Fantastyka · 50 min czytania
Przyjaciel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
"Uważajcie z marzeniami, bo mogą się spełnić."
Dworzec kolejowy w Małym Szarym Miasteczku. Dalej na wschodzie nikt już nie mieszkał. Wychyliła się z okna pociągu. - Dokąd tak naprawdę jedziesz? - spytał. - Do Malarza. Muszę znaleźć jakiś sposób wyciągnięcia od niego pieniędzy - powiedziała. - Chyba nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego - stwierdził smutno. - Chyba nie - roześmiała się. Pociąg parskał cicho. - Będę pisać - oznajmiła. - Pisz. Ja i tak nie dam rady przeczytać. - Przeczytać to przeczytasz, możesz mieć najwyżej problem z odpisaniem. Zabrałam twoją maszynę. - Osz ty! - Zamierzył się na nią długą, cienką, białą laską, a ona się zaśmiała. Pociąg sapnął z cicha i ruszył. Widziała go. Stał na skraju peronu z uniesioną głową. Mogło jej się wydawać, że oczy przesłonięte okrągłymi, ciemnymi okularami spoglądały na nią, ale przecież wiedziała, że były martwe - zanik nerwu wzrokowego. Miał trzynaście lat, gdy zaczął mieć problemy z widzeniem, a siedemnaście, gdy ogarnęła go nieprzenikniona ciemność. Pamiętała jego oczy, z czasów kiedy widziały: ogromne, piękne, brązowo-zielone, fascynowały ją kiedyś. Cały ją fascynował, zresztą od zawsze. Na przykład jego włosy, jasne i gęste, zawsze mu ich zazdrościła. Kiedyś powiedziała Matce, że to niesprawiedliwe, bo chłopcu nie potrzebne są ładne włosy. Matka śmiała się wtedy, Matka się śmiała w Starym Domu Nad Morzem. Tam się wychowali - oboje, bawili się, biegając po wydmach wśród wysokich i dziwacznie elastycznych krzewów, a ludzie umierali. Wszyscy umarli w tym domu, jej Matka była ostatnia. Ścigali się jak zwykle po wydmach do stołu w kuchni, a on jak zawsze nabrał się na jej wołanie, stanął. Miał więc już tylko trzy kroki i jak zwykle przegrał. Biegali później po kuchni, a gdy poszli na górę, znaleźli jej Matkę martwą. Trafili potem do domu dziecka, on miał zaledwie jedenaście lat, ona dwanaście. Pociąg rozpędzał się powoli, wiatr rozwiewał jej rzadkie, ciemne włosy, wyostrzał jeszcze bardziej rysy twarzy. Widziała go, jak stawał się coraz to mniejszą figurką, wciąż stojąc w tym samym miejscu. Musiała dać mu jakiś znak, że wciąż go widziała. Musiała coś krzyknąć, tylko co? - Niedługo wrócę! - zawołała, a on uniósł rękę na pożegnanie. Pociąg zaczynał pędzić zbyt szybko. Schowała głowę i usiadła spoglądając przez okno. Krajobraz uciekał w tył, nie widziała jednak niczego. Widziała tylko jego stojącego tak z uniesioną ręką. Myślała o nim. Nigdy, gdy była przy nim, nie rodziły się w jej głowie takie myśli, bo jak? On, mimo kalectwa, nie tylko umiał się śmiać, on po prostu wciąż się śmiał. Śmiał się i robił jej głupie żarty. Miał dwadzieścia trzy lata, był ślepy, lecz zupełnie samodzielny. Miał własne małe mieszkanko - pokój z kuchnią. Kto chciałby więcej? Kto miał więcej? Pracował jako kasjer. Jakie szczęście, że ktoś wpadł na pomysł, by robić banknoty różnych rozmiarów. On co prawda twierdził, że to bez znaczenia. Nigdy nie skończył żadnej szkoły ponadpodstawowej, nie dlatego, że nie był w stanie, tylko że był kłopotliwy. Co kogoś obchodził jakiś ślepy chłopak? Skrzywdzili go ci, których nic nie obchodziło, a on wciąż się śmiał. Naprawdę musiał być twardy. Zasłużył, by jego marzenia się spełniły, a były takie proste. Chciał grać rock' n rolla. W domu nad morzem było pianino. Matka grała na nim czasami, ale on już jako mały chłopiec potrafił to robić lepiej. W tym domu był też stary magnetofon i taśmy z nagraniami sprzed katastrofa. On