Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 13 min czytania

Przyjaźń polsko-niemiecka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był ruchliwy dzień powszedni dużego miasta. Można by rzec, że z pozoru taki sam jak wszystkie inne ruchliwe dni powszednie dużych miast. Nie było tak jednak do końca, a to dlatego, że zator, który się zrobił w centrum na drodze, miał charakter niezwykle unikatowy. Niby korki to taki stały element życia metropolii, ale dzisiaj chodziło o zupełnie coś innego, dzisiaj sytuacja była bardziej specyficzna. Dwóch biznesmenów biło się na środku skrzyżowania a ich walka była naprawdę zaciekła – kości trzaskały a twarze z każdym uderzeniem puchły na kształt coraz to większej objętości owoców spadłych z drzew. W pewnym momencie ich głowy przypominały już nawet opony samochodów stojących dookoła. Wszyscy wiemy, agresja nie jest rozwiązaniem. Niemniej oni się bili a wszyscy kierowcy biernie przyglądali się temu widowisku. Żaden się nie zbuntował, nikomu się nie spieszyło. Wszyscy stali przy swoich autach z rozdziawionymi otworami gębowymi i gapili się z zaciekawieniem milcząc. - Ty draniu! – wołał pierwszy z biznesmenów, mniejszej postury, lecz wyjątkowo waleczny – rozwaliłeś cały projekt promocyjny! - To ty wszystko zniszczyłeś! – odpowiadał krzykiem pomiędzy jednym a drugim uderzeniem pięścią w twarz oponenta biznesmen drugi – całą rada nadzorcza przyznała mi rację! Mogło się wydawać, że ci dwaj, na pierwszy rzut oka, poważni, rozsądni, stateczni mężczyźni po prostu infantylnie biją się o jakąś sprawę zawodową. Być może bardzo dla nich istotną. Przecież często się słyszy i w serialach, i w gazetach też piszą, że ludzie biznesu pod wpływem stresu tracą nad sobą kontrolę, wpadają w tarapaty, mają depresję, nadużywają alkoholu. Tym razem jednak pozory nie okazały się prawdą. Biznesmeni bili się z powodu dawnych zaszłości, jeszcze z lat młodzieńczych. Cofnijmy się zatem 20 lat wstecz, aby poznać podłoże wydarzeń opisanych powyżej. Na początku lat dziewięćdziesiątych w Saksonii żył sobie jeden gość imieniem Wilhelm. To był taki arystokrata z pochodzenia, ale z temperamentu zupełnie nikt. Jedyne, co mu się w życiu „udało” to żona Rozalia. Była to bardzo energiczna kobieta, właściwie tylko ona pracowała i to nie byle gdzie, bo w światowej sławy firmie komputerowej na kierowniczym stanowisku. Wilhelm siedział w domu i głaskał koty, ale też sprzątał i przygotowywał w miarę znośne posiłki. Dobrobyt zapewniała mu ukochana, która jednak, pomimo tego, że była jednym z najlepiej zarabiających ludzi w Niemczech, nie mogła mieć dzieci. To dramat, wszyscy się zgodzimy. Płynął czas. Wiadomo, jak to w małżeństwie, były chwile lepsze i gorsze, ale mimo wszystko, wydawało się, że Wilhelm i Rozalia są ze sobą szczęśliwi i naprawdę się kochają. Pewnego dnia jednak Rozalia wróciła do domu z płaczem: - Co się stało? – zapytał troskliwie mąż podlewając swojego ulubionego kaktusa - Ja już nie daję rady – szlochała kobieta Mąż przytulił żonę, a ona osmarkała mu cały sweter. Po prostu pustka z powodu braku potomka zupełnie ją rozbiła. Wtedy niespodziewanie w kuchni pięknego domu Rozalii i Wilhelma pojawił się biało-czerwony motyl. Wleciał sobie jak gdyby nigdy nic oknem, zostawiając na linii lotu magiczny, złoty pył. Była to wróżka z Jasnej Góry, która przybyła, aby uratować dobrych