Fantastyka · 7 min czytania
Przyjacielu, chcesz umrzeć?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PRZYJACIELU, CHCESZ UMRZEĆ?
Dzień był pochmurny od samego rana i nic nie wskazywało na to, że reszta dnia będzie bardziej sprzyjała spacerom. Ale dla niego nie miało to znaczenia. Lubił takie dni, kiedy padał deszcz, a ulice dzięki temu pustoszały i sprawiały wrażenie wyludnionych. Mógł wtedy bez przeszkód chodzić i nie narażać się na głupawe uwagi innych. Z mozołem pchał swój wózek, na którym miał złożony cały dorobek swego życia. Ten niecodzienny bagaż cicho popiskiwał w rytm jego nierównych kroków, będąc jedynym przyjemnym dźwiękiem, jaki rozumiał. Nie wiedział, dokąd dzisiaj dojdzie i gdzie zakończy ten dzień. Nie miało to jednak specjalnego znaczenia. Miał jednak nadzieję, że znajdzie w końcu to, czego szukał, chociaż nie potrafił tego określić i nazwać. Było pusto i cicho mimo nadciągającego południa. Taka była ta dzielnica, gdy padały kwaśne deszcze, nikt nie chciał niepotrzebne narażać swego zdrowia. To uczucie było już poza nim i nie miało to specjalnego znaczenia, czy zachoruje czy też nie. Miał też nadzieję, że nie upadnie w którymś momencie. Zabrano by go wtedy do szpitala i poddano odnowieniu. A on tego już nie chciał. Nie chciał walczyć o życie, które nie miało już dla niego znaczenia. – Hej, przyjacielu, czy chcesz umrzeć? – usłyszał głos nad sobą. Obejrzał się i zobaczył srebrny samochód. Dwóch młodych funkcjonariuszy przyglądało mu się z uwagą. Jeden z nich trzymał w ręku mikrofon i czekał na jego odpowiedź. – Nie dzisiaj – odparł cicho, ale jego głos dotarł do nich. Pomachali mu ręką i pojechali dalej. Znowu został sam i mógł dalej z mozołem pchać swój wózek. Wystarczyło jedno słowo i zakończyłby swoje cierpienie. Pytanie, czy chciał dzisiaj umrzeć miało swoje znaczenie. Gdyby się zgodził, zabraliby go do szpitala i spełniliby jeszcze jego jedno życzenie. Darowaliby mu ostatnie 24 godziny życia. Mógłby zażądać czegokolwiek, byle tylko podpisał pewien papier i chciał umrzeć. Może i chciał, ale nie w taki sposób. Umieranie człowieka powinno mieć jakąś specjalną ceremonię, której właściwie nawet sobie nie wyobrażał. Powinno to być jednak coś wyjątkowego i szczególnego. To śmieszne – pomyślał. Umrzeć w szczególny sposób, który tylko dla samego siebie będzie miał wymowę. To chyba prawda, co mówili o takich jak on. O poszukiwaczach śmierci, którzy nie umrą prędzej, zanim tego nie znajdą. Był jak ze stali, odporny na kwaśne deszcze i nieszczęśliwe przypadki. Kiedyś potrącił go autobus pełen rozbawionego towarzystwa. Kierowca nawet nie zauważył, że w coś uderzył. Odrzuciło go na kilkanaście metrów, a jego wózek rozsypał się w strzępy. Jemu nic się nie stało i podniósł się po chwili, jakby zaledwie pośliznął się na mokrym chodniku. Policja nie była jedynym poszukiwaczem takich jak on. Byli i inni, bardziej groźni i nie czekający długo na odpowiedź. Wielu żyło z tego, że odnajdywali ludzi, którzy pragnęli śmierci, dlatego nie pojawiali się często na ulicach. Bo przywoływali poszukiwaczy, a oni budzili grozę ludzi.. Szedł więc dalej, deszcz siąpił coraz natarczywiej. Chciał już tylko dotrzeć do końca ulicy, gdzie w małym zakolu mieściło się wejście do kanałów. Tam postanowił spędzić resztę dnia. – Przyjacielu, chcesz umrzeć? – usłyszał znowu to pytanie. Tym razem lekko się przeraził. To na pewno nie była…