umiał z pamięci, na pianinie, odtwarzać te melodie, a ona śpiewała teksty z taśm, silnym jak na dziewczęcy głosem. W domu dziecka nauczył się grać na organkach, potem na gitarze. Pamiętała jak zarabiał na nią myjąc szyby. Dla niego ruszała po pieniądze. Od pewnego czasu czuła się za niego odpowiedzialna. Miała nadzieję, że wyciągnie forsę z Malarza. Gdyby ją mieli, mogliby wyjechać, wydostać się z tego potwornego, skażonego świata, w którym nikt o nikogo nie dbał, martwiąc się tylko tym, jak długo sam pożyje zżerany rakiem. Wtedy spełniłyby się ich marzenia. Graliby rock' n rolla i byliby wolni. O tym ona marzyła - być wolną, nieograniczoną, opuścić więzienie skażonego terenu. Pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji. Do przedziału weszła staruszka wlokąc za sobą potwornie ciężką torbę. Dziewczyna rzuciła na nią przelotne spojrzenie wąskich, zielonych oczu. Założyła włosy za ucho i znów wpatrzyła się w okno. Staruszka męczyła się z ulokowaniem na górze swojego bagażu. Choć może nie była wcale stara. W tym skażonym kraju nie można było oceniać wieku ludzi po ich twarzach. Dziwaczne choroby sprawiały, że ciała młodych marszczyły się i wysychały. Kobieta uporała się wreszcie ze swym zadaniem i usiadła naprzeciwko dziewczyny. Koła pociągu wystukiwały wciąż ten sam, monotonny rytm, niosąc ją ku wolności.
Mężczyzna z gitarą na ramieniu zatrzymywał samochody jadące nie wiadomo po co na wschód.
Wysiadła na stacji w Tętniącym Życiem Mieście. Długo szukała miejsca, w którym mogłaby przenocować. Wlokąc ciężki bagaż, zaczynała żałować, że zabrała ze sobą maszynę do pisania. Ale przecież musiała wysyłać listy do Przyjaciela. W jasnych promieniach mocno świecącego słońca końca wiosny zapylone ulice zdawały się całkiem miłe, by nie powiedzieć ładne. Jedyną rzeczą do zarzucenia słońcu był pot płynący jej teraz strumieniami po plecach. Z powodu upału też bagaż wydawał się jeszcze cięższy. Wreszcie znalazła hotel, na który było ją stać. Dostała mały pokoik z łazienką. To nic, że gdy przeciągała palcami po trzeszczących meblach, z których złaził fornir, w pokaźnej warstwie kurzu pozostawały wyraźne smugi. To nic, że w łazience popękały i poodpadały kafelki, na umywalce były szare linie, a kran się nie błyszczał. Trochę posprząta. Ważne, że na razie to jej własny kąt. Już dawno przywykła do życia w nie komfortowych warunkach, wszyscy przywykli. Najważniejsze, że okna są od wschodu. W dzień pokoik będzie chłodny i mroczny, jego zalety wyjdą na jaw o świcie. W domu nad morzem też spała w pokoju od wschodu. Lubiła, gdy budziły ją swymi igraszkami promienie młodego słońca. On spał po przeciwnej stronie korytarza w pokoju od zachodu, zawsze był śpiochem. Chyba nigdy nie widział wschodu słońca. Nigdy się jej nie udało namówić go, by wstał tak wcześnie, a teraz był ślepy. Wytarła kurz ze stolika pod oknem. Oberwała kawałek zbyt mocno odstającego forniru i rzuciła na podłogę. Następnie ustawiła tam maszynę. Obok niej ułożyła stos białych kartek, a jedną z nich wciągnęła w środka. Potem wrzuciła swoje nieliczne i niezbyt modne ubrania do szafy. Czy istniało jeszcze coś takiego jak moda? Czy kogoś jeszcze teraz interesował jego wygląd, tu, gdy wszyscy umierali tak młodo, w mękach? Nastolatki przeglądały jeszcze żurnale z przed katastrofy marząc, ale potem dorastały i marzenia pryskały. Rzeczywistość była szara. Usiadła przy dziwacznej maszynie do pisania i powoli zaczęła stukać. Niezbyt dobrze jej szło, nie bardzo była też w stanie zauważył swoje błędy, nie była dobra w czytaniu Braille’a.
