Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 18 min czytania

Przyjaciół się nie wybiera

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Historia ta jest zupełnie zwyczajna i pewnie zdarza się już od niepamiętnych czasów ale dla mnie jest niezwykła i to z prostego powodu - ja ją stworzyłem. To nic, że jest smutna jak płacz dziecka, jak chwilowa bezsilność strapionego człowieka. Może nawet tragiczna.

Smutek + tragizm = moje życie.

Poznaliśmy się już w szkole podstawowej. Pamiętam jak dziś, mój pierwszy dzień w tamtej szkole, w tamtej klasie, w tamtej ławce. Towarzyszył mi wtedy potworny strach przed nieznanym, potęgowany myślą, że jestem jedyną osobą, której tam nikt nie zna i która nikogo nie zna. Obcy. faktycznie tak było i to za sprawą mojego ojca, który objął stanowisko dyrektora firmy przewoźniczej właśnie w tym mieście, a ja oczywiście nie miałem w tej sprawie nic do powiedzenia - musiałem zmienić szkołę. Miałem jednak ogromne szczęście, że do VB chodziła dwójka tych wspaniałych ludzi - Lisa Sanders i Greg Dower. Tylko dzieki nim uniknąłem nieprzespanych nocy, a właśnie tak objawiał się u mnie chroniczny stres. To były naprawdę wspaniałe lata i od tej pory trzymaliśmy się zawsze razem - jak trzej muszkieterowie, jak papużki nierozłączki - "jedna za wszystkie, wszystkie za jedną". Nic nie zapowiadało tego, co stało się znacznie później, bo do tamtej pory nasze wspólne życie było jedną wielką przygodą konsumowania przyjaźni. Steven + Lisa + Greg Później (nie mylić ze "znacznie później") przyszło liceum i jak łatwo sie domyślić, nadal trzymaliśmy się we trójkę. Jeszcze później studia...i tu pojawił się nieznaczny problem. Lisa zapragnęła zdawać na Akademię Sztuk Pięknych w Lisbonie, a że była najbardziej upartą osóbką jaką znaliśmy, nie przekonał jej nawet fakt o niemożliwości rozerwania naszej przyjaźni - "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego...i takie tam. Ja zostałem lekarzem, choć do końca nie mogłem się zdecydować, a Greg ekonomistą - on od zawsze miał pociąg do pieniędzy. I właściwie od tej pory było nas już tylko dwóch...Lisa nie pisała, nie dzwoniła, w ogóle nie dawała znaków życia. Od czasu do czasu słyszeliśmy o niej w programach kulturalnych albo czytaliśmy w gazetach w rubryce "Art" ale wtedy zawsze widzieliśmy tylko jej abstrakcyjne wytwory rąk, nigdy jej samej. Jasne, byliśmy wściekli i oczywiście zrzuciliśmy całą winę na to, że była kobietą, w dodatku nieodpowiedzialną. My mężczyźni - mówiliśmy z dumą - jesteśmy zupełnie inni. Na nas można liczyć w każdej sytuacji. Pamiętam jak Greg liczył na mnie wtedy, gdy miałem, najogólniej mówiąc, wysławiac jego niezliczone zalety wśród damskiego towarzystwa, a zwłaszcza obecnej na sylwestrowym balu lekarzy - Angelice. Powiem wprost - plan nie wypalił, podobnie zresztą jak ten, który miał zaowocować, w najgorszym przypadku podwojeniem moich skromnych oszczędności. Okazało się, że na nas mężczyzn, owszem, można liczyć, niekiedy nawet trzeba ale tylko w pewnych okolicznościach. W końcu człowiek uczy sie na błędach, co nie zmieniło faktu, że nie odzywaliśmy sie do siebie dobrych parę tygodni. Ostatecznie połączył nas ten telefon.

-Doktor Steven Blows. Słucham? -Cześć, tu Lisa. -Lisa?...No cześć. Co z tobą? Już mieliśmy wysyłać za tobą list gończy. -Jutro prezentuję w Londynie moją wystawę. -Przyjeżdżasz do Londynu? To świetnie. Greg na pewno też się ucieszy.

Mimo tego, że wciąż byłem na niego wściekł za te pieniądze, pomyślałem o nim, to chyba jednak świadczy o męskiej solidarności. Wiadomość o powrocie Lisy dotarła także do niego.

-I co już ci przeszło? -Nie zapominaj, że to ty zacząłeś. -Znowu zaczynasz? -No dobra, zaczekaj. Jutro przylatuje Lisa. -Skąd wiesz? No tak, a ja akurat dzisiaj nie kupiłem "News'a" -Niepotrzebny wydatek. Dzwoniła do mnie.

Możliwe, że powiedziałem to z niewielką dumą, zaszczytem, wyższością, czy jakby to nazwać. W końcu zadzwoniła właśnie do mnie, a nie do niego.

-Dlaczego do ciebie? -Skąd mam wiedzieć. -Pewnie w książce telefonicznej nie ma mojego numeru.

Niech mu będzie ale ja i tak wiedziałem swoje - Lisa z jakiegoś powodu (wiadomego tylko sobie) miała do mnie większy szacunek.

