczał przerażony chłopiec. - Ciszej. Nie drzyj się tak, bo za chwilę pół miasta się zleci.- mówiła powoli Zuzanna.- Spróbuj wstać. Wezmę cię za rękę. Zrobię to ostrożnie, tak, że cię nawet nie zaboli. - W moim stanie, to już na pociąg nie zdążymy, prawda?- zapytał z wyraźnym zmartwieniem chłopiec. - Nie, raczej nie. Ale jest jeszcze pociąg rano. Teraz pójdziemy do mojej babci. Na pewno się tobą zaopiekuje.- mówiła cicho Zuzia. Chłopiec ucichł na chwilę jakby na czymś rozmyślał. W końcu odważył się powiedzieć to, na czym tak długo się zastanawiał. - A dlaczego ty u swojej babci nie mieszkasz?- zapytał bardzo cicho. - Bo…., bo po prostu nie.- krzyknęła dziewczyna. - Więc dlaczego niby mnie by miała przyjąć?- zapytał Marianek. - Dlatego, że moja babcia ma serce do pokrzywdzonych, chorych istot, a przede wszystkim do ludzi.- mówiła z przykrością Zuzanna. - Tak, chyba rozumiem. Ale przecież ty też w jakimś sensie jesteś pokrzywdzonym człowiekiem. Twoja babcia nie śpi na ławce, nie żebra o jedzenie. Ona tego nigdy nie zaznała, więc ty w stosunku do niej jesteś pokrzywdzoną osobą- tłumaczył Marianek. - Ale moja babcia mnie nie przygarnie! To wszystko przez moich rodziców! Teraz przez nich babcia czuje do mnie taką dziwną złość. Mówi, że jestem tym niższym gatunkiem ludzkości.- mówiła już z płaczem dziewczyna, która z trudem unosiła młodszego kolegę. - Ja się postaram, aby to się zmieniło- powiedział chłopiec. - Nie! Jeśli o mnie usłyszy to i ciebie wyrzuci z domu. Powiesz, że sam się do niej przyczołgałeś. Zostawię cię na progu kamienicy. Zadzwonię i ucieknę. Spotkamy się jutro przed południem- mówiła Zuzia ciągnąc chłopca przez wąską, ciemną uliczkę, aby nikt ich nie zauważył. - Ale nie do końca rozumiem. Jak niby mamy się spotkać skoro…- tu dziewczyna mu przerwała. - Nic nie mów. Ja tak zrobię, że się spotkamy- powiedziała stanowczo. Dziewczyna z kroplami potu unosiła chłopaka. Szła bardzo wolno. Zarówno bardzo cicho. Wydawałoby się, że idzie na palcach. Tak jednak nie było. Z każdym krokiem było jej coraz bardziej ciężko. W pewnej chwili zdjęła chłopca z swoich ramion i położyła go przy jakiejś kamienicy. - To tutaj?- zapytał Marian. - Nie.- odpowiedziała zmachana dziewczyna. - Więc dlaczego stoimy?!- zapytał ze zdziwieniem chłopiec. - Ja już nie mogę! Nie mam sił!- wykrzyknęła dziewczyna. - No i co teraz? Zostawisz mnie tutaj?- pytał przestraszony Marianek. - Chyba tak, ale cały czas będę cię obserwowała i przyjdę po ciebie kiedy będzie odpowiedni moment.- przyrzekała dziewczyna chłopakowi. - A jeśli nikt mnie tutaj nie znajdzie. Co w tedy będzie? - Jeśli przez dwie godziny nikt cię nie weźmie przyjdę po ciebie z powrotem!- krzyknęła dziewczyna i pobiegła w jeszcze ciemniejszą uliczkę. - Ale przecież po odpoczynku mogłaś mnie dalej nieść!- wołał za Zuzanną Marian.- przecież już odpoczęłaś! Chłopiec został sam. Myślał sobie-„ Ten świat jest jakiś dziwny, nic nie rozumiem. Czy tylko ta dziewczyna jest taka zagadkowa, czy całe miasto jest jakieś inne? Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem”. Siedział pod murami jednej z kamienic dłuższą chwilę. Prawie by przysnął, ale jednak otrząsnął się w ostatniej chwili. Otrząsnął się dlatego, że usłyszał skrzyp starych drzwi z lipy. Po chwili usłyszał głos. - A kim ty jesteś młodzieńcze? Marianek wolno, jakby miał spojrzeć na ducha spojrzał na czarną postać w długim szlafroku. W jednej chwili „czarna postać” zapaliła świecę. Po dłuższej chwili Marian zapytał. - Kim pan jest? Była chwila ciszy zanim „młodzieniec” usłyszał odpowiedź. - A może ty mi najpierw wyjaśnisz co tutaj robisz, młody człowiecze?- głos który to mówił wskazywał, że mówiła to osoba w bardzo podeszłym wieku. - Chodź, zapraszam cię do środka- powiedziała tajemnicza postać ponownie. - Ale ja nie mogę, chyba mam coś z nogą- powiedział niepewnie Marianek. Postać jakby najwyraźniej myślała, ale po krótkiej chwili powiedziała. - Choć, chwyć się mnie. Zaniosę cię do mojego domu. Tam mi wszystko opowiesz.

Była już godzina po tym jak chłopiec znalazł się w domu całkiem nieznajomego człowieka. Przez ten cały czas nie mówił nic, a nic. Siedział w ciszy, otulony kocem z wełny. Był wpatrzony w jaskrawo żółty kubek z gorącą herbatą. Mężczyzna siedział po przeciwnej stronie dużego dębowego stołu. Mężczyzna jakby chciał coś powiedzieć jednak nie mógł tego z siebie wydusić. Marianek spojrzał na niego. - Czy mógłbym prosić o jeszcze jedną szklankę herbaty?- zapytał cicho, jednak na tyle głośno, aby starszy człowiek mógł to usłyszeć.- Bardzo chcę mi się pić. - Oczywiście, ale przy drugim kubku herbaty opowiesz mi co i jak. Zgoda? - Dobrze, tylko niech pan przyniesie drugi kubek herbaty.- Marianek nie chciał być natarczywy, ale bardzo chciało mu się pić. Po chwili staruszek przyniósł żółty kubek wypełniony herbatę. Staruszek był bardzo chudy, niskiego wzrostu. Cerę miał bardzo bladą, dużo zmarszczek i pełno piegów. Gdyby nie te piegi, twarz mężczyzny wydawałaby by się zupełnie biała. Oczy duże, wyłupiaste, tak samo jak Mariana. Głowa siwa jak to bywa u każdego człowiek w podeszłym wieku. - A więc obiecałeś, że wszystko mi opowiesz. Zacznijmy od tego jak się nazywasz.- powiedział starszy człowiek. - Ja nazywam się Marian Bieliński, syn pana doktora Bielińskiego. Mieszkam we wsi Pipidówka, dużo mil od Warszawy.- wyrecytował wszystko, jakby na pamięć Marianek. Na twarzy starszego pana pojawiło się jakieś zakłopotanie. Próbował to ukryć, ale nie udało mu się to. Chłopiec nie śmiał go zapytać nad czym się tak głowi. Po krótkiej chwili milczenia i chlipania gorącej herbaty przez Marianka starszy pan powiedział. - Ja nazywam się Paweł Wedel. Jak widzisz jestem dużo starszy od ciebie i mam prawo zapytać się ciebie o twoją historię, jak tutaj trafiłeś. Nigdy nie spotkałem cię w tym mieście i jeszcze lądujesz na progu mojej kamienicy niewiadomo z kąt.