,,Przyjacielu – pisała. - Dziś dopiero się rozstaliśmy, a ja już tęsknię. Przecież i przedtem były całe tygodnie, gdy cię nie spotykałam, ale zawsze mogłam wyjść na ulicę, przejść parę przecznic i znaleźć Cię. Teraz, gdy jesteś tak daleko, brak mi tej możliwości. Jutro pójdę na badania i do Malarza, potem poszukam jakiejś pracy. Dziś nie chce mi się nigdzie ruszać. W hotelu mam mały, własny pokoik z oknami od wschodu. Wiesz, tak jak lubię. Mimo tych okien myślę, że by Ci się podobał. Miło pachnie, mimo, że kurz wierci w nosie. Gdy w nim posprzątam, będzie naprawdę wspaniały.''
Wstała, nie wyciągając kartki z maszyny. Jutro będzie pisać dalej. Poszła do łazienki, umyła zęby zimną wodą i opłukała twarz. Przywykła do tego, że woda w kranie zawsze była zimna. Nie było jeszcze późno, ale postanowiła pójść spać. Jeśli szybciej zaśnie, szybciej nadejdzie jutrzejszy dzień, a jutro pójdzie do Malarza. Jeszcze nie wiedziała, co zrobi, co powie. Będzie improwizować, ale na pewno jej się powiedzie, jej zawsze, wszystko się udawało. Położyła się na twardej wersalce, sprężyny trochę ją uwierały, ale mogło być gorzej. Naciągnęła na siebie szorstki koc. Drapał w szyję i policzek. To było miłe. Przypominało jej koce w Starym Domu Nad Morzem.
Część 22 / 3
Nocą śniła. To był ten sam sen, który powracał do niej od wielu dni. Biegała wraz ze swoim Przyjacielem po wydmach wśród tych dziwacznych krzewów. Byli dorośli, a jego oczy widziały. Biegali w labiryncie z drutu kolczastego ustawionym na wydmie. Nie kaleczyli się, nie błądzili, znali ten labirynt, tak jak wydmę. On przykucnął po przeciwnej stronie kolczastej zapory, uśmiechnął się głupkowatym. Śmiały się jednak nie tylko jego usta, ale też oczy. Wiedział, że pozostawia ją w tyle, że wygra. Zerwał się z miejsca i biegł po zwycięstwo. Długie, jasne, gęste włosy podskakiwały obijając się o jego ramiona. To był taki piękny widok. Zbliżył się do kuchennych drzwi, przeskoczył próg. - Stój - zawołała. Stanął. Znowu dał się jej nabrać. Zrobił trzy wielkie kroki, ale nie dał rady dosięgnąć stołu. Ona wbiegała do kuchni wolnym truchtem, dotknęła stołu, odwróciła się do niego i zaśmiała mu się w twarz. - Ja Ci dam! Znowu mnie nabrałaś! - zawołał i zaczął ją gonić wokół stołu. Umykała mu ze śmiechem. Nagle spojrzała na schody na górę. Nie! Zawsze budziła się w tym momencie. Nie mogła spać dłużej w pokoju od wschodu. Promienie słońca tańczyły na jej twarzy i łaskotały policzki. Przeciągnęła się leniwie. Koc drapał ją w gołe łydki. Mimo to bardzo nie chciało jej się wygramolić z łóżka. W końcu przemogła się. Ziewając, zwlokła się z wersalki, dbając by najpierw postawić na podłodze prawą, a potem lewą nogę - po co zapeszyć. Podeszła do stolika, jej bose stopy cicho mlaskały w zetknięciu z podłogą. Zamyśliła się, spoglądając na jasną plamę światła na środku pokoju. Takiego ranka można uwierzyć, że świat jest zdrowy i, że ma się przed sobą całe, długie, piękne życie. Cóż za błąd, wystarczy wyjrzeć na dwór, na te szare, zapylone ulice. Wystukała szybko:
,,Nocą znów miałam ten sam sen co zwykle - o Nas na wydmie. Dzisiejszego ranka wierzę, że Nam się uda. Nam wszystko musi się udać.''