ludzi przed zgubą i nieszczęśliwym losem. Nie wierzcie w to, że zło zwycięży. Jeśli ktoś żyje w miłości i sprawiedliwości, to dostanie nagrodę. - Halo, halo – wołała gąsienica ze skrzydłami barwy polskiej flagi – zostaliście wybrani. Szczęście was nie opuści Małżonkowie zamarli. Rozalia myślała, że ze smutku zwariowała, natomiast Wilhelm taki sam stan ducha przypisywał sobie z powodu bezrobocia. - Co się tak tępo gapicie? – zirytował się motyl i zwrócił się do Rozalii – chcesz mieć dzieciaka czy nie? - Wilhelm – zwróciła się do swojego męża niemiecka kobieta sukcesu – ja chyba oszalałam. Weź mnie uszczypnij - Kochanie – odpowiedział mąż – ze mną też jest chyba nie najlepiej - O Boże! – jeszcze bardziej spurpurowiał owad – To dla was szansa. Nie do każdego przylatuje gadający motyl. To jest wyróżnienie, więc odpowiadać: chcecie dzieciaka czy nie? - Chcemy! – odpowiedzieli oboje jednocześnie - No to jedną rzecz mamy za sobą – powiedziała tonem zmęczonego urzędnika baśniowa postać – Druga sprawa: musicie wyemigrować. Wyemigrować do Polski - Jak to do Polski? – oburzył się Wilhelm – tam bieda jest - Właśnie dlatego – odpowiedział motyl - Wilhelm jedziemy, nie ma dyskusji – postanowiła Rozalia. Była tak pewna swego także dlatego, że właśnie otwierano filię jej firmy w Polsce i jako wpływowa osoba w zarządzie mogła sobie tam objąć dowolne stanowisko. Ruszyli pełni nadziei w nieznane. Teraz ich życie miało się zmienić, radość miała w nim zapanować ogromna i wypełnić ich ciała po same brzegi. Generalnie, jak ogłosił, biało-czerwony skrzydlaty owad – była gąsienica, po przybyciu do kraju nadwiślańskiego, do Wilhelma i Rozalii miał zgłosić się pewien człowiek. Rzeczywiście, ów człowiek się pojawił, zapukał do drzwi nowego domu niemieckich emigrantów. Była to dość ekstrawagancka na pierwszy rzut oka osoba. Nosiła na sobie takie zabawkowe oczy na sprężynie, ale przede wszystkim wyróżniała się sposobem chodzenia, takim nienaturalnym splataniem nóg jakby osoby nietrzeźwej, a na pewno niezrównoważonej. „To szaleństwo” – myślał Wilhelm, ale nic nie mówił, nie był w stanie się sprzeciwić. To żona posiadała władzę decyzyjną w ich małżeństwie. - Pan nam powie – zwróciła się do dziwnego jegomościa Niemka – kiedy będę brzemienna? - Proszę pani – odpowiedział dziwak głosem nauczycielki starej daty – pani nie zajdzie w ciążę - Jak to, do cholery? – oburzył się Wilhelm – jechaliśmy tu do tego zadupia na darmo? - Co więc z nami będzie? – pytała Rozalia z trudem powstrzymując się od płaczu – przecież obiecaliście - Proszę pani – odezwał się znowu tajemniczy wariat – to, że nie będzie pani rodzić, nie oznacza wcale, że nie będą państwo mieć dziecka - W Niemczech też mogliśmy sobie adoptować! – wrzasnął wściekły Niemiec - Cicho Wilhelm – próbowała uspokoić męża łagodnym głosem Rozalia – czuję, że oni nie chcą dla nas źle. Poza tym, tylko ty nie chciałeś adopcji - Ja? Dobra, dobra – parsknął obrażony Wilhelm – ty tutaj rządzisz - Proszę państwa – rzekł nieznajomy – specjalna komisja przyznała wam prawo do opieki nad dwoma chłopakami. To niezwykle uzdolnieni matematycznie młodzi ludzie - Że co? – nie mógł uwierzyć własnym uszom potomek Otto von Bismarcka - To znaczy, że jutro około południa będziecie mieli dwóch chłopaków…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Przyjaźń polsko-niemiecka — czytnik · opowiadania