- mówił powoli pan Wedel. - Skąd, to ja już powiedziałem proszę pana- rzekł poważnie mały pan Bieliński. - Tak, masz rację, ale mów jak się tu znalazłeś. - A więc podróżuję do mojego wuja, Stanisława Bogumilskiego. Jego żona, czyli moja ciocia Zuzanna wyjechała do Francji, aby spełnić marzenie. Ciocia jest wielbicielką Francji i od zawsze chciała do niej pojechać. I udało jej się. Niestety. Wujek jest już w bardzo podeszłym wieku i ciocia nie może go samego zostawić. Najbliższa sąsiadka tej wsi Zalesia też wyjechała. Następni sąsiedzi mieszkają trzy mile od domu mojej cioci. Dlatego też poprosiła mnie bym był z wujem, aż sąsiadka nie przyjedzie. Tata wsadził mnie w pociąg i tak trafiłem tutaj. Zgubiłem się w tym mieście, ale spotkałem taką dziewczynę. Kazała na siebie mówić Zuzia. Tak samo jak ja mówię na swoją ciocię. Powiedziała mi, że w tym mieście jest peron i możemy dojechać pociągiem do Żywotówki, a stamtąd to już jest blisko do wsi mojej cioci. Więc pobiegliśmy, aby jeszcze zdążyć na pociąg wieczorny. Ja, znana w swojej wsi łamaga potknąłem się o kamień, którymi są wyłożone uliczki. Coś stało mi się w nogę. Dziewczyna obiecał mi, że zaniesie mnie do swojej babci. Tu całkiem nie rozumiem dlaczego ona nie mogła do niej iść. Zuzia coś mówiła, że przez jej rodziców… W tym miejscy pan Paweł przerwał opowiadanie Marianka. - Ty zapewne spotkałeś tą żebraczkę znaną w całym mieście. Tak naprawdę jest z pochodzenia Rosjanką. Ma na imię Tamara. Jej nazwisko nie jest znane. Jej historię opowiem ci później, ale na razie ty opowiedz swoją- mówił powoli pan Wedel. - Nie wiedziałem, że ta dziewczyna jest Rosjanką. W ogóle nie dała tego po sobie poznać. Ale wracając do mojej historii to nie doniosła mnie Zuzia, czy jak tam jej? Albo Tamara! Do tej jej babci. Już nie mogła iść. Moim zdaniem po krótkim odpoczynku mogła mnie nieść dalej, ale widocznie nie chciała. Zostawiła mnie przed pana kamienicą. A dalej to już sam pan wie. - Tak, wiem.- rzekł cicho pan Wedel.- Teraz ja mam ci coś do oznajmienia. O ile dobrze pamiętam to masz na nazwisko Bieliński. - Tak, dobrze pan pamięta. - Czy znasz moje drogie dziecko swoją mamę?- rzekł niepewnie pan Paweł. - Do czego pan zmierza? Nie, nie znam swojej mamy. Nawet jej nie pamiętam. - Zmierzam do tego, że kiedy usłyszałem twoje imię i nazwisko okazało się, że jesteś moim prawnukiem. Dlatego tak długo nad czymś myślałem. - Ale jak to?- rzekł zaskoczony Marianek.- To my jesteśmy rodziną? - Tak. Twoja mama jest moją wnuczką. Ma na mię Krystyna. - Tata nigdy mi nie mówił jak miała na imię moja mama. - Ta, zapewne. I tutaj żeby nie przedłużać muszę ci coś powiedzieć. Twoja mama żyję. Mieszka w Rzymie, ale nie znam dokładnego adresu zamieszkania. Czy twój tata wie gdzie teraz jesteś? Chłopiec trochę oszołomiony nie wiedział co powiedzieć. Był najwyraźniej bardzo zmieszany. Po krótkiej chwili, kiedy Marianek opanował już swoje myśli powiedział. -Nie, tata nic nie wie gdzie ja jestem. To znaczy myśli, że jestem u cioci. Mógłbym do niego napisać list. - Właśnie w tym kierunku zmierzają moje myśli. Masz tu kartkę i pióro. Pan Wedel podał swojemu prawnukowi kartkę i wieczne pióro. Było ono bardzo ładne i Marianek trzymał takie coś po raz pierwszy. Zaczął pisać. W liście było napisane:

„ Cześć tato! Wrócę trochę później. Sąsiadka cioci chyba nie wróci na czas. Pobyt u cioci może się też znacznie przedłużyć, bo nigdy nic nie wiadomo. U wuja jest mi bardzo dobrze. Poznałem nową koleżankę! Bardzo lubię się z nią bawić! Napisałem ten list dlatego, abyś się nie martwił. Żegnaj tato. Bardzo cię kocham! Nie zapomnij nakarmić Berka.