Przeciągnęła się leniwie i ziewnęła. Stanowczo na nią za szeroka, bura koszula nocna zafalowała na jej kościstym ciele. Przeczesując palcami tłuste, rzadkie włosy, poszła do łazienki wziąć prysznic. Nie brzydziła się szarawym brodzikiem. Czym tu się brzydził? Wszystkie były takie. Jej bose stopy zostawiły ślady na brudnej podłodze.
Badania trochę się przeciągnęły. Po otrzymaniu wyników trzeba było przejrzeć maszyny i powtórzyć wszystkie czynności raz jeszcze. Przegląd nie wykazał jednak żadnych usterek, a za drugim razem wyniki, choć szokujące, pozostały takie same. Była zdrowa. Urodziła się i przeżyła dwadzieścia cztery lata na skażonym terenie, z czego dwanaście w miejscu, z którego nikt nie wyszedł żywy. No, poza jej Przyjacielem, ale on był ślepy. Była zdrowa. W szpitalu powiedziano, że mieli do tej pory tylko dwa takie przypadki, ale to byli ludzie z zachodu. Kazano jej więc przyjść następnego dnia. Chciano przebadać ją dokładniej. Wyszła na zalany słonecznym blaskiem plac. Nie wiedziała, śmiać się czy płakać. Bycie zdrowym niosło ze sobą pewne konsekwencje. Będzie długo żyła, a inni umrą, będzie świadkiem ich śmierci, może nawet śmierci swojego Przyjaciela. W zasadzie przywykła do śmierci, tyle ich widziała w domu nad morzem. Tylko nie on! Tego by nie zniosła. On musiał zrealizował swoje marzenia. Zasłużył na to. Zresztą ona chciała, by tak się stało. Był jej Przyjacielem, kochała go, jak kocha się brata. Nagle dotknęło jej nieprzyjemne przeczucie. Czyżby ktoś ją obserwował? Nie czuła się dobrze na ulicach tego miasta. Młoda Kobieta w rozszerzanych, czarnych spodniach stała w łukowatej bramie, paląc papierosa. Nie wiedziała, czemu właśnie na nią zwróciła uwagę. Nie było niczego nadzwyczajnego w tej znudzonej, brzydkiej Kobiecie z dużym nosem. A jednak... W bramie po drugiej stronie też ktoś stał. Ludzie nie mieli w zasadzie nic do roboty. Czy coś tu nie było w porządku? Czy wszyscy nie powinni... Czego? Zdobywać pieniędzy na wyjazd? Kto by wtedy został? Chyba jej myśli poszły w złym kierunku. Ważne jest tylko to, że w rozgrzanym słońcem mieście panuje senna atmosfera jak wszędzie, a ona jest zdrowa. Co za kłopot!