I ta chwila rzeczywiście nadeszła. Od około godziny czekaliśmy na Lisę w poczekalni lotniskowej, z kwiatami w rękach i uśmiechem na twarzy, który i tak nie zdołał ukryć gigantycznego podekscytowania. Nie widzieliśmy jej prawie 6 lat, a to przecież ogrom czasu. W oczekiwaniu snuliśmy domysły jak może wyglądać, jakiej muzyki słucha, co czyta i czy przypadkiem jej stan cywilny nie uległ zmianie. I pojawiły się dwie koncepcje. Moja, że najprawdopodobniej jest szczupłą, wysoką blondynką, jaką była zawsze, tylko nabrała bardziej kobiecych kształtów, tak jak Greg męskich, ćwicząc, a może raczej godzinami katując się na siłowni. Oprócz tego nadal jest wrażliwą i romantyczną duszą z rogami...i daję głowę, że wciąż wolna. Koncepcja Grega zupełnie różniła się od mojej i to pewnie przez to, że do niego nie zadzwoniła. Lisa potwornie przytyła, przefarbowała włosy na kruczoczarne i nabawiła się wady wzroku, a w dodatku jest tak zapracowana, że nie ma czasu na żadne książki, a tymbardziej na słuchanie muzyki. Tylko w jednym byliśmy zgodni: nadal jest wolna, bo jak to określił Greg - "żaden facet o zdrowych zmysłach, nie zainteresowałby się taką kobietą. Kto miał rację? Czy ja wiem...chyba żaden z nas, bo Lisa nie była ani tak odrażająca, jak w przypuszczeniach Grega, ani tak ładna, jak w mojej wizji...Była po prostu piękną. Pewnym krokiem podążyła po odbiór bagaży, a zaraz potem olśniła nas swoim uroczym uśmiechem. Nie wiem jak Greg ale ja nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Zdobyłem się tylko na wręczenie bukietu i sztuczny uśmiech, który nie wynikał wcale z tego, że się nie cieszyłem, wręcz przeciwnie - gdybym tylko mógł, a raczej, gdyby nie moja wrodzona nieśmiałość, skakałbym z radości...ba, nawet rzuciłbym się jej na szyję. Zauważyłem, że Greg też jest dosyć sztywny i spięty. Zapomniał nawet o kwiatach, które wybierał ponad dziesięć minut. Na szczęście Lisa zachowała trzeźwość umysłu i emocji. Zawsze była najrozsądniejsza z nazsej trójki.

-Cześć chłopaki! Myślałam, że już was nie poznam ale pamiętałam, że Greg - wysoki brunet, Steven - nieco niższy blondyn. - powiedziała z uśmiechem.

Staliśmy tam wpatrzeni w nią jak w boginię. Owszem słyszeliśmy, że do nas mówi, wiedzieliśmy, że wypadałoby coś odpowiedzieć ale ja wciąż nie wiedziałem co, a Greg...Greg się odważył?

-Ty i tak miałaś łatwiej. Dostałaś od nas dużą podpowiedź - my dwaj z kwiatami, na kogo innego moglibyśmy czekać?

W tym momencie przypomniał sobie o kwiatach, które zresztą jej podał. Teraz kolej na mnie - pomyślałem - niech usłyszy mój głos, pierwszy (nie właściwie drugi, ale telefon nigdy nie odda rzeczywistości) raz od sześciu lat.

-Jak minęła podróż?

Wiem, to najdurniejsze pytanie, jakie tylko mogłem zadać ale jak na pierwszy raz to i tak całkiem nieźle. Zresztą Lisa wie, że zawsze byłem opiekuńczy.

-Nie narzekam. Leciałam pierwszą klasą...Zastanawiam się czy to jedyne pytanie jakie chcielibyście mi zadać, bo ja na przykład mogłabym ich zadać tysiąc. -Ale na lotnisku? - mój humor nigdy mnie nie opuszczał -Więc co proponujecie? Ale od razu mówię - jestem wolna dopiero po 16. -No to może spotkajmy się o 18 w tej drogiej restauracji, na którą nigdy nie było nas stać. - zaproponował Greg -"Verdona"? Będę na pewno...i już się cieszę.

Moja radość też była ogromna. Przygotowywałem się do tej kolacji conajmniej, jakbym wybierała się na pierwszą randkę. Zastanawiałem się w co ubierze się Greg i doszedłem do wniosku, że bez względu na to czy założy jakiś sportowy dres, w co oczywiście głęboko wątpiłem, czy też elegancki smoking, ja i tak muszę wyglądać lepiej - to chyba pozostałość po naszej dziecięcej rywalizacji. W "Verdonie" zjawiłem się jako pierwszy. Pięć minut po 18 przyszedł Greg (w sportowym garniturze), zawsze miał tendencję do spoźniania się, a tłumaczył to tym, że "lepiej przyjść później niż wcześniej". Dziwiło mnie tylko, że stosował tę dewizę tylko w odniesieniu do siebie, a nigdy do innych. Podobnie było i dziś. Dochodziło dwadzieścia po, a Lisy wciąż nie było. Greg od razu wygłosił przemówienie o braku odpowiedzialności, szacunku i w końcu o egoiźmie, a ja znalazłem się w mało komfortowej sytuacji, gdy za jego plecami ujrzałem czekającą na finał "lady in red" - Lisę. Gregowi pozostało jedynie robić dobrą minę do złej gry.

-Bardzo was przepraszam i rozumiem twoje zdenerwowanie Greg ale pokaz się przeciągnął. -Nie musisz się nam tłumaczyć.

Gdy to powiedziałem Greg spojrzał na mnie tym swoim groźnym wzrokiem, wyrażającym "i ty Steven przeciwko mnie?" Pewnie poczuł się jedynym winowajcą.

-Kto zaczyna? spytała dla rozluźnienia sytuacji -Może ty. - nieśmiało odpowiedział Greg -Ok. A co chcecie wiedzieć?

Mnie najbardziej interesowało jedno:

-Na jak długo przyleciałaś? -Chciałabym zostac tu jak najdłużej ale obawiam się, że dwa tygodnie będą musiały mi wystarczyć.

Grega zupełnie co innego:

-Jesteś zajęta? Pytam bo...bo tylko to mogłoby w racjonalny…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przyjaciół się nie wybiera — czytnik · opowiadania