Twój ukochany syn Marianek”

Chłopiec zawinął list i podał go uważnie się przyglądającemu panu Pawle. Pan Paweł wziął do ręki list, odpowiednio zaadresował tak jak mu nakazał Marianek i włożył do koperty, a następnie położył na małym stoliczku, na którym stała lampa. Po chwili pan Wedel rzekł. - Ale ty nakłamałeś w tym liście. Tylko nie rozumiem dlaczego miałbyś wrócić do swojego ojca później. - Nie rozumie pan- zapytał śmiejąc się Marianek.- przecież ja pojadę odszukać swoją mamę! Pan Wedel zrobił wielki oczy ze zdumienia. Przez chwilkę wpatrywał się w chłopca nieruchomo. Był najwyraźniej bardzo oszołomiony. Bardziej oszołomiony niż Marianek kiedy usłyszał, że jego mama żyje. Otrząsnąwszy się jednak pan Wedel poważnie rzekł do swojego prawnuka. - Skoro już zdecydowałeś, że pojedziesz odszukać swoją mamę jadę z tobą. Nie ma mowy żebyś pojechał sam. Chcesz żebyś się znowu znalazł u kogoś pod drzwiami? Ja nigdy na to nie pozwolę! Jadę z tobą i koniec.- powiedział stanowczo pan Wedel. - Świetnie! To nawet dobrze się składa, bo ja niemiałbym za co pojechać sam do Rzymu.- wołał z uradowaniem chłopiec. - Ale pojedziemy dopiero za dwa tygodnie.- powiedział już całkiem z powagą pan Paweł. - Za ile?- zawołał oszołomiony chłopiec.- Nie możemy. Dalej liczy się każda chwila. - Niewątpliwie, ale przypominam mój drogi prawnuku, że masz złamaną nogę- mówił powoli pan Wedel- Jutro pójdziemy do lekarza i zobaczymy co z twoją nogą. To „wyrok” lekarza zadecyduje o tym kiedy pojedziemy do Włoch odszukać twoją matkę. Nazajutrz tuż po wschodzie słońca poszli do lekarza. Pan Paweł prowadził Marianka pod pachą. Droga zbytnio się nie dłużyła. Wystarczył przejść dwie wybrukowane kamieniami uliczki, aby znaleźć się u pana doktora Goździńskiego. - Dzień dobry, przyszedłem tu z moim prawnukiem panie Leszku.- powiedział z powagą pan Wedel. Znajdowali się w skromnym gabinecie pana Leszka Goździńskiego. Było tam ciemno, gdyż jedyne malutkie okienko w gabinecie było zakryte grubą firaną. Marian zobaczywszy pana doktora staną jak wryty. Nie mógł zakryć twarzy dłońmi tak jak zrobił to w pociągu. Podszedł bliżej do pana doktora, aby się upewnić, że jest to osoba o której myśli. Okazało się, że jest to osoba o której myśli. - Jak masz na imię młody człowieku?- zapytał suchym tonem pan doktor. - Piotr Sandomierski.- odpowiedział cichymi słowami Marianek. Na te słowa pan Paweł Wedel zareagował kiwając głową i powtarzając sobie w myślach „ten chłopak jest chyba satanistą, bo prawi kłamstwami jak najęty”. Pan Leszek zbliżył się do chłopca, aby obejrzeć jego nogę.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%