Mieszkanie Malarza. Nie było go. Przyjęła ją jakaś Czarnowłosa. Gdy wreszcie pozwoliła jej wejść, przeleciała całą pracownię, by wyciągnąć jakiś obraz. - Myślałam, że już go sprzedał – powiedziała, pokazując Czarnowłosej pejzaż z dwiema postaciami siedzącymi nad jeziorem. - To ja i moja Ciotka – wskazywała. - Siedziałyśmy na wydmie, nie nad jeziorem, ale to my. - Nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością - oznajmiła tamta. Namalowane postaci siedziały twarzami do jeziora, a więc plecami do odbiorcy. - Dobra - machnęła ręką. - Kiedy on wróci? - Trudno powiedzieć - stwierdziła Czarnowłosa. - Teraz jest w Świątyni. Jest bardzo zajęty pracą tam.
,,Stoję w miejscu - pisała wieczorem do Przyjaciela. - Nie zastałam Malarza, a badania wykazały, że jestem zdrowa. Wcale mnie to jakoś nie cieszy. Może dlatego, że wszyscy są chorzy. Ale tak myślę, że to może być wygodne, jeśli się stąd wydostaniemy. Jutro kazali mi przyjść jeszcze raz, myślą, że maszyny mogły się pomylić. Nie rozumiem tego, ale zaczynam się bać. A jeśli mi się nie powiedzie? Co z nami będzie? Nie możemy tak po prostu umrzeć! Nie My!''
Część 33 / 3
Gdy w mroku nocy leżała na twardej wersalce, dotknięcia szorstkiego, drapiącego koca nie były już miłe. Po raz kolejny konfrontacja wizji dziecka ze światem pokazała, że życie nie jest takie proste. Może nie powinna poddawać się tak od razu. Ale czy się poddała? Będzie dalej szukać Malarza i czegoś na niego. To, że teraz wypełnia ją gorycz, to całkiem inna sprawa. Nocą przyszedł sen. Znów biegali w labiryncie z drutu kolczastego. Wyprzedził ją i biegł ku kuchennym drzwiom. Włosy podskakiwały mu na ramionach, miały barwę dojrzałego zboża. Kiedyś widziała na zdjęciu całe pola pszenicy. Nagle wyrosła przed nim kolczasta bariera. - Stój! – zawołała. – Stój! On się nie zatrzymał. Tyle razy go już nabrała, dziś chciał wygrać. Wpadł na barierę, odbił się i padł na wznak. Zobaczyła krew na jego dziecięcej twarzy. Kucnęła przy nim, zobaczyła jego znieruchomiałe oczy. Był ślepy, czy martwy? Obudziła się zlana potem jeszcze przed świtem. Zwinęła się w kłębek, przykryła głowę jaśkiem. Chciała odciąć się od swoich myśli, wizji i wspomnień. Wciąż jednak widziała jego rozwiane włosy, gdy biegł, by zderzyć się z barierą.
Następne badania też niczego nie wykazały. Była jednak zdrowa. Płuca, serce, wątroba, nerki, mózg - wszystko było w normie nie tej dla skażonego terenu, lecz w normie zza granic, o której wszyscy już zapomnieli. Morfologia, ciśnienie itp. też. Wyszła następnego słonecznego dnia na ulicę. Teraz mogła zacząć szukać pracy. W łukowatych bramach znowu stali ludzie. Patrzyli na nią. Przyspieszyła kroku. Skierowała się w stronę poczty. W teczce, którą niosła pod pachą, miała dziurkowane kartki – list do Przyjaciela. Musi jeszcze kupić kopertę. Jacyś mężczyźni zbliżali się do niej. Starała się zachować spokój, jednocześnie przyśpieszając z każdym krokiem. W zasadzie, w taki wspaniały słoneczny dzień nie może stać się jej nic złego. Byli już bardzo blisko, podobni do siebie jak bliźniacy, Blondyn i Rudy. Rudy okazał się szybszy. Znalazł się tuż przy niej. Pochylił się, chcąc dostać wargami jej szyi, cmokał