Psychologia · 10 min czytania
Przyjaciele
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak co weekend robiliśmy we dwóch zakupy w Carrefourze, gdy Jurek zapytał, czy nie mam przypadkiem w domu łopaty. - Nie trzymam w domu łopaty – odrzekłem, wkładając do koszyka papier toaletowy. – Zresztą po co ci łopata? - Hmmm – zamruczał i podrapał się po uchu. Gdy zbliżaliśmy się do kas, raptem skręcił w boczną alejkę i poczłapał do działu z narzędziami ogrodniczymi. Coś nowego. Nigdy przedtem nie wchodziliśmy do tej części sklepu. Jurek chwycił w wolną rękę ostro zakończoną łopatę i obrócił się na pięcie. - To się nazywa rydel – oznajmiłem. Pokazał mi nalepkę owiniętą na stylisku: „SZPADEL OSTRY, 69 zł.” - Wynająłeś się do prac ogrodowych? – zażartowałem. Zdziwił mnie ten zakup. Jurek i Basia mieli troje dzieci; on pracował na pół etatu jako stolarz, ona zajmowała się wychowywaniem dzieci. Mieszkali w ciasnym dwupokojowym mieszkaniu na dziesiątym piętrze. Nie przelewało im się. Powkładaliśmy pełne siatki do mojej terenowej hondy. Był ładny sierpniowy dzień. Kiedy skręciłem w drogę osiedlową, Jurek powiedział, że chcieliby całą rodziną wybrać się na wycieczkę do lasu. - Dzisiaj, tak? – upewniłem się. – Dobrze, czemu nie? Punktualnie o dwudziestej zapukali do moich drzwi: Jurek, Basia i Stefcia. Stefcia była ich najmłodszym dzieckiem; skończyła właśnie dwa miesiące. Miała na sobie śnieżnobiałe ubranko. Jej rozszczepiona warga zdawała się wcinać w przegrodę noska. Basia tuliła ją na rękach. Jurek miał przewieszoną przez ramię długą płócienną torbę. Oboje sprawiali wrażenie milczących, jakby chwilę temu poróżniła ich małżeńska kłótnia. Ale ja wiedziałem, że to niemożliwe. Basia i Jurek nie kłócili się nigdy. Byli najbardziej zgodną małżeńską parą, jaką znałem. - Tomek i Ola nie jadą z nami? – spytałem z nietajonym rozczarowaniem, zamykając drzwi na klucz. Tomek i Ola byli ich starszymi dziećmi: lat osiem i sześć. Ola to moja chrześniaczka. Uwielbiałem ją. - Odrabiają lekcje – mruknął Jurek. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na północ, gdzie rosną lasy sosnowe. Słońce chyliło się pomału ku zachodowi, zostawiając czerwonawe smugi na niebie. Jurek siedział bez słowa obok mnie na fotelu pasażera, a Basia, Stefcia i torba – równie milczące - spoczywały na tylnej kanapie. - Znacie dowcip o dwóch przyjaciołach, którzy spotkali się przypadkiem po latach na lotnisku? – Próbowałem rozruszać drętwą atmosferę. Jurek wbił nieruchome spojrzenie w przednią szybę. Wydawało się, że stara się unikać mojego wzroku. Zerknąłem we wsteczne lusterko. Basia karmiła Stefcię piersią, ale wyglądała przez boczną szybę. Dziewczynka wpatrywała się w odwróconą matkę błękitnymi oczkami. Podczas karmienia nie było widać jej zajęczej wargi. - Tutaj jest dojazd – odezwał się Jurek. Zjechałem z szosy na polną drogę. Trzysta metrów dalej zatrzymaliśmy się na dużym gruntowym parkingu otoczonym pniakami, na którym stały dwa inne samochody. Wysiedliśmy. Jurek wyjął torbę z tylnego siedzenia. Coś zgrzytnęło metalicznie. - Super, idziemy na polowanie! – zawołałem. Basia uśmiechnęła się słabo. W lesie było ciemno i chłodno. Leśny dukt doprowadził nas do małej zielonej polanki porośniętej z trzech stron gęstymi krzewami leszczyny. Cały czas odnosiłem wrażenie, jakby Jurek i Basia zmierzali ku upatrzonemu z góry miejscu. Zapewne myliłem się: znajdowaliśmy się dwadzieścia parę kilometrów za miastem, a oni nie mieli samochodu. Nigdy przedtem nie zapuściliśmy się na te tereny. Najbliższy przystanek autobusowy był kilometr dalej. Jurek oddalił się na skraj niewielkiej polany i wyciągnął z torby szpadel, który kupił dzisiaj w Carrefourze. Nie mówiąc słowa, zaczął kopać prostokątny rów. - Zwariowałeś? – Ruszyłem w jego stronę. Jurek zignorował mnie. Łopata zagłębiała się w miękki grunt. Pracował wytrwale, choć bez pośpiechu. Basia podeszła do niego. Wciąż tuliła do siebie Stefcię, która nagle – może z powodu chłodu przenikającego powietrze – zaczęła kwilić cichym, piskliwym głosikiem. Jurek odebrał od niej dziecko i delikatnie umieścił je w rowie. - Co robisz?! – zawołałem. Wtedy, chyba pierwszy raz, spojrzał na mnie. Basia wyjęła z kieszeni dżinsów telefon komórkowy i włączyła kamerkę wideo, rejestrując poczynania męża. - Wiesz, że mamy dwoje dzieci – odezwał się Jurek. Mówił spokojnym, rzeczowym głosem ni to do mnie, ni to do kamery, stojąc z uniesionym szpadlem nad wykopem, w którym leżała płacząca Stefcia. – Więcej gęb nie wykarmimy. Basia dowiedziała się wczoraj, że jest w ciąży. Całą noc przegadaliśmy, zastanawiając się, co robić, i wiesz, nie widzimy innego wyjścia jak pozbyć