przy tym i mlaskał. Śmierdziało mu z ust. Zadrżała, ale wciąż szła naprzód. - Tu, tu - cmokał jej nad uchem. - Przepraszam za niego - powiedział Blondyn. - Niech się Pani nie boi. On jest chory. Zatrzymała się, ale nie powiedziała niczego. - Chciałbym Pani coś pokazać - ciągnął dalej Blondyn. - Co? - spytała cicho, ręce jej drżały. - Naszą Świątynię. Pani nie jest stąd. Niewielu o tym mówi, niewielu przychodzi, a to ważne. Pani też chyba jest za budowaniem Nowego Świata? - Tak – wyszeptała, choć nie była. Nie chciała budować niczego na skażonym terenie. Chciała uciec. - A więc proszę. Pójdzie Pani z nami? - Muszę iść na pocztę. - Chciała się wykręcić. Bała się tych ludzi. - Po co? Rachunków nie warto płacić w terminie. Od lat nikt nie nalicza odsetek. Komu by się chciało? Zawahała się. Przecież Malarz pracował w Świątyni, a ona chciała go spotkać. - A w zasadzie... - machnęła ręką. - Proszę. - Blondyn przeprowadził ją przez plac i otworzył przed nią drzwi starego i makabrycznie brudnego samochodu, który kiedyś był chyba zielony. Mimo wszystko Blondyn miał być z czego dumny. Rzadko kto miał samochód. Już ich nie produkowano. Nie było takiej potrzeby. Nikt już się nie spieszył, umrzeć zawsze i każdy miał czas. Wsiadła. Było już za późno, żeby się wycofać. Ruszyli. Serce ze strachu podchodziło jej do gardła. Myślała, że zwymiotuje. Zatrzymali się przed bramą ogromnego cmentarza. - Teraz bądźcie cicho - nakazał Blondyn wysiadając. - Odbywa się pogrzeb. Zachowywał się elegancko, otworzył jej drzwi. Po katastrofie mało kto tak postępował. Przeszli przez szeroką bramę o ciężkich skrzydłach. Rudy gdzieś znikł. Kapłan na skleconej z desek mównicy wygłaszał kazanie nad otwartym grobem: „Był wspaniałym ojcem, mężem i przyjacielem.” Tylko czyim? Tak niewielu stało tu ludzi - pięciu - sześciu - siedmiu, a wszyscy byli bardziej znudzeni i zmęczeni uroczystością, niż wzruszeni i przejęci śmiercią. „Był dla nas wzorem i podporą. Wszyscy go kochaliśmy i podziwialiśmy.” Przemknęli obok znudzonej gromadki. Weszli do wnętrza Świątyni. Pierwszą rzeczą na jaką zwróciła uwagą, był fakt, że jej kroki nie odbijały się echem, mimo marmurowej posadzki. Rzadko bywała w kościołach, ale uznała to za nienormalne. Filary Świątyni otoczone były rusztowaniami. Wszędzie pracowali ludzie. Nie bała się już, była urzeczona, zafascynowana. Pomyślała o budowaniu Nowego Świata, świata szczęśliwych ludzi, w którym byłoby miejsce dla niej, jej Przyjaciela i rock' n rolla. Podziwiała ogromny fresk nad swoją głową. Nie przypominało typowych kościelnych malowideł. Brodaty, siwy mężczyzna o miłym uśmiechu zapraszał ciepłym gestem świetliste owce do wnętrza pomieszczenia, z którego biła światłość. - Co to jest? – spytała, wskazując ręką sufit. - Obraz przedstawiający Zbawienie Dusz - wyjaśnił Blondyn. Rozejrzała się dookoła. - A kim są ci wszyscy ludzie? - Pomagają nam. Niewielu to kapłani. Są wśród nas artyści, nauczyciele, lekarze, mechanicy, wszyscy tu są. Budujemy Nowy Świat. - Przepraszam na chwilę - rzekł. Ktoś go zawołał. Została sama. Wędrowała powoli boczną nawą, oglądając ścienne malowidła. Fascynowały ją, dziwaczne, lecz i znajome. No tak, przecież Malarz pracował w Świątyni. Nagle... Jeden z obrazów ją przeraził. Widniała na nim twarz mężczyzny leżącego na plecach, z ust wylewała mu się jakaś złocista masa. Zadrżała. Poznała tę twarz mimo okalających ją ciemnych włosów, to był jej Przyjaciel. - Co przedstawia to malowidło? - spytała jakiegoś przechodzącego obok człowieka. - Jesteś nowa? - Tak - skinęła głową. - To Zadławienie Się Szatana Jego Własną Złością – wyjaśnił człowiek. Przyjaciel. Szatan. Zadławienie. Nagle wpadła w panikę. Czy malarz przez przypadek właśnie Szatana obdarzył jego twarzą. Czy chciał coś przez to powiedzieć? A może to naprawdę coś znaczyło? Ruszyła biegiem ku wyjściu. Wypadła na dwór przez bogato zdobione wrota. Kapłan nadal wygłaszał kazanie nad rozkopanym grobem. „Nie potrafimy czasem zrozumieć. Pytamy, czemu Pan zabrał go tak młodo. Pytamy dlaczego i nie potrafimy pogodzić się z tym, że taki był boski plan. A On robi to tylko dla nas, by nas umacniać. Dlaczego? - pytamy. Żył przecież zaledwie czterdzieści pięć lat.” Czterdzieści pięć. Nie był młody, wystarczająco długo nacieszył się życiem. Niewielu ma takie szczęście. Dziecko trawione rakiem marzy by dożyć swych osiemnastych urodzin, osiemnastolatkowie chcą dociągnąć do trzydziestki. Ona i jej Przyjaciel nie dożyją tak późnego wieku. To niemożliwe, mimo, że ona na razie jest zdrowa. „Niech spoczywa w spokoju.” - skończył kapłan. Ludzie ziewali. Zaraz będą mogli usiąść. Biegła, biegła jak szalona. Wypadła przez cmentarną bramę. Zza rogu wyskoczył Rudy. Wrzasnęła i odskoczyła w bok. Zimny pot zlał jej ciało. Przyskoczyła do samochodu. Szarpnęła za drzwiczki. Nie chciały ustąpić, a Rudy był tuż za nią. Wreszcie się jej udało. Szalona, przelękniona wjechała do miasta na pełnym gazie. Wpadła do swojego pokoiku, porwała maszynę do pisania, nie miała czasu by zabrać coś jeszcze. Pobiegła na dworzec. Czemu nie pojechała samochodem? Nie wiedziała. Nie działała logicznie. Bała się i chciała znaleźć się obok swojego Przyjaciela. Ten obraz... Nie, nie jego chciała ochronić, chciała sama zaznać ukojenia. Potrzebowała kogoś. Potrzeba kogoś, miłość - to tak obce pojęcia. W tym świecie nie kochał nikt, nie było warto, śmierć przychodziła zbyt szybko. Kiedyś, kiedy jeszcze nadawała telewizja, ludzie oglądali romanse i marzyli, teraz już nie. Telewizja nie była nikomu do niczego potrzebna. Była kolejka do kasy, a jej pociąg stał już na stacji. Nikt nie chciał jej przepuścić. Usłyszała, że zawsze zdąży umrzeć. Wiedziała to doskonale bez gderających ludzi. Wskoczyła do pociągu, gdy parskając ruszał. Oczywiście nie kupiła biletu. Weszła do przedziału. Był w nim tylko jakiś mężczyzna śpiący w kącie. Postawiła maszynę na stoliku pod oknem, rzuciła obok niej papiery, zdjęła buty i usiadła na siedzeniu z nogami podciągniętymi pod brodę. Oparła na nich głowę. Nie płakała, ani ona, ani nikt tu nie wiedział co to łzy. Oczami wyobraźni widziała swojego Przyjaciela, jego rozwiane, jasne włosy, znów się ścigali. Wiedziała już, że nie może bez niego żyć. Chciała znów go zobaczyć, dotknąć jego włosów. Spuściła nogi, założyła buty, postawiła sobie maszynę na kolanach, wciągnęła do środka białą kartkę.
„Wracam. Nie wiem co się stało. – stukała. - Jacyś ludzie zabrali mnie do Świątyni. Na jednej ze ścian było malowidło przedstawiające śmierć Szatana. Na tym obrazie Szatan miał twoją twarz. Wystraszyłam się i uciekłam. Nie wiem, czy to rozsądne. Nie wiem, co jest rozsądne. Na razie chcę tylko znów być przy Tobie. Nie mogę żyć sama. Cząstka mnie jest w Tobie, cząstka Ciebie we mnie. Nie wiem, jak inni ludzie to wytrzymują, tą samotność.''
Odstawiła maszynę, ale nie zdjęła już butów. Oparła głowę o szybę. Jednym okiem spoglądała przez okno, na migający pejzaż, drugim gdzieś do wnętrza maszyny. Co się wydarzyło? Koła wystukiwały wciąż ten sam monotonny rytm.
Stała pod drzwiami jego mieszkania. Ustawiła maszynę na słomiance, była ciężka, potem zapukała. Nikt jej nie otworzył. Zapukała raz jeszcze. Nadal nic. Zaczęła bębnić pięściami w drzwi. - Hej! Głuchy nie jesteś! - wrzasnęła kopiąc je. Deski jęknęły. – Niech to diabli! Gdzie jesteś? - Zwinęła się na ziemi, obejmując maszynę. Z mieszkania obok wyszła wysoka jasnowłosa kobieta, była chyba w jej wieku. - Szukasz go? - spytała. - Tak - skinęła głową. Łzy świeciły w jej oczach. - On wyjechał. - Jak to? Kiedy? Dokąd? - Jakieś pięć dni temu, na wschód. Zabrał ze sobą tylko gitarę. Prosił żebym przechowała listy, jeśli jakieś przyjdą. Wyjechał. Zwiesiła głowę. Dokąd? Na wschód. Może do starego domu? Po co? Nie rozumiała go. Jak mogła rozumieć, skoro nie rozumiała samej siebie. Musiała go odnaleźć. - Pani wie? – spytała. - Ile kosztuje wynajęcie samochodu? - Och - westchnęła tamta. - Całą moją pensję za godzinę. Który jest? Piętnasty. Dziś dostała pensję. Podniosła się z maszyną w objęciach. - Ja nie mam dokąd pójść - powiedziała, choć nie było to prawdą. - Czy mogłabym przespać się u pani dzisiejszej nocy? - Oczywiście - oznajmiła Jasnowłosa. - Ale nie mam drugiej wersalki. Możesz spać na fotelach? - Tak - skinęła głową. Prawie od razu zestawiła sobie fotele i zwinęła się na nich, przykrywając na głowę miękkim kocem. Tuż koło prowizorycznego łóżka stały jej buty i maszyna. Nie spała, udawała tylko. Słyszała, jak gospodyni ściele swoje łóżko, rozbiera się, myje, potem kładzie. Odczekała chwilę, zanim wstała. Poruszając się na palcach zaczęła przeszukiwać szafki. Jeśli Jasnowłosa się obudzi, powie, że szuka aspiryny. Wreszcie są - pieniądze. Zabrała je i wyszła z maszyną i butami pod pachą. Biegła potem ulicami nie wiedząc dokąd. Ukradła. Nie pierwszy raz zresztą, ale pierwszy raz taką sumę. Kradła w domu dziecka. Tam trzeba było kraść, by przeżyć w miarę miło. Była w tym najlepsza, a jej Przyjaciel nazywał ją ,,Lepkie Palce''. O Boże, zabrała całą pensję tej kobiecie, a ona była miła i trochę mniej obojętna niż większość ludzi. Teraz biedna Jasnowłosa będzie musiała głodować cały miesiąc. Postąpiła źle, może nie pierwszy raz w życiu, może nie pierwszy raz tego dnia, ale postąpiła źle, bardzo źle.
Trzęsła się z zimna na ławce w parku z głową wciśniętą między kolana. Nie była w stanie pojąć